Przez morze do nawrócenia rozdział 3

Rozdział III

 

Miquel obudził się szturchany w ramię. Jego prawa noga i ręka dyndały z hamaku przez całą noc. Zdrętwiały mu je. Otworzył oczy i ujrzał młodą twarz Juana.

- Wstawaj, Miquel. - mówił Juan. - Poranna musztra czeka.

Jaka znowu musztra, pomyślał Miquel.

Miał wrażenie jakby spał przez ułamek sekundy. Jego oczy wciąż przymykały się z podobną sennością jak wczorajszej nocy. Jednak popędzany przez Juana wstał. Ziewnął przeciągle i potężnie. Przeciągnął się, aż stracił równowagę. Kiedy skończył jego poranną rutynę, był gotów wysłuchać wpatrującego się w niego Juana. Miał on w ręce zwitek szmat.

- Czego chcesz, joven? - zapytał Juana, wypominając przy tym jego wiek.

- Kapitan przykazał wręczyć je tobie. - wystawił zwitek przez siebie. Miquel go przyjął. - To twe nowe odzienie. Twoje są, nie obraź się, brudne, nawet jak na nasze standardy.

Miquel rozwinął wręczone mu ubranie. Kolorem dominującym był biały z przesmykami niebieskiego i czarnego. Widywał podobne stroje, gdy jako dziecko rodzice zabierali go do Tarragony. Miasta blisko Barcelony, z którego często wypływali podróżnicy.

- Nie godzi się! - krzyknął. - Takie podłe szmaty nie są godne szlachcica. - westchnął udawanie i po krótkiej pauzie dodał. - Jednak licząc się z okolicznościami może faktycznie powinienem zmienić szaty… Vete! - krzyknął na Juana, wskazując palcem na klapę. Podczas tego rozglądnął się także czy nikt nie został w swoim hamaku. - Odwróć się! Nie jesteś godzien zobaczyć mego szlachetnego ciała, biedaku!

Juan odwrócił się momentalnie i zgodnie z poleceniem poszedł w stronę klapy. Rzucił tylko przez ramię:

- Wyjdź gdy będziesz gotów.

 

Miquel, wbrew pozorom był dość barczysty, dlatego zwykle nosił narzucane szaty, nic ciasnego. Strój, który teraz miał na sobie na pewno nie był tworzony z myślą o wygodzie noszącego. Uwierały mu barki, łopatki i łydki. Próbował to rozchodzić, ale pomogło to jedynie odrobinę. Stanął w szeregu.

- Buenos días, compañeros! - przywitał ich Gustavo. - Dzisiaj, oficjalnie, gościmy nowego członka załogi, Miquela! - wskazał na niego dłonią. Oklasków było niewiele. Gustavo odchrząknął. - Zaopiekujcie się nim, udzielajcie rad, ale nie zabraniam lekkiego dokuczania. - (uśmiechnął się) - Teraz, kiedy mamy to za sobą, pora na przydział prac. Zaczniemy od nueva recluta. Miquelu, twoim zadaniem jest wypucowanie całego pokładu. Weź mopa i wiadro i do roboty. Będę cię obserwował. - przerwał na chwilę, by dać tej myśli dojść do umysłu Miquela. - Panie Valera, - odwrócił się do młodego. - Posprzątasz spiżarnię. Za to ty Carlos…

 

Miquel po raz pierwszy od wielu lat posmakował pracy fizycznej. Choć nie była to zbyt wymagająca praca, męczyło go machanie mopem i przenoszenie pełnego wiadra wody po całym pokładzie. Już miał oznajmić, że kontynuować nie będzie, ale popatrzył na maszt statku i rozmyślił się. Deski, z których zbudowany był statek był nie najgorszej jakości. Niekiedy można było znaleźć zniszczoną belkę, ale był to i tak mała ilość w porównaniu z innymi okrętami jakie w życiu widział Miquel. Zanurzył mopa do wiadra, ale przez nieostrożność i zbyt nagłe szarpnięcie wywrócił (wiadro) i woda wylała się na cały pokład. Nie uszło to uwadze marynarzy, także pucujących deski.

- Panie szlachcicu! - zarechotał Carlos. - Pan musi moczyć mopa w kuble, a nie wylewać zawartość!

Szturchnął przy tym stojącego koło niego Jorge’a. Ten także zaczął się śmiać.

- Callate! - krzyknął Miquel, w którym coś pękło. - Zamknąć się patałachy! Za takie odzywki wisielibyście! Obaj! Wy wszyscy! Bez wyjątku! - wskazał każdego marynarza, którego widział. Łącznie z Gustavem. - Oj, poczekajcie tylko, poczekajcie! Pomniecie me słowa, pomniecie!

- Ależ nie ma co się bulwersować. - odpowiedział uśmiechnięty Kapitan. - Trzeba tylko napełnić wiadro, panie Miquelu. Poza tym nie ma powodu, dla którego mielibyśmy wisieć. Za to pan zaraz może także zostać potraktowany sznurem.

Miquel spojrzał na maszt i przełknął ślinę.

- Przecie haruję! - zaznaczył (Miquel.) - Mówiłeś, że mam pracować to mnie wypuścisz. To przecie pracuję, ślepyś pan?!

- Calma, calma. - obronił się gestem dłoni. - Nie ma sensu krzyczeć. Ja panu napełnię wiadro a pan wykorzysta co ma. - wskazał na rzucającą się po kołyszącym statku wodę z wiadra. Gustavo podszedł do Miquela wziął wiadro i udał się pod pokład.

Jak ja go nie cierpię, myślał Miquel i nieświadomie tupnął nogą, nie znoszę cabron!

Spojrzał w stronę kabiny kapitańskiej. W głowie wykluł mu się pomysł jak zrewanżować się na irytującym Kapitanie. Miquel rozglądnął się dookoła i każdy z majtków był już zajęty swoim przydziałem pracy. Po cichu zakradł się do drzwi znajdujących się pod schodami prowadzącymi na sterburtę. Nacisnął powoli klamką i tak samo ją za sobą zamknął. Kabina Gustava nie wyglądała imponująco, szczególnie jak na szlacheckie oko Miquela, jednak warunki były tu lepsze niż dla reszty załogi. Poczuł się rozgniewany. Chciał zniszczyć wszystko co się znajdowało w tej kabinie co mogło uchodzić za wygodne. Krzesło na resorach, pełnoprawne łóżko, stół. Miał ochotę się tego wszystkiego pozbyć, wyrzucić za burtę. Ale jednocześnie przypomniał sobie o swoim celu. Podszedł do biurka Kapitana i zaczął myszkować w każdej szufladzie. W jednej znalazł stary kompas, pewnie nie działający. Otworzył kolejną. Pewnie zapomniany przez kapitana kawałek solonej wołowiny. Miquel powąchał (obiekt) i szybko się przekonał, że znajdował się tam dłużej (niźli było przykazane w terminie spożycia.) Rzucił mięsem w kąt pokoju, w stronę pustego stojaka na arkebuz. Uchwyt kolejnej szafki był przyozdobiony dłutowaną deską. Wzór ukazywał liście układające się w kształt przypominający wąsy. Otworzył ją. W środku było kilka pomiętych kartek. Zastanowił się chwilę czy powinien zabrać je, ale przypomniał sobie jaki był zły przed chwilą i bez wahania wziął jedną z kartek. Zaczął czytać:

 

“Droga (Dolores),

 

Mam nadzieję, że opieka nad… “

 

Miquel zdążył przeczytać tylko tyle zanim drzwi kabiny gwałtownie się otworzyły. Szlachcic zdołał szybko schować, prawdopodobny, list do kieszeni jego uwierającego stroju. Podziękował swojej intuicji za to, że pomyślał o zamykaniu za sobą szafek, gdyż w progu stanął Gustavo.

- Panie Miquelu, szukałem pana. - oznajmił już nie uśmiechnięty, a wręcz poważny Kapitan. - W mojej kabinie sprzątać nie musisz, wiedziałeś o tym, prawda?

- N-nie wiedziałem… - Miquelowi zadrżał głos, przez co przeklął (w myślach).

- Ha! - wyraz twarzy Gustavo znowu zmienił się na pogodny. - Pan Miquel “Vasquez” się zająknął? Cóż to? Gdzie podziała się ta brawura, ta pewność siebie? Ha ha ha! - zaśmiał się głośno, co usłyszała reszta marynarzy i również zaczęła się śmiać. - Basta, basta… - uspokoił marynarzy stojących za nim. - Przyniosłem ci wiadro.

Kapitan podniósł wiadro trzymane w lewej ręce. Położył przed sobą.

- Koniec zabaw, panie Miquel. Proszę poważnie wziąć się do pracy. - Gustavo Sierra odwrócił się na pięcie i poszedł w prawo, zapewne na sterburtę.

Miquel, wciąż wryty w deski, westchnął z ulgą. Wyszedł z kabiny, zapominając o swojej wcześniejszej złości. Zaczął mopować pokład, tym razem ostrożnie.

 

Wieczorem Miquel postanowił przeczytać list, o którym za dnia zapomniał. Po skończonej pracy, swój czas poświęcił na szukanie świecy, by móc spokojnie w nocy przeczytać list. Znalazł ją, nigdzie indziej, jak przy swoim hamaku. Było ostatnie miejsce, w którym szukał, a bardziej jak zrezygnowany postanowił “zrobić to jutro”. Odpalił świece (zapałką), którą wcześniej znalazł. Potarł ją o buta i przyłożył do ogniwa lampy. Zaświeciła się.

Wyciągnął pomięty świstek papieru i przykładając do niego ostrożnie lampę, uważając by ogień nie złapał się listu, zaczął go czytać”:

 

“Droga Dolores,

 

Mam nadzieję, że opieka nad naszą ukochaną Marią, nie dokucza Ci nazbyt. Obiecuję Wam, kiedy wrócę, a zrobię to pewniej jak dzisiejszy księżyc wzejdzie, opuszczę morze i zawieszę broń na kołku, zostanę z Wami do końca. Pieniądze, jakie zdobędę przeznaczymy na najlepszych doctore jakich znajdziemy w całej Iberii, a Maria będzie znów zdrowa. Zażegnamy Nasz największy kłopot, perfidną plagę, i zaś będziemy żyć szczęśliwie. Lecz póki co proszę Cię jeszcze o te parę tygodni wytrwałości, moja Dolores, a wierz mi na słowo, mój dług u Ciebie zwiększa się z każdą chwilą spędzoną na tym przeklętym morzu. Pozdrów ode mnie Marię. Przekaż jej, że ją kocham i żeby nie zapominała, że jest dzielna.

 

Tęsknię,

Twój Gustavo.

 

Miquel jeszcze przez chwilę wpatrywał się pustym wzrokiem w litery ułożone

w liście. Spodziewał się, że Kapitan może kogoś mieć, jednak córka chora na plagę, co Miquel interpretował jako pozostałości po dawnej epidemii dżumy, coś w nim poruszyła. Nagle przestał spoglądać na Gustavo jako na denerwującego (coś), ale bardziej jako kogoś kto ma własne problemy. Zupełnie jak on, choć różniły się wagą i przyczyną. Problemy Gustavo były poza jego mocą, natomiast Miquel sprowadził je na siebie sam. Pomyślał o reszcie załogi. Oni wszyscy mogli mieć podobne historie, może nawet bardziej tragiczne.

- Miquel, co robisz tak późno ze świecą? - zapytał Juan, którego hamak był nad jego.

- Nie interesuj się, joven. - odpowiedział Miquel (zmywając myśl o wytworzeniu jakiejkolwiek sympatii do marynarzy). Zgasił lampę a pogiętą kartkę schował do kieszeni. Zamierzał ją jutro z rana odłożyć na jej miejsce. Kto wie, może Kapitan będzie chciał (sprawdzić błędy, których nie było, albo wysłać go w najbliższym porcie - Lizbonie.) Miquel spróbował oszacować jak daleko mogli już dopłynąć od Sanlucar w stronę Lizbony. Pomyślał, że możliwym jest kwartał drogi za nimi.

Poszedł spać.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania