Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

PRZEŻARTA RDZĄ. ( drogowo mroczne opowiadanie mystery bez stania na poboczu )

PRZEŻARTA RDZĄ.

(drogowo mroczne opowiadanie mystery)

(bez stania na poboczu)

 

Często słyszałem, iż upaprani smarem ludzie, potrafią unikać tego faktu, nawet umywając od niego ręce, naftą laną przez śmierć. Mówiono, iż każdy mechanik, nawet w Zaświatach nie wyłącza zapłonu, pozwalającego żyć obrotami mechanizmu, pomimo rzekomej... bezpowrotności. Jak zapewne wiesz: " to tylko takie historie ", czy bardzo nieprawdziwe?: pozostawiam Twojej lekturze.

 

Kim był inżynier, projektujący stacje benzynowe, między zakrawającymi o rozmowy z pozaziemskimi cywilizacjami, krzykliwie dostrzeganymi podświetleniem, punktami?.. Jakkolwiek irytują niewiadomą przypadkowości sporadyki objawień, zawsze chylą parabolą kierownicy, w zjazd ku najbliższemu z nich, jakby sam diabeł poszturchem kopyta, spychał życie, na z góry utarty bieg wydarzeń. Pomimo " mistycyzmu ": nie ma w tym czegokolwiek nadzwyczajnego, prawda?..

 

Brzęk nasadowego klucza, metalicznym jebnięciem rozszedł się rykoszetliwie, pośród cykliwej świerszczaście, jesiennowieczornej szarzyzny, zrzucając zaczep drucianego klosza leniwieblaskowej lampy przestrzenną mocą fali uderzeniowej impetu trawienia rdzawą gangreną odkręcalności, głoszony niskotonnym przekleństwem, sykliwie otulającym otłukiwaną dekadami dłoń. Iskierczo przygasły blask, elektrycznym trzaskiem sprzeciwu, postanowił nie uwolnić go z doczesności, płynącej smolną przepaliną tłustosmarnych, olejowych wyziewów. Jak sam zwykł uważać: będąc jedną nogą w grobie, woli leżeć pod tą stertą złomu, żeby grabarz dojechał na jego pogrzeb. Przeklinał jednocześnie tą myśl, skoro bywała nadwyraz dosłowną, niczym zbyty uśmiechem skazańca wyrok śmierci, stanowiący uwięzły szubienniczą pętlą groteskowy żart. Znowu zaczął o tym myśleć, ujmując paluchami przekleństwa, upadłą ponad jego bark warsztatową lampę, mając jej szczerze za złe, iż swoją rozwiązłością, nieśmie spopielić żrącego jadu wspomnień... i szczerze wątpił, aby elektrolit akumulatora, w czymkolwiek im ustępował.

 

Jak uważali nieliczni klienci: na własne życzenie, utrudniał sobie życie. Nie tylko mocując się z martwymi korozją śrubskami, bez posiadania ku temu pneumatycznych kluczy. Jak kute w twardej stali narzędzia, nawet nieopodalsze dystrybutory paliwa, plamiło oblazłe trądem erozji, przemijanie: jakby żałobnie, nie prezentowane sprzedajnością neonowego blasku. Najczęściej... nawiedzali go więc po zmroku. Przywykł już do snujących się ku światłu rzucanemu w mroczną mgłę samotności, groźnie smutnych postaci. Wielu szukało domu, każdy z nich telefonu... i wszyscy: niebawem odjechali... znikając życiem, zanim zapamiętał ich obecność. Ta pani, niebawem do nich dołączy: pozwalając mu zamknąć spawaną w grubej blasze, warsztatową furtę. Jak zwykle, od kiedy przestał zliczać zmywane łzami aniołów, ślady gumistych bieżników: pozostanie tylko jeden samochód...

o czym wiedział przekonaniem, iż zza tylnej ściany tego ociekłego smrodliwie naftową tłustością, padołu: odjedzie niewiele później, po jego własnej trumnie...

 

Nim trzask sztaby blokującej maskę przebrzmiał, wygnany echem zamierzchłych brył rozczłonkowanych mechanizmów, usiłując nie podskakiwać piskliwie uśmiechniętą radością, niemal nakazem deponowała w jego dłoń plik odciskanych czernią, królewskozielonych banknotów. Nic nie pomagało, aby słowa podziękowań, przestały upychać zawstydzeniem... zamontował używane koło pasowe, żeby " tylko dojechała do mechanika ": uroczo dziękliwy słowotok... nie milknący wobec wszystkiego, czym ratował własne, zaległe tym w drewnianych skrzyniach, doświadczenie. Oczywiście: postanowiła nie pobrudzić swojej szykownie schludnej garsonki, rzuceniem wdzięczności w jego ramiona, więc zbyła to zaledwie nadwyraz miłym gestem pożegnania: duszącego spalinami myśl, iż właściwie... czymkolwiek się od niej nie różni...

 

Mrok unikawszy snopów reflektorowego światła, wiódł ją prostotą, czymkolwiek niespodziewanego skrzyżowania, niczym memoriał pozostałej za klapą bagażnika, trasy. Postanowiła nie ulegać złudzeniom umysłu, tkwieniem bezwiednością wieczności, konarzaście zwykręconych obliczy mroku, sprawiających wrażenie stojącego równością poboczy, szeregu batalionu. Notoryczność obrotowego tchnienia przed nią, wiodła ją zatem wraz ze spokojnym oddechem tulonego kocykiem synka, śpiącego w foteliku na tylnej kanapie, pomimo wulgaryzmu metalicznego jazgotu, tłukącego znikąd, nieustępliwie rozwścieczonym końskim podkowom, zdając się tym taktować najmilszą w jego półrocznym życiu kołysankę. Odetchnęła głęboko, rzucając przelotne spojrzenie ukosowi ramowanej ponad jej oczyma, tafli. Nie mniej jednak: na poprzednim skrzyżowaniu prosto, do kolejnego: kilka kilometrów dalej, niespełna kwadrans życia, palonego wybuchami cylindrów silnika... Ni żywej duszy, ruch znikomy, niczym kolejka chorych na dżumę, w oczekiwaniu do medyka: dotrwałych diagnozy przed zgonem... powodujące parszywie przenikliwą senność, niczym mosiężny szkarad, przeszywający klapy wojskowego munduru. Chcąc zaoszczędzić pamiątki przydrożnego krzyża, z datą urodzenia jedynej miłości życia, po raz kolejny rzuciła jej srebrzystotafelne spojrzenie matczynych uczuć. Mimowolnie zamarła oddechem w piersiach konsternacją, widokiem nadjeżdzających jej śladami plam światła: zdającego się nie padać gdziekolwiek, poza przeszkleniem emitujących je, przygaślepomarańczowych żarników, zupełnie reprezentatywnych nabyłości wobec antykwariatu...

 

Konstantywna kazaniem koni mechanicznych samotność, niemal pozwoliła ulec panice, mierzonej wychyłem wskazówki prędkościomierza, wraz ze wzrostem średnicy dwuślepnego tajemniczością, prześladowcy. Zdawał się nie być rodzicem: brnąc ku niej kolejnością sekund, uwieczniających oblicze podróżnej doniosłości klekotliwie rwanego wobec uporczywości fukliwego postukiwania, silnika: niczym emerytowany Olimpijczyk Dziedziny Chodziarstwa, zdającego się dotrzymać jej kroku. Zdało się to dziwnym, powodując szczery kopniak niekrytego strachu: zwłaszcza wówczas, gdy zza wspartych fotelem kierowcy pleców, ziejąc mocą sędziwych tłoków, z lakierowanym czernią wiedzionego jej dłońmi mercedesa, zderzakiem: zrównywać się zaczął rdzawo opadły starczymi plamami, wszechparaboliczny zarys linii zburchlonego chromem gruchota: za młodu... będącego zapewne głębokobłękitną, bestyjką. Zdobne stożkowoszpilowym ramieniem, ugięte wobec kolistości ramy, znaczone pęknięciem boczne lusterko, zdawało się pozostawać falującą we własnej płaszczyźnie, krzyżowaną smugami ponurego chłodu, nieprzeniknienie pozbawioną życia... czernią. Usiłując uwierzyć własnym oczom, skierowała je ku oszklonemu cugiem ulicznego pudru, kierowcy, przez lewe ramię: powierzając własne życie, głupkowatemu uśmiechowi przeznaczenia...

 

Ściskając zgrabnie oprawną, żółkłą dekadami, rodowicie białą, skórzaną obwiednią: kierownicę, wobec giętego spawaniem kolistego prętu wspornika, przywodzącego na myśl wymierzony wzrokiem celownik ciężkiego działa przeciwlotniczego, smukłymi palcami, pewnym gestem trzymała je w dłoniach młoda kobieta, której puszczone swobodnie na ramiona, kruczoczarne włosy, zdawały się komponować z krzyżnie rzuconymi bezmyślnością, przeciągłymi śladami ścieranego z palców w kraciastą koszulę, smaru. Nie spuszczając pozbawionego wyrazu spojrzenia z sunącego ku pochłonięciu wlotem przepustnicy, powietrza odbieranego oddechem chropowatości asfaltu, wprawnie nabytą przeciągłością jęku hamulców, znalazła się płynną parabolą, na tyle blisko tylnej tablicy rejestracyjnej, iż bez problemu byłaby w stanie ująć ją fotograficzną pamięcią. Zamierzchle szykowny dźwięk klaksonu, wyrwał ją z przenikliwie mrożącego strachem zamyślenia, zdającego się uderzyć świadomość, zepchnięciem na równoległy pas. Zajmujący jej miejsce, zszargany zleźliwością lakieru, gruchot: po raz kolejny zrównał się z czarnym mercedesem, nieustępliwie osiągom czterolitrowego silnika... Tym razem prowadząca go postać, spojrzała na nią, jako pierwsza: zwracając na siebie uwagę kulturalnym wskazaniem palcem. Niemal mdlejąc wobec gwieździście ramiennego emblematu, zdała sobie sprawę, iż narastająca przed nim potężnie majestatyczna łuna, jest nie czymkolwiek innym, jak zwaną jasnością: końca obu żyć, wobec zbliżających się reflektorów ciężarówki... podczas gdy inżynieryjnie doskonałe blaski nowoczesności: zamilkły, niczym okryte szatą Śmierci...

 

Pociągnęła kierownicę w prawo z impetem niemal rzucającym ją we wnękę podnóżka pasażera, zdając sobie sprawę, że z wyjątkiem szarpnięcia jej ramionami przez pas bezpieczeństwa, nie napotkała jakiegokolwiek oporu, olśniona tą myślą, blaskiem reflektorów nieustępliwych nabrzeżnej latarni, wobec rozpraszanej szkwałem, nadmorskiej mgły. Kilkanaście kolejnych sekund, uwiecznionych świadomością umysłu, wyrwało przeciągły krzyk przerażenia, odrywając dłonie z kolistej obręczy. Kobieta w przeżartym rdzą gruchocie, odwracając się w jej stronę, zdawała się krzyknąć w momencie, gdy silnik jej samochodu, mielił smukłe ciało echem przeszłości, mieszając z wrakiem zabytku, jedynie w przeciągłym wrzasku syreny klaksonu olbrzymiego, ciągnącego upakowaną przyczepę, auciska... którą minąwszy z uciskiem szczęk tarczy hamulcowych, usiłowała zrozumieć: jak właściwie... pchnąć dźwignię lewarka skrzyni biegów, zwrotnie stawiając szok umysłu, przed ścielącą potliwą bladości cery, niespełna półminutową uprzednio tragedią.

 

Zajadłe pchnięcie drzwi, wyłoniło z schodkowanego wnętrza szoferki, topornie roboczy bucior: wiodący drżącego nie przerażeniem, a czystą frustracją, chłopa: na tyle postawnego purpurą tylnych świateł, iż nie pokładał powątpiewaniu rzucenia czarnolakierniczości, w bratni mrok dzielonych melioracyjnym rowem, krzunów... Szarpnąwszy klamkę drzwi kierowcy, niewątpliwie był skłonny wyrwać wraz z upięciem pasami bezpieczeństwa, fotelem naprzeciw obrotowej koliście obręczliwości elegancji : katatonicznym oddechem wpatrzoną w nicość, zwyczajną Księgową. Zrozumiała go zaledwie po kilku minutach, gdy przekleństwami usiłował ustalić: " po kiego chuja wyłącza światła, robiąc sobie pierdolone żarty, symulacją czołówki ".. a pojąkując pośród bezmyślnej gestykulacji własnej niewiedzy, usiłowała mu wytłumaczyć, że... ma zwyczajnie spierdalać: dzwoniąc jednocześnie po Policję, aby zamietli wprasowany w maskę jego pojazdu... wrak, na co rosły chłop, wepchnął swe bycze bary przez obszar kierownicy, masywnymi palcami... klikając przycisk zwalniający zapięcie pasa, co dotarło do niej, gdy ogromna dłoń, ujmując stanowczo elegancki rękaw garsonki, postawiła ją na podeszwach baletek: oskarżycielskim wskazaniem kierując w stronę... konieczności udania się na odwyk... oświetlonej ciepłą bielą ciężkiego, dizlowego blasku reflektorów...

 

EPILOG

 

Mokrochrzęstliwie metaliczna sekwencja przeciągu postuknięć, ostatnim obrotem ślusarskiej umyślności, powiodła go na skromne zaplecze, którego jedyne okno, tulone mgielną srebrzystością blasku kulistego księżyca, nie pozwalało mu zapomnieć o przetarciu nasiąkłymi smarem opuszkami palców, monochromatycznej fotografii, zdającej się tym... uzyskać własną, nieśmiertelną duszę: której memoriałem został jedynie, rwanie zmiażdzony, powypadkowy wrak: pochłaniany upływem czasu, jakby przesyceniem żałobą, nie pozwalał o sobie zapomnieć... chyba tylko to powodowało, że uśmiechająca się z głębokobłękitnej skody oktavii postać, chociaż nie jej rocznikiem urodzona w pięćdziesiątym dziewiątym: jak na trzydziestolatkę: po dekadzie od własnej śmierci, nie zblakła kruczoczarnością swych włosów: przeciwnie do oblazłego wszelakością wraku, zwłaszcza po tym, gdy został jej trumną...

Średnia ocena: 2.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania