Przygoda Roladna
Stary Roland szedł za czarnobiałym psem.
– Hej, chodź tu! – zawołał.
Pies nie reagował.
– No chodź… gdzie idziesz? Zaczekaj! – krzyknął, ale pies zniknął za zakrętem.
Nie powinno go tu być, myślał. Rasowy pies. W takim miejscu.
Roland, który zwykle trzymał się z dala od ludzi i spraw, poczuł coś, czego nie umiał nazwać. Fascynację. Zagadkę, która miała znaczenie.
Zanosiło się na deszcz. Roland nie chciał odpuścić.
Maszerował dalej i ciemne chmury zbierały się nad gęstym lasem.
W końcu zobaczył psa.
Kręcił się wokół żółtego samochodu i szczekał.
Deszcz padał już mocno.
Roland podszedł do auta i pociągnął za klamkę.
Było otwarte.
– Wsiadaj – powiedział do psa, otwierając drzwi pasażera.
Sam usiadł za kierownicą.
W środku było czysto. W stacyjce tkwił kluczyk z brelokiem w kształcie ryby.
Roland wyciągnął telefon i zadzwonił na lokalny komisariat.
Odebrał Markus.
– Markus, tu Roland. Znalazłem samochód. Otwarty. Jest tu pies.
– Roland, cześć. Teraz nie bardzo.
– Co się dzieje?
– Protest. Młodzi przykleili się do jezdni. Sprawa klimatu. Musimy to ogarnąć.
Roland milczał przez chwilę.
– Przykleili się?
– No tak. Tak teraz robią.
– Aha – powiedział Roland.
– To odezwę się później – dodał i się rozłączył.
Opuścił osłonę przeciwsłoneczną. Wypadło z niej zdjęcie.
Sięgnął do kieszeni po mokre okulary i wytarł je o szalik.
Spojrzał na fotografię.
To był on. Tylko młodszy. O trzydzieści lat. Stał pod płotem. Za nim dom z czerwonym dachem.
Tabliczka: Nibbevegen 26.
To niedaleko, pomyślał.
Odpalił silnik i ruszył.
Dom wyglądał jak na zdjęciu.
Zaparkował przy podjeździe
Zapukał. Nikt nie otwierał.
Wyjął klucze z kieszeni. Sprawdzał je po kolei. Jeden pasował.
– Ha – mruknął.
W kuchni pracowała zmywarka. W piekarniku była zapiekanka.
Na lodówce wisiało zdjęcie.
On z pucharem.
Konkurs wędkarski.
Usiadł przy stole.
Po chwili zapomniał, po co tu przyszedł.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania