Przygody średniowiecznego skryby

Besa pospiesznie zebrał z pulpitu czyste arkusze pergaminu i spakował je do skrzynki, w której leżały już kałamarz pełen atramentu, trzy gęsie pióra, ostry nożyk, sześć łokci konopnego sznura, ćwierć bochenka świeżego chleba, garść śliwek i niewielki gąsiorek wina. Więcej nie popełni tego błędu i nie pójdzie do uszatej wieży bez prowiantu. Ostatnio spędził tam cały dzień, od jutrzni po nieszpory bez kęsa strawy ni napitku. Flaki w jego brzuchu pracowały wtedy tak głośno, iż bał się że zdradzą jego obecność podsłuchiwanym przez niego notablom. Od tej pory w trosce o pomyślność powierzonej mu misji, zawsze miał na podorędziu coś na ząb. Gąsiorek wina natomiast, wziął ku pokrzepieniu przemarzniętych kości, których nie oszczędzały warunki w słabo ocieplonej izbie. Ojciec Rupert dałby mu do wiwatu gdyby go z nim przyłapał, ale Besa wiedział, że już od miesięcy przełożony ufa mu na tyle aby oszczędzić młodemu skrybie niespodziewanych kontroli. Ponadto spotkanie, przy którym miał protokołować mogło zacząć się lada chwila i nikt nie powinien go wstrzymywać w drodze na miejsce. Aby zabezpieczyć zawartość skrzynki przed niepożądanymi spojrzeniami przykrył ją kozią skórą, którą miał zamiar okryć się w razie większego chłodu. Wybiegł ze swojej celi i wpadł prosto na spieszącego gdzieś ojca Ruperta.

-Na rany Chrystusa- przeklął w myślach chłopak

-Na rany Chrystusa!- powiedział uniesionym głosem Rupert- dlaczego jeszcze Cię nie ma w uszatej wieży? Do Pana przyjechali już goście, właśnie wita ich przy głównej bramie.

-Alebowiem, jaa...- zaczął dukać młody kleryk- miałem problem z atramentem- powiedział i na dowód swoich słów podniósł ubrudzone dłonie.

Skrzynka, którą kurczowo trzymał, wymsknęła mu się z rąk i z trzaskiem upadła na kamienną posadzkę. Brzdęk kałamarza obijającego się o gąsiorek zapewnił młodzieńcowi chwilowe wstrzymanie akcji serca. Nie uszedł on również uwadze bystrego zakonnika, który spojrzał podejrzliwie na podopiecznego.

Będący słusznej postury i srogiego usposobienia mężczyzna budził powszechną grozę wśród młodszych zakonników. Nie znosił on lenistwa, głupoty ani sprzeciwu u swoich podopiecznych a prawie zawsze doszukał się któregoś z nich. Gąsiorek wina był ewidentnym przejawem sprzeciwu wobec jego zaleceń o zachowaniu wstrzemięźliwości, a opieszałość w wypełnianiu obowiązków mocno ocierała się o lenistwo. Taka kumulacja mogła się tragicznie skończyć dla skóry Besy.

Na szczęście, aspekt umykającego czasu zagrał na jego korzyść.

-Nie mam czasu aby prostować Twoje błądzące sumienie, dlatego nie będę zaglądał do tego pakunku. Zawierzę natomiast opatrzności i założę, że nauczony wspomnianym incydentem atramentowym, w swojej przezorności zaopatrzyłeś się w dwa kałamarze.- powiedziawszy to spojrzał przez ramię, gdyż z tego kierunku zaczęły dochodzić dźwięki zbliżającego się orszaku- teraz znikaj mi z oczu i znajdź się tam gdzie od dawna powinieneś już być- dodał srożąc się -Ja postaram się spowolnić naszych gości oprowadzając ich po skryptorium. Osłupiały takim obrotem spraw młodzieniec zamarł w bezruchu.

-Nie poddawaj próbie mojej cierpliwości chłopcze- syknął Rupert- czyń natychmiast com Ci przykazał.

Otrząśnięty tymi słowami Besa pospiesznie zgarnął skrzynkę z podłogi, uważając jednak przy tym aby kozia skóra nie ześlizgnęła się, ujawniając prawdę, która niewypowiedziana zawisła w powietrzu. Gdy się wyprostował, duchowny odchodził już od niego żwawym lecz opanowanym krokiem w kierunku nasilającego się zgiełku. Młody skryba, jakby w kontraście do opanowanej postawy swojego mentora, ruszył gwałtownie w kierunku niewielkich drzwi prowadzących na podwórze, ciężko stawiając kroki. Dopiero powiew rześkiego porannego powietrza, który uderzył go po wyjściu z kamiennego budynku, otrzeźwił jego rozbiegane myśli i opanował kołaczące serce.

Już uspokojony puścił się biegiem w kierunku zabudowań dworskich, które były główną siedzibą Rudolfa z Hohenbergu Pana tej warowni i przylegających do niej ziem. Do przebycia pozostawał mu jeszcze prostokątny dziedziniec wyłożony czarnymi kamieniami z pobliskiej rzeki Eyach, na jego krańcu z kolorowych otoczaków, ułożono herb rodu von Hohenberg- srebrna belka na tle czerwonej tarczy. Środek placu okupowany był przez ogromnych rozmiarów cysternę na wodę pitną. Był to okrągły, głęboki na 20 stóp dół, którego obejście dookoła zajmowało Besie około 14 kroków. Główną oprawę dźwiękową dla tych okoliczności tworzyła orkiestra złożona z drobiu wszelkiej maści. Uwolnione z zagrody ptactwo w postaci gęsi, kur i kaczek walczyło o niewyjedzone wczoraj ziarno. Gdakały, gęgały i kwakały łomocząc przy tym skrzydłami, tworząc kakofonię wiejskiej codzienności. Takt tej melodii nadawały rytmiczne i jednostajne dźwięki pracujących miechów, przy pomocy których pomocnik kowal, Berthold podsycał ogień w piecu, będącym sercem i chlubą Pańskiej kuźni. Wyroby wychodzące spod ręki mistrza Friedricha były wielce cenione w całej Szwabii.

Besa biegiem wkroczył w ten harmider, lecz zwolnił nieco gdy jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem Bertholda. Pozdrowił go uśmiechem i lekkim skinieniem głowy, lubił tego chłopaka. Młodszy od zakonnika pomocnik kowala był bardzo pracowitym i zdolnym rzemieślnikiem. Skonstruował nawet, na specjalne życzenie Besy, uchwyt na świece, który pozwalał na samoistne odpalenie kolejnych dwóch woskowych lamp. Zapewniało to trzykrotnie dłuższy okres oświetlenia bez konieczności odpalania każdej świecy z osobna. Młodemu skrybie niejednokrotnie zdarzyło się zaczytać w jego ulubionych medycznych traktatach na tyle, że przegapiał moment dogasania kaganka aż płomień znikał całkowicie pozostawiając go w egipskich ciemnościach. Odpalanie kolejnej świecy w takich warunkach rodziło dla niego wiele kłopotu, dlatego bardzo sobie cenił zmyślny wynalazek Bertholda. Nie mogąc opędzić się od złych myśli jakie wzbudziła w nim rozmowa z ojcem Rupertem rzucił w biegu do chłopaka:

-Podarek pod Panienką- wysapał łamanym niemieckim- weź szybko albo zniknie- dodał i popędził dalej, nie czekając na odpowiedź.

W końcu wpadł na wąski zaułek między wewnętrzną palisadą a wschodnią ścianą prywatnej kaplicy Pana Rudolfa. Przystanął na chwilę przy małym okienku, przez które można było zobaczyć figurę najświętszej Marii Panny. Wśród okolicznych mieszkańców panowała powszechna zgoda, iż rzeźba ta jest istnym dziełem sztuki a dłoń która ją stworzyła musiał być prowadzona przez niebiańskich aniołów lub nawet samego Pana Boga. Besa, choć nigdy tego nie przyznał, nie chcąc nikogo urazić, uważał ją za najwyżej przeciętną, a może nawet kiepską ponieważ widział już w swoim życiu znacznie doskonalsze dzieła, zdobione z większym kunsztem i przepychem. Nie można był jednak jej odmówić, tego że bogato zdobiona złotem, srebrem oraz kamieniami szlachetnymi była prawdopodobnie najcenniejszą rzeczą w całej warowni. Położył skrzynkę na ziemi i sięgnął pod kozią skórę by wyciągnąć ze środka gąsiorek wina. Rozglądając się, ukradkiem schował go w zaroślach porastających podwaliny kapliczki.

-Mam nadzieję, że Berthold nie będzie miał problemu z jej znalezieniem- pomyślał.

Po tym jak ojciec Rupert okazał mu zaufanie i nie zajrzał do skrzynki, Besa nie byłby w stanie wziąć choćby łyka wina, nawet jeśli miałby przemarznąć do szpiku kości. Wyprostował się zostawiając drewniany pojemnik na ziemi. Podszedł do szczeliny, która znajdowała się między ścianą kapliczki a zabudowaniami mieszkalnymi i wyjął z niej wąską sosnową drabinę, którą oparł o mury dworu. Przeniósł skrzynkę w to miejsce i wyciągnął ze środka konopny sznur. Przeplótł jeden z jego końców przez specjalnie wywiercone w niej otwory a drugi koniec zagryzł między zębami i począł wspinać się po drabinie. Kiedy znalazł się na szczycie, wciągną ostrożnie ładunek uważając by o nic nim nie zahaczyć. Następnie uniósł drabinę i położył ją płasko na dachu. Ruszył powoli w dalszą drogę, po wąskim chodniku zbudowanym z dwóch równolegle ułożonych desek. Już po paru chwilach jago oczom ukazała się niewielka drewniana nadbudówka osadzona na szczycie sali rycerskiej, którą wśród wtajemniczonych zakonników szumnie nazywano uszatą wieżą. Budynek ten niegdyś służył jako gołębnik, ale z powodu uciążliwego usposobienia tych paskudzących wszędzie ptaków, dawno stracił swoją pierwotną funkcję. Obecnie jednak, dzięki swojemu strategicznemu położeniu, zyskał on nowe przeznaczenie. Służył teraz do swobodnego podsłuchiwania i protokołowania rozmów toczących się w położonej poniżej komnacie. Besa odsunął słabo trzymający się skobel i z trudem otworzył małe drewniane drzwiczki trzymające się na przerdzewiałych zawiasach. Ponieważ oficjalnie to miejsce nie pełniło żadnej funkcji, nikt z dworskich pracowników nie poświęcał czasu na jego konserwację i naprawę. Besa niejednokrotnie bał się że hałas skrzeczących zawiasów zdradzi jego obecność, dlatego zawsze starał się znaleźć w uszatej wieży jeszcze zanim w sali rycerskiej rozpoczną się rozmowy. Również tym razem mu się to udało, co prawda nie bez wydatnej pomocy ojca Ruperta, który zapewne właśnie teraz wychwalał nieocenione zbiory skryptorium w Hohenbergu oraz popisywał się nowymi metodami i technikami kopiowania pism, które opracowywał wraz z innymi braćmi. Szlachetni goście Pana Rudolfa oburzyli by się zapewne, gdyby poznali główne zadanie jakie w warowni Hohenberg wypełniał krzepki zakonnik. Był on członkiem siatki szpiegowskiej, która działała na zlecenie Biskupa Wurzburga, Gebharda II, wiernego stronnika Hohenstaufów i osobistego przyjaciela Fryderyka I, którego ze względu na swoją bujną rudą brodę zwano Barbarossą. Chociaż sam Rudolf von Hohenberg był świadom tej misji, to Besa miał wątpliwości czy zdaje on sobie sprawę ze skali tego przedsięwzięcia. Cała ta akcja- jak zapewniał go sam biskup Wurzburga, który chciał usprawiedliwić w oczach Besy nie do końca moralny charakter zadania- miała na celu gromadzenie informacji aby usprawnić administrowanie i logistykę na terenach zarządzanych przez Konrada III. Jej skryty charakter, tłumaczył natomiast tym, że ludzie świadomi spisywania ich słów, są mniej skłonni do szczerości i nie ujawniają swoich prawdziwych potrzeb, na zaspokajaniu których skupiać się chcą najwyższe władze. Te wyjaśnienia nie do końca przekonywały młodego skrybę, ale będąc tutaj gościem pochodzącym z odległej Aleksandrii, tłumaczył swoje wątpliwości różnicami kulturowymi. Jako, że nie znał jeszcze dostatecznie języka Germańskiego był on odsyłany do protokołowania rozmów prowadzonych po łacinie, którą władał biegle. Dyskusje takie toczyły się zazwyczaj pomiędzy ludźmi pochodzącymi z różnych stron lub sługami kościoła, a najczęściej pomiędzy tymi pierwszymi za pośrednictwem tych drugich. Nie inaczej miało być i tym razem. Besa uniósł pokrywę umieszczoną w podłodze dawnego gołębnika i odsłonił otwór, który niegdyś służył jako wejście. Teraz pomiędzy nim a stołem, przy którym miały toczyć się obrady, znajdowała się jedynie warstwa płótna, które było rozwieszone pod sklepieniem sali rycerskiej. Besa przyłożył głowę do otworu i nasłuchiwał przez chwilę. Kiedy upewnił się, że nikogo nie ma w komnacie poniżej, zaczął przygotowywać sobie stanowisko do pisania. Chwilę po tym gdy ułożył wszystko na swoim miejscu do pomieszczenie wszedł sługa, aby dorzucić drewna do rozpalonego kominka. Był to znak, że lada chwila mogą zjawić się goście Pana Rudolfa.

Tak też się stało. Po chwili krótszej od pacierza, zza drzwi zaczęły dochodzić podniesione głosy i do sali weszli wyczekiwani goście.

-...i to wycięcie tekstu w pasie bydlęcej skóry, aby swobodnie powielać tekst, nawet przez kogoś kto nie umie posługiwać się pismem, jest niesamowicie interesujące- Powiedział po łacinie nieznany Besie głos.

-Ta metoda wymaga jeszcze dopracowania, ale pokładamy w niej wielkie nadzieje- odpowiedział ktoś w kim chłopak rozpoznał ojca Ruperta.

-Jestem pewien, że ta nowinka wielce zainteresuje Sandomierskich Benedyktynów- odezwał się pierwszy głos- ojciec Feliks będący tam opatem niejednokrotnie uskarżał się na powolną pracę braci w skryptoriach, którzy zamiast poświęcić się kopiowaniu tekstów, często popadają w nadmierną zadumę nad ich znaczeniem teologicznym. Oddanie tych zadań prostszemu, niepiśmiennemu ludowi mogłoby rozwiązać ten problem.

- Najwyraźniej, nasz Pan swój kościół i jego sługi odlał z jednej formy na całym świecie- odpowiedział nieco rozbawiony, ale i pełen zrozumienia ojciec Rupert- te same bolączki zaprowadziły mnie do stworzenia zaprezentowanego w skryptorium rozwiązania- powiedział i umilkł na chwilę, po czym dodał- uważałbym jednak z oddawaniem tak istotnych prac w ręce prostaczków. Ich kreatywność w partaczeniu powierzonych im zadań często przekracza moją własną wyobraźnię.

Na te słowa, rozmówca ojca Ruperta, oraz kilku innych gości, przysłuchujących się ich dyskusji roześmiało się szczerze i przytaknęło z entuzjazmem tym słowom.

- Widzę, że kler ze wszystkich stron boryka się z tą samą przypadłością- powiedział gdy śmiechy już przycichły Rudolf von Hohenberg- księgi, pisma i traktaty to jedyne wasze zmartwienie, dobrze że możecie liczyć na opiekę szlachetnego rycerstwa, które chcąc przypodobać się Bogu dba o Was jak o niewiasty- zakończył głosem, w którym Besa wyczuł lekką drwinę.

-Ha! Doskonale powiedziane mój Panie!- zawołał jakiś nowy głos- szlachetni ludzie pisma nazbyt często zdają się zapominać kto służy im murem i chroni przed zbójem- podsumował toporną łaciną zniekształconą nieznanym Besie akcentem.

-Panowie- powiedział koncyliacyjnie ojciec Rupert- wszyscy spełniamy swoją rolę na ziemi, ale tylko wspólnie możemy realizować Civitas Dei. Zasiądźmy zatem razem do stołu i ustalmy najkorzystniejszy dla tej idei bieg wydarzeń.

W sali, wśród pomruków zgody, rozległ się dźwięk szurających o kamienną posadzkę krzeseł i metaliczny brzdęk dzwoniących sprzączek, łańcuchów i wszelkiej maści biżuterii, w którą musieli być bogato przyozdobieni goście warowni Hohenberg. Po chwili do komnaty weszła służka z dzbanem wina, które rozlała do czarek leżących przed zgromadzonymi. - Zostaw ten dzban na stole, dziecko i już więcej nas nie niepokój- powiedział przełożony Besy, który najwyraźniej przyjął rolę animatora na tym spotkaniu.

-Częstujcie się Panowie i delektujcie, albowiem zostało wam podane najdoskonalsze wino pochodzące od braci cystersów. Najlepszy dowód na to, że nie samym pismem kler żyje- dodał łagodnie.

-Oczywiście, masz rację ojcze- przytaknął Rudolf von Hohenberg, zdawałoby się chcąc załagodzić wcześniejszy spór- w zaspokajaniu potrzeb brzucha i krocza, również nie macie sobie równych- dodał kąśliwie.

Na te słowa, w komnacie rozległo się trochę śmiechów przemieszanych z westchnieniami pełnymi oburzenia.

- Dosyć tych uprzejmości- uciął nagle zimny stanowczy głos, który musiał należeć do jakiegoś starszego człowieka- spotkaliśmy się tutaj w konkretnym celu. Nie jest nim na pewno wysłuchiwanie żali czy przechwałek. Istotna rola naszych stanów jest na tyle oczywista, że tylko głupiec by jej nie zauważył, a żaden głupiec nie powinien brać udziału w naszych obradach. Zakończcie zatem kogucie tańce lub opuśćcie tę izbę. W sali zapadła grobowa cisza, w czasie której dało się słyszeć pojedyncze puchary unoszone i odstawiane na stół, oraz lekkie skrzypienie krzeseł wzruszonych nerwowymi ruchami niektórych z gości. Besa również zamarł leżąc na szorstkiej podłodze uszatej wieży. Nigdy nie słyszał żeby ktoś się tak odnosił do możnego gospodarza w jego własnym domu. Karcący wszystkich starzec musiał być kimś bardzo ważnym albo bardzo bezczelnym. Przedłużająca się na dole cisza skłaniała młodzieńca ku pierwszej z tych opcji. Nagle przerwał ją ten sam głos, który ją wywołał, lecz brzmiał już zupełnie inaczej- był cichy, powolny i opanowany, jak na wiekowego męża przystało.

- Ojcze Rupercie, zechciej proszę przedstawić nam naszych dzisiejszych rozmówców i wprowadź nas w istotę sprawy, tak aby nikt nie miał wątpliwości po co się tu dzisiaj zgromadziliśmy- teraz gdy starzec przemawiał spokojnie, Besa miał nieodparte wrażenie, że przemawia ktoś kogo już wcześniej poznał. Nie mógł sobie tylko przypomnieć gdzie. Dźwięk szurającego krzesła zasygnalizował powstanie jednego z obradujących.

-Witajcie szlachetni, w sali rycerskiej warowni wielkich Panów Hohenbergu- zaczął niepewnie ojciec Rupert, wyraźnie podkreślając znaczenie tu panującego. Zapewne po to aby połechtać jego świeżo naruszone ego- w której gospodarzem jest Rudolf von Hohenberg- pomruki z sali oraz lekkie poruszenie świadczyły o grzecznościowych formach powitania, takich jak słowne pozdrowienie, lekkie skłony czy przyłożenie uzbrojonej w pierścienie dłoni do piersi- dzięki jego życzliwości możemy przywitać wśród nas gości, którzy przybyli tutaj z odległych stron- zakonnik kontynuował wprowadzenie- Podziwiając wysiłek jaki podjęli aby dotrzeć do wspaniałego księstwa Szwabii chciałbym w pierwszej kolejności przedstawić tego, który przebył największy dystans aby zasiąść z nami przy jednym stole.

-Brat Gilbert- wznowił po krótkiej pauzie zakonnik- przybywa do nas z odległego dworu czcigodnego króla Baldwina III- ojciec Rupert przerwał ponownie aby pozwolić reszcie, okazać swoje wyrazy szacunku dla przybysza z odległej Jerozolimy.

-To wielki zaszczyt i przyjemność, móc spotkać kogoś z dworu wielkiego obrońcy naszej wiary i grobu Pańskiego- powiedział ktoś kogo głosu Besa jeszcze nie słyszał- pchany grzeszną ciekawością muszę zapytać: ile czasu zajęła ta podróż?

- Na szczęście obyło się bez większych niespodzianek i udało nam się dotrzeć do Konstantynopola w niespełna trzy tygodnie- Brat Gilbert przerwał na chwilę, prawdopodobnie by upić łyk wina- wyborne- powiedział i kontynuował swoją relację z wyprawy- w Konstantynopolu natomiast, dzięki uprzejmości Cesarza Manuela spędziliśmy dwa tygodnie na uzupełnianiu zapasów i odpoczynku, potem...- przerwał ponownie, najwyraźniej będąc faktycznie zachwyconym winem Cystersów- w towarzystwie Pana Leona, z krótką przerwą w Polonii, dotarliśmy do Hohenbergu w przeciągu sześciu niedziel.

-Niesamowite!- powiedziała ta sama osoba, która zadała pytanie- dwa miesiące z ziemi świętej. Świat zaiste kurczy się w naszych oczach- podsumował.

Chociaż niski ton głosu tego nie zdradzał, Besa domyślił się, że zadającym pytanie musiał być ktoś młody i nadgorliwy. Świadczyły o tym nadmierny zapał i entuzjazm przemawiającego a nader wszystko lizusowski styl wypowiedzi. Tak jakby już przed usłyszeniem odpowiedzi, przemawiający wiedział, że chce się nią zachwycić.

-Tym samym chciałbym przywitać wspomnianego Leona Synadenosa oraz towarzyszącego mu brata Cyryla- wtrącił gwałtownie ojciec Rupert, zapewne obawiając się utraty kontroli nad przebiegiem obrad- wielkiego kupca i zaufanego członka dworu Cesarza Manuela I Komnena. Tym razem poruszenie związane z grzecznościowym powitaniem gościa, zostało zagłuszone donośnym głosem przedstawionego.

-Bardzo dziękuję za tak zacne przyjęcie- powiedział tubalnym tonem, który zdradzał jego potężną posturę- nie jest to moja pierwsza wizyta w Germanii, jednak pierwsza w księstwie Szwabii, które zaiste zachwyca swoimi licznymi urokami- słowa, których użył oraz jego akcent, świadczyły o wcześniejszym przygotowaniu tej grzecznościowej formułki powitalnej. Kupiec Leon musiał słabo posługiwać się łaciną, co tłumaczyło obecność zakonnika w jego towarzystwie.

-Powitajmy również Ebharda von Steinacha- kontynuował ojciec Rupert gdy szmery ucichły- kanclerza diecezjalnego Wurzburga oraz jego towarzysza- zakonnik przerwał na moment, w oczekiwaniu na przedstawienie nieznanego mu gościa. Nie doczekawszy się jednak żadnego komentarza mówił dalej.

- Reprezentuje on tutaj wielką mądrość i troskę o sprawy ludu bożego jaką przejawia biskup Gebhard II, który słuszne sprawy zawsze wspiera modlitwą i dobrym słowem. Po tej prezentacji Bese zdał sobie sprawę skąd kojarzy głos starca. Poznał kanclerza kiedy był w Warzburgu. Zrobił on na nim wrażenie spokojnego i zmęczonego życiem staruszka. Dlatego jego surowy i zdecydowany ton zupełnie zbił go z tropu.

-Na koniec, chciałbym przedstawić szlachetnego przybysza z sąsiedniej Polonii- Piotra z Bobrowca, oraz towarzyszącego mu ojca Michała- powiedział krótko zakonnik. Dało się wyczuć, że ci goście byli darzenie najmniejszą estymą wśród zgromadzonych. Świadczyło o tym zdawkowe powitanie oraz brak poruszenia wśród witających się gości, które towarzyszyło poprzednim prezentacjom.

-Jesteśmy wielce zachwyceni mogąc po raz kolejny gościć w Hohenbergu- powiedział ktoś w kim Besa rozpoznał tę samą osobę, która wypytywała ojca Ruperta o techniki kopiowania tekstów, gdy wchodzili do sali. Musiał być to zatem ojciec Michał.

Po chwili odezwała się kolejna osoba.

-Choć z Warzburga znacznie bliżej do Hohenbergu aniżeli z mej ojczystej ziemi Sandomierskiej, nie będę chował urazy, gdyż znacznie sobie cenię godność biskupa Gebharda- powiedział w sposób, który wcale nie potwierdzał wypowiedzianych słów. Przemawiający cedził przez zęby a jego ton był zimny i szorstki. Musiał być to ten sam szlachcic, który przyznał wcześniej rację Panu Rdolfowi w sprawie usposobienia sług kościoła. Chociaż już nie tak rozbawiony, to w dalszym ciągu mówiący topornie i z ciężkim akcentem. Besa nie rozumiał czemu ten przybysz chowa taką urazę. Tylko dlatego, że został on przedstawiony jako ostatni, chociaż ojciec Rupert zapowiedział, że zaanonsuje gości w kolejności- od przybyłego z najdalszych stron? Młodemu skrybie wydało się to bardzo małostkowe. W sali poniżej również nie wiedziano jak na to zareagować ponieważ zapadła krótka niezręczna cisza. Przerwał ją, stojący na straży porządku obrad, ojciec Rupert. Ignorując zupełnie uwagę polskiego wielmoża, zaczął przybliżać istotę dzisiejszego zgromadzenia. Besa, wykorzystując ten moment zapisał na przygotowanym wcześniej pergaminie imiona ośmiu obradujących. Przy każdym z nich nakreślił krótki opis postaci, mający pomóc mu lepiej orientować się w konwersacji. Jedyną niezidentyfikowaną osobą w tym towarzystwie był młody mężczyzna, którego Besa w duszy nazwał lizusem. Musiał być to towarzysz kanclerza z Warzburga, którego imię było tajemnicą nawet dla jego przełożonego.

Z wypowiedzi ojca Ruperta zaczął się wyłaniać plan krucjaty do ziemi świętej. Kluczową rolę w tym przedsięwzięciu odgrywał kupiec Leon, który dzięki swoim licznym kontaktom w Konstantynopolu, miał zorganizować transport morski dla zgromadzonej w Europie grupy zbrojnych. Głównym problemem dla tego zagadnienia było ustalenie liczebności tej eskapady, w czasie którego ukazała się prawdziwa istota obecności kanclerza diecezjalnego Warzburga. Był on bowiem świeżo po objeździe ziem podległych Hohenstaufom, na których prowadził skrupulatną inwentaryzację dóbr i sił zbrojnych zgromadzonych przez ich lenników. Rudolf von Hohenberg, jako jeden z potężniejszych stronników Barbarossy był równie kluczową postacią dla całego przedsięwzięcia. Wystawieni przez niego rycerze mieli stanowić czwartą część całej zbrojnej gromady. Piotr z Bobrowca natomiast, który jak się okazało prezentował na zgromadzeniu, możnego pana: Jakse z Miechowic, który sam był wasalem księcia Henryka Sandomierskiego, oferował w imieniu swoich mocodawców jedynie 150 zbrojnych, z czego zaledwie trzecią część stanowili jeźdźcy. Po wstępnych szacunkach określono wielkość wojska na 550-600 zbrojnych z czego 200 walczyło z konia. Besie nie wydawało się to wcale imponujące, chociaż ton rozmówców poniżej zdradzał samozadowolenie z tych osiągnięć. Szczególnie pysznił się gość z Polski, który bardziej niż ilość, wychwalał jakość Sandomierskich wojowników. Mieli oni być najbardziej nieustraszeni i waleczni spośród wszystkich żołnierzy w Europie. Te oczywiste przechwałki drażniły widocznie pana Rudolfa, który co jakiś czas komentował peany przybysza ze wschodu, śmiechem lub słowami niedowierzania. Besę natomiast, cieszyło gadulstwo Piotra z Bobrowca. Dzięki długim przechwałkom nie wnoszącym nic merytorycznego do istoty sprawy, miał on czas na przegryzienie paru śliwek. Doszło do tego, że gdy tylko w sali rycerskiej rozlegał się głos tego gościa, chłopak odruchowo sięgał do skrzynki żeby coś przekąsić.

W czasie kiedy w sali rycerskiej omawiano szczegóły ekwipunku i ilości koniecznego do zmagazynowania prowiantu na tak odległą podróż, za gęstymi chmurami gromadzącymi się na Germańskim niebie słońce stanęło w zenicie a na daszek uszatej wieży spadły pierwsze krople deszczu. Usłyszawszy to, Besa zaciągną na siebie przyniesiony kawał koziej skóry przeczuwając, że nie skończy się to lekkim letnim deszczem. Cichy odległy grzmot utwierdził go tylko w tym przekonaniu. W czasie swojego pobytu w Europie chłopak przeżył niejedną burzę i poznał potężną i niszczącą moc gwałtownej nawałnicy wiatru i wody płynącej z nieba niczym wartka rzeka spadająca wodospadem z boskich ogrodów w Edenie. Czasem natomiast, kończyło się jedynie na groźnych pomrukach żywiołu i rozświetlających horyzont błyskach. Mając nadzieję na najlepsze, chłopak szykował się jednak na najgorsze i opatulił się jeszcze szczelniej, zwijając się w niewielkie zawiniątko. Na nieodległej wieży kościoła rozbrzmiało pierwsze z dwunastu uderzeń dzwonu oświadczających wszem i wobec iż nastało południe.

Dokładne ustalenie ilości wojowników, ich uzbrojenia, koni, towarzyszącej im służby i giermków trwało aż do popołudniowych modlitw. W tym czasie stary, wysłużony gołębnik zdołał przetrwać kilka fal ulewnego deszczu i niejeden napór potężnego wichru. Besie wydawało się kilkukrotnie, że konstrukcja runie na jego głowę, gdyż stare drewno jęczało i skrzypiało niemiłosiernie przy każdym większym podmuchu. Uszata wieża miała jednak ustać jeszcze przez wiele lat, do końca wiernie służąc biskupiemu wywiadowi. Po zgromadzeniu wszystkich niezbędnych informacji, które na bieżąco były tłumaczone kupcowi Leonowi przez brata Cyryla, mógł on oszacować wielkość floty jaka będzie konieczna do przewiezienia całej krucjaty.

-Konieczne będzie zaangażowanie dwóch średniej wielkości naw- zawyrokował ustami bizantyjskiego duchownego kupiec- możliwym byłoby pomieścić na jednej Weneckiej jednostce całe to towarzystwo, jednak zwiększy to znacznie ryzyko całej wyprawy- Brat Cyryl wstrzymał na chwilę tłumaczenie słów Leona, ponieważ ten delektował się właśnie mięsem, które zostało przyniesione chwilę wcześniej, specjalnie na jego życzenie. -Najrozsądniejszym jednak, byłoby zaangażowanie trzech mniejszych jednostek, aby zminimalizować ewentualne straty, jakie mogą poczynić niepożądana pogoda czy napaść Berberyjskich piratów. Jest to rozwiązanie nieco bardziej kosztowne ale dalej znacznie mniej dotkliwe niż utrata połowy całej eskapady- zakonnik zakończył tłumaczenie dalszej części ekspertyzy upijając łyk wina.

-O jakiej różnicy kosztów mowa?- zainteresował się Rudolf von Hohenberg.

Po przetłumaczeniu pytania i wysłuchaniu odpowiedzi zakonnik stwierdził, że koszt trzech mniejszych jednostek jest prawie o trzecią część większy od ceny jaką należałoby uiścić za dwa statki średniej wielkości. -Toż to jakiś nonsens!- zakrzyknął oburzony gospodarz- niewiele dopłacając moglibyśmy wynająć trzy pośrednie łodzie, na których nadmiar wolnego miejsca można by wypełnić pielgrzymami lub towarem. W ten sposób zarobilibyśmy zapewne na całym tym przedsięwzięciu. Wydaje mi się, że chcecie się wzbogacić na naszej szlachetnej misji. Widać ciągłe obcowanie z saracenami przysłoniło wam chrześcijańskie idee- podsumował gniewnie.

Po usłyszeniu tłumaczenia tych słów Pan Synadenos wzburzył się wielce i uniesionym tonem począł odpowiadać na stawiane mu zarzuty. Besa w jego wypowiedzi wychwycił wielokrotnie powtarzające się słowo "moros", które o ile dobrze pamiętał, w języku greckim oznaczało głupca.

-Bardzo słuszne uwagi- zaczął tłumaczenie brat Cyryl. Podsłuchujący Besa pomimo swojej nikłej znajomości Greki, był pewien że te słowa nie padły z ust bizantyjskiego kupca- miałbyś Panie całkowitą rację, gdyby nie pewne okoliczności i specyfika handlu prowadzonego w Konstantynopolu. Aby zatowarować okręty w celach komercyjnych, konieczna byłaby promesa gildii kupieckiej, którą wykupuje się w skali roku. Zakładając, że udałoby się takową otrzymać to pojedynczy transport dóbr, wystarczyłby zaledwie na pokrycie kosztów jej pozyskania. A to i tak przy założeniu, że udałoby się dotransportować towar w całości i korzystnie sprzedać go w portach Akki czy Tyru- przemawiający przerwał na chwilę aby wziąć oddech, zapewne przy tej okazji namyślając się nad odpowiednim doborem słów dla dalszej części wypowiedzi- Jeżeli chodzi o pielgrzymów- kontynuował- mogłoby to przynieść korzyść finansową, jednak niesie ze sobą również ryzyko strat. Oczekiwanie na odpowiednio liczną grupę mogłoby trwać tygodnie lub nawet miesiące. Mniejsze grupy zabierają się na bieżąco z wypływającymi codziennie statkami kupieckimi. Żeby zachęcić ich do oczekiwania, aż nie zbierze się wystarczająca ilość pielgrzymów, abyśmy wypłynęli w pełni załadowani, należałoby zaoferować atrakcyjną cenę za transport. Dodatkowo, każdy dzień oczekiwania wiązałby się z koniecznością utrzymania obecności naszych wojsk w przyległych do miasta terenach, a ani kwatera, ani strawa nie są tam najtańsze- zakonnik przerwał ponownie i zaczął potwornie skrzypieć krzesłem, zapewne nerwowo się w nim poprawiając- podsumowując mój Panie, istnieje duże ryzyko, iż wyszlibyśmy stratnie na całym tym przedsięwzięciu.

Besa począł szybko notować uzyskane informacje, gdyż wydały mu się niezwykle interesujące i istotne. Słyszał niejednokrotnie o bizantyjskiej biurokracji, a słowa zakonnika były pewnym potwierdzeniem panujących powszechnie plotek. Rozmarzył się nawet przez chwilę, wyobrażając sobie wielkie porty i obecny w nich nieustanny ruch.

-Widać Panie, że nie jesteś obeznany z morskim rzemiosłem- zaczął głośno Piotr z Bobrowca, gdyż najwyraźniej wypite wino przytępiło jego słuch- zdarzyło mi się niegdyś popaść w saraceńską niewolę, z której cudem uszedłem z życiem- opowiadał z zapałem.

Chłopak słuchał go jedynie jednym uchem, gdyż nie skończył jeszcze notować słów brata Cyryla.

-Wcześniej jednak przymuszony do nieludzkiego wysiłku robiłem przy wiośle na galerze Seldżuckiego sułtana. Nauczyłem się tam, że równie cennym co sam statek jest kapitan i jego doświadczona załoga. A trzy statki to trzech kapitanów i trzy załogi!- zakrzyknął na koniec, zadowolony z posiadanej wiedzy- dlatego i koszty trzykrotne- podsumował.

-Jest w tym wiele prawdy- przytaknął bizantyjski duchowny.

-Nie przechwalałbym się nazbyt nieudolnością, która doprowadziła mnie do popadnięcia w niewolę. Szczególnie u bezrozumnych saracenów-powiedział jadowicie Rudolf, po czym dodał- Pracę jednak przydzielili Panu adekwatną do umiejętności, chociaż jak sądzę gadulstwo przy wiośle jest zbędną cechą- ostro skrytykował wypowiedź Polaka.

Chwilę ciszy przerwał spokojny głos polskiego wielmoża- widzę, że zwyczaje w księstwie Szwabii, choć niewiele oddalonego od ziemi Sandomierskiej, różnią się od tamtejszych wielce- powiedział- Gościa u nas jest zwyczaj szanować, radą nie wzgardzać, a z cudzych doświadczeń warto korzystać, by oszczędzić sobie nauki wyciąganej z własnej niedoli- Głos Polaka wydał się Besie nienaturalnie spokojny, spodziewałby się raczej po nim oburzenia na taką obrazę, szczególnie biorąc pod uwagę wcześniejsze jego gadulstwo. Taki lektorski ton mógł wielce rozwścieczyć gospodarza, który ewidentnie uważał się za lepszego od swojego gościa. Chłód i napięcie bijące z otworu w podłodze udzieliły się chłopakowi, który w bezruchu oczekiwał dalszego rozwoju wydarzeń. Na szczęście starcie to zostało przerwane przez czujnego zakonnika.

-Myślę, że wszystkim nam dobrze zrobi chwila przerwy- powiedział milczący od dłuższego czasu ojciec Rupert- zaraz każę przynieść jadło i napitek. Wam Panowie natomiast, polecam przewietrzyć myśli i rozprostować kości. Krzesła w sali rycerskie zaszurały wspólnie po posadzce a w powietrzu zaczęły się nieść ciche rozmowy w różnych językach. Parę osób opuściło izbę czego świadectwem było skrzypienie ciężkich dębowych drzwi. Besa nie rozumiejąc treści panujących na dole szmerów, zabrał się za przyniesiony bochenek. Niestety namókł on nieco, ponieważ chłopak niefortunnie położył go pod dziurą w stropie, z której małymi kroplami sączyła się woda. Wielce niezadowolony takim obrotem spraw, poddał się po paru kęsach i odłożył chleb w suche miejsce, w nadziei że ten za jakiś czas obeschnie. Unoszący się z dołu zapach pieczonego drobiu, który został przyniesiony w ramach poczęstunku dla gości, uruchomił ślinianki chłopaka i przymusił go do kolejnej próby spałaszowania pieczywa.

-Od dołu nawet tak nie namókł- pomyślał i odłamał sobie niewielki kawałek.

Włożył go do ust i zaczął przeżuwać, wyobrażając sobie, że je pyszną pieczoną kuropatwę. Ciche z początku rozmowy zaczęły się nasilać a anturaż ważnego politycznego spotkania zaczął ustępować na rzecz klimatu karczemnej schadzki. -Zaraz się popiją i nic już dzisiaj nie ustalą- zmartwił się chłopak, mając przed oczami wizję kolejnego dnia spędzonego w małej, zimnej izdebce. Naglę wśród panującego harmidru wychwycił słowa kanclerza Wurzburga mówiącego po niemiecku: - Dosyć tej swawoli, mamy krucjatę do zorganizowania- powiedział spokojnie, po czym dodał przyciszonym głosem- zostań Rudolfie po spotkaniu, mam dla Ciebie pewne zadanie, które musimy omówić. Po tych słowach w sali rozległo się dosyć głośne chrząknięcie, przykuwające uwagę zajętych swoimi sprawami gości.

- Drodzy Panowie- zaczął ojciec Rupert- proponuję abyśmy zasiedli z powrotem do rozmów, mamy jeszcze wiele kwestii do uzgodnienia, a czas płynie nieubłaganie.

Zmobilizowani słowami duchownego, goście zaczęli powoli zajmować swoje miejsca przy stole, kolejny raz zmuszając masywne drewniane krzesła do wydania z siebie niezliczonych skrzypnięć i szurnięć. Tocząca się po przerwie część obrad, skupiała się na aspekcie finansowym całego przedsięwzięcia. W jej toku na jaw wyszła istota obecności brata Gilberta. Jako przedstawiciel króla Baldwina III, oferował on w imieniu władcy Jerozolimy nadania ziemskie dla członków wyprawy, którzy wykażą się w jej trakcie największym męstwem i zaangażowaniem. Na ten cel panujący w ziemi świętej król, przeznaczył liczne majątki leżące na wschodnim wybrzeżu morza martwego. Ich dokładna lokalizacja oraz wielkość zostały zaprezentowane na przywiezionej przez zakonnika mapie. Musiała być ona wykonana z wielkim kunsztem, ponieważ w czasie prezentacji dało się słyszeć westchnienia zachwytu i komentarze wskazujące na najwyższą jakość.

-Cóż ta ziemia ma do zaoferowania- zapytał trzeźwo polski duchowny- widzę, że leży na samym skraju królestwa co czyni jej posiadanie niepewnym i ryzykownym.

-To prawda, jednak niespełna dekadę temu wzniesiono tam potężną twierdzę w Kerak- brat Gilbert musiał wskazać miejsce na mapie, ponieważ było słychać przeciskających się ludzi, którzy zapewne chcieli na własne oczy upewnić się, że zamek jest wystarczająco blisko omawianych ziem- panuje tam obecnie Maurice de Montreal, który z wielką zaciekłością zwalcza saracenów na tym terenie. Jeżeli dodatkowo w tej misji wesprą go wielcy europejscy rycerze, którzy osiądą w okolicy, to miejsce to stanie się jeszcze bezpieczniejsze- duchowny sprytnie podszedł rozmówców, którym teraz nie wypadało sprzeczać się z tak przedstawioną sytuacją.

-To bardzo pokrzepiające wieści- odpowiedział ojciec Michał- co zatem można uprawiać na tych względnie spokojnych ziemiach?

-Niestety, pomimo licznie występujących oaz ziemia ta z wielkim trudem rodzi plony. Największe bogactwo leży jednak u wybrzeży morza martwego, gdzie cofające się wody zostawiają wielkie połacie piachu pokrytego skorupą soli. Jej wydobycie nie wymaga wyspecjalizowanych pracowników do kopania głębokich żup. Wystarczą niewolni zbierający urobek leżący pod nogami i wielbłądy do jego transportu.

-Wielbłądy?- zapytał zaciekawiony Rudolf

-To...- zaczął tłumaczyć Gilbert

-Nie słyszałeś Panie o wielbłądach?- wtrącił się lekko rozbawiony i zaskoczony Piotr- to muły pustyni. Ponoć noszą na plecach garb pełen wody, który pozwala im przetrwać przez długie dni bez dostępu do poidła.

-Niektóre noszą nawet dwa garby- dopowiedział duchowny- ale udało Ci się Panie dość trafnie opisać tego egzotycznego zwierza.

-Faktycznie, słyszałem o nich- powiedział Rudolf, ewidentnie niezadowolony z nauk otrzymanych od Polaka, którym pogardzał- musiałem poznać inną ich nazwę- dodał usprawiedliwiając się.

Średnia ocena: 3.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania