Przyjaciele
Ateny 1993
Biję, jakby od tego zależało czy świat nadal będzie istniał. Jakby od moich pięści zależało czyjeś życie. Tamten też dobrze bije, ale nie jest w stanie mnie złamać. Krew zalewa oczy z rozciętego łuku brwiowego, a ból pulsuje w głowie, ale to ja stoję, a może raczej powinienem powiedzieć, chwieję się podtrzymywany przez przyjaciela. Tamten leży, ale nic mu nie będzie. Też jest twardy.
Zabieram pieniądze i jedziemy do byłej dziewczyny przyjaciela – Agi, bo Aga jest lekarką i nie mam pojęcia, jak wdała się w miłość z tym dupkiem Mikelem. Dlaczego mówię na niego dupek, skoro jest moim przyjacielem? Bo jedno nie wyklucza drugiego.
Ateny kochają noc. Noc wypełnia miasto. Rozlewa się wypełniając, każdy kąt. Zalewa żalem samotne serca i sprawia, że kochankowie stają się niewidzialni.
Aga mieszka na Omonii. Podziwiam dziewczynę, bo pełno tu różnych podejrzanych typów i uzbrojonych policjantów. Stoją autokary policyjne wywożące nielegalnych imigrantów na Alexandras, a stamtąd nie ma już odwrotu. Jest tylko deport.
Czwarte piętro bez windy. Odrapana klatka schodowa sprawia wrażenie, jakby mieszkali tu ludzie, którym nie chcielibyście wejść w drogę, ale to tylko złudzenie.
Jest druga w nocy. Mikele stuka sygnetem do drzwi. Po chwili otwiera Aga w białym szlafroku.
- Znowu? – Klnie, ale wpuszcza nas do środka. – Myślałam, że jesteś mądrzejszy od tego tu – wskazuje palcem na Włocha.
- Jakoś trzeba zarobić na życie.
- Walki za pieniądze nazywasz pracą?
- Chwilową. To tylko tak – wzruszam ramionami.
- Ostatni raz. Nie pomogę ci więcej ani z wybitym barkiem, ani z rozciętym łukiem brwiowym. Zapamiętaj to sobie i skończ z tymi walkami, bo przyjdzie dzień, że nie dam rady ci pomóc. Co będzie, jeśli zginiesz podczas takiej walki?
- Nic. Skończy się wszystko.
- Czy twoich rodziców stać na ściągnięcie zwłok do kraju? Myślałeś, jak oni to przeżyją?
Jest naprawdę wściekła, ale po co od razu uprawiać takie czarnowidztwo. Nie. Nie myślałem o tym.
Przechodzimy do kuchni. Siadam na krześle przy stole. Mikele mimo sprzeciwu Agi wyjął z dżinsówki butelkę Metaxy i nalał do szklanek.
- Napij się Gzesiek – zabawnie mówi po polsku z tym włoskim akcentem. – Psyda ci się – podsuwa mi szklankę.
Agnieszka sprawnie zszywa rozcięty łuk brwiowy, a przy okazji dostaję niezłą połajankę.
- Grzegorz. Przecież ty nie masz papierów, a pchasz się tu w jaskinie lwa. Wystarczy, że zapytają cię, skąd jesteś i poproszą o okazanie paszportu. I co wtedy zrobisz? Chcesz, żeby cię deportowali?
- Dam sobie radę. Nie martw się.
Ona jest tu na legalu. Ma matkę Polkę, a ojca Greka, którego ostatni raz widziała, gdy miała sześć lat. Tu się urodziła, spędziła młodość. To jej świat. W przeciwieństwie do mnie jest tu potrzebna.
Pijemy raz i drugi. Mikele w przedpokoju próbuje dogadać się z Agą, jakoś ją przeprosić za rzeczy, o których nie mam pojęcia. Wychodzę na balkon. To nie była moja pierwsza walka, ale pierwsza, w której trafiłem na równorzędnego rywala.
Aga przynosi miskę z lodem i butelkę Metaxy. Mikele obraził się i wyszedł, trzaskając drzwiami. Chcę już iść, ale Agnieszka zatrzymuje mnie.
- Lepiej będzie, jak wyjdziesz nad ranem. Wtedy nie ma dużo policji i spokojnie wrócisz do domu. Włóż ręce do miski z lodem.
Mikele może poruszać się po mieście, gdzie i kiedy chce. Jego policja nie zapakuje do autokaru i nie wywiezie na Alexandras, gdzie będzie czekał na deportacje.
Czy muszę mówić, że od dawna kocham Agnieszkę? Jej bliskość sprawia, że serce bije jakoś inaczej.
- Nie wiem, co ja takiego widziałam w tym twoim przyjacielu. Chyba tylko ładne oczy.
- To dobry chłopak...
- Nie broń go! Dobry to może jest dla ciebie.
- Nie wiem, co między wami zaszło, ale może da się to jeszcze naprawić – wypijam Metaxę i wstaję. Chcę iść w noc. Po drodze do mieszkania, w którym nikt nie czeka zahaczyć o jakąś knajpę i gapiąc się na ulicę wychylić kilka szklaneczek, ale zamiast tego wstaje i Agnieszka.
- Tego co człowiek zrobił drugiemu człowiekowi, nie da się tak łatwo naprawić.
Wchodzi do salonu i włącza Sade - No Ordinary Love. Ciche dźwięki i dłoń Agi wyciągnięta w moją stronę i nic już nie jest takie proste. Miałbym zrobić to przyjacielowi?
- Nie wyobrażaj sobie niczego. Po prostu mam ochotę zatańczyć.
Więc tańczymy, choć to nie jest moja mocna strona. Właściwie oprócz bójek w niczym nie jestem dobry. Zostawiłem za sobą cały świat daleko, tak daleko, że gdybym krzyczał, ile w płucach sił nikt mnie nie tam usłyszy. Ani ojciec, ani matka. Nikt. Mam tu swój nowy świat i czuję, że źle go buduję. W złą stronę poszedłem. Zgubiłem się w tym wszystkim.
- Pocałujesz mnie w końcu? – Niebieskie oczy Agnieszki wpatrzone we mnie to teraz cały mój świat. Może ona jest kotwicą, która zatrzyma mój pęd w dół? Sprawi, że będę wstawał rano do pracy, robił zakupy, kochał ją z całych sił, jak na to zasługuje i stanę się lepszym człowiekiem. Czy ja zasługuję, żeby kogoś kochać?
- Muszę złapać oddech – śmieje się Agnieszka.
Czuję krew z rozbitej wargi po walce.
- Krwawisz.
Idę do łazienki. Myję twarz zimną wodą. Muzyka cichnie. Agnieszka stoi w drzwiach.
- Jak się czujesz? – Słyszę troskę w jej głosie.
- Wszystko w porządku. Nic mi nie jest. Pójdę już.
Wycieram twarz ręcznikiem.
- Nigdzie nie pójdziesz. Zostaniesz tutaj. Czy ty jesteś ślepy? – Dodaje po chwili, jakby zbierała siły, by o to zapytać.
- Ze wzrokiem nie mam jeszcze problemu – idziemy na balkon.
- Byłeś tu wiele razy z Mikelem. Siedziałeś z nami na balkonie przy stole czy na kanapie. Czy nie widziałeś, że się na ciebie patrzę?
- Widziałem – jasne, że widziałem. Umarły by zauważył, kiedy piękna kobieta mu się przygląda. – Ale Mikele to mój przyjaciel.
- Już nie.
- Co znaczy już nie?
Bierze papierosa i zapala. Zaciąga się mocno, odchyla głowę w tył i wypuszcza dym.
- Powiedziałam mu, że spałam z tobą i że kocham cię, a do niego nic nie czuję. Chciałam mu odpłacić tym samym – mówi szybko, jakby chciała to z siebie wyrzucić i zapomnieć. – Skrzywdzić go tak jak on skrzywdził mnie.
- Uwierzył ci?
- Jasne.
Świat czasem potrafi się zatrzymać w jednej chwili. Nie potrafi tego rozpędzona karuzela czy auto, ale świat, jak najbardziej. Patrzę w jej oczy i widzę ocean bezradności sunący wprost na mnie. To sytuacja, która sprawia, iż czuję, jak moje stopy z niewyobrażalną siłą wbijają się w beton balkonu, a dłonie zaciskają się na poręczy ogrodowego krzesła. Gdybym w tej chwili miał w dłoniach butelkę zgniótłbym ją. Miłość czy przyjaźń – oto jest pytanie.
Wyjmuję papierosa i zapalam.
- Grzegorz. Powiesz coś?
Napełniam szklankę alkoholem i wypijam duszkiem.
- Spieprzyłaś wszystko. Nie tak się to robi.
Całuję ją i wychodzą.
Przez trzy dni siedzę w mieszkaniu. Wychodzę tylko do piekarni i sklepu po papierosy i alkohol. Mikele się nie pojawia i nie dziwię mu się, a ja nie próbuję tego naprawić, bo niby jak? Mam iść i powiedzieć, że Aga to wszystko wymyśliła? Przecież on mi nie uwierzy. Ja też bym nie uwierzył.
Wieczorem dzwonię do Markosa. Jest dla mnie walka w piątek. Czy się godzę? Jasne. Biorę w ciemno. Jest cholernie dobry? Tym lepiej. Walka na pięści nie jest dla cieniasów. Biorę. Nie dlatego, że czuję się tak pewien, ani dlatego, że potrzebuję pieniędzy. Może chcę sobie coś udowodnić?
Jest piątkowy wieczór. Wychodzę z mieszkania przed dwudziestą i przed blokiem spotykam Agnieszkę. Siedzi na schodach i czeka. Miała nadzieję, że wyjdę, bo nie wiedziała, w którym mieszkaniu mieszkam.
- Już mu wszystko wytłumaczyłam. On nie jest zły. Powiedział, że to ty powinieneś być ze mną, a nie on.
- Muszę iść. Jak wrócę, to porozmawiamy.
- Idziesz się bić? – Biegnie za mną, jakby miała nadzieję, że mnie zatrzyma.
- Wróć do domu i czekaj. Przyjadę do ciebie – rzucam obietnicę.
Żegnamy się i każde idzie w swoją stronę.
Pada deszcz. Magazyn jest stary z dziurawym dachem, a mimo to w powietrzu unosi się zapach potu stęchlizny i taniego piwa. Na środku magazynu na betonowej posadzce wyznaczono kredą kwadrat. Kilka budowlanych lamp rozświetla ciemność. Spory tłumek gapiów zaczyna obstawiać zwycięzcę walki. Tym razem nie ma obok mnie przyjaciela. Mark pyta, czy wszystko w porządku i czy jestem pewien, że chcę walczyć. Jasne. Po to tu przyszedłem.
Walka od początku nie przebiega po mojej myśl. Gość jest szybszy i naprawdę mocno bije. Łuk brwiowy znów krwawi. Tydzień to za krótko, by się zrósł. Dobrze o tym wiem. Obraz zamienia się w czerwony półmrok. W skroniach pulsuje ból. Żebra, jakby ktoś ścisnął obręczą i trudno złapać oddech, ale nie poddaję się. Też mam mocne uderzenie. Gość trafiony w skroń upada, ale szybko się podnosi. Czarne plamy wirują przed oczami serce bije, jak oszalałe. Okładamy się pięściami z nadzieją, że ten drugi upadnie pierwszy. Gdzieś z oddali słyszę dopingujących nas gapiów.
W końcu upadam uderzając głową o beton. Jeszcze widzę twarz Mikela pochylającego się nade mną i wiem, że się mną zajmie. Jak zawsze.
Czuję przerażenie, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Dławię się krwią i czuję, że umieram. Noc zalewa żalem moje serce. Ktoś lepszy zgarnie dziś pieniądze i będzie żył pełnią życia, by za jakiś czas wrócić i zostać pokonanym przez kogoś lepszego. Tyle jeszcze przede mną. Miłość czeka, a ja tu w kałuży krwi.
- Wszystko będzie dobrze stary – słyszę głos Mikela. – Będzie dobrze.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania