Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Przyjaźń, śmierć i wieloryb
Okropna speluna, ulubione miejsce sprowadzania się na dno sfrustrowanych emerytów i spłukanych turystów. Piwo z kija leją za dychacza, zawsze znajdzie się tam miejsce na wciśnięcie swoich czterech liter. Po przepracowaniu dwunastu godzin na zmywaku marzyłem o schłodzonym jasnym pełnym. Utopić zmęczenie, zalać poczucie bycia ścierą do butów wykręcaną do ostatniej kropli. W piwsku jak w formalinie przechowuję godność. Chronię jej resztki przed technokratycznymi sępami, luminarzami postępu i cnoty.
Przed wejściem biedni studenciaki bełkoczą z nadzieją w głosie, że po uniwerku znajdą lepszą pracę niż ślizganie się na szmacie. Już mam się odzywać, wjeżdżać spycharką na plac ich fantazji, detonować dynamitem czcze mrzonki o pięknym jutrze. Gryzę się w jęzor, aż czuję smak krwi. Nie zamierzam pozbawiać ich naiwności. To byłoby za szybko, są jeszcze tacy piękni w tych swoich za dużych ciuchach, kolorowych tenisówkach. Oczarowuje mnie ich energia, ślepe zaufanie do mocy własnych przekonań. Światło księżyca nie pada na nich jak gilotyna, lecz jak snop jupitera. Zatańczą z diabłem, żeby tylko go okantować. Głęboko wierzę, że któremuś z nich uda się wybić zęby krwiożerczej rzeczywistości. Ale na pewno jeszcze nie dziś. Tamci są wciąż za silni, a my, rewolucjoniści, uzbrojeni wyłącznie w słuszność. Kłaniam się młodzieży, mijam rzędy stolików i siadam przy ladzie długiej niczym lista zaniedbań i zaniechań.
Za barem stary znajomy, być może chodziliśmy razem do szkoły w odległej krainie określanej mianem dzieciństwa. Nic z niego nie zostało za wyjątkiem tańczących cieni w jaskini pamięci. Bzdurą jest, że jesteśmy z niej ulepieni. Pozbywamy się jej jak poczwarka kokonu, obchodzi nas mniej niż wyklutego pisklaka popękana skorupka.
– Dalej się powodzi w mieście Łodzi? – mówi barman.
– O nic nie pytaj, dopóki nie zwilżę gardła.
– Wyglądasz na wykopanego z grobu. – Barman przerywa, odwraca się do klienta, który ledwo trzyma się na nogach. Polewa mu przezroczysty strumień do szeregu kieliszków.
Spijam piankę z wierzchu kufla. Ludzie ciągną tłumnie do baru, czuję ich oddech na karku. Spragnieni synowie pustyni skazani na niekończące się kolejki. Przekrzykują głośną muzykę, liczą drobne skitrane po kieszeniach, kalkulują, ile mogą przepić, żeby wystarczyło im na opłacenie czynszojada. Chcą zapomnieć, podobnie jak ja, że muszą gonić, doskakiwać, w pełni świadomi, że nigdy nie dogonią króliczka i nie przeskoczą zawieszonej pod Saturnem poprzeczki.
– Nie masz nikogo do pomocy? – pytam barmana, który urabia się po łokcie.
– Nie, zapierdalam jak dziki osioł, bo lubię ten sport – mówi, szejkując wściekle. – Bibuła miał dojść w okolicach dwudziestej, ale go wcięło. Co dla pana? – odzywa się do następnego klienta, któremu etanol urządził Hiroszimę w mózgu i Nagasaki w żołądku.
Łowię z harmidru strzępki rozmów, to mój ukryty talent: wyłapywanie smacznych kąsków zdań w zaszumionym od paplaniny pomieszczeniu. Ludzie są znieczuleni kolorowymi drinkami, bo wódki się wyrzekli. Za mało jest światowa, za bardzo tutejsza. Kojarzy im się z imieninami ciotki Klementyny, chrapiącym ojcem rozłożonym przed kominkiem. Wracają do niej jak synowie i córki marnotrawne, gdy już na nic innego nie pozwala im portfel. Zazwyczaj czar pryska po północy. Kopciuszki przestają pachnieć Valentino. Puszczają kolorowe pawie do skórzanych torebek. Fircyki tracą ogładę, myślą, jak tu którąś za dupę złapać. Tępy mają wzrok, koszula wyprasowana przez matkę lub żonę, wystaje im ze spodni, obnażając wzdęty kebabem bojler. I tak, najebani w trzy kosiarki, zdradzają największe przewiny, stojąc w tłumie. Nikt nikogo nie słucha. Mają silną potrzebę wyznać niegodziwości, ale na próżno rozglądają się za jakimś czułym słuchaczem. Rozczarowani marzą o spowiedzi, chociaż w kościele ostatni raz byli, gdy odbierali pierwszą komunię świętą, ale i to miało czysto biznesowe motywacje. Gadają, trajkoczą, wyryją, pieprzą trzy po trzy.
Kyrie eleison.
Kyrie eleison.
Kyrie eleison.
Równie dobrze mogliby czekać na przylot Supermana. Wypatrywać w mroku blasku nadziei bijącego od miecza świetlnego Luke’a Skywalkera.
– Zdradził, to prawda, ale mnie nie okradł. Eks nie dość, że mnie porzucił dla jakieś chudej szmaty, to na dodatek spierdolił z moim laptopem. Z Jackiem jesteśmy kwita, bo na domkach lizałam się z jego kuzynem.
– To był pewniak, postawiłem tysiaka. Chuj głupi o własne nogi się przewrócił. Sytuacja sam na sam z bramkarzem. Kulawy z opaską na oczach strzeliłby z tej odległości.
– Najbardziej lubię pstrąga z patelni z dużą ilością soli. Ryba musi być dobrze posolona, smażona najlepiej na kostce masła. Broń cię, Panie Boże, używać wegety. Pamiętaj, rybka lubi pływać w masełku, nie jest później wyschnięta na wiór. My tu pitu pitu, a co u Kaśki?
Kręci mi się w głowie, lecz nie od alkoholu, a kalejdoskopu spuchniętych gęb. Wyglądam za witrynę, widzę tam samotną dziewczynę przy wysokim stoliku. Gdybym nie odważył się podejść, żałowałbym tej decyzji jeszcze trzy dni po śmierci. Zabieram kufel i przeciskam się na zewnątrz.
– Przepraszam bardzo – zagaduje do nieznajomej, jakbym zamierzał poprosić o drobne.
– Tak? – Dziewczyna wyjmuje słuchawkę z ucha.
– Czy my się nie znamy? – pytam.
– Nie wydaje mi się.
– Jesteś pewna? Przypominasz do złudzenia moją dawną przyjaciółkę.
– Jak jej było na imię?
– Nie pamiętam.
– Jak można nie pamiętać imienia przyjaciółki lub przyjaciela? To niedorzeczne, tak samo jak powiedzieć, że nie zna się imienia matki, która nas wychowywała.
– W tym momencie nie pamiętam. Pamiętałbym wczoraj, być może będę pamiętał je jutro.
– Pocieszę cię, w gorszy sposób mnie podrywano.
Świdruje mnie jasnobrązowymi oczami, aż boję się, że usłyszę, że mam ósme zęby do leczenia. Ściskam szklankę z piwem z całych sił, żeby tylko nie zapaść się pod ziemię.
– Ale to nie tak – protestuję. – Naprawdę wyglądasz jak ona. Masz tak samo pofalowane włosy, które pod światło wyglądają na rude. Też miała w zwyczaju pić piwo przez słomkę z butelki i marszczyć nos, kiedy się na czymś skupiała. Czy twoje perfumy to mieszanka kwiatowo-herbaciana?
– Tak.
– Uwielbiała ten zapach. Marzyła o czymś innym, ale studiowała pielęgniarstwo, bo chciała mieć pewny zawód. Nosiła kolczyk w jednym uchu, nigdy nie wiszący...
– Niestety, to nie ja – przerywa mi, gdy już uwierzyłem, że jest moją starą przyjaciółką. – Boję się krwi, na jej widok mdleję. Nigdy w życiu nie pchałabym się do medycyny – mówi nieznajoma.
– Przepraszam, nie chciałem, to znaczy wyszedłem na czubka. Ja po prostu zapomniałem jej imienia, chciałem je wykrzyczeć, idąc w twoją stronę, ale nagle mózg wpadł mi do kadzi z atramentem. Wiem o niej wszystko i jeszcze trochę, a to przeklęte imię ucieka mi z końca języka.
Dziewczyna patrzy na mnie wzrokiem zarezerwowanym dla godnych współczucia szaleńców. Stuka paznokciami w szyjkę butelki. Milczę, przepełniony osobliwym poczuciem wstydu, jakbym wbiegł do przedszkola bez gaci. Głupio odejść, więc stoję, próbując ugasić piwem zażenowanie. W takich chwilach marzę, żeby naszą planetę wessała czarna dziura.
– Czy z twoją przyjaciółką wiążę się przykra historia o nieodwzajemnionym uczuciu? – pyta nieśmiało dziewczyna.
Waham się nad odpowiedzią nie dlatego, że chcę skłamać, ale dlatego, że jest pozbawiona popkulturowej dramaturgii. Zastanawiam się, czy nie przyprawić odpowiedzi odpowiednio ściemą. Nie jestem cierpiącym Werterem, odrzuconym Wokulskim, nie jestem nawet pierdolonym podmiotem lirycznym z piosenki Jak zapomnieć Jeden Osiem L. Banał będący treścią większości dni jest dla ludzi trudny do przełknięcia. Częściej wolą usłyszeć prawdziwe zmyślenie. Słodkie kłamstwo, potrzebują tego wystrzału glukozy, bo inaczej utonęliby w marazmie. Wyobraźnia to jedyne antidotum na samobójczą chandrę.
– Nic z tych rzeczy – mówię prawdę. – Po prostu dużo rozmawialiśmy. Dzieliliśmy lęki i obawy, przez co jakby ważyły o połowę mniej. Oboje cieszyliśmy się ze swojego towarzystwa, ale po jakimś czasie, z dnia na dzień, to się skończyło bez sensu i puenty. Podobnie do ulubionego serialu, który zostaje skasowany po trzecim z pięciu planowanych sezonów.
Kończę mówić, patrzę na rozmówczynię, nie potrafię ocenić, czy ją nudzę, ciekawię czy przerażam. Skończyło mi się piwo, jej również, obserwujemy się jak pasażerowie w tramwaju. Widzę, że nad czymś się zastanawia. Coś kalkuluje w głowie, ale nie jest przekonana do własnego pomysłu.
– Nie jestem z Łodzi, przyjechałam odwiedzić chrzestną, a za godzinę mam pociąg. Może to szalona propozycja, ale wydajesz się… być spontaniczny. W pozytywnym sensie, ma się rozumieć. Chciałabyś pojechać ze mną do Katowic? Niedaleko dworca jest fajny klub, potem zabrałabym cię na śniadanie.
Podejrzewam, że manifestowała o taką okazję, wcześniej ułożyła scenariusz, opracowała kwestie. Stała i czekała na odpowiedniego amanta, żeby mu zaproponować szaleńczo romantyczny zryw, po którym będziemy jak papużki nierozłączki. Samospełniająca się przepowiednia. Szuka księcia, chce do mnie krzyczeć z balkonu: „Romeo, czemuż ty jesteś Romeem!”, łaknie odegrać tragedię, potrzebuje czegoś, co będzie wspominać, gdy się zestarzejemy i pomarszczymy.
– To brzmi fantastycznie. Tylko mam jutro do pracy i jestem też przed wypłatą, ale naprawdę chciałbym się jeszcze spotkać z tobą.
– Wymieńmy się Instagramami – proponuje nieznajoma.
Już sięgam do po telefon, gdy słyszę trzask pękającej butelki o beton. Wpada na mnie facet w hawajskiej koszuli, wypachniony Old Spicem, tuli się do mnie, chowa za moimi plecami jak za matką. Pojawia się drugi, o posturze goryla; niby spokojnie zaprasza hawajczyka na dyplomatyczną rozmowę w cztery oczy. Każdy dobrze wie, że z zamiarem zmielenia jego twarzy na papkę. Spod koszulki siłacza sterczą duże i sztywne sutki. Można byłoby z nich odsączać testosteron i sprzedawać w fiolkach.
Nie chcę się w to mieszać, ale nie mogę odkleić od siebie faceta w hawajskiej koszuli. Jednocześnie goryl wydziera mi się do ucha, że jeżeli tamten odkupi mu browara, to nie będzie robił awantury. Nieznajoma myśli chyba, że przyjaźnię się z hawajczykiem, bo mówi do osiłka, że postawi mu piwo, a ten już patrzy na nią świńskimi oczami jak szczeniak na przysmak. Wchodzą do baru, mnie hawajczyk odciąga kawałek w lewo. Jest bardzo wiotki, muszę go przytrzymywać, żeby nie wybił zębów o chodnik. Ludzie wokół patrzą na nas z rozbawieniem. Jesteśmy dla nich parą cyrkowców, którzy odstawiają show za friko.
W jednej z bram opieram go o ścianę. Ten dziękuje mi i całuje po rękach. Nazywa mnie swoim bohaterem, przyrzekając dozgonną przyjaźń. Jestem na niego wkurwiony, mam ochotę mu przywalić prosto w nos. Ten znowu wiesza mi się u szyi. Bredzi, że miał dziś pierwszy dzień pracy w jakiejś pizzerii niedaleko, ale cuda i dziwy się tam działy. Nakłamał w CV, że ciastem potrafi kręcić na palcu lepiej niż koszykarz piłką. Spalił na węgiel trzy margherity. Wysłali go wyrzucić śmieci. Po podniesieniu klapy od kubła zobaczył w nim fortyfikację wzniesioną z pustych puszek po sosie pomidorowym. Budowlę otaczała fosa z potłuczonych butelek po piwie. Wilcze doły wypełniały naostrzone i wbite na sztorc zawleczki. W koszu kwitła cywilizacja karaluchów, które urządziły biesiadę w oparach ludzkiego tłuszczu skapywającego do rozżarzonych ognisk. Hawajczyk podobno uciekł, skacząc przez ogrodzenie, po drugiej stronie prawie potrącił go dostawczak, był przekonany, że odkleiła mu się piąta klepka. Wszedł do pierwszego lokalu i zamówił butelkę wódki.
Przyglądam mu się i rzeczywiście ma spodnie zapaskudzone mąką. Nie mam sumienia porzucić narkomana w takim stanie w ciemnym zaułku. Biorę go pod pachę i sadzam na pobliskiej ławce. Wyjmuję mu smartfon z kieszeni i pytam, gdzie mieszka, aby móc zamówić mu taksówkę. Facet molestuje mnie, żebym wrócił z nim do jego mieszkania. Kusi mnie schłodzonym ciemnym piwem ukrytym w zakamarkach lodówki. Na zmianę przysypia, przebudza się i popada w ataki paniki, podczas których gaworzy o zemście robactwa na ludzkości. Boi się, że karaluchy będą chciały go dopaść i pozbyć się niewygodnego świadka.
– One wiedzą, że ja wiem. Nie wiem jak, ale dowiedzą się, że ci powiedziałem. Dorwą nas! – wrzeszczy
Na szczęście kierowca zjawia się szybko, pakuję Hawajczyka do Toyoty i biegnę z powrotem do baru. Rzecz jasna po nieznajomej nie ma śladu. Gdy pytam barmana, czy może zostawiła mi do siebie namiary, odpowiada, że o niczym nie ma pojęcia.
Wychodzę na zewnątrz, obliczam, że zostało mi sześć i pół godziny snu. Przerażony myślą o jutrzejszym powrocie do pracy, chcę wracać do mieszkania. Przykryć się kołdrą, nie myśleć, śnić o byle czym, wyłączyć jaźń, odłożyć się na potem. Świry boją się, że żyją w symulacji, głupi foliarze, gdyby tak było, nie chciałbym się z niej wybudzać. Niech tylko ten ktoś, kto tym zarządza, włączy wygaszacz ekranu, tryb samolotowy.
Tłum przed lokalem się przerzedził, niedobitki zaczęły śpiewać kolędy w środku lata. Kolejni pielgrzymi gasili niedopałki papierosów podeszwą i rzucali się na bar. Noc wypluwa Bibułę, który pędzi na elektrycznej hulajnodze, gotowy stratować wszystko na swojej drodze. Jeden z przechodniów, o mało nie rozjechany na placek, wygraża za nim pięścią i wykrzykuje wyzwiska.
– Lepiej nie pokazuj się Tomkowi, bo cię zatłucze butem – ostrzegam Bibułę.
Bibuła wygląda, jakby dopiero wstał z łóżka i zamiast z windy skorzystał z zsypu na śmieci. Jest naelektryzowany, jednym dotknięciem palca mógłby naładować mi telefon.
– Widziałeś może taką dziewczynę w blond włosach? Delikatnie rudawych.
– Dużo tu się dziś kręci kobiet – odpowiadam, słuchając go jednym uchem.
– Chodzi mi o taką podobną do twojej przyjaciółki, jak jej tam było? – mówi szybko i ma obłęd w oczach. Żyłki w nich są napięte i grube jak linie elektroenergetyczne.
– Nieważne, ale tak, była tu taka jedna. Nawet miło pogadaliśmy.
– Nie ma jej tutaj? Wiesz może, dokąd poszła?
– Na pociąg do Katowic. Czy dobrze się czujesz?
– Okropnie. Muszę jechać, wsiąść z nią do tego pociągu.
– Najprawdopodobniej dawno już odjechał.
– Na PKP zawsze można liczyć, że się spóźni lub ulegnie awarii.
– Co się stało, znasz ją może, tę dziewczynę?
– Nie, ale muszę poznać. Miałem sen…
– Dobrze wiesz, że gdy tylko ktoś zaczyna opowiadać mi o snach, reaguję zawsze w ten sam sposób: błagam, zamknij ryj.
Zastanawiam się, skąd może wiedzieć, że rozmawiałem z tą konkretną dziewczyną. Wiem, że z nim trzeba mieć się na baczności. Mam go za odmieńca, lecz również za błędnego rycerza, gotowego tyleż do wielkich czynów, co niepokojąco cudacznych.
Swego czasu przybito mu dwa miesiące robót społecznych za zdemolowanie ławki w parku. Za karę zamiatał liście jesienią i odmalowywał jeden z domów kultury. Poznał wtedy Kolumbijczyka, którego wyrzucono z masarni bez zapłaty i który wylądował jako bezdomny na ulicy. Głodny okradł market i go wsadzili, chcieli go deportować, ale jego paszport był schowany w sejfie u byłego pracodawcy. Latynos bał się, że nigdy nie wróci z Polski do kraju. Po naszemu mało co rozumiał, dlatego opiekun ciągle go gnębił podczas prac. Raz Bibuła nie mógł dłużej bezczynnie przyglądać się znęcaniu nad obcokrajowcem. Złapał za pędzel przymocowany do kija od miotły i wychłostał nim dręczyciela. Zapytany później przez kuratora, dlaczego zamiast zgłosić nadużycia sam wymierzył mu sprawiedliwość, odpowiedział podobno za Bogusiem Lindą: „W imię zasad, skurwysynu”. Bibuła odsiedział kwartał w puszce.
– Pomóż za mnie Tomkowi. Oddam ci dniówkę i dopłacę.
Bibuła klęka przede mną na jedno kolano, brakuje mu tylko złotego pierścionka w futerale w kształcie serca. Zawstydza mnie.
– Pojebało cię, niedługo zadzwoni mi budzik i wypędzi do własnej pracy.
– Posłuchaj, tu chodzi o coś więcej. To przeznaczenie – przekonuje mnie wciąż na kolanach. – Miałem sen, a przestałem śnić po osiemnastych urodzinach. Jakbyś wstęgę przeciął nożycami. Potem tylko kładłem się, ciach, i wstawałem po sekundzie ciemności. Poszedłem z tym do lekarza, zalecił rzucić palenie jointów. Nie paliłem ich w życiu.
– Do brzegu, Bibuła – mówię zmęczony, przysiadamy przy pobliskim stoliku.
– Dziś po raz pierwszy od osiemnastki śniłem. Biała plaża na wulkanicznej wyspie otoczona lazurową wodą. Z pienistej piany wynurza się rekin, zaprasza mnie do wspólnego pływania. Na początku niepewnie, ale stopniowo zanurzam się w oceanie, żeby w końcu zanurkować. Pod taflą wody jest restauracja, siadam do stołu nakrytego dla dwóch osób. Nic nie zamawiałem, a podają mi mule w białym winie. Z szafy grającej ktoś puszcza Marylę Rodowicz i wtedy wchodzi ona. Rozmawiamy, już nie pamiętam o czym, bo mam w głowie tylko tekst piosenki W sumie nie jest źle. Tuż przed wybudzeniem zupa w misce dziewczyny drży jak w scenie z T-Rexem w Parku Jurajskim, ale to nie dinozaur idzie nas pożreć, a kelner niesie nam kieliszki z szampanem. W jednym z nich zatopiony był pierścionek zaręczynowy. Chwilę po tym się wybudziłem, bo sąsiad z góry napierdalał hantlami o podłogę.
– Piękny sen – komentuję bez przekonania.
– Wiem, że masz duszę romantyka, zgódź się, proszę! – Bibuła chwyta mnie za rękę i ściska do bólu.
Majtam nogą, jakbym strzepywał z niej niewidzialny popiół. Mam znoszone buty z wytartymi czubkami i popękanymi podeszwami. Niegdyś białe sznurówki są bardziej szare niż białe. W jednej brakuje skuwki. Wstyd w takich na miasto wychodzić, a to najlepiej zachowana para w mojej garderobie. Przydałoby się kupić nowe, myślę, a przy okazji zrobić dobry uczynek.
– Zgoda – mówię po chwili zawahania. – Przez ciebie wywalą mnie z własnej pracy, bo nie ma szans, żebym wstał na czas – marudzę, ale Bibuły już dawno nie ma. Wskoczył na hulajnogę, popędził w kierunku dworca kolejowego. Za kierunkowskazy służą mu gwiazdy, z których musiał spaść na ziemię.
Idę do Tomka, wchodzę za bar, ten patrzy na mnie wielkimi oczami. Opowiadam mu o spotkaniu z Bibułą, że zgodziłem się go zastąpić na jedną noc. Tomek nawet nie ma ochoty wysłuchiwać, jaką historyjkę sprzedał mi Bibuła, że dałem się przekonać. Każe mi przebrać się w czarną koszulę, mówi, że gdzieś na zapleczu powinienem znaleźć jakąś w odpowiednim rozmiarze. Koszuli brakuje ostatniego guzika i jest nieco ciasna pod pachami. Wracam i dostaję pierwsze zadanie: kobieta wystrojona w panterkę zamówiła Cuba Libre.
Prościzna – słyszę od Tomka, który wyciąga spod lady ściągawki z przepisami dla nowych pracowników.
Połączenie rumu z colą i wyciśnięcie soku z limonki nie wygląda na wymagające wtajemniczenia w sztuki alchemiczne. Błąd, bo chrzanię wszystko po kolei.
– Zapomniał pan o czymś – mówi klientka.
– Słucham?
– Zapomniał pan dodać mięty.
W tym samym czasie Tomek zdołał obsłużyć pięciu klientów i wymienić pusty keg z piwem na nowy. Proponuje mi, żebym pozmywał, bo zauważa, że szkło jest na wykończeniu. W zmywaniu naczyń jestem mistrzem olimpijskim, z gąbką obchodzę się lepiej niż żołnierz z karabinem. Kolumny pustych kufli po piwie nie wzbudzają we mnie lęku, wieże z kieliszków rozpracowuję w ułamku sekundy. Wśród płynów do naczyń zamieniam się Mozarta, ponieważ z chaosu oraz brudu komponuję czystość i porządek.
– Jak skończysz, przynieść ćwiartki cytryn z chłodni – krzyczy Tomek.
Wycieram dłonie w dziurawą ścierkę i lecę spełnić prośbę kolegi. Przyjemne orzeźwienie, zimne powietrze studzi rozgrzane do czerwoności ciało. Mógłbym tutaj zamieszkać, w sumie pomieszczenie jest niewiele mniejsze od mojej klity. Na pewno lepiej w nim pachnie, bo cytrusami i miętą. Tylko jedna z żarówek lekko mruga w rytm przygłuszonej muzyki. Kiedyś Tomek mi wspominał, że bar otworzył się w miejscu upadłej pizzerii, dlatego w spadku została im większa niż właścicielowi lokalu potrzebna chłodnia. Buszuję między półkami z kartonami pomarańczy, workami wypełnionymi kostkami lodu, wreszcie znajduję cały pojemnik z ćwiartkami cytryn. Nie mogę go podnieść, dno przymarzło do spodu. Gdy siłuję się z naczyniem, mam wrażenie, że ktoś obserwuje za mnie za moimi plecami.
– Może zamiast się przyglądać, to byś mi pomógł, Tomek – mówię, ale nikt nie odpowiada. Nie słyszę też gwaru ani piosenek. Od mrozu powoli drętwieją mi palce.
Odwracam głowę i widzę bardzo niskiego brodacza w za dużym płaszczu, który ciągnie się za nim aż do drzwi niczym peleryna. Jego zarost jest krzaczasty, w połączeniu z gęstymi brwiami sprawia wrażenie założonej maski z frędzlami. Uśmiechnięty sztucznie facet stoi i gapi się na mnie.
– Cześć, zastępuję dziś Bibułę. Też tu pracujesz? – pytam nieznajomego.
– Mam bardzo dobre rolki na sprzedaż, a ty, młodzieńcze, wylądujesz mi na miłośnika wiatru we włosach – mówi brodacz i wyciąga zza pazuchy parę lśniących rolek. Naprawdę ładnych, całych zielonych i chyba w moim rozmiarze, ale zastanawiam się, po chuj byłyby mi potrzebne rolki?
– Nie, dzięki, ale przydałaby mi się pomoc. To przymarzło na amen… – gryzę się w język, uzmysławiam sobie, że facet ledwo sięga mi do bioder, a pojemnik jest na najwyższej z półek.
– To świetna okazja – przekonuje mnie brodacz. – Sprzedam po promocyjnej cenie, zarezerwowanej dla rodziny i bliskich przyjaciół.
– Doceniam, nawet bym się skusił, ale tak się składa, że jestem przed wypłatą.
– Mój drogi przyjacielu, o nic się nie martw. Wpłacasz, ile masz przy sobie, wyłącznie gotówką, żadnych cyfrowych płatności, resztę dopłacasz, jeśli produkt spełni twoje oczekiwania. Daję trzy lata gwarancji za każdym razem. Nigdy nie wrócił do mnie rozżalony klient z chęcią urwania mi łba. – Handlarz wybucha gromkim śmiechem, ja też się śmieję, tylko dla towarzystwa.
– Sorry, ale nie.
– Lepszej ceny, przyjacielu, u nikogo nie znajdziesz – naciska brodacz.
– Przeboleję – wzdycham.
Handlarzowi drga powieka, łzy gromadzą się w kącikach jego bursztynowych oczu. Pocieszam go, przekonuję, że znajdzie się chętny kupiec na tak piękne rolki. W tym jowialnym gościu tkwiła drzazga i za sprawą mojej odmowy wyszła z niego razem z ropą.
– Nie widziałem ich od lat – pochlipuje brodacz.
– Chodźmy na fajkę, pogadamy. Jestem przekonany, że Tomek już na nas kurwi pod nosem, że mu zniknęliśmy z radaru – mówię zakłopotany, bo nigdy nie radzę sobie, gdy ktoś przy mnie okazuje obdarte do kości emocje.
Nic nie wskórałem, jak grochem o ścianę, wręcz łkanie handlarza nabrało na sile. Kłęby pary ulatują nam z ust, obaj trzęsiemy się z zimna. Drzwi nie chcą się otworzyć, walę w nie pięścią i zdzieram gardło, wołając Tomka. Ostatnia deska ratunku: telefon. Tanie amerykańskie gówno wyłączyło się przez niską temperaturę.
– Dlaczego beczysz? – pytam zniecierpliwiony.
– Od lat nie widziałem żony, nie wiem, czy własne dziecko mnie pozna. Ostatni raz widziałem go na żywo, kiedy uczył się chodzić. Marzę, żeby pograć z synkiem w piłkę. Chciałbym z nimi zjeść kolację. Moja żona robi najlepszego pstrąga na świecie. Uwierz, raz spróbowałbyś i nie wziąłbyś innej flądry do ust.
– To co cię powstrzymuje? Jeżeli nie zamarzniemy w tej lodówce, to won do rodzinki – krzyczę do głupka. Mam dość wszystkiego, chcę się zabić. Widmo jutrzejszej zmiany przeraża mnie jak koguta myśl o zbliżającej się niedzieli.
– Masz przy sobie telefon? – pytam.
Handlarz rozchyla połowę płaszcza, ma w nim dziesiątki kieszonek, a w nich zegarki, błyskotki, skórzane portmonetki. Z jednej z kieszeni wyskakuje kukułka, wybija godzinę. Przypomina mi, że najważniejsza faza snu zbliża się i oddala zarazem nieubłaganie.
Brodacz wyjmuje telefon za telefonem, ale jak nie są rozładowane, to są popsute. Pomylił się i zamiast komórki wyciągnął damski portfel, imitację skóry węża. Rozpoznałbym go na drugim końcu świata, wygrzebanego na śmietnisku wielkości tysiąca boisk piłkarskich.
– Skąd masz ten portfel? – pytam go podniecony.
– Ten tu? Odsprzedała mi go pewna urocza damulka.
– Pamiętasz, jak się nazywała?
– Nie wymieniliśmy się wizytówkami, kolego. Dlaczego pytasz o niego, przyjacielu?
– Należał do mojej przyjaciółki. W środku, wewnątrz kieszonki na monety, jest zielonkawy, zapina się go na srebrny zatrzask.
– Rozumiem, kolego – powiedział handlarz, rozanielony, jakby cmoknęła go nimfa w czółko.
– Nie dopowiadaj sobie niczego zbereźnego, handlarzyno z bazaru. Pewnie gumowe kapcie wpychasz babciom za całe ich emerytury.
– Widzę, że się złościsz, kolego. Moje serce również cierpi. No, już nic nie mówię o twojej „przyjaciółce” przecież. Ale posłuchaj mnie i zrozum jak mężczyzna mężczyznę. To ostatnia para rolek, która została mi do sprzedania. Pozbędę się ich, to szef pozwoli mi wrócić do rodziny. – Handlarz zaczął mi prezentować rolki od nowa z każdej strony.
– Błagam, zamknij mordę i po raz ostatni ci powtórzę, nie kupię od ciebie tych rolek. Nie wiem, po jakiego grzyba byłyby mi potrzebne.
– To proste jak budowa cepa. Rolki są niezawodnym, wręcz jedynym skutecznym sposobem ucieczki przed karaluchami – mówi z całkowitą wiarą i powagą.
Wyciągam portfel, bo nie zniosę dłużej prawionych przez tego szachraja kocopołów. Nie wierzę w ani jedno jego słowo, mam tylko cichą nadzieję, że gdy kupię od niego rolki, zamknie mordę, dopóki ktoś nas nie wypuści z chłodni.
– Ile chcesz za ten badziew? – pytam.
– Dziękuję ci, naprawdę jesteś mi jak przyjaciel. Więcej! Bliższy mi jesteś od rodzonego brata. Co do ceny, ile uważasz, łaskawco, za stosowne.
Zaglądam do portfela, tam pogięty Bolesław Chrobry sklejony taśmą pośrodku i jego wyprasowany ojczulek. Patrzę spod byka na handlarza, ten skrawkiem płaszcza poleruje kółeczka. Przypominam sobie, że muszę skoczyć jutro po zapas parówek, więc wręczam mu dychę.
Brodacz chowa banknot w rękaw i zaczyna nerwowo nasłuchiwać, chociaż nic poza wyciem lodówki do nas nie dociera. Obchodzi każdy zakamarek pomieszczenia, patrząc pod nogi, jakby stąpał po polu minowym.
– Pośpiesz się, niedługo tu będą! Zakładaj rolki na nogi – szepcze do mnie brodacz.
– Ale kto?
– Robactwo. Dopadnie nas i zeżre żywcem. Nie zostawi nawet kości do pochowania naszym bliskim. Nic z nas nie zostanie, setki tysięcy owadów przykryją nas niczym fala tsunami – szepcze gorączkowo. – Ubieraj rolki, ja spróbuję znaleźć drugie wyjście. – Brodacz okazuje się silny, wysuwa jedną z metalowych półek.
Coś walnęło w drzwi chłodni, od huku zakręciło mi się w głowie. Raz, drugi i trzeci – łoskot podobny do czołowego zderzenia dwóch rozpędzonych aut. Kartony z pomarańczami spadły na podłogę, owoce turlają się między naszymi nogami. Brodacz rozpaczliwie szarpie za regał. Doskakuję, żeby mu pomóc, bo cokolwiek jest po drugiej stronie drzwi, z całą pewnością nie chcę mieć z tym czymś nic wspólnego. Brodacz mnie odpycha i każe zakładać czym prędzej rolki. Zrzucam trampki, wpycham w nie zesztywniałe od mrozu palce.
– Są coraz bliżej – jąka handlarz.
W międzyczasie, gdy zapinałem rolki, brodacz zdołał przestawić regał, za którym znajdują się zardzewiałe drzwi. Szarpiemy wspólnie za klamkę, ale te też są zamknięte. Osuwamy się na plecy. Czuję kwaśny smród potu, który wżera się w nozdrza niczym płyn do udrażniania rur. Patrzymy na przeciwległe wejście, spod niego wypełza jeden nieduży karaluch. Handlarz zrywa się na równe nogi, podbiega zdeptać robaka, który odskakuje od jego buciora. Wirują pośrodku, jakby byli szermierzami, a karaluch opanował technikę unikania pchnięcia szpadą do perfekcji. Rzucam w robala tym, co mam pod ręką. Karaluch wskakuje na but brodacza, który podskakuje na jednej nodze, walcząc o równowagę. Robal sprawnie przebiega wzdłuż jego nogi na tors, wspina się po krzaczastej brodzie, wchodzi do ust.
Handlarzem wstrząsnęło, pada na ziemię, rozgniatając pomarańcze. Podłoga jest kleista od ich soku. Brodacz rzuca się, telepie, tłucze piętami o jedną ze skrzynek, z której wypada klucz. Wiem, że to moja jedyna szansa na przeżycie. Czołgam się na brzuchu, opuszkami palców przysuwam klucz do siebie, bojąc się, że jeżeli tylko wydam drobny dźwięk, robal przyjdzie po mnie. Muszę wstać, włożyć klucz do zamka i go przekręcić. To niemożliwe, niewykonalne, prędzej wyrwę sobie żebro i popełnię nim seppuku.
Wstaję na nogi, przytrzymując się drugiego regału. Nie potrafię trafić końcówką klucza do dziurki. Właśnie teraz, kiedy walczę o przetrwanie, własna pamięć mnie sabotuje. Przypomina mi pierwszy seks, zażenowanie i palący wstyd. Słowa Agnieszki, jak żyletki, przycinają moją pewność siebie. Po krótkich sekundach uniesień mówi mi, że potraktuje to, co między nami zaszło, jako falstart. Miała zadzwonić, nie zadzwoniła. Ja wypisywałem SMS-y, ona ich nie odczytała.
Z kluczem przyciśniętym do pierśi, patrzę i nie mogę oderwać oczu od sączącej się z ucha handlarza czarno-czerwonej krwi, która po wymieszaniu z pomarańczowym sokiem tworzy makabryczny koktajl. Przednie odnóża robala przeciskają się przez jego zamknięte usta. Zagryzam zęby i celuję w zamek.
Udało się! Za progiem widzę bezkres ciemności, decyduję się na skok, a bardziej zjazd wiary. Drzwi za moimi plecami są wyważone. Donośny łoskot, huk nie z tej ziemi. Do chłodni wdziera się armia karaluchów. Pierdoli mi się w oczach od ich nadmiaru, jest ich więcej niż bakterii w publicznej toalecie. Zanęcone smrodem strachu pędzą do jedynego żywego kawałka mięsa.
Robię krok w przód. Na rolkach jeździłem tak dawno temu, że chyba sam sobie wmówiłem, że potrafię utrzymać balans. Sunę po skarpie, nabierając zabójczej prędkości niczym wystrzelony pocisk. Szumi mi w uszach. Z każdym pokonanym metrem mrok się przejaśnia, w powietrzu pojawia się zapach jodu. Ledwo mogę otworzyć oczy. Na samym dole czekają na mnie fale uderzające o brzeg. Wielkie niebieskawe olbrzymy wyrosłe z oceanu, nie z żadnego zaszczanego Bałtyku, połykają skały. Modlę się w myślach, bo usta zatyka mi wiatr, nic lepszego mi nie pozostało niż liczyć na cud.
I tu zamiast Boga parzystokopytna kurwa z piekła rodem rzuca mi linę zakończoną pętlą. Wjeżdżam z prędkością bojowego myśliwca na głaz, który niczym rampa wyrzuca mnie w górę. Łapię na ułamek chwili kontakt wzrokowy z mewą. Ptaszysko ze zdziwienia, że widzi człowieka, zmniejsza pułap lotu i otwiera szeroko dziób. Przekonany, że roztrzaskam się o powierzchnię wody, tracę oddech. Gdy już widzę własne odbicie w lustrze wody, z oceanu wynurza się wieloryb. Przepadam w jego paszczy.
Ciemność. Szybka i bezbolesna śmierć to pobożne życzenie, które wiem, że nie zostanie spełnione. Walczę o haust powietrza, topiąc się w sokach żołądkowych spasionego kaszalota. Płyny wlewają mi się do gardła, szczypią w oczy. Co uda mi się wychylić ponad powierzchnię, niewidzialna kotwica ściąga mnie w dół. Nurkuję w odmętach pełnych przeróżnych przedmiotów, od któregoś odbijam się stopami i znowu mogę przedłużyć żywot o parę sekund. Jestem mrówką, co wpadła do basenu rozstawionego w ogrodzie. Ból promieniuje od lewej strony tułowia, coś uderzyło we mnie, ostatkiem sił chwytam się tego czegoś i, napinając mięśnie, wspinam się do środka. To nie łódka, wbrew moim pierwszym myślom, a wanna.
Stara, w wielu miejscach zardzewiała wanna, pośrodku której siedzi dziewczyna. Wygląda na przebraną za piratkę, strój przypomina bieda wersję skompletowaną w osiedlowym lumpie. W otoczeniu trzech świec zajada fasolkę z puszki w sosie pomidorowym.
– Skąd się tu wziąłeś? – pyta, żując. – Jestem Jagoda.
Myślę, jak jej wyjaśnić, że z chłodni jednej z łódzkich pijalni trafiłem do żołądka gigantycznego wieloryba. Przerasta mnie to, czuję, że mózg mi topnieje jak ser w tostach i wycieka uchem razem z kwasem solnym walenia.
– Mogę trochę? Umieram z głodu. – Przyglądam się pracującej na łyżce fasolce jak pierwszej miłości. Jagoda wyciera wierzchem dłoni usta i podaje mi puszkę, częstuje mnie też kawałkiem suchego chleba. Nie jadłem od wieków niczego smaczniejszego. Żuję łapczywie, trochę mi wstyd, ale nie mogę się powstrzymać.
– Wyglądasz mi na miękiszona, co łutem szczęścia nie umarł w tej przerośniętej beczce tłuszczu – mówi Jagoda i szturcha mnie butem. – Kim jesteś? Rybakiem? Majtkiem? Dławisz się? Rozumiesz, co do ciebie mówię? Odezwij się do jasnej cholery! Bo cię wyrzucę za burtę.
Czyszczę ostatnim kęsem chleba dno puszki z sosu i przełykam z żalem, że to koniec pyszności.
– Jestem w szoku. Trudno mi zebrać myśli – mówię.
– Sprawiasz wrażenie takiego, którego mocną stroną nie jest myślenie.
– Jestem w szoku – powtarza.
– Oczekiwałeś wczasów pod palmą i babeczek w bikini? – Jagoda szczerzy zęby w uśmiechu.
– A ty co tu robisz? – pytam z pełnym brzuchem. Robię się senny, próbuję się wygodnie położyć, ale wanna jest za krótka, nie mogę wyprostować nóg.
– Wróżę – odpowiada Jagoda.
– Z czego?
– Z gówna psiego, z wosku, kart, wszystko zależy od tego, czego kto chce się dowiedzieć, rzecz jasna. Widzę, że o sztuce odgadywania przyszłości wiesz tyle, co Gargamel o łapaniu Smerfów.
– Chyba się ostatnio nie przepracowujesz.
– Nie kpij ze mnie, bo serio wrócisz stąd na dno.
Jagoda kładzie rękę na rękojeści noża do patroszenia ryb.
– Może mi powróżysz, i tak nie mamy nic innego do roboty.
– Pogrzało cię! – krzyczy.
Wanna chybocze się na wodzie, wokół mrok. Nie mogę znieść zapachu rozkładającego się krylu. Cienie świec tańczą po twarzy piratki. Ma zapadnięte oczy, popękane wargi. Szyję pokrywają jej rubinowe liszaje.
– Mogłabym ci powróżyć, lecz nie za darmo – przerywa milczenie po chwili zastanowienia.
– Ile?
– Co masz.
Sprawdzam, czy portfel nie wypadł mi z tylnej kieszeni. Na szczęście jest tam, gdzie powinien, ale w śluzie. Wyjmuję z niego ostatnie dwadzieścia złotych. Od Bolesława odkleił się kawałek taśmy, banknot rozpada się w palcach. Król patrzy na mnie z wyrzutem, że wydaję go na zabobony, jednak w tych okolicznościach pieniądze tracą jakąkolwiek wartość.
– Tyle wystarczy?
– Co to ma być? Miałam na myśli złote monety. Od biedy srebrne, a ty mi tu wyjeżdżasz z jakimś papierkiem – mówi oburzona piratka, odpalając od jednej ze świec nabitą fajkę. Para bucha jej z kącików ust. Kaszlę przez dławiący zapach tytoniu, który wgryza się w gardło jak głodny wilk.
– Nic innego nie mam. To dwadzieścia złotych.
– Gdzie ja coś za to kupię?
– W Łodzi – odpowiadam naiwnie.
– Dobra, dawaj. – Jagoda bierze ode mnie banknot, przygląda mu się zaciekawiona. Zwija go delikatnie w rulon i chowa w dekolcie. Gestem nakazuje mi przesunąć się bliżej niej.
Z torby wyciąga naręcze jakichś papierów, podobnych do pergaminu, którymi wykłada się blachy przed pieczeniem ciasta. Ogląda jeden zwitek po drugim pod światło. W końcu wybiera odpowiedni, niczym nieróżniący się w moich oczach od pozostałych, rozkłada go na płasko. Na rogach stawia świeczniki błyszczące od roztopionego wosku.
– Teraz zastanów się dobrze, bo masz tylko jedno pytanie. To twoja jedyna szansa, by rozgonić mroki nieodgadnionej przyszłości, być może odmienić tragiczny los lub wyjść naprzeciw przeznaczeniu – szepcze zmienioną barwą głosu, przypominającą śpiew ptaków w dzikiej puszczy.
Tylko jedno przychodzi mi na myśl i wiem, że nic innego nie będzie mnie interesowało. Jakoś tak jednak słowa grzęzną mi w przełyku, rozgaszczają się tam jak angina. Potrzebuję je odkaszlnąć, pozbyć się tego zapalnego stanu wywołującego gorączkę z dreszczami.
– Miałem kiedyś przyjaciółkę, to bardzo głupie… – Nabieram wody w usta.
– Czy to niespełniona historia miłosna? – dopytuje Jagoda, przy czym brzmi inaczej, mówi łagodnie i przyjaźnie.
– Nic z tych rzeczy, problem w tym, że nie pamiętam jej imienia. Każdy inny detal stoi mi przed oczami. Mógłbym od ręki narysować jej portret pamięciowy. Rozpoznałbym ją w najbardziej zamglony dzień w roku po przeciwnej stronie ulicy. Chciałbym pamiętać jej imię.
– Kochaniutki, to nie koncert życzeń. Moja specjalizacja to odczytywanie zaszyfrowanych wyroków boskich. Nie prowadzę klubu rozbitych serc. Dobrze, już nie protestuj. Wierzę na słowo, że była to tylko platoniczna przyjaźń. Czysta niczym woda u podnóża lodowca. Mówię jak jest. Zróbmy inaczej, dowiemy się, czy jeszcze kiedykolwiek spotkasz swoją przyjaciółkę.
– Niestety wiem już, że nie spotkam jej nigdy.
– To co ja mam z tobą zrobić? Reklamacji nie przyjmuję – wzdycha piratka. – Normalni ludzie pytają, czy będą bogaci, długowieczni albo szczęśliwie zakochani. Wylosował mi się oryginał, skubany. Przyjęłam zapłatę, więc powiedz, co mogę dla ciebie zrobić?
– Pomóż mi stąd się wydostać – mówię bez nadziei, że jest w stanie coś zaradzić.
– Było tak od razu! – krzyczy piratka. – Męczące jest twoje towarzystwo, ale nawet ja mam skrupuły i nie chciałam mówić ci tego prosto z mostu. Oj, biedniutki jesteś.
Jagoda chowa pergaminy do skórzanej torby, która w miejsce dziur ma naszyte łaty. Rozstawia świeczniki po bokach wanny. Podnosi w górę nogę, spod skrawka spodni widzę kawałek bladej łydki pokrytej ciętymi bliznami, rozprostowuje ją, jakby miała zaraz rozwieszać na niej żagiel. Po chwili zauważam, że ma kostkę obwiązaną cienkim łańcuszkiem, który biegnie do odpływu zatkanego gumowym korkiem.
– Na trzy ześlizgujesz się dziurą, byle prędko. Musisz być naprawdę szybki – objaśnia Jagoda, raz po raz napinając i luzując łańcuszek.
– Oszalałaś, przecież ja utonę i wypluje mnie wieloryb za jakiś czas – protestuję.
– Zaufaj mi. – Piratka zapewnia mnie dziarskim głosem. – Nigdy nikogo nie okłamałam, no może poza tymi łachudrami, co chciały mnie wyhuśtać na stryczku. Oni się nie liczą do rejestru. Teraz! Skacz!
Jagoda ciągnie za korek nogą, z odpływu wystrzeliwuje promień światła. Wysysa mnie, drapię o dno wanny, zdzierając białą farbę i łamiąc przy tym kilka paznokci. W jednej chwili widzę ledwo oświetloną błonę wielorybiego żołądka, w drugiej wącham swoją pościel. Pachnie Lenorem Gold Orchid & Vanilla, zmieniłem ją przed wyjściem do pracy. Rzucam się po materacu, wstaję z niego, po sekundzie całuję podłogę. Przepocona koszulka wkręciła się w kółka rolek. Rubin krwi podkreśla mi usta, jakbym szedł na randkę z szejkiem z Arabii. Koszulką tamuję krwotok z nosa. Cierpię podwójnie, bo smród rybiej zgnilizny nie opuścił moich nozdrzy. Oddycham ciężko, szczęśliwy, że trafiłem z powrotem do wynajmowanej przeze mnie kawalerki. Znajome meble, wiecznie zabałaganione biurko. Słoik wypełniony muszlami, które zbierałem dwa lata temu nad morzem, gdy smażyłem szprotki we Władysławowie. Na płycie indukcyjnej stoi patelnia z wyschniętym makaronem sklejonym serem. Nad tym wykwitem kuchni à la przecena z marketu bzyczy spaśiona mucha. Ciągnie ją do niedopitej puszki coli. Ubiegam owada, łapię za nią. Gęsty syrop bez gazu gasi pragnienie. Naoliwia zardzewiałe zębatki, dostaję wystrzału glukozy do krwi. Od razu bania lepiej pracuje, synapsy grają myślami w tenisa. Sięgam po telefon do kieszeni. Skurwysyn nie działa i jest zawilgocony. Z wejścia do ładowania wycieka płyn o kwaskowatej woni. Nabieram apetytu na ten makaron, co przysiada na nim wielka mucha. Zjadłbym wszystko, nawet podane z brukselką stawonogi.
Pozbywam się głupich rolek z kopyt i wrzucam je pod łóżko. Zastanawiam się, za ile wystawić je na sprzedaż. Może jeszcze wyjdę z zyskiem na tym interesie. Teraz przypomina mi się martwy handlarz i wszystkie płyny ustrojowe zamarzają mi na kość. Jak najprędzej muszę skontaktować się z Piotrkiem, zapytać, czy pojebało mnie, czy rzeczywiście kogoś wczoraj kostucha złapała na haczyk. Skończę w Kochanówce, ubrany w kaftan, jakiś pielęgniarz będzie mnie karmić mleczną zupą z kluskami.
Panikuję, nigdy nie byłem przesłuchiwany. Nie pamiętam za wiele poza karaluchem i waleniem w drzwi, ale to niedorzeczne. Nikogo tam z nami nie było. Jak się wytłumaczę policji z nieudzielenia pierwszej pomocy? Gadanie, że sam sobie w życiu nie potrafię pomóc, gówno da. Odechciało mi się jeść, za to zachciało mi się rzygać i srać na zmianę, jakbym własnymi rękami brodacza pozbawił życia. Czeka mnie grypsowanie i ciemna cela zasiedlona zwyrodniałymi mordercami mojego pokroju. Tysiąc myśli na minutę, krzyczę w poduszkę.
Niebiesko-czerwone światło i policyjne syreny dopadają mnie jak niespłacone odsetki. Kawalerka raz przypomina akwarium, a raz przedsionek piekła. Na kolanach podchodzę do okna. W mętnym blasku latarni widzę pochód studenciaków w kinetycznym zwarciu z czarną chmarą policyjnych kasków. Koktajle Mołotowa, jak ziejące ogniem smoki, karmią się opancerzonymi wozami. Amfibia sążnistym strumieniem wody pacyfikuje pierwszą linię rebeliantów. Trzy bagiety otaczają samotnego wojownika z chustką zakrywającą twarz. Pałki idą w ruch, chłopak pada na glebę, stara się osłonić głowę przed siepaczami. Jeden z czarnych go podnosi, pozostali okładają bezlitośnie. Skatowany znów pada na asfalt zabrudzony jego krwią. Chłopak wypluwa zęby na chodnik, które odbijają się jak kauczukowe piłeczki. Najbardziej rosły i wściekły z bagiet gasi wojownikowi o lepsze jutro światło potężnym ciosem w skroń.
Naiwnie wierząc, że mogę być kroplą, która przechyli szalę zwycięstwa na naszą stronę, biegnę do kuchni i zaglądam do szuflady. Oglądam każdy większy nóż, lecz bez wyjątku wszystkie są tępe. Kupione były w Pepco lub innym Action za grosze, przestały być ostre po pierwszym przekrojeniu bułki. Nie sposób ich naostrzyć, nadają się, co najwyżej, do krojenia plasteliny. Zabieram chochlę, ale nie byle jaką. Od babci, wykutą z ciężkiego metalu, głęboką jak Bajkał. Będę szturmować z nią policyjne szyki i poprowadzę młodzież do zwycięstwa. Prawie łamiąc kark, zbiegam na dół. Już budzą się we mnie przekazane w DNA przez przodków nawyki partyzanckie. Odzywa się odwaga powstańców listopadowych, przekora styczniowców i wiara warszawiaków, że polski orzeł wyrwie pióra szwabskiemu orłu Z okrzykiem Gloria victis na ustach wyskakuję na ulicę.
Nie ma śladu po zamieszkach. Chochla wypada mi z dłoni. Z głośnym brzękiem odbija się od kostki chodnikowej. Rozglądam się jak naiwniak wystawiony na randce. Po chwili zauważam przed sobą rzędy krzeseł, przed którymi na ścianie jednej z kamienic wyświetlany jest film. No tak, Tme polówka trwa przez całe lato.
Puścili francuski klasy o wydarzeniach majowych 1968 roku w Paryżu. Prawie nikogo nie ma na widowni za wyjątkiem jakieś pary, która się migdali, jakby byli spragnionymi siebie kanibalami. Podchodzę bliżej o kilka kroków, rozpoznaję w nich Bibułę i nieznajomą, z którą piłem piwo. Świata poza sobą nie widzą. Filozoficznie dochodzę do wniosku, że to właśnie szczera miłość jest najwspanialszą z rewolucj. Niedającym się ugasić żadnym fałszem buntem wobec tego najbardziej zakłamanego ze światów.
– The only thing more powerful than hate is love – przypominam sobie półgębkiem.
Podnoszę chochlę, zbierając się do domu. Muszę dowiedzieć się, która jest godzina. Najpewniej nie zdołam uciąć sobie drzemki przed pracą. Zimny prysznic, kawa rozcieńczona mlekiem i won do roboty.
Zaokrąglony uchwyt chochli zaczepił się o kratkę ściekową. Zaglądam do niej, a tam widzę płetwę wieloryba wynurzającą się z kanałów. Nagle spod kratki wskakuje do chochli karaluch, potem drugi, a za nim cały szwadron. W ułamku chwili obsiadają mnie jak pszczoły plaster miodu. Nie chcę krzyczeć, żeby nie zagnieździły się w ustach. Spuchnięty nos zatykam palcami. Padam na kolana w ruchomym kombinezonie z owadów. Pożerają mnie w ciszy. Kawałeczek po kawałeczku, z chirurgiczną precyzją, żeby nie ostała się ani kosteczka, ani niewyraźne echo w wspomnieniach śpiących Łodzian. Walczę nie z karaluchami, lecz przeciągam linę z własną pamięcią. Siłuję się z nią, dopóki jeszcze nie przepadła w próżni. Roztrząsam zakurzone kartoteki upchane w jej zakamarkach. Już jedną nogą wskakuję na klacz, co siodło ma przyspawane do obdartych ze skóry kości. Jeszcze ostatnim impulsem próbuję przypomnieć sobie jej imię. Wyświetla mi się przed oczami jej twarz, jak w kinie na ekranie IMAX-u w mocnym zbliżeniu. Mogę policzyć wągry na jej nosie, przebijające spod pudru. Czarna plamka w prawym górnym rogu rozrasta się w czarną planszę. Nie ma muzyki, nie ma napisów końcowych, nie ma nic.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania