Przypadek z martwą

Przypadek z martwą

 

Komisarz policji Piotr Dębiński siedział w nocy w swoim pokoju przed cicho grającym telewizorem i rozmyślał o tym co kilka godzin wcześniej kilka razy obejrzał na swoim laptopie na komisariacie w Nowej Hucie. Któryś z kolegów zostawił mu na biurku pamiętającym jeszcze lata dziewięćdziesiąte rozpieczętowaną szarą kopertę bąbelkową, w której znajdowała się niebieska płyta DVD w opakowaniu typu slim. Na kopercie napisano długopisem adres komisariatu nie wyróżniającym się charakterem pisma. Policjant kilka razy obejrzał amatorski film, który został nakręcony albo aparatem cyfrowym, albo smartfonem, na którym widać było pętlę tramwajową obok osiedla Tysiąclecia. Późnym wieczorem po torze pętli jeździł w kółko szybko stary, długi tramwaj linii 9. Wydawało się, że był pusty, miał zapalone światła, jednak nie widać było w nim motorniczego. W którymś momencie zatrzymał się i otwarły się wszystkie drzwi. Przez jedne wypadła naga kobieta, która leżała potem nieruchomo na trawniku. Z tego, że nieliczne drzewa w pobliżu pętli tramwajowej były sporo przerzedzone, ale znajdowały się na nich nieliczne liście, Dębiński wnioskował, że zdarzenie zostało nagrane jesienią, być może tą samą, która teraz spowiła Polskę, ale najdziwniejsze było to, że data, która widoczna była w jednym kącie nagrania wskazywała nie na jakiś dzień z przeszłości, ale przyszły – 17 października 2022, a to było pojutrze. Rozumiał, że to mógł być jakiś dowcip, podobnie jak niektóre anonimowe donosy przysyłane na komendę, ale niepokoiło go to, że nagranie było dosyć realistyczne, wypadająca kobieta wydawała się naprawdę martwa przez kilka plam na ciele i brak charakterystycznego poruszania się kiedy ktoś oddychał, co zauważył kiedy powiększył obraz. Mimo, że wokół tramwaju zaległa ciemność, światło z wagonu nawet nieźle oświetlało leżącą kobietę. W telewizji leciał jakiś film kryminalny, ale przestał śledzić akcję. Nie przypominał sobie śledztwa dotyczącego zabójstwa martwej kobiety, której ciało znaleziono na pętli tramwajowej w Mistrzejowicach. Nie mógł zgłosić przełożonym morderstwa, które miało się dopiero zdarzyć, a jeśli się zdarzyło to nic poza kopertą i płytą DVD nie mógł im przedstawić. Mógł próbować zarządzić przeprowadzenie śledztwa, ale przed przyjazdem do domu obejrzał torowisko ukazane na filmie i nie znalazł w jego okolicach żadnych śladów morderstwa. Rozmawiał także z jednym motorniczym na pętli i dowiedział się, że w ostatnich miesiącach żaden tramwaj linii 9 nie był miejscem morderstwa, a nawet rzadko ostatnio ludzie coś gubili. Jakiś tydzień wcześniej znaleziono portfel w jednym z wagonów dziewiątki, ale pusty. Także nikt nie kręcił filmu o morderstwie w okolicach pętli. Komisarz nie wtajemniczył starszego motorniczego w szczegóły dziwnej przesyłki, ale rozmowa z nim tylko pogłębiła jego niewiedzę i niezrozumienie tego z czym miał do czynienia. Jedyne co mógł zrobić to przyjechać w pobliże pętli pojutrze i czekać na to co się miało wydarzyć i jakby co – co według niego było raczej niemożliwe – wezwać radiowóz i karetkę.

Jak postanowił, tak Dębiński przyjechał w poniedziałek, siedemnastego października koło dwudziestej swoim oplem na ulicę w pobliżu pętli. Na komisariacie nic nie powiedział o filmie i pętli, nikt go także nie pytał o przesyłkę, bo pracy było co niemiara. Prowadzono kilka spraw – morderstwa Alicji Stolarczykowej na Centrum A, podłożenia ognia w śmietniku na osiedlu Kombatantów i kilku drobnych kradzieży z salonów In Medio w czyżyńskich supermarketach. Żonie też nie musiał wiele wyjaśniać, gdyż często wieczorami jeździł w jakiejś sprawie, nieraz wyrywano go sprzed telewizora, z wanny, albo łóżka. Nawet w święta, czy sylwestra niczego nie mógł być pewny, ale wtedy wzywano go tylko do cięższych spraw.

Dębiński siedział w swoim samochodzie, miał lekko przygaszone światła, widział skrawek pętli, gdyż oświetlały ją lampy, dalej widział smukłe o tej porze czarne drzewa, przez które ledwo przebijała się sylwetka kościoła w Mistrzejowicach. Nieco po prawej widać było dziesięciopiętrowe wieżowce, w których liczne okna pokoi i kuchni majaczyły na biało i żółto, rzadziej na zielono lub czerwono. W oddali widział jak alejkami między kościołem a blokami spacerują ludzie z psami. Zarysy majestatycznych klonów na tle kościoła lub bloków wyglądały jak skąpane w cieniu zgarbione jakieś stworzenia, albo olbrzymy z wyciągniętym do góry ramionami jakby komuś groziły lub jak przy serwie podczas gry w siatkówkę. Komisarz palił rothmansa i szyba w drzwiczkach była lekko ściągniętą w dół. Czekając na rozświetlony tramwaj kręcący się w koło pętli rozmyślał o sprawie Stolarczykowej. Czy ten zatrzymany w pobliżu zwłok pijany Nowak faktycznie miał coś wspólnego ze śmiercią swojej sąsiadki? Te kilka śladów odcisków jego palców na jej szyi i dłoni mogło powstać kiedy albo się przewracał potykając o jej ciało, albo wtedy kiedy chciał jej pomóc. Dziwiło go to w tym śledztwie, że młodszy inspektor Badurek za możliwy motyw uznał rabunek, ale przecież nie znaleźli ani grosza przy Nowaku, ani tępego narzędzia, które rozwaliło skroń emerytce. Także zastanawiał się nad przesyłką w bąbelkowej kopercie. Kto ją wysłał? Kto położył te materiały na jego biurku? Nikogo o to nie pytał jakby uważał, że jemu należała się ta tajemnicza sprawa. A jakby okazało się to sprytną hochsztaplerką, nie będzie dąsów, niepotrzebnego zamętu i sporów, ani przekleństw młodszych pracowników komisariatu, że musieli pracować po godzinach. Jakby on pracował odtąd, dotąd. Wtem usłyszał dźwięk przemieszczającego się po torach tramwaju, który jeździł szybciej niż zwykle. Wysiadł z samochodu, zatrzasnął drzwiczki i podbiegł do pętli tramwajowej wymijając drzewa. Podbiegł do torów. Zauważył nieopodal zamkniętą budkę z biletami. Tramwaj jeździł w kółko jak opętany. Nie widać było motorniczego jak na filmie. Nagle pojazd stanął nieopodal niego, w tym samym miejscu, które komisarz znał z DVD. Wszystkie drzwi się otworzyły w tramwaju. Z drugich drzwi pierwszego wagonu wypadło ciało nagiej kobiety. Dębiński stał jak wryty. Z palącego się papierosa, którego nadal trzymał w prawej dłoni sypał się popiół. Cała ta sytuacja, której był naocznym świadkiem była taka sama jak na filmie. Jak to było możliwe? Nie wiedział. Stał tak przed otwartymi drzwiami i przypominał sobie strzępy dawnych opowieści policyjnych, które słyszał niekiedy na komisariacie, kiedy zaczynał pracę policjanta. Kilku najstarszych policjantów, którzy mieli także pokaźny staż w MO opowiadało sobie nawzajem i innym o jakichś dziwnych zjawiskach, stukotach podczas przeszukiwań starych, drewnianych, wiejskich zagród, których dawniej w Nowej Hucie było sporo, a dziś jeszcze można było na nie natrafić gdzieniegdzie w tej dzielnicy i kilku okolicznych. Opowiadali o próbujących zbiec z miejsca zbrodni nieboszczykach, o podejrzanym, któremu podczas kilku badań laboratoryjnych zmieniały się odciski palców, albo o tym, że podczas wykonywania jednej z kar śmierci na Montelupich wszyscy zebrani słyszeli czyjś szloch, który miał na chwilę zatrzymać rękę kata umieszczającą na szyi skazanego pętlę. Zawsze chętnie słuchał mrocznych opowieści starszych kolegów, ale uważał, że mieli, albo niezrealizowany talent literacki, albo dawniej przydzielano im mniej spraw i więcej czytali książek i próbowali zabić nudę lekturami podczas patroli, dochodzeń, przesiadywań w komisariacie.

Komisarz wyrwał się z odrętwienia i podszedł do zmarłej leżącej w takiej samej pozie jak na filmie, na prawym boku z lekko wysuniętą w tył jedną nogą. Nie wyczuł pulsu, ani woni rozkładu jakby została niedawno umyta i pochowana. Miała około stu osiemdziesięciu centymetrów, ciemnobrązowe włosy, lekko za ramiona. Mogła mieć około trzydziestu lat. Podczas upadku powstało zadrapanie na prawej skroni ledwo nasączone krwią. Dębiński wszedł do otwartego wagonu tramwaju, ale nie znalazł ani jej ubrań, ani torebki, ani niczego co pomogłoby mu wyjaśnić zdarzenie. Schylał się prawie pod każdy fotelik. Nie było nic. W kabinie motorniczego także nikogo nie zastał. Po wyjściu z wagonu, podszedł do martwej kobiety, zdjął swoją puchową, granatową kurtę i przykrył nią zwłoki. Zasłonił piersi, ręce, brzuch, uda, włosy łonowe. Wyciągnął z kieszeni spodni stary, ale działający jeszcze telefon komórkowy i zadzwonił do dyżurnego Krzysztofa Maciejaszczyka na komisariacie:

- Cześć Krzych, powiadom kogo tam masz na komisariacie, że na pętli tramwajowej dziewiątki na Mistrzejowicach znalazłem ciało martwej kobiety.

- Hejka stary, ale ty dziś wieczór miałeś wolne – odpowiedział Maciejaszczyk.

- Tak, tak, ale to znalezisko po godzinach pracy.

- Dobra zaraz tam wyślę radiowóz i może karetkę.

- No to czekam.

Dębiński wcisnął przycisk oznaczający koniec połączenia. Smartfon też miał, ale wygodniejsza w pracy i mniej narażona na zniszczenia była jednak zwykła komórka, stąd częściej jej używał. Była to nie do końca oficjalna sprawa i nie myślał o użyciu krótkofalówki. „Po co jeszcze więcej komisariatów miało wiedzieć o tym znalezisku? – myślał. Po kilkunastu minutach podjechał radiowóz, a z oddali słychać było karetkę pogotowia. Z radiowozu wysiadło dwóch aspirantów – Raciborski i Habdas, za nimi szedł fotograf Czyżyk. Po przywitaniu, skrótowo Dębiński opowiedział im o przesyłce, przyczynach zatajenia tego faktu i kobiecie, która wypadła z tramwaju. Raciborski zrobił notatki. Po czym podjechała karetka. Lekarz podszedł do grupki policjantów i powiedział:

- Dobry wieczór, od niedawna pracuję dla policji. Nazywam się Koterbski.

- Cześć – rzucili po krótce wszyscy.

Lekarz podszedł ze swoją torbą do martwej i uklęknął. Kurtkę podał Dębińskiemu. Następnie zbadał puls martwej, poświecił latarką w oczy, których podnosił wcześniej powieki, zajrzał do gardła, ocenił widoczne plamy na jej ciele. Następnie wstał i mocno zdziwiony powiedział do komisarza.

- Coś tu nie gra. Ona dzisiaj nie umarła. Wszelkie ślady na jej ciele świadczą, że było to ponad tydzień temu.

- Ale skąd się tu wzięła? – spytał Raciborski.

- Trudno powiedzieć – stwierdził lekarz nieco poirytowany tym pytaniem.

Dębiński, tak jak wcześniej aspirantom, opowiedział Koterbskiemu o dziwnej przesyłce. Wymienili kilka uwag, po czym lekarz stwierdził, że wszystkim zajmie się laboratorium i po pożegnaniu się z policjantami, wrócił do karetki i coś jeszcze notował w swoim sprawozdaniu. Fotograf zrobił kilka zdjęć, a dwóch sanitariuszy, którzy w międzyczasie się pojawili z noszami, przenieśli i wsadzili martwą do karetki. Samochód odjechał, a Dębiński, fotograf i aspiranci doszli do wniosku, że poczekają ze spisaniem raportu jak pojawią się bardziej szczegółowe wyniki z laboratorium. Chwilę jeszcze pogadali o Nowaku i Stolarczykowej, po czym rozjechali się w swoje strony. Dębiński pojechał do swojego domu zapalając kolejnego rothmansa w samochodzie, a następnie jeszcze jednego, a tamci trzej odjechali na komisariat.

Śledztwo dotyczące Stolarczykowej nabrało nowego rytmu, gdyż jednak wbrew Badurkowi wyeliminowano z podejrzenia Nowaka. Znaleziono jakieś stare listy z pogróżkami od nieznanych nadawców, zrobiono więcej wywiadów środowiskowych, poszperano w przeszłości zabitej. Okazało się, że mieszkała wcześniej w Gdyni, a jej brat był zamieszany w jakieś włamanie. Nigdy nie znaleziono całej zrabowanej gotówki jednemu dyrektorowi banku. Mimo, że pojawiło się wiele pytań, nagle wszystko coraz bardziej się wyjaśniało. W przeciwieństwie do tego śledztwa, sprawa martwej kobiety, która wypadła z tramwaju na pętli w Mistrzejowicach utknęła w ślepym zaułku. Nie posuwała się na przód, gdyż niewiele udało się ustalić. Martwą kobietą była Barbara Karcz, która pochowano na cmentarzu w Grębałowie. Zmarła wskutek powikłań po zawale serca podczas kąpieli. Prawdopodobnie była sama w domu, kiedy weszła do wanny, zasłabła i się utopiła. Nie dało się ustalić na podstawie nagranego filmu, który dla dobra śledztwa określano scenariuszem do przyszłego zdarzenia, którego świadkiem był Dębicki, skąd się wzięły jej zwłoki w tramwaju i dlaczego pojazd kręcił się kółko. Sprawę zamknięto i uznano za jakiś makabryczny żart nieznanych sprawców. A jako, że nie było tego typu spraw wcześniej związanych z wykopywaniem zwłok w Nowej Hucie nie drążono tego tematu. Przesłuchiwani grabarze, ksiądz żegnający Karcz podczas pogrzebu, a także kilka osób z jej rodziny nie byli w stanie także nic powiedzieć co pomogłoby w sprawie. Zresztą – co najdziwniejsze – grobowiec wydawał się nienaruszony. Jedynie Dębiński od czasu do czasu powracał do tej sprawy. Najbardziej niepokoiło go to, że wypadnięcie ciała Karcz z tramwaju było identyczne z tym na filmie. Reszta policjantów badająca tą sprawę nie była o tym przekonana. Brała to za pewnego rodzaju omam pod wpływem oczekiwań, a datę na filmie za oszustwo. Dębiński po godzinach pracy czytał wieczorami w swoim pokoju, w internecie o różnych niewyjaśnionych zjawiskach, gdyż bardzo chciał natrafić na przynajmniej trochę podobny przypadek. Przerzucał strony o złudzeniach optycznych, fatamorganie, okultyzmie, UFO, nekromancji, jasnowidzeniu, mszach satanistycznych, handlu martwymi ciałami. Niektóre fragmenty pokrywały się z tym co sam widział, któregoś dnia znalazł telefon i mejla do gabinetu parapsychologicznego w Krakowie. Zadzwonił i umówił się na wizytę.

Którejś wolnej soboty udał się miejskim autobusem do Mieczysława Słabonia, który mieszkał w okolicach ulicy Smoleńsk, w okazałej kamienicy z małym ogrodem i różnymi wyrzeźbionymi ozdobami na jej murach. Była skąpana w słońcu i niesamowicie jej nastrój korespondował z celem wizyty Dębińskiego u Słabonia, gdyż mieli porozmawiać o zdarzeniu z Barabarą Karcz. Komisarz oczekiwał, że więcej się dowie od parapsychologa niż z internetu o tym dziwnym zjawisku, które widział na własne oczy. Parapsycholog zaprosił Dębińskiego do środka. Był nieco niższy od niego, jego głowa była łysa po środku, ze skraja miał skrawki włosów, nosił okulary w grubej oprawie. Miał na sobie brązowy sweter i wytarte spodnie z jakiegoś czarnego materiału. Na pewno nie kojarzył się z parapsychologią, ale bardziej z biblioteką. Słaboń przyjął Dębińskiego w pokoju, który ze wszystkich stron zastawiony był regałami z książkami – znajdowały się na nich różne wydania „Biblii”, komentarze do niej, dziesiątki rozmaitych mitologii w kilku językach, książki o UFO, okultyzmie, czarnej magii, a także czasopisma parapsychologiczne w różnych językach. Parapsycholog w innym pokoju obejrzał film na komputerze po czym oddał płytę policjantowi i wysłuchał jego relacji. Na chwilę wyszedł do kuchni i przyniósł dwie filiżanki z kawą i po chwilowym zamyśleniu zaczął mówić:

- Wie Pan co trudno to wszystko zrozumieć, kiedy nie brało się udziału w tym zdarzeniu z tramwajem. Rzeczywiście film, który mi Pan pokazał wydawał się wiarygodny. Sam brałem kilka razy udział w seansach spirytystycznych z osobami zaufanymi i kilka razy widzieliśmy jak kręciło się kółko z alfabetem. I być może rozmawialiśmy z umarłymi. W różnych czasopismach czytałem o tym nieraz, że niezbadanym zjawiskom towarzyszyły często zaburzenia w przewodzeniu prądu, znałem opowieści kolejarzy o pociągach widmach, spotkaniach z istotami z innych wymiarów, ale w tym przypadku raczej ważniejsze było ciało zmarłej niż kręcący się w kółko tramwaj.

- Co Pan ma na myśli?

- Prawdopodobnie nikt jej fizycznie nie przeniósł. Otóż w dawnych kronikach i w literaturze okultystycznej, ba w samej „Biblii” mieliśmy opisy przyzywania zmarłych. Opowieści o ożywionych trupach wcale dawniej nie były takie rzadkie. Kościół od wieków urabiał w ludziach przekonanie, że była to jedynie fantastyka. W młodości byłem księdzem, dość naiwnym, ale od pewnego czasu nie dawała mi spokoju myśl, że wśród tych fantastycznych opisów mogły znajdować się rzeczywiste udane próby przywołania dusz z zaświatów i ożywiania ciał. Zacząłem czytać książki okultystyczne i czasopisma parapsychologiczne, które przywoziłem z różnych zakątków świata. Sam nawet zacząłem w nich publikować, bo dobrze znałem stare księgi i różne mroczne i niesamowite opowieści, ale nigdy pod własnym nazwiskiem by nie narazić się biskupowi, papieżowi i całej tej zgrai z Watykanu, która byłaby zgodna co do tego, by nałożyć na mnie anatemę. Wystąpiłem z Kościoła i dzięki zaoszczędzonym pieniądzom douczałem się w różnych prywatnych szkołach parapsychologicznych w Stanach Zjednoczonych. Nekromancja nie ustała i próby użycia do niej współczesnej technologii. Ba nawet sam brałem udział w kilku parapsychologicznych eksperymentach np. w próbie wyśnienia przyszłych zdarzeń rozgrywających się w naszym, małym miasteczku w Vermont. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś na tym Grębałowie obdarzony jasnowidzeniem próbował ożywić Barbarę Karcz, co mu się nie udało. W jakiś sposób przeszło jej ciało różne dematerializacje i materializacje, dusza nie powróciła do ciała, wystąpiły różne zaburzenia czasoprzestrzeni i po prostu, któregoś wieczora wypadła z tramwaju. Ten film, o ile nie był oszustwem, był doskonałym zapisem snu, w którym wyśniło się nekromancie obdarzonemu jasnowidzeniem przyszłe zdarzenie.

- Ależ to niemożliwe – nie wytrzymał Dębiński.

- Wie Pan, mówię tylko co mogło się tu zdarzyć. A nie na mur beton co zaszło. A czy wydało się Panu możliwe, że tramwaj sam jeździł w kółko po torach pętli na przyspieszonych obrotach i to bez motorniczego, martwa kobieta wypadła z tramwaju, zastopowany został rozkład jej ciała, a grób jej był nienaruszony?

- No tak, to wszystko także, jakby to zebrać do kupy, wyglądało na jakiś niesamowity film.

- No właśnie. Ja tylko powiązałem te różne wątki z pańskiego filmu z tym o czym czytałem i z czym się zetknąłem, nie podczas studiów teologicznych, ale podczas douczania się w kilku szkołach parapsychologicznych w Stanach Zjednoczonych. Postęp w informatyce, wymagał tego by wielu parapsychologów także było informatykami. Był taki jeden inżynier Stone, który próbował doprowadzić do perfekcji połączenie impulsów psychicznych podczas śnienia z cyfrową rekonstrukcją marzeń sennych. I powiem Panu kilka obrazów, które widziałem w jego pracowni wydawało się jakimiś fantastycznymi zdjęciami. Na jednym z nich widać było jakąś okolicę z nierówno pobudowanymi domami, żółtym niebem jakby wyłożonym żwirem, wygiętymi drzewami pod różnymi kątami, uciekającymi przed czymś ludźmi. Jednak rzadko śniący mogli te obrazy zweryfikować, gdyż pamiętali tylko skromne fragmenty snów.

Dębiński odłożył filiżankę, wstał, podniósł kurtkę i powiedział:

- Nic z tego czego się dowiedziałem od Pana, nie nadawało się do policyjnych akt.

- Tak będzie musiał Pan albo o tym zapomnieć, albo badać samemu.

- Ile się za poradę należy?

- Daj Pan spokój, z takimi ciekawymi wypadkami bardzo rzadko się spotykałem. Byłbym wdzięczny za kopię tego filmu. To by wystarczyło za jakąkolwiek zapłatę.

- Jasne, mam to na pulpicie laptopa.

- Dam Panu książkę w języku angielskim. Z różnymi przypadkami badań nad snami i obrazami przyszłości przy udziale współczesnej technologii komputerowej. Jej tytuł to „What could have happened?” czyli „Co mogło się zdarzyć?”. Zebrano w niej doświadczenia różnych autorów. Zredagował ją Paul Wilson. Wydana została z dziesięć lat temu w Newport.

Słaboń odwrócił się by przeszukać półkę za sobą. Podał znalezioną książkę Dębińskiemu. Parapsycholog odprowadził policjanta do przedpokoju. Dębiński wyszedł. Zbiegł po szarych schodach. Szybkim krokiem zaczął zmierzać w stronę przystanku autobusowego. Jednak po chwili stanął, wyciągnął komórkę z kieszeni i zamówił taksówkę. Był wstrząśnięty wszystkim czego dowiedział się od parapsychologa. Po pięciu minutach podjechało audi. Dębiński podał kierowcy swój adres i zaczął przerzucać strony książki. Szczególnie przypatrywał się fotografiom. Znów poczuł dreszcz emocji i kompletnie osłupiał. Na jednej z nich zauważył zdjęcie metra i wypadającą z drzwi martwą kobietę. Podpis był prosty do przetłumaczenia – „Nieudana próba nekromancji w Nowym Jorku”.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Dalia godzinę temu
    "Komisarz policji Piotr Dębiński siedział w nocy w SWOIM pokoju przed cicho grającym telewizorem i rozmyślał o tym co kilka godzin wcześniej kilka razy obejrzał na SWOIM laptopie na komisariacie w Nowej Hucie."– jedno "swoim" można pominąć lub zastąpić.
    "...jednak nie widać było w nim motorniczego."– nie było widać w nim motorniczego.
    "Przez jedne wypadła naga kobieta, która leżała potem nieruchomo na trawniku." – coś tu poszło nie tak. Konstrukcja zdania jest trochę chaotyczna i nielogiczna. Co chcesz przekazać w tym zdaniu?
    "Przez drzwi wypadła naga kobieta, która chwilę później nieruchomo leżała na trawniku" – nie lepiej?
    "Z tego, że nieliczne drzewa w pobliżu pętli tramwajowej były sporo przerzedzone, ale znajdowały się na nich nieliczne liście"– niepoprawna konstrukcja zdania. "Mimo że drzewa przy pętli tramwajowej były mocno przerzedzone, wciąż utrzymywało się na nich kilka liści"
    Masz dobry pomysł na fabułę, ale nad wykonaniem należy jeszcze popracować. Niektóre zdania są zbyt długie, nielogiczne i zawierają nadmierne powtórzenia. Opisy są nienaturalne, podmioty często się gubią.
    "Zabójstwo martwej kobiety" – masło maślane :)
    "Po wyjściu z wagonu, podszedł do martwej kobiety, zdjął swoją puchową, granatową kurtę i przykrył nią zwłoki. Zasłonił piersi, ręce, brzuch, uda, włosy łonowe. Wyciągnął z kieszeni spodni stary, ale działający jeszcze telefon komórkowy i zadzwonił do dyżurnego Krzysztofa Maciejaszczyka na komisariacie:" – serio? Zorientuj się jak wyglądają prawdziwe procedury w takiej sytuacji, no chyba, że to miało na celu pokazać zupełny brak profesjonalizmu policjanta. Przecież w ten sposób mężczyzna zanieczyszcza materiał dowodowy.
    Tekst wymaga sporej korekty, ale jest potencjał...
    Wstrzymam się z oceną. Zwykle staram się nie schodzić poniżej czterech gwiazdek, a ten tekst wymaga jeszcze dopracowania, by na nie zasłużyć. Mimo wszystko się nie zrażaj :)
    Pozdrowienia.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania