Dyscypliny przyszłości, czyli futurologiczna jazda bez trzymanki
Halo, halo, Mietku!
Halo, halo, Franku!
Halo, halo, Mietku!
Halo, halo, Franku!
Oto jest. Nasza gwiazda. Jest on. Niezapomniany, niezastąpiony, niezawodny. Lewy. Niby Lewy, a jaki prawy. Tym razem jednak bez piłki, bez murawy, bez kolegów z Warszawy, z Barcelony, znikąd właściwie. Sam. Sam jak palec, choć palec też przecież jest częścią dłoni, więc nie sam.
To, co dziś robi Robert, zasługuje na najwyższe uznanie i podziw.
Stoimy pod blokiem pani Eugenii z Wrocławia. Pani Eugenia dzierży dwie siatki z Biedronki. Nie dlatego, że lubi, tylko dlatego, że emerytura jest jaka jest – każdy widzi. Ale ja nie o tym.
Siatki są ciężkie. Winda od tygodnia nie działa. Bywało gorzej. W dziewięćdziesiątym ósmym widziałem windę, która nie działała dwa miesiące. Ale wróćmy do meritum.
Na szczęście jest z nami on. Robert Lewandowski. Człowiek, który dziś, w pocie czoła, zapracuje na swoje miliony. Bo w sporcie liczy się tylko jedno. Jedno… tylko na Boga, co? Zapomniałem...
Ale oto gawiedź zgromadzona licznie, nie powiem, że blokersi, podnosi wrzawę.
– Lewy! Lewy! Lewy!
Niesie się po osiedlu.
A nie… przepraszam. To kruki. Też coś wołają, tylko po kruczemu.
Tymczasem pani Eugenia – ona musi być emerytką, taka emerycka z wyglądu – przekazuje siatkę naszemu el polaco z Barcelony.
A on? Proszę państwa, cóż za emocje!
On chwyta reklamówkę. Bierze ją pewnie, obiema rękami. Jest kontakt z uchwytem – widzimy to na zbliżeniu, realizator za chwilę pokaże nam powtórkę. Tu nie ma zawahania. Tu jest absolutna pewność. I już biegnie. Pędzi. Gna. Galopuje ku klatce schodowej.
Bez cienia wahania i w ogóle bez cienia, bo na tym Kozanowie drzew jak na lekarstwo, a drzewa, jak wiadomo, dają cień.
Ale wróćmy do meritum.
To nie jakiś tam futbol. Nie jakaś tam gra w piłkę. To bieg z obciążeniem na dziesiąte piętro. Bo zapomniałem dodać, a to informacja kluczowa, że pani Eugenia mieszka, niech mnie kule biją, właśnie na dziesiątym.
Pierwsze piętro. Drugie. Trzecie.
Nie zwalnia.
Czwarte.
Jeszcze oddycha.
Piąte.
Już oddycha bardziej.
Szóste.
Tutaj niejeden by odpuścił, zadzwonił po windę, ale przecież mówiłem, że windy nie ma.
Siódme. Ósme.
To są Himalaje codzienności.
Dziewiąte.
I jest! Dziesiąte piętro!
Proszę państwa, oto przyszłość sportu!
Przeprowadzisz dzieciaka przez pasy – złoty medal.
Wyniesiesz sąsiadce śmieci – srebro.
Przykręcisz babci kran – rekord Europy.
Wniesiesz zakupy na dziesiąte piętro – mistrzostwo świata.
Sędzia – młody, zdolny, ledwo czterdziestoletni – odgwizduje koniec.
Pranie! Prasowanie! Sprzątanie świata! Konkurencji wystarczy do Los Angeles, Brisbane i jeszcze dalej!
Szczęsny, Lewandowski, Małysz, Świątek – wszyscy będą harowali dla nas, dla mas, w świątek, piątek i, proszę państwa, nawet w niedzielę. Bo przyszłość sportu to sporty utylitarne. Sporty użytkowe. Sporty bliżej ludzi i bliżej życia.
Tymczasem Robert jest już na górze.
Co za klasa. Co za serce. Płuca również imponujące.
Pani Eugenia odbiera siatki. Publiczność szaleje. Kruki również.
Jeszcze tylko dekoracja medalowa, hymn Koła Gospodyń… chyba Miejskich… i możemy wracać do domu.
Tam, gdzie łany złotem lśnią,
Gdzie tradycje w sercach są,
My gospodyń silny krąg,
Razem idziem wspólną drogą…
„Tam, gdzie łany złotem lśnią” i na tym zakończmy, bo wzruszenie odbiera mi głos.
Oddaję głos do studia.
Halo, halo, Mietku!
Halo, halo, Franku!
Halo, halo, Mietku!
Halo, halo, Franku!
Komentarze (1)
I wszystko byłby słusznie futurologiczne tutaj, gdyby te miliony euro szły do gwiazd z podatków emerytów i pracusi, a nie szmalu spnosorskiego i biletowego.
Nieźle, inspirująco napisane.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania