Pudełeczko z zapomnieniami
W wiktoriańskiej willi z widokiem na park z krzewiastym horyzontem mieszkało małżeństwo.
On był strzelisty, elegancki, a jego śnieżnobiałe koszule omamiały blaskiem. Od dziecka zgłębiał tajniki wiedzy gastronomicznej oraz aktywnie uczestniczył w środowisku. W wieku 50 lat został sędzią kulinarnym, a wkrótce twarzą festiwali i konkursów telewizyjnych. I choć podróże samolotem były mu nie w smak, niepohamowany apetyt na zieloną oliwkę w śródziemnomorskim kraju wygrywał. Jego nieobecność stała się jej codziennością.
Miała 37 lat, gdy wyszła za Patryka — wtedy czterdziestojednoletniego restauratora. Nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego on i ona się zdarzyli. Pytana przez wścibskich sąsiadów, odpowiadała żartobliwie, że przyciągnęła ją jasność jego koszul i zapach cierpkich win. Lubiła przedłużać poranne spacery do południa, rozmyślając o kolejnym rozdziale książki, którą pisała od lat. Kiedyś była dobrze rokującą pisarką z pierwszymi sukcesami na koncie. Pewnego dnia zgubiła głos — jak słowik zamknięty w klatce.
Gdy wyjeżdżał, siadała przed lustrem w sypialni i długo szczotkowała srebrzyście połyskujące włosy. Obok futerału na szczotki stała szkatułka z tłoczonego szkła. Była tam od prawie dwudziestu lat.
W sobotę rano Oliwia obudziła się o zwykłej porze, a potem wstawała ospale — jak jesienne słońce za oknem. Po czarnej kawie narzuciła na siebie grubo pleciony sweter i wyszła na spacer do parku. Strudzona usiadła na ławce pod złocistą wierzbą i wpatrywała się z zadumą w rozkwitający dzień. Mgła czule otulała jej buty, a figlarny wiatr zaczepnie muskał policzki. Położyła dłonie na ławce, jakby chciała zatrzymać tę chwilę, i biorąc głęboki wdech, zamknęła oczy. Na jej prawej ręce przysiadła biedronka.
Patryk, na tylnym siedzeniu londyńskiej taksówki, nerwowo stukał palcami w klamkę. Korek posuwał się jak zegarek z wyczerpaną baterią. Dzień był zaskakująco ciepły jak na jesień. Słońce ogrzewało kabinę, w powietrzu unosił się ciężki zapach materiałowych siedzeń, a w tle rzęziło radio. Taksówkarz podciągnął rękawy, mamrocząc coś pod nosem. Ktoś z przodu wyszedł z auta. Dziecko w samochodzie obok pokazało Patrykowi język. Samolot do Barcelony wylatywał wkrótce. No jedźże — mruknął.
Wróciła do domu, zaparzyła różaną herbatę i udała się do salonu. Uważnie podtrzymując filiżankę, usiadła w wiklinowym fotelu na biegunach i zamoczyła usta w różowym wywarze. Gdy unosiła głowę znad tafli ciepłego napoju, kątem oka wychwyciła znajomy błysk. W płomieniach kominka, mieniła się szklana szkatułka ze złotą lamówką. Zupełnie nie pamiętała, by kiedykolwiek ją tam stawiała. Delikatnie odłożyła talerzyk z filiżanką i, wahając się, sięgnęła po nią i otworzyła.
Patryk dojechał na lotnisko w ostatniej chwili. Po bezproblemowej kontroli dokumentów rozgościł się w samolotowym fotelu i z entuzjazmem rozmyślał o popołudniowym obiedzie w prestiżowym towarzystwie grubych ryb.
Oliwia przegarniała palcami zawartość szkatułki, jakby grała na pianinie. Wśród nici i guzików mignęła jej niewielka spinka z biedronką. Ten nieokiełznany lok zawsze był zmorą — pomyślała, zdmuchując kosmyk włosów z czoła. Tamtego lata nad morzem, podarował jej tę spinkę. W pudełku, po zapałkach, z napisem: „Kocham wszystkie twoje loki…” Oliwia zabujała się dwa razy w fotelu.
Po chwili, z ciekawością dziecka, znów zajrzała do środka. Spod śliskich guzików wyłonił się fragment fotografii młodego mężczyzny. Jego poza była naturalna i otwarta. Miał na sobie kwiecistą koszulę i szerokie spodnie lekko opadające na ziemię. Oliwia przypomniała sobie, że to zdjęcie stało kiedyś na komodzie, w ramce w kolorze piasku. W popołudnia utkane z niepewności wyjmowała je z oprawy i chowała do szuflady. W pachnące szczęściem poranki znów trafiało na komodę. Któregoś dnia rozdarło się na pół.
Zaczęła nadaremnie przerzucać zawartość szkatułki w poszukiwaniu drugiej części. Zamiast niej wyciągnęła małą piłeczkę, która cicho zapiszczała pod naciskiem smukłych palców Oliwii.
Patryk, w barcelońskiej taksówce, podziwiał widoki i rozkoszował się bliską atmosferą dobrze mu znanego miasta. Na wycieraczce pod przednim siedzeniem kołysała się kolorowa piłeczka. Pisnęła przeraźliwie, zastopowana ciężarem jego buta. Taksówkarz rzucił coś po hiszpańsku i zamilkł. Patryk pokulał piłkę nogą i przypomniał sobie Oskara — starego kota żony.
Oskar był jej futrzanym towarzyszem i cichym powiernikiem tajemnic. W zimowe wieczory siadał na jej kolanach i mruczał opowieści o kocich podróżach. Ta piłka była jego ulubioną zabawką. Zamyśliła się.
Po dłuższej chwili sięgnęła znów do szkatułki. Wyciągnęła z niej pożółkłą kartkę z numerem telefonu i ołówek. Dorysowała brakujące fragmenty rozmytych cyfr. Nie była pewna, czy numer wciąż działa. Ale pamiętała głos, który się za nim krył. Wstała, sięgnęła po telefon.
W tym czasie Patryk z uśmiechem przeprosił towarzystwo i wstał od stołu. Wyjął telefon z kieszeni drogiego garnituru i kliknął na zieloną słuchawkę przy imieniu „Oliwia”. W oczekiwaniu na sygnał usłyszał:
— Numer, na który dzwonisz, jest w tej chwili niedostępny. Trwa inna rozmowa.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania