puk puk

Znalazłam się tam przez przypadek a okolica podbita i zamieszkana przez dzikie, złote hordy. To sarnowiec udzielający błogosławieństwa w czasach zarazy, drobnica kamyczków pod podeszwą. Gastro i faza. Obfitość w ustach, mielenie, naślinianie, połykanie, wpychanie nowego i znów. Twarożek nienasycenia. Z rzodkiewką.

Czas zabliźnia? Niepojęte, ale zaakceptowane nadzwyczajnym wysiłkiem. Wykąpana w perfumie dymu, spaliłam ostatniego rano. To co oczojebne zakrywa to co pojebane, jak wczorajszy dzień. Szczęśliwa niemoc wobec lampy led. Mój pot i moja krew, wy wszyscy się na tym nie znacie. Zgniecioną węgierkę, dorzecze czereśniowego Nilu można włożyć między bajki. Bo to jest bajka o minionym kapturku.

Fakt, owijanie bawełną jeża kiedyś odbije się czkawką. Spróbujmy raz jeszcze, przesunę granicę nieco dalej, wyjdę z grobu przez wybity pięścią korytarz, stanę w prawdzie i dostanę owację na stojąco - na niby. Są dwa bieguny jednej zmory. Jeśli funkcjonujesz między zwrotnikami - bądź pochwalony. Znudzony, wyplujesz pestkę, pójdziesz dalej. Jeśli ktoś przesunie cię na północ, południe - zgaduj zgadula. Zdobywcy biegunów, mistrzowie krwawych ceremonii łączcie się. Waszą sardoniczną serdeczność należy umieścić wśród wykrochmalonych wzorów. Niedzielny obrus, rosołek starej matki. Biały kieł pod cienką powłoką tłustych oczek. Coś pękło jak mawiają, kocham ich, sama pozostając w synapsie rozwarstwienia.

Kroczyło się wśród żaru, traw, owadzich melodii, w dół zbocza ku rzece. Olbrzymie pokrzywy stanowiły zasłonę, krew znaczyła liście na czarno a woda szumiała. Zbierałam wrotycze, śmiem twierdzić - obrazoburcze. Wszystko było inne. Widziałam świat dwutorowo, okiem zmęczonym i okiem podbitym. Bo on wstąpił, potem zstąpił. Rozrywając na strzępy nierządnicę. Kiedy upalona i nieprzytomna od rozważań dałam mu czas - zachłystywał się bożym gniewem, otoczony okropnym spazmem. Wstał, zrobił gulasz. Ze mnie. Mało, mało, mało. Zraniona sarna pędzi na złamanie karku, a psy myśliwych umierają w zachwycie. Niedościgniona gracja nieznosząca ciężkostrawnych sosów. Mimo siniaków, rozcięć, potargań, iść z dumą pomiędzy trupami.

Miałam złamane żebra i stłuczony nos. Gromkie brawa, aplauz, moje zaczerwienienie, szukanie zbawienia w podłodze, od nadmiaru kwiatów mam zawroty głowy. Naprzód ! - wołał wewnętrzny szalony dowódca. Posłuszeństwo jest niezmierne, więc szłam z wiankiem na głowie trzymając pochyloną pokrzywę, dziką polaną. Czy noszę w sobie element narcyzmu? Czy to nie przelewa czary goryczy? Gustuję raczej w formach mniej krzykliwych, proszę wybaczyć. Krzyk...Szukający drogi do wnętrza, wypychany - obciąża małżowinę, paraliżuje ucho. Gorący niczym wosk.

Mieszka na wsi, stąd okoliczności przyrody. To szanowany jegomość, nie ktoś z pierwszej łapanki. Typ zagarniacza, zbieracza. Muskularny samiec alfa, obywatel świata, wymieniać dalej?

 

Zawieram całe pokłady lekkości, przypominam sen, oddechem odświeżam rzeczywistość. On wybił ze mnie, prócz zębów, najgorszy ciężar. Zostałam wyzwolona! Usta uchylone by wyszło z nich dziękczynienie, jednak zbyt wcześnie, poczekam. Zrobię tak, kiedy nastanie czas.

W potarganiu, ulubionej sukience, dzierżąc rekwizyty uwiarygadniające, weszłam do kościoła. Trwała msza. Kapłan chwilowo zaniemówił. Chwilowo. Wolno zbliżałam się w kierunku ołtarza. Jakaś zatroskana staruszka pytała o stan zdrowia, odpowiedziałam spojrzeniem. Pełnym łagodności. Głos:

Bierzcie i pijcie z tego wszyscy. To jest bowiem kielich krwi mojej...

Upadłam.

Opada mgła. Tamten upalny dzień odszedł jak chwilowa euforia. Moją bolączką jest dziś jęczmień na oku. Proza brudnej pościeli, lepkich szklanek po sokach malinowych, walk z natrętnymi owocówkami. Koszenie trawy i trudne rozmowy z kotami. Wytrącona z rytmu spoczywam na sianie i czekam. Wybito mi z głowy wszelką wstrzemięźliwość; tyle możliwości ile komarzych ukąszeń, trzeba znać umiar, powiadają. Nie znasz dnia ani godziny - też.

 

W drzwi serca ukochanego nieuchronnie zapukam.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Florian Konrad 19.01.2019
    początek wygląda jak walka z językiem, albo próba ustanowienia swojego, nowego, na kanwie polszczyzny
  • jagodolas 19.01.2019
    Dzięki za koment.
  • Canulas 19.01.2019
    Bardzo, bardzo ciekawy pęd. W dużej mierze tekst ode mnie dla mnie, w którym czytelnik jest jedynie wypadkową.
    Lubię takie rzeczy. Nawet, jeśli nie umiem się przebić (co naturalne) przez te wszystkie półsłówka, niedogrania, tajemne koncepty przelania myśli na wirtualny papier - to i tak lubię.
    Lubie odczuciowo.
    Jest git.
  • jagodolas 19.01.2019
    Dzięki!
  • To niewiarygodnie cudne:

    ,,Jeśli ktoś przesunie cię na północ, południe - zgaduj zgadula. Zdobywcy biegunów, mistrzowie krwawych ceremonii łączcie się. Waszą sardoniczną serdeczność należy umieścić wśród wykrochmalonych wzorów. Niedzielny obrus, rosołek starej matki. Biały kieł pod cienką powłoką tłustych oczek. Coś pękło jak mawiają, kocham ich, sama pozostając w synapsie rozwarstwienia."


    ,,Widziałam świat dwutorowo, okiem zmęczonym i okiem podbitym. "

    ,,Zraniona sarna pędzi na złamanie karku a psy myśliwych umierają w zachwycie. Niedościgniona gracja nieznosząca ciężkostrawnych sosów. Mimo siniaków, rozcięć, potargań, iść z dumą pomiędzy trupami."



    Brak słow.
    Chyba jestes tu drugim najblizszym memu gustowi odkrytym przeze mnie talentem, bo na pierwszym od lat jest Josef Hosek, który zapadl sie pod ziemię. No i noiry Cana.

    Ale to, co Ty wyrabiasz literacko, jest przeniesamowite. W słowa plecione z niewymuszonym kunsztem wkładasz treści niepokojące, trudne, przesączasz to wszystko osobistością, nie liczysz sie z tym, ze czytelnik moze byc miejscami niedostatecznie inteligentny, niewyczulony, nieuwrazliwiony - by wychywcic.

    O nic nie dbasz, owładnięta/y prawdziwym artyzmem tkasz cuda.
  • jagodolas 21.01.2019
    Wielkie dzięki za tak bardzo podnoszące słowa

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania