PULP FICTION PO OBYWATELSKU
ROZDZIAŁ 1: Wybór między wódką a zakąską
W podziemiach nieczynnej cegielni na warszawskich Włochach było potwornie zimno. Na dwóch odwróconych skrzynkach po wyborowej siedzieli związani zaopatrzeniowcy z zakładów „Ursus”. Przed nimi stał facet w ortalionowym płaszczu i ciemnych okularach „Aviatorach”, mimo że jedynym źródłem światła była kopcąca lampa naftowa. W ręku trzymał lśniącego, importowanego browninga.
– Panowie – zaczął bandyta, przeciągając palcem po lufie. – Przejdźmy do konkretów, bo w telewizji zaraz leci „Stawka większa niż życie”, a ja nie lubię spóźnień. Jeden z was podpisał lewe faktury na blachę. Drugi tylko patrzył. Mam jedną kulę. Daję wam pięć sekund, żebyście ustalili wzrokiem, który z was bierze winę na siebie i dostaje w kolano, a który wraca do żony z pustymi rękami, ale żywy. Czas start.
Zaopatrzeniowcy spojrzeli na siebie. Jeden zaczął głośno płakać, drugi natychmiast dostał czkawki.
Bandyta – w półświatku znany jako „Iluzjonista” (bo ludzie znikały po spotkaniu z nim jak króliki z kapelusza) – westchnął ciężko.
– Brak decyzyjności to największa choroba naszej klasy robotniczej. No trudno. Rzucę monetą.
ROZDZIAŁ 2: Edek i tajna broń milicji
Dwa kilometry dalej, w błękitnym Fiacie 125p, porucznik Olgierd Żurawski próbował nie oszaleć. Siedzący obok niego sierżant Edek Bęben właśnie testował nową, „ściśle tajną” broń radzieckiej produkcji, którą dostali z magazynu głównego KGMO. Był to prototypowy noktowizor wielkości sporego wiadra, przymocowany do milicyjnego hełmu za pomocą pasów od spodni.
– Szefie! – stęknął Edek, przechylając głowę pod ciężarem aparatury. – Nic nie widzę. Wszystko jest zielone. I chyba widzę tył własnej głowy. Albo to są jakieś imperialistyczne zakłócenia.
– Edek, zdejmij to gówno, bo jak nas drogówka zatrzyma, to pomyślą, że wieziemy ufoludka na przesłuchanie – warknął Żurawski, nerwowo obracając w palcach papierosa „Sporta”. – Poza tym, jedziesz pod prąd.
– Ale szefie, w tym zielonym świecie nie ma znaków drogowych! – tłumaczył się Edek, gwałtownie skręcając kierownicą, by ominąć śpiącego na jezdni przechodnia. – O! Patrz szefie, tam przy cegielni stoi czarna Wołga. A wokół niej kręci się jakiś podejrzany element w ortalionie!
Żurawski natychmiast wytrzeźwiał. Wołga miała gdańskie numery rejestracyjne – dokładnie takie, jak w meldunku o napadzie na konwój z dewizami.
– Edek, gasimy światła. Bierzemy ich z zaskoczenia. I na miłość boską, nie strzelaj, dopóki nie powiem „strzelaj”.
ROZDZIAŁ 3: Czarny humor na czarnym rynku
Żurawski i Edek wkradli się do cegielni przez dziurę w płocie. Edek wciąż miał na głowie noktowizor-wiadro, przez co co chwila uderzał o zwisające z sufitu druty, wydając dźwięki niczym orkiestra dęta.
– Stój, milicja! – wrzasnął Żurawski, wpadając do sali z wyciągniętym TT-kiem.
Iluzjonista obrócił się błyskawicznie. Zamiast się przestraszyć, spojrzał na Edka, który właśnie zaklinował się wiadrem w przejściu i machał rękami jak wiatrak.
– O, rany – mruknął bandyta, opuszczając broń. – Nie wiedziałem, że milicja rekrutuje teraz w zakładach dla umysłowo chorych. Co to jest? Nowy model robota sprzątającego z Radomia?
– Zamknij gębę, Iluzjonista – syknął Żurawski. – Ręce na ścianę. Twoje sztuczki się skończyły.
– Jesteś pewien, poruczniku? – Bandyta uśmiechnął się zimno, po czym wolną ręką rzucił na ziemię... wojskową świecę dymną.
Cegielnię w ułamku sekundy zalała gęsta, gryząca, szara chmura. Zaopatrzeniowcy zaczęli wrzeszczeć, Żurawski zaklął i strzelił na oślep w stronę wyjścia, a Edek... Edek uznał, że to idealny moment na atak taktyczny.
– Szefie, ja go mam! Widzę go w podczerwieni! – ryczał Edek, rzucając się do przodu z furią młodego byka.
Huk był niesamowity. Edek, zamiast w bandytę, wbił się z pełnym impetem w potężny filar z niedopalonych cegieł. Filar runął, grzebiąc pod sobą zaparkowanego na zewnątrz Fiata zaopatrzeniowców, a sam sierżant wyleciał przez okno prosto w stertę starego wapna.
ROZDZIAŁ 4: Pościg w rytmie techno lat 70.
Iluzjonista dopadł do Wołgi. Silnik V8 zaryczał, a czarna bestia wystrzeliła z cegielni, taranując drewnianą bramę.
Żurawski wybiegł na zewnątrz, kaszląc i klnąc na czym świat stoi. Zobaczył Edka, który wyglądał jak młynarz – cały biały od wapna, z noktowizorem przekrzywionym o 90 stopni.
– Edek! Do wozu, zanim go zgubimy!
Wskoczyli do Fiata. Żurawski wbił gaz w podłogę. Ruszyli w pościg ulicami nocy. Wołga gnała w stronę Dworca Zachodniego, spychając z drogi nieliczne polewaczki miejskie.
– Edek, zrób coś pożytecznego! Strzelaj w opony! – krzyczał Żurawski, lawirując między dziurami w asfalcie.
Edek wychylił się przez okno. Ponieważ przez noktowizor wciąż nic nie widział, zdjął go i postanowił użyć... jako osłony balistycznej. Wystawił rękę z pistoletem P-64, zamknął oczy i zaczął strzelać.
BAM! BAM! BAM!
– Trafiłem, szefie! Trafiłem! – wrzeszczał uradowany Edek.
– Tak, bęben! Trafiłeś w neon kina „Ochota”! Właśnie litera „O” spadła na taksówkę! Strzelaj w samochód, ty krowo patentowana!
W tym momencie Iluzjonista otworzył bagażnik Wołgi – sterowany elektrycznie z wnętrza kabiny (zachodni luksus!). Ze środka zaczęły wypadać... setki skradzionych z fabryki, metalowych łożysk tocznych. Kulki rozsypały się po całym asfalcie, błyszcząc w świetle reflektorów.
Fiat Żurawskiego wjechał na tę stalową ślizgawkę. Auto natychmiast straciło przyczepność. Obróciło ich raz, drugi, trzeci. Samochód sunął bokiem, tyłem, kręcąc bączki niczym na lodowisku, a Edek w środku krzyczał: „Szefie, karuzela! Jak w wesołym miasteczku w Chorzowie!”.
ROZDZIAŁ 5: Finał z pompą (i syfonem)
Wołga, uciekając przed wirującym Fiatem, skręciła gwałtownie w stronę bocznej rampy przeładunkowej zakładów syfonowych. Bandyta nie zauważył jednak, że rampa była w trakcie remontu. Czarna limuzyna z potwornym impetem wbiła się w stertę drewnianych skrzyń wypełnionych szklanymi syfonami z wodą gazowaną.
Eksplozja setek litrów wody pod ciśnieniem stworzyła gigantyczną, wodną gejzer-kurtynę.
Fiat Żurawskiego, kończąc swój piętnasty obrót, uderzył tyłem w zderzak Wołgi i ostatecznie zgasł.
Wokół zapadła cisza, przerywana jedynie sykiem ulatniającego się gazu CO2 i kapiącą wodą. Iluzjonista, kompletnie przemoczony, z kawałkami szkła we włosach i zdezorientowany nagłym prysznicem, wyczołgał się przez przednią szybę. Trzymał w ręku browninga, ale woda z syfonów zalała mu oczy.
– No i co teraz, milicja? – wycharczał bandyta, celując na oślep. – Dalej chcecie się bawić?
W tym momencie drzwi Fiata otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Wyszedł z nich Edek. Wciąż biały od wapna, teraz dodatkowo ociekający wodą gazowaną, wyglądał jak potwór z bagien. Na głowie z powrotem miał radziecki noktowizor, który pod wpływem uderzenia znowu zaczął działać – diody zamrugały złowrogo na czerwono.
Edek postąpił krok naprzód, podniósł z ziemi wielki, nienaruszony szklany syfon i z pełną, milicyjną powagą powiedział:
– Obywatelu bandyto. Łamiecie spokój nocny i marnujecie państwowe zapasy wody pitnej. W imieniu prawa...
Iluzjonista, widząc zbliżającego się białego potwora z wiadrem na głowie i bombą wodną w ręku, doznał szoku. Upuścił pistolet, uniósł ręce do góry i zaczął krzyczeć:
– Dobra! Poddaję się! Tylko zabierzcie ode mnie tego kosmitę! Ja chcę do normalnego aresztu! Do normalnych ludzi!
Żurawski wysiadł z wozu, odpalił od dawna wyczekiwanego papierosa i popatrzył na Edka, z którego ubrań wesoło syczała piana z wody sodowej.
– No, Bęben... – porucznik wypuścił chmurę dymu. – Metody macie niekonwencjonalne, ale psychologicznie wręcz zabójcze. Kajdankuj go, zanim wyschniesz, bo jak wapno stwardnieje, to cię z tego munduru będziemy musieli dłutem wykuwać.
KONIEC
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania