Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Punkt Przejścia
PROLOG
----
Adam leżał w samochodzie przewróconym na prawy bok, przytrzymywany pasem bezpieczeństwa w fotelu kierowcy, i patrzył przez potrzaskaną przednią szybę na dwa światła, które rosły w deszczu znacznie szybciej, niż powinny. Przez pierwszą chwilę nie potrafił zrozumieć, co właściwie widzi. Rozmyte, białe plamy drżały za kurtyną wody, załamywały się na popękanym szkle i migotały w drobnych odłamkach rozsypanych po wnętrzu samochodu, utrudniając ocenę odległości. W głowie wciąż mu szumiało po uderzeniu, a całe wnętrze zdawało się przechylać jeszcze bardziej, chociaż wrak od dawna już się nie poruszał. Wisiał częściowo na pasie, z prawym barkiem zsuniętym ku środkowi auta, podczas gdy lewa noga tkwiła gdzieś pod skręconą deską rozdzielczą. Dopiero kiedy światła przebiły się wyraźniej przez deszcz i zaczął dostrzegać za nimi masywną sylwetkę ciężarówki, Adam zrozumiał, co nadciąga. Wszystko po drugiej stronie szyby zdawało się od tej chwili poruszać wolniej, chociaż myśli Adama przyspieszyły tak gwałtownie, że pomiędzy jednym uderzeniem serca a następnym mieściło się nagle zbyt wiele obrazów. Spróbował się podciągnąć, lecz pas zacisnął się mocniej na klatce piersiowej, a kiedy odruchowo szarpnął lewą nogą, ból przeszył go od kostki aż po biodro.
— No żeż kurwa! — wycedził przez zaciśnięte zęby.
Najgorszy ból jeszcze nie nadszedł i Adam doskonale o tym wiedział. Czuł przede wszystkim potężny ucisk w klatce piersiowej, tępe pulsowanie za lewym uchem i ciepłą strużkę krwi, która spływała od skroni wzdłuż szyi. W ustach miał gorzki smak krwi i pyłu po wystrzale poduszki powietrznej, a z każdym oddechem w nozdrza wciskał mu się ostry zapach paliwa, mokrej tapicerki, rozgrzanej gumy i czegoś chemicznego, czego nie potrafił rozpoznać. Lewa noga niemal nie reagowała, prawa również poruszała się z opóźnieniem, lecz próba ocenienia obrażeń przestała mieć znaczenie w chwili, gdy światła ciężarówki ponownie odbiły się w przedniej szybie. Były już wyraźnie większe.
Silnik samochodu nie pracował, ale radio wciąż trzeszczało, wyrzucając z głośników krótkie serie szumów i metalicznych zakłóceń. Początkowo Adam uznał je za zwykły skutek uszkodzonej instalacji, lecz po kilku sekundach wychwycił w nich niepokojącą regularność: kilka trzasków, krótka przerwa, następna seria i znów cisza. Nie potrafił stwierdzić, czy naprawdę słyszy powtarzający się rytm, czy jego przeciążony mózg próbuje znaleźć porządek w przypadkowym hałasie. Jedna z wycieraczek nadal pracowała, choć druga zastygła pod dziwnym kątem. Pióro przesuwało się po popękanej szybie z przeciągłym piskiem, zatrzymywało na moment, po czym wracało z głuchym uderzeniem, wprawiając drobne kawałki szkła w delikatne drżenie. Nagle ciężarówka zatrąbiła, a przeciągły dźwięk przebił się przez deszcz i pogiętą karoserię tak gwałtownie, że Adam odruchowo zacisnął powieki. Klakson wył długo i jednostajnie. Kiedy Adam ponownie spojrzał przed siebie, zobaczył, że kierowca próbował już uciekać z toru kolizji. Przód ciągnika odbił w lewo, w stronę przeciwnego pasa, ale tylna część zestawu nie podążyła za nim równie szybko. Mokra nawierzchnia puściła pod kołami, ciężka naczepa zaczęła spychać ciągnik bokiem, a cały zestaw złożył się pod coraz ostrzejszym kątem. Szerokie opony rozcinały wodę, wyrzucając ją wysoko na boki, metalowy zbiornik przechylił się i przez moment zdawało się, że runie na asfalt. Kabina ciągnika uciekała obok wraku, lecz cysterna zarzucała w jego stronę. Adam widział już wyraźnie, którą częścią zestawu zostanie trafiony.
— Hamuj, kurwa! — krzyknął, chociaż nawet on sam ledwie usłyszał własny głos.
Rozejrzał się po wnętrzu samochodu i przestał myśleć o telefonie, zatrzasku pasa czy zakleszczonej nodze. Jeśli cokolwiek mogło mu jeszcze pomóc, znajdowało się kilkadziesiąt centymetrów od jego dłoni. Kompas wypadł podczas przewrotu z miejsca, w którym go trzymał, i zaklinował się pomiędzy tunelem środkowym a krawędzią fotela pasażera, częściowo przykryty oderwanym fragmentem plastiku. Z tej pozycji wyglądał niemal zwyczajnie: masywna, ciemna obudowa, porysowane szkło, rozmiar niewiele większy od starego kompasu turystycznego. Adam nie potrzebował jednak oglądać go dokładniej. Znał trzy ruchome pierścienie ukryte pod pokrywą, gęste ciągi cyfr, fragmenty wzorów i symbole, których znaczenia wciąż nie potrafił wyjaśnić. Znał również wskazówkę, która od chwili, gdy zaczął używać urządzenia, ani razu nie zachowywała się tak, jak powinna zachowywać się wskazówka kompasu. Teraz drżała pod szkłem krótkimi, gwałtownymi ruchami.
Wyciągnął rękę, lecz zabrakło mu kilku centymetrów. Naprężył pas, przesunął bark tak daleko w stronę tunelu, jak pozwalało mu zakleszczone ciało, i ponownie sięgnął. Opuszki palców musnęły metalową krawędź. Kompas przesunął się po plastiku, po czym zatrzymał. Adam zaklął, zacisnął palce mocniej i pociągnął, lecz urządzenie tkwiło pomiędzy fotelem a wygiętym elementem konsoli. Dopiero przy kolejnym szarpnięciu plastik puścił z suchym trzaskiem, a Kompas wysunął się nagle i uderzył go w nadgarstek. Adam przyciągnął go do piersi, kciukiem odsunął zatrzask i otworzył szklaną pokrywę. Pod nią znajdowały się trzy pierścienie. Przez głowę przemknął mu obraz pożółkłej kartki, pokrytej drobnym pismem i szkicem dokładnie takiego układu. Widział go tyle razy, że powinien pamiętać każdy znak, lecz teraz, kiedy cysterna sunęła bokiem wprost na niego, pamięć rozpadała się na fragmenty. Chwycił zewnętrzny pierścień i zaczął obracać.
Klik. Klik. Klik…
Mechanizm odpowiadał na każdy ruch cichym, precyzyjnym dźwiękiem, niemal niedorzecznym na tle wycia klaksonu i metalu szorującego po mokrej nawierzchni. Radio wciąż trzeszczało, lecz Adam nie próbował już odczytywać rytmu zakłóceń. Dopiero kiedy przesunął pierwszy pierścień o kilka pozycji, seria trzasków zgęstniała, a po następnym ruchu rozciągnęła się w dłuższy, metaliczny szum. Zatrzymał palce. Cofnął pierścień o jeden znak. Szum osłabł. Nie wiedział, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale coś podobnego zauważył już wcześniej i właśnie dlatego zapamiętał tę konfigurację lepiej niż inne. Ustawił pierwszy pierścień, przeszedł do drugiego i próbował odtworzyć rysunek z pamięci. Zewnętrzny znak był prosty. Następny również. Trzeci sprawiał problem.
— Kurwa, jaki to był wzór? Skup się...
Ręce trzęsły mu się coraz mocniej, częściowo z wysiłku, częściowo z adrenaliny, która przestawała już tłumić reakcję zmaltretowanego ciała. Kropla krwi spłynęła ze skroni i spadła na tarczę, rozmazując kilka drobnych symboli. Adam przetarł je rękawem. Pamiętał ogólny układ z notatnika, położenie dwóch charakterystycznych znaków i kąt, pod jakim miały się względem siebie znaleźć, lecz brakowało mu jednego elementu. Obrócił środkowy pierścień, zatrzymał się, cofnął o dwa kliknięcia. Przez przednią szybę widział już mokrą stalową powierzchnię cysterny, która przesuwała się niemal w poprzek drogi. Światła ciągnika zniknęły z jego pola widzenia; został tylko ciemny bok zbiornika, rząd kół i rozpryskująca się pod nimi woda. Adam nie zgadywał już całej sekwencji. Szukał jednego znaku, którego nie potrafił przywołać.
Radio ucichło. Trzaski, szum i pulsujący rytm urwały się jednocześnie, pozostawiając po sobie pustkę, w której jeszcze wyraźniej zabrzmiał deszcz tłukący o karoserię i jednostajny pisk ślizgających się opon. Adam spojrzał na układ pierścieni i przesunął palec nad ostatnim z nich. Dwa symbole znalazły się dokładnie tam, gdzie pamiętał. Pomiędzy nimi pozostawało jedno wolne ustawienie. Wtedy zobaczył je nie jako pojedynczy znak, lecz jako część całego rysunku: układ trzech pierścieni zapisany na pożółkłej kartce, obok kilku liczb i krótkiej, podkreślonej notatki, której treści nie potrafił sobie teraz przypomnieć. To wystarczyło.
— Jest.
Przekręcił ostatni pierścień. Mechanizm odpowiedział głębszym kliknięciem niż wcześniej, a wskazówka pośrodku tarczy zatrzymała się tak gwałtownie, jakby coś chwyciło ją od spodu. Przez sekundę nic więcej się nie wydarzyło. Potem pod jej osią pojawił się niewielki punkt światła, początkowo tak słaby, że Adam wziął go za odbicie reflektorów na porysowanym szkle. Poruszył Kompasem, ale blask pozostał dokładnie w tym samym miejscu. Rozszerzał się powoli, wypełniając przestrzeń pod wskazówką i przelewając się bladą, mleczną poświatą na kolejne pierścienie. Radio odpowiedziało pojedynczym, ostrym trzaskiem. Adam podniósł wzrok. Cysterna była już tak blisko, że nie widział całego zbiornika, tylko fragment mokrej stalowej ściany sunącej w jego stronę, obracające się koła i ciemną konstrukcję podwozia.
Nie zdążył niczego zrobić. Bok cysterny uderzył w samochód z siłą, która poderwała wrak i przesunęła go po asfalcie. Karoseria zaczęła składać się wokół Adama. Dach zszedł w dół, słupek przy przedniej szybie pękł, a deska rozdzielcza została gwałtownie wepchnięta w przestrzeń zajmowaną przez jego nogi. Uderzenie w klatkę piersiową odebrało mu oddech. Chwilę później coś trafiło go z boku głowy i obraz rozsypał się na białe plamy, metal, szkło oraz fragment własnej dłoni zaciśniętej na Kompasie. Huk zgniatanej blachy zniknął jak odcięty. Zgasł pisk opon, deszcz i jednostajne wycie klaksonu. Adam nie wiedział, czy nadal ma otwarte oczy. Nie czuł pasa ani fotela, nie potrafił określić, gdzie kończy się jego ciało, a gdzie zaczyna pogięty samochód. Przez niemożliwie krótką chwilę nie było niczego, co pozwalałoby mu rozpoznać, że wciąż znajduje się gdziekolwiek.
Wtedy światło pod szkłem Kompasu eksplodowało.
To, co pojawiło się przed oczami Adama, nie układało się już w jeden spójny obraz. Mleczny blask wylał się spod tarczy, pochłaniając jego dłonie, wnętrze samochodu i sunącą przez nie ścianę metalu. Nadal widział cysternę wciskającą się w bok wraku, rozrywany dach i wyginające się słupki, lecz kontury zaczęły się rozsuwać, jak gdyby dwa niemal identyczne obrazy przestały do siebie pasować. Reflektory rozdwoiły się. Pogięta blacha stała się półprzezroczysta. Przez jej kształt przebijał ten sam samochód, wciąż przewrócony na boku, lecz niezgnieciony. Adam nie potrafił stwierdzić, czy traci przytomność, czy wzrok po uderzeniu przestał pracować prawidłowo. Drugi obraz jednak nie znikał. Przeciwnie, z każdą sekundą nabierał ostrości.
W jednym z nich cysterna wdzierała się w bok auta, zgniatając drzwi, dach i przestrzeń, w której znajdował się Adam. Jednocześnie ten sam zestaw sunął kilka metrów dalej, mijał wrak bokiem, przecinał przeciwny pas i dopiero za nim przewracał się na pobocze. Obrazy nakładały się na siebie: zapadający się dach istniał równocześnie z dachem pozostającym na swoim miejscu, huk gniecionego metalu mieszał się z piskiem opon ciężarówki mijającej samochód, a ciemna ściana cysterny była jednocześnie tuż przy jego twarzy i kilka metrów dalej. Adam nie widział dwóch kolejnych wydarzeń. Przez tę krótką, niemożliwą do uchwycenia chwilę oba trwały równocześnie i żadne nie wydawało się mniej rzeczywiste od drugiego.
Pierwszy obraz zaczął blednąć. Nie zniknął od razu; najpierw stracił ostrość, potem kolory, aż gnieciony samochód przypominał półprzezroczyste odbicie nałożone na drugą wersję zdarzenia. Towarzyszący mu huk również oddalał się, choć Adam wciąż czuł jego ciężar gdzieś w klatce piersiowej i głowie. W końcu pozostał tylko deszcz, przewrócony samochód i cysterna znajdująca się po drugiej stronie drogi.
Adam nie poruszał się przez kilka sekund. Pas nadal przyciskał go do fotela, przednia szyba była rozbita, a lewa noga tkwiła pod deską rozdzielczą dokładnie tam, gdzie wcześniej. Cysterna leżała kilkadziesiąt metrów dalej, częściowo zsunięta z jezdni, z kabiną przekrzywioną w rowie i naczepą ustawioną niemal w poprzek drogi. W świetle reflektorów wirowała rozpylona woda, a jednostajny dźwięk klaksonu dochodził teraz z oddali. Samochód Adama wyglądał tak, jak powinien wyglądać po pierwszym wypadku i przewróceniu na bok. Nie było zmiażdżonego dachu. Nie było wgniecionych do środka drzwi. Nie było stalowej ściany, którą jeszcze przed chwilą widział tuż przy własnej twarzy.
Przesunął dłonią po żebrach i syknął. Czuł ból po pasie, lecz pod nim tkwiło coś jeszcze: pamięć nacisku tak potężnego, że przez moment nie potrafił nabrać pełnego oddechu. Odruchowo dotknął miejsca nad lewym uchem, gdzie coś uderzyło go podczas zderzenia z cysterną. Palce natrafiły na krew z wcześniejszej rany, ale nic więcej. Żadnego rozcięcia odpowiadającego tamtemu uderzeniu, żadnego śladu po czymś, co powinno było roztrzaskać mu czaszkę. Adam spojrzał na dach, potem na drzwi i deskę rozdzielczą. Wiedział, co widział. Jeszcze trudniejsze do zaakceptowania było to, że pamiętał również, co czuł.
Dopiero wtedy opuścił wzrok na Kompas. Mleczne światło pod szkłem słabło, kurcząc się powoli ku środkowi tarczy. Wskazówka, która wcześniej drżała i szarpała się pomiędzy symbolami, pozostawała nieruchoma. Adam patrzył na nią bez słowa, próbując znaleźć choć jedno rozsądne wyjaśnienie dla wydarzenia, którego samochód wokół niego uparcie nie potwierdzał. Blask zmniejszył się do drobnego punktu pod osią wskazówki, zadrżał po raz ostatni i zgasł. Po chwili radio ponownie zaszumiało zwyczajnym, jednostajnym szumem, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.
Kompas znów wyglądał jak martwy kawałek metalu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania