Punkt siódmy
Rozdział 1
Punkt, którego nie stworzył
Telefon odezwał się o drugiej siedemnaście. Zawibrował dwa razy i przesunął się po szafce nocnej aż do szklanki z wodą.
Wiktor otworzył oczy – kogo diabli? – mruknął zaspany. Powiadomienia miał przecież wyłączone na noc, z ciekawości sięgnął po telefon.
URBAN NARRATOR
Dziwne, powiadomienia z Urban Narratora wyłączył miesiąc temu. Na początku każde z nich traktował jak małe święto – dowód na to, że pół roku wyciągania z archiwów historii „Ostatniego dnia pokoju” nie poszło na marne, szybko jednak nauczył się czytać statystyki bez emocji, większość sesji urywała się po jedenastu, czasem zaledwie czterech sekundach, zazwyczaj na etapie wymuszania zgody na lokalizację. Boty, przypadkowe kliknięcia i skanery sieciowe pompowały w panelu czysty, „excelowski” sukces, który w rzeczywistości był tylko bezwartościowym, fałszywym ruchem, puste liczby. Kiedy to zrozumiał, po prostu wyciszył alerty. A jednak ten jeden komunikat przebił się przez systemową blokadę.
Wiktor przetarł oczy i skupił wzrok na podświetlonym ekranie.
TRASA OSTATNI DZIEŃ POKOJU
UKOŃCZONE PUNKTY 6 Z 7
Usiadł gwałtownie. Kciukiem odruchowo odblokował telefon, szukając błędu w interfejsie. – Jakie z siedmiu? – mruknął, mrużąc oczy.
Znał strukturę tej trasy na wylot, kod nie miał prawa wygenerować takiej wartości. Przecież w konfiguracji było tylko sześć punktów, a finał miał miejsce przy Żydowskiej – sam osobiście przyklejał tam próbny kod QR na szybie pustego lokalu. Logika skryptu była banalnie prosta: użytkownik dochodził na miejsce, system odtwarzał scenę aresztowania księgowego, a po wszystkim lektor recytował: „Jutro obudzisz się w mieście, w którym zaczął się inny świat”. Następnie wchodziła muzyka, ekran wyświetlał podziękowania dla muzeum i sesja ulegała zamknięciu. Zero furtek, zero ukrytych zakończeń.
Tymczasem panel administratora, wbrew twardym danym na serwerze, właśnie renderował siódmy etap. Etap, którego Wiktor nigdy nie napisał.
Zerknął jeszcze raz na panel, zielona kropka oznaczała jednego aktywnego użytkownika. Identyfikator urządzenia – brak, system – nierozpoznany.
— Co do jasnej cholery? – pomyślał coraz bardziej rozbudzony.
Dokładność GPS skakała od ośmiu do czterystu sześćdziesięciu metrów, znacznik skakał przy tym po całym Starym Mieście, ale zawsze wracał w okolice Placu Wolności. Pojawił się kolejny komunikat:
DATA ROZPOCZĘCIA 31 SIERPNIA 1939
GODZINA 22:16
Odświeżył stronę, ale data pozostała.
— Michał, coś ty znowu nagrzebał? – mruknął
Najprostsze wyjaśnienie znał aż za dobrze, jego nieoceniony kolega a zarazem techniczne serce Urban Narrator – Michał – poprawiał jedną funkcję, przy okazji psuł dwie inne, a rano zapewniał, że problem leży w bibliotece, serwerze, albo przeglądarce użytkownika. Data mogła pochodzić z opisu trasy, siódmy punkt – z niedokończonego testu, a brak identyfikatora – z trybu deweloperskiego.
Trzy błędy naraz nie czyniły cudu, czyniły Michała.
Wiktor zadzwonił do niego, ale po piątym sygnale włączyła się poczta: „Cześć, tu wiesz kto, zostaw wiadomość, ale nie licz, że oddzwonię.” – usłyszał Wiktor.
— Jeżeli grzebiesz teraz w systemie, oddzwoń, jeżeli nie, to tym bardziej.
Kiedy wrócił do panelu, aktywna sesja zniknęła, powoli odłożył telefon, ale urządzenie natychmiast zawibrowało. Nie był to zwykły alert aplikacji, komunikat pojawił się na ekranie mimo wyłączonych powiadomień, jakby coś ominęło ustawienia telefonu.
UCZESTNIK ZSZEDŁ Z TRASY
Zrobił zrzut ekranu, ale zanim mu się dokładnie przyjrzał pojawił się kolejny:
POŁĄCZENIE CZASOWE NIESTABILNE
Urban Narrator nie używał takiego określenia! Miał połączenia sieciowe, sesje, lokalizacje, ale czas? Czas pojawiał się tylko w statystykach.
Kolejne powiadomienie zasłoniło cały ekran:
WIKTORZE, JEŚLI MNIE SŁYSZYSZ PRZYJDŹ DO PUNKTU SIÓDMEGO
Pod powiadomieniem pulsował krwiście czerwony przycisk:
ROZPOCZNIJ TRASĘ RATUNKOWĄ
Teraz Wiktor nie miał już wątpliwości albo Michał ze swoim specyficznym poczuciem humoru próbował go wkręcić w jakąś imprezę, albo… ktoś się włamał do systemu. Michał, nie oddzwaniał, więc to raczej nie dziwaczne zaproszenie na wspólne balowanie, a więc haker. Powinien wyłączyć serwer, zmienić hasła i rano powiadomić o czasowym zamknięciu trasy muzeum. Tylko po co hakować Urban Narratora? Przecież to darmowa aplikacja, która nie przechowuje ani numerów kart, ani danych osobowych, a najcenniejszą rzeczą jaką można było ukraść, to trasa o ostatnim wieczorze przed wybuchem drugiej wojny światowej i dwieście adresów mailowych ludzi, którzy i tak nie otwierali newslettera.
Przemknęło mu nawet przez myśl, żeby zgłosić to na Policję, ale od razu wydało się gorsze od samego włamania. Zanim im wyjaśni, o co chodzi, co robi Urban Narrator, ba! Zanim ktokolwiek przyjmie zgłoszenie miną godziny…
Przycisk migał czerwienią. Wiktor przesunął palec w stronę ustawień serwera, ale zatrzymał się i jeszcze raz przeczytał napis:
TRASA RATUNKOWA.
Jeśli po drugiej stronie rzeczywiście był jakiś uczestnik, wyłączenie systemu mogło odciąć mu jedyną możliwość kontaktu. Brzmiało to niedorzecznie, ale przecież Urban Narrator nie miał być dla Wiktora tylko kolejną aplikacją, stworzył go, bo chciał zostawić po sobie coś więcej niż kilka projektów zapisanych na dysku, coś, co przetrwa i będzie opowiadało historie, kiedy jego już nie będzie.
Teraz jego własny system po raz pierwszy opowiadał historię bez niego.
Rozsądek podpowiadał, żeby natychmiast wszystko wyłączyć, ciekawość nie pozwalała mu tego zrobić, wiedział, że jeśli teraz zamknie aplikację, do końca życia będzie się zastanawiał, kto zwrócił się do niego po imieniu i czekał na niego na placu Wolności.
Zrobił jeszcze jeden zrzut ekranu i nacisnął przycisk. Licznik wskazywał
01:51:52
W pokoju panowała idealna cisza, przerywana tylko cichym szumem lodówki w aneksie. Wiktor siedział na skraju łóżka, wpatrując się w ekran tak, jakby spodziewał się, że pod wpływem wzroku napis zaraz zniknie i ustąpi miejsca zwykłemu, nudnemu błędu serwera 404.
To jest absurd – pomyślał, ale wiedział, że wbrew zdrowemu rozsądkowi pojedzie na Plac Wolności.
Ręka jakby bez udziału woli odłożyła telefon na kołdrę, ale palce po sekundzie znów go podniosły. Zrobiło mu się duszno. Wstał powoli, czując dziwny ucisk w skroniach – ten sam, który miewał po trzydziestu godzinach bez snu nad planowaniem trasy, choć przecież spał głęboko, podszedł do okna, przez szybę pokrytą zaciekami deszczu widział pustą, ciemną ulicę i blask latarni odbijający się w kałużach. Miasto spało normalnym, twardym snem.
– Oszalałeś – powiedział na głos do pustego pokoju i zaczął się ubierać.
.…
Kilkanaście minut później szedł aleją Marcinkowskiego z jedną słuchawką w uchu i mokrą kurtką przyklejoną do karku. Swojego Australa zostawił na miejscu dla dostawców pod restauracją Pekin, ale o tej porze prędzej spodziewał się lądowania UFO niż straży miejskiej.
Deszcz w końcu ustał, bruk lśnił w świetle latarni, a miasto pachniało mokrym kurzem i liśćmi. Znał tę okolicę aż za dobrze, doskonale wiedział, gdzie GPS straci dokładność pod Biblioteką Raczyńskich i gdzie użytkownicy skrócą sobie drogę przez trawnik, zamiast trzymać się chodnik tak jak każe aplikacja.
Wszedł na Plac Wolności, w okolicy było pusto poza jakimś człowiekiem, który palił papierosa pod bramą i patrzył w telefon, ten widok uspokoił Wiktora, zwyczajny człowiek, zwyczajny papieros. Jeśli ktoś urządził mu głupi żart, to przynajmniej nie wysłał go na Chwaliszewo. Na wysokości Biblioteki nagle w słuchawce odezwał się głos:
— Znajdujesz się osiemdziesiąt metrów od celu.
Głos należał do tego samego lektora, którego wybrał dla trasy muzeum: starszy mężczyzna, lekka chrypka, żadnej lektorskiej przesady. Wiktor znał każde sapnięcie, chrząkniecie czy głębszy oddech w nagraniu, ale teraz pod głosem, w tle, słyszał suchy szum, podobny do tego z zakłóceń starego radia.
— Nie schodź z wyznaczonej trasy. – odezwał się narrator.
— Też mi trasa – parsknął Wiktor – to tylko jeden punkt.
— Wiem, po prostu idź. – głos narratora jakby lekko się zmienił.
Wiktor wyjął słuchawkę i spojrzał na nią, jakby przyłapał telefon na podsłuchiwaniu. Oprócz człowieka w bramie na placu było pusto, pod Arkadią stał przypięty rower, a na ławce leżała puszka po piwie Żubr pozostawiona zapewne przez jakiegoś spragnionego wędrowca. Włożył słuchawkę z powrotem do ucha. Człowiek w bramie popatrzył obojętnie na Wiktora i powrócił do scrolowania telefonu.
— Kim jesteś? –zapytał Wiktor czując jak zasycha mu w gardle, bo wiedział, że ostatnie słowa nie były nagrane przez lektora.
Szum w słuchawce zgęstniał, jakby ktoś szukał właściwej fali.
— Człowiekiem, którego zostawiłeś w 1939. – odparł głos.
— O czym ty człowieku bredzisz?! – Wiktor zaczął się wkurzać.
— Poczekaj, wkrótce zobaczysz. – odpowiedział spokojnie głos.
Odległość na ekranie zmalała z sześćdziesięciu ośmiu metrów do pięćdziesięciu dwóch, ale Wiktor stał w miejscu.
41…, 29…. Wiktor cofnął się, ale punkt nadal się zbliżał, już wiedział, że coś jest nie tak, wahania GPS były chaotyczne, a ten punkt zbliżał się z jakąś niepokojącą dokładnością.
Pierwsza latarnia zgasła na wysokości Okrąglaka, potem następna i następna. Ciemność przesuwała się w stronę Wiktora i nie było to zwykłe wyłączenie latarni, to był mrok aksamitny jakby pochłaniający światło. Zegar neonowy na banku zgasł i przykrył go nienaturalny mrok. Człowiek z bramy jakby wyczuwając niebezpieczeństwo zgasił papierosa i schował się do bramy.
Nagle za sobą usłyszał tramwaj, ale nie szum nowoczesnego pojazdu, tylko stukot kół i klekotanie kół po szynach. Z ciemności wyłonił się kremowo zielony wagon z otwartą platformą na końcu, wyglądał jak zabytkowy skład, który czasem wyjeżdżał na ulice Poznania, ale ludzie…. Wewnątrz siedziały kobiety i mężczyźni w płaszczach, marynarkach i kapeluszach jakby kręcili Vabank, na platformie stał mężczyzna i palił papierosa, popatrzył na Wiktora, na jego błękitne adidasy, czerwoną kurtkę i świecący ekran smartfonu, po czym splunął i się przeżegnał szybko, ledwie dotykając palcami piersi.
Wagon go minął i zniknął za zakrętem., Wiktor obrócił się z powrotem w kierunku Arkadii, ale plac już się zmienił, zniknęły samochody, fontanna a drzewa były jakieś mniejsze i rzadsze. Po człowieku z bramy nie było śladu, a z rynsztoka zajechało końskim nawozem, nawet powietrze stało się jakby gęstsze, a ciężki dym było nieomal czuć na języku.
Wiktor zamarł i przez kilka sekund stał w bezruchu, wystraszonym wzrokiem poszukiwał znajomych detali, zegara na budynku banku, neonu na Arkadii, nie było nic, co znał. Serce mu przyspieszyło i mimo chłodnej nocy zrobiło mu się gorąco. – To chyba sen – pomyślał. W napadzie lekkiej paniki wybrał jeszcze raz numer Michała, lecz w słuchawce panowała cisza, a na ekranie telefonu nie było nawet informacji o sieci, zero sygnału, telefon był nienaturalnie ciepły jakby pracował na podwyższonych obrotach. Rzucił okiem na ekran.
PUNKT SIÓDMY AKTYWOWANY
31 SIERPNIA 1939
POZOSTAŁY CZAS 01:39:07
— Nie – powiedział bardziej do siebie niż do kogoś po drugiej stronie słuchawki – Przecież to, kurwa, niemożliwe!
— A jednak. – usłyszał głos lektora.
Nagle od strony Nowowiejskiego pojawiła się postać mężczyzny w jasnym prochowcu i stylowej Fedorze na głowie, pod pachą trzymał skórzaną, brązową teczkę, zmierzał w kierunku Wiktora. Gdy był w odległości parunastu kroków od Wiktora, Wiktor zbladł i poczuł, że uginają się pod nim nogi, znał go, znał tego człowieka! To doktor Antoni Rudnicki, matematyk związany z przedwojennym uniwersytetem, ostatni raz widziany 31 sierpnia 1939 roku, kiedy to wyszedł wieczorem ze swojego mieszkania i zniknął. Wiktor go znał z jedynej fotografii odnalezionej w muzealnym archiwum, rozpoznanie twarzy człowieka, którego znał wyłącznie z archiwalnego zdjęcia, odebrało mu ostatnią nadzieję na wiarygodne wyjaśnienie.
Rudnicki podszedł bez jakiegokolwiek śladu zdziwienia, tak jakby wiedział, że Wiktor tu będzie, jednak nie wyglądał na całkowicie spokojnego; patrzył jak ktoś, kto od dawna czeka na nieuniknione.
— Pan Leśniewski? – spytał Rudnicki.
— Skąd Pan mnie zna?! – Wiktor znowu zaczął lekko panikować.
— Z fotografii. Człowiek na niej miał pańską twarz, ale był starszy. – odparł doktor.
Rudnicki podał teczkę Wiktorowi, skóra była mokra, a metalowe zapięcia ziębiły nienaturalnie.
— No co Pan? Po co mi to?! – zapytał zdenerwowany Wiktor.
— Niech Pan bierze i na razie nie zagląda. — Rudnicki nie dokończył, bo z piskiem opon, zza hotelu Rzymskiego wyskoczył czarny Chevrolet Master. Auto zarzuciło tyłem na mokrym bruku i zatrzymało się pod Biblioteką Raczyńskich. Drzwi pasażera otworzyły się zanim koła znieruchomiały i wyskoczył z nich mężczyzna w skórzanej kurtce, było w nim coś co nie pasowało do otoczenia – jak Wiktor. Od strony kierowcy wysiadł drugi w prochowcu i kapeluszu, ten już pasował, tak jak Rudnicki do otoczenia.
— Niech mi Pan powie o co tutaj chodzi? Dokąd mam z tym iść? – spytał Wiktor podnosząc teczkę.
— Tak naprawdę, to nie „dokąd”, a „kiedy” – odparł Rudnicki.
— Co? – znowu zapytał Wiktor, chciał zapytać o coś jeszcze, ale w tym momencie człowiek w ciemnej kurtce wyciągnął pistolet.
— Stać! Ani kroku dalej! – krzyknął obcy
Rudnicki szarpnął Wiktora za ramię, napastnik uniósł broń i wystrzelił w powietrze.
Wiktor odruchowo wypuścił telefon, jego nowa Motorola uderzyła ekranem o mokry bruk, szkło pękło, a obraz zgasł.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania