Pustka

Impreza się jeszcze nie rozkręciła, a już miałem dość. Mój żołądek był zaplątany w supeł. Od wielu godzin ssało mnie z głodu. Leżałem na plecach na kopniętym do tyłu fotelu, związany, zasznurowany i ściśnięty jak biały ludzik Michelin. Miałem skrępowane nawet ręce i nogi, które z takim artyzmem byłyby potraktowane tylko u szalonej Helgi.

Sam kombinezon uwierał i otulał mnie niczym skorupa gorsetu z piekła rodem. Oddychałem teraz suchym, gorącym i śmierdzącym powietrzem, które przepychano przez cienką plastikową rurkę, dokładnie taką jak przy tańszych odkurzaczach. Pociłem się tam, gdzie przyklejono automatycznego doktora. Czułem najdrobniejsze fragmenty ciała, włączając w to mięśnie i kosteczki, o których nie miałem wcześniej zielonego pojęcia. Wszystko swędziało, piekło i kłuło, a ja nie mogłem podrapać się nawet w nos.

Nienawidziłem tego. Pozostawało mi patrzeć w górę, na przód kabiny, gdzie Chińczycy dokonywali ostatnich czynności przedstartowych. Złośliwcy używali swojego języka i nic nie wskazywało na to, kiedy zacznie się nasza mała wycieczka.

Najgorsze okazały się myśli. Wiedziałem, że nie poczuję własnej śmierci albo, jak na złość, będę świadomy jak nieszczęśnicy w osiemdziesiątym szóstym. Mogłem się udusić, gdyby system przestał dawkować tlen. Ryzykowałem utonięciem. Groził mi krwotok, zawał i wylew, do tego przegrzanie i zatrucie. Miałem ogromne szanse na spalenie na ołtarzu najnowszych technologii, jak i na pokaz fajerwerków, po którym pozostałoby bezradne patrzenie, jak nieubłaganie zbliża się matka ziemia.

Nie cieszyło mnie już miejsce w pierwszym rzędzie. Gospodarze nie dali mi pigułki na samobójstwo, ale może to i lepiej, bo jeszcze zmarnowałbym miliony juanów i zabiłbym się przypadkiem z głupoty i strachu.

To wszystko doprowadzało mnie do szaleństwa, tak samo jak brak zrozumienia, co tu się właściwie wyprawia.

Nagle bez żadnego ostrzeżenia usłyszałem ryk wściekłej, spuszczonej ze smyczy bestii i poczułem, że jestem wtłaczany w oparcie fotela. Miliony dzikich koni pod moim tyłkiem przeszło do galopu, a dwieście siedemdziesiąt tysięcy ruchomych elementów ciężko pracowało, próbując z całych sił udowodnić, że nie są fragmentami jednej całości. Każdy z nich ciągnął w swoją stronę, a ja, rozrywany, ściskany i skręcany, byłem w samym środku tego piekła.

Atakował mnie potworny hałas, wibracje, przyspieszenie, drżenie, smród i słony pot, który zaczął zalewać hełm od środka. To było znacznie gorsze niż w samolocie do Londynu. Rakieta leciała, ja ledwo widziałem i cokolwiek rozumiałem, i ostatkiem sił modliłem się, żeby wszystko się już zakończyło.

To chyba kolejny człon. – Miałem nadzieję, że sekwencja „hałas, hamowanie i nagłe przyspieszenie” jest zgodna z normalną procedurą.

Pierwszą oznaką przebywania w kosmosie była niezwykła lekkość, drugą noc za okienkiem z boku.

Nagle przed moimi oczami odpadła duża część ściany i zobaczyłem nieprzeniknioną czerń kosmosu. Zamarło we mnie serce i poczułem ogromne gorąco, szczególnie, że piloci nie poruszali się od dobrych kilku sekund.

To przecież zamierzone. – Po chwili wrócił zdrowy rozsądek.

Znałem oczywiście procedury, ale najwyraźniej „znać, a pamiętać” to dwie całkiem różne rzeczy. Przypomniałem sobie zajęcia, na których mówiono, że rakieta składa się z potężnej dyszy i pierwszego członu, nad którym znajduje się drugi i trzeci stopień napędowy, zbiornik z paliwem, moduł z ludźmi i ładunkiem i element z osłoną termiczną i spadochronami. Wtedy dowiedziałem się, że w normalnym locie pozbywano się pierwszego i drugiego członu, jak również odstrzeliwano niepotrzebny czubek, który zasłaniał właz z szybką.

Lot do Tiangong 3 był długi, ale już nie tak bardzo uciążliwy. Przestało mną rzucać, i choć nie miałem możliwości, żeby się wypiąć, to przynajmniej mogłem spokojnie podziwiać widoki.

Pierwszy szok przeżyłem, gdy przez okno zobaczyłem matkę ziemię. To, o czym słyszałem tylko z opowieści i co czułem w trakcie niedoskonałych ćwiczeń, nagle stało się realne aż do bólu i było dosłownie na wyciągnięcie ręki.

“Yes, this is Earth. Yes, you're on the spaceship“ .

Dotarło do mnie w końcu, że od nicości i pełnej pustki dzielą mnie wyłącznie kawałki szkła i płyty cienkiego metalu. Odtąd ubrany byłem w kapsułę. Stałem się jej integralną częścią, małym Bobem Budowniczym, który musiał jej troskliwie doglądać i dbać jak o żonę, matkę, kochankę w jednym. Miałem jedynie kilka metrów sześciennych przestrzeni, masę ograniczeń, ściśle wyznaczone procedury na sranie, spanie i pierdzenie, i… ogromny wpływ na całe życie w okolicy.

Nagle stałem się pełen podziwu dla wszystkich, którzy tu byli. Żaden ruch nigdy się tu nie kończył. Potrafił zaskoczyć wpływ grawitacji. Zabić mógł kosmiczny złom, zmiana temperatury, niezauważony skok ciśnienia czy zwykła woda. Śmierć czyhała nawet przy spuszczonych gaciach, gdy rurę klozetu zapinano na najbardziej wrażliwych częściach ciała.

Niespodziewanie zapragnąłem wrócić na dół. Tak bardzo chciałem teraz spróbować różnych lodów, odwiedzić wiele miejsc i zrobić tysiące rzeczy, na które wcześniej zabrakło mi odwagi. Czy chciałem, czy nie, to się bezpowrotnie skończyło. Nie miałem głosu. Należałem do partii, która decydowała nawet o tym, co, kiedy i jak mam zjeść, albo bardziej wyssać i wylizać z ohydnej plastikowej torebki.

– To szok kosmiczny. Poczujesz odwagę, ale równocześnie strach przed każdym ruchem. Zatęsknisz za tym, co zostawiłeś. Będziesz chciał się zabić, może nawet w końcu spróbujesz. Twoja psychika zostanie wystawiona na ciężką próbę, gdyż zrozumiesz, że nieskończoność rozwoju ludzkiego ma swoje granice. – Tak przed startem tłumaczył mi łamaną polszczyzną lekarz o skośnych rysach, który kiedyś pracował w Polsce. – Najgorzej będzie, gdy od śmierci będą dzielić cię tylko sekundy.

– Jak często tak się dzieje?

Na to już nie odpowiedział, wymownie spuszczając wzrok. Nie wiem, czy był tu na górze, ale od tego momentu podejrzewałem, że większość słów nie pochodziło ze skryptu, który kazano mu przeczytać.

Im więcej umiemy i dalej brniemy, tym więcej mamy ograniczeń. Tak jest z kosmosem. Trzeba budować coraz mniejsze klitki, pilnować każdego grama, racjonować tlen, wodę, żywność, i tak dalej. Ale nawet nie, nie tylko w kosmosie tak jest. Gdy jesteśmy mali, to wpierw wyzwaniem jest podniesienie główki, potem wstanie, poznanie pokoju, mieszkania, okolicy, kraju… W końcu odkrywamy każdy rodzaj seksu, czytamy każdą książkę w okolicznych bibliotekach, zaliczamy każdą firmę i dochodzimy do bolesnej prawdy, że nasz czas jest ograniczony i musimy wybrać, czy chcemy pozostawić po sobie kogoś, coś czy jedną wielką pustkę… Nie liczą się już kredyty, nieistotni są prezydenci… Wszystko ma swoje granice… Nawet życie, które po osiemnastce wydaje się być nieskończone…

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Azamer 6 dni temu
    Dobrze technicznie napisany tekst pobudzający wyobraźnię. Muszę naprawdę głęboko szukać, by się do czegoś przyczepić :)
    "Pierwszą oznaką przebywania w kosmosie była niezwykła lekkość, drugą noc za okienkiem z boku." - dałbym zamiast "noc" to "ciemność", nie jestem pewny czy w kosmosie możemy mówić w kategoriach dzień/noc - na danej planecie owszem.
    "Nawet życie, które po osiemnastce wydaje się być nieskończone…" - Trzydziestka jest po osiemnastce a ludzie już powoli są świadomi śmiertelności - dałbym albo przed osiemnastką, albo w wieku nastoletnim"
    Z pozytywów: bardzo plastycznie opisany zarówno start jak i przygotowania. W mojej głowie bez trudu pojawił się obraz przerażonego astro-kosmonauty. Widać również, że masz zacięcie filozoficzne.
    Pozdrawiam, Azamer z [Fantastarnia.pl]

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania