Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Puzzle z niewiadomą. 1. Urokliwe zjawisko atmosferyczne.

2 Stycznia 2023. Poniedziałek.

 

Florentyna Gołębiowska z ledwością odemknęła zapuchniętą powiekę. Światło poranka, chociaż nikłe i szarawe, oślepiło ją. Chyba za długo świętowały z siostrą nadejście nowego roku. Sylwestra spędziła, po bożemu, bawiąc się ze znajomymi, ale cały pierwszy stycznia poświęcony był babskim pogaduchom przy winie. I tego wina było dużo za dużo. Wtuliła swoją główkę, blond cherubinka, mocniej w poduszkę i zmieniła pozycję. Ciepłe, miękkie ciało leżące obok niej poruszyło się niechętnie i przesunęło kawałeczek. Florka wykorzystała to. Spanie przy ścianie nie było nigdy jej marzeniem. Ciało obok sapnęło i znów oddało pola. To było znakomite miejsce na kolano. Przy trzeciej próbie zyskania przestrzeni, na niezbyt wygodnej wersalce, w sennej ciszy niewielkiego mieszkanka, zadudniło. Już całe posłanie było jej. Gemma spadła z łóżka.

 

- Florentyno Gołębiowska – wychrypiało ciało z dywanika – Bezczelna gówniaro, za karę robisz śniadanie.

Florka nie uważała tego za karę. Karą byłoby, gdyby śniadanie robiła jej siostra.

- Jeszcze pięć minut – zamruczała sennie.

„Słuszna propozycja” – pomyślała Gemma wtulając się w puszysty materiał. Tego wina było zdecydowanie za dużo.

 

Sprawcą kolejnej pobudki był pęcherz. Florka musiała opuścić gościnną wersalkę i wygrzane pielesze i poszukać ukojenia dla jego tęsknot pośród łazienkowych kafelków. Prawdopodobnie coś pomyślała, choć o tej porze doby nie można za to ręczyć. Wyszła rzeczywiście szczęśliwsza i, dodatkowo z twarzą umytą kojącym płynem. Oczy zaczęły normalniej patrzeć. Wykorzystując to jej wzrok prześlizgnął się po pokoju i zatrzymał na ciele zdobiącym dywanik.

 

Latarnia morska na oceanie jej życia. Ukochana, mądra, starsza, przyrodnia siostra. Jedyne światełko wśród wzburzonych fal zwariowanej rodziny. Jedyna ucieczka z duszących ramion kobiety-bluszczu, ich wspólnej matki. Jedyna prawdziwa przyjaciółka i powierniczka. W dwóch słowach: Gemma Buran. Spędzała ten poranek śpiąc na dywanie.

 

Rudobrązowe, niesforne włosy, po rodzinnemu kręcone, rozsypane były wokół niej gęstą pajęczyną. Kraciasta męska koszula, którym Gemma hołdowała od nastu lat, nie zakrywała wypiętej dolnej części pleców, zasłoniętej jedynie gaciami frotte. Obrazu rozpaczy dopełniały grube skarpety z pomarańczowej wełny. Gęsia skórka, wyraźnie widoczna na siostrzanych dolnych kończynach, podpowiedziała Florce, że na podłodze jest trochę zimno. Powodowana altruizmem, rzuciła na towarzyszkę genetycznej niedoli, jej ukochany, pikowany, czarny szlafrok. Po spełnieniu tego obowiązku, Florka podreptała do kuchni, zorganizować z resztek wczorajszego babskiego wieczoru, jakieś śniadanie.

 

Sałatka jarzynowa i kanapki z maminą pieczenią stały już na stole, kiedy Florentyna zdecydowała się obudzić swoją siostrę. Z odciśniętym na policzku dywanowym splotem, Gemma przybrała pozycję pionową. Nie opuszczając po drodze kilku pozycji pośrednich, które jeszcze bardziej utwierdziły Florkę w przekonaniu, że gacie frotte, to jednak przesada. Nawet u takiej abnegatki jaj jej jedyna siostra. Gemma, która nie uznawała kapci, terroryzowana nimi od wczesnego dzieciństwa, przez jedyną w swoim rodzaju terrorystkę – matkę, potykając się o pozostałości wczorajszego wieczoru, przemierzyła trudną drogę do łazienki.

 

Kiedy już pozbyła się nadmiaru płynów z organizmu, rzuciła koszulę na wykafelkowaną, w ubiegłym stuleciu, podłogę i odkręciła wodę. Zimno przywróciło jej trochę przytomności. Kiedy do słuchawki dopłynęła ciepła woda, mogła już zebrać myśli. Jak odłamki szkła na szufelkę. Ale z tych odłamków, wraz ze spływającą wodą, wyłaniał się kształt wczorajszego wieczoru i ostrej dyskusji z Kaliną.

 

Ostatni raz tak się pokłóciły we wrześniu. Naprawdę matka mogłaby oszczędzić sobie tych uwag. Wszystko sprowadzało się do tego, że nie dosięga do skali prestiżu Kaliny. No bo co z niej za córka?! A jak była nastolatką uparła się, żeby trenować zapasy. Zapasy! Nieważne, że była w tym naprawdę dobra, wracała do domu z pucharami, była wicemistrzynią województwa… Matka nigdy jej nie darowała, że po pijaku, mając dziewiętnaście lat (dziewiętnaście na litość boską!) zrobiła sobie tatuaż. Na szczęście nie był taki okropny. I zawsze chowała go pod ubraniem.

 

Wszystko dlatego, że była życiowym błędem Kaliny Gołębiowskiej. Durną historią z szalonej młodości, która zakończyła się ciążą, krótkotrwałym małżeństwem ze złodziejem samochodów i przymusowym końcem kariery tanecznej. Okej, ale żeby aż tak nie lubić własnego dziecka? Przecież się na ten świat nie prosiła!

 

Jeszcze w szkole starała się robić wszystko na czym zależało matce. Myśląc przy tym najczęściej: „Rany boskie, co za totalna bzdura”. Była najlepszą uczennicą w klasie. Ale naprawdę, konkursy recytatorskie, klasowa gospodyni, taniec w zespole, dodatkowy angielski, dodatkowy hiszpański, szkoła muzyczna. Matka zapisała ją na skrzypce. Koszmar. W szkole tylko z chemią miała kłopoty i musiała brać korepetycje. Dla Kaliny to była tragedia. Jak teraz dostanie się na medycynę?!

 

Wytarła się niedbale i ubrała, z powrotem, w rzuconą na podłogę, koszulę. Układanie jej włosów doprowadziłoby do rozpaczy nawet czołowego stylistę. Przeczesała je pobieżnie i związała gumką. Ohydny smak pasty do zębów pozwolił dalej przytomnieć.

 

Zbuntowała się dopiero w gimnazjum. Chyba i tak za późno... Kalina do tej pory tego nie przełknęła. Wcześniej miała jakąś odskocznię, zawsze mogła uciec do taty (kiedy nie siedział). Jako mała dziewczynka pomagała mu „w pracy”, stała na świecy, uruchamiała samochodowe alarmy, żeby przyzwyczaić właścicieli do ich dźwięku. Przyzwyczajeni przestawali wychodzić na parkingi, wtedy tata zabierał się do roboty. Uczyła się prowadzić. Ale w 2010 tata się powiesił. Podejrzewała, że pomogli mu w tym ludzie, u których zaciągnął długi. Może to i dobrze, że jej nastoletniemu śledztwu ukręciła łeb przedsiębiorcza rodzina. Kalina trochę pochodziła smutna. Natomiast ona załamała się totalnie. I naprawdę w sobie zawzięła.

 

Od tego momentu przestała zważać na prestiż i pragnienia matki. Zbuntowana ostrzygła się na jeża. Obcięcie kręconych włosów, dziedzictwa Mrozów, było dla niej jak odcięcie się. Kalina przeżyła to bardziej niż jej kategoryczny sprzeciw, kiedy w wieku 8 lat stanęła okoniem, w kwestii zmiany nazwiska na Gołębiowska. Lubiła Jana, naprawdę. Był świetnym facetem, kochał tę jej lekko psychiczną matkę, nigdy nie dał jej odczuć, że jest pasierbicą. Ale nazwisko miała własne. Tatę też. Z Janem byli po imieniu do tej pory. I nazwiska nie zamierzała zmieniać. Urodziła się jako Gemma Buran i Gemmą Buran zostanie. Co z tego, że wołano na nią „Buras”?

 

Uciekła kiedyś z domu. Przez matkę, jakżeby inaczej?. Pojechała nad morze, sama, tylko z plecakiem i namiotem. W miesiąc oblazła wybrzeże. Szukali jej policja, rodzina… W górach, bo zostawiła mylne tropy, świadczące o tatrzańskim kierunku eskapady. Dała się wtedy matce we znaki. Dla Florki kupowała pocztówki, jej też wysyłała w tajemnicy krótkie wiadomości. Największa satysfakcję miała z tego, że jej nie znaleźli! Po prostu sama stanęła na progu rodzinnego domu, z tym samym plecakiem i namiotem. To była dopiero satysfakcja!

 

Kiedy dostała się na studia, zrobiła kurs miejskiego przewodnika i zaczęła zarabiać pierwsze pieniądze. Oprowadzała wycieczki i nieźle na tym wychodziła, bo umiała zainteresować, była sympatyczna i miała charyzmę. Za pierwsze pieniądze spakowała się i tego samego dnia wyniosła od matki do mieszkania po tacie. To był dobry kierunek w jej życiu. Najpierw jako przewodniczka, potem kierowca, zwalczanej przez taksówkarzy konkurencji, poznała miasto doskonale. Łączyła swoje pasje – Warszawę i samochody. Miała nadzieję, ze połączy je też inaczej. Ale to było tylko marzenie. O Warszawie M20.

 

W każdym razie dwa lata temu dostała pracę, która pozwalała jej podążać za marzeniem. Nie tym o oldtimerze. Tym o łączeniu pasji. Została redaktorką nowopowstającego, lokalnego portalu internetowego – Tramwaju Warszawskiego. Wreszcie mogła wykorzystać swoją wiedzę, swoje studia… I swoje doświadczenie za kółkiem. Do tej pory jej najważniejszym zadaniem w Tramwaju było redagowanie komunikatów o korkach, wypadkach i robotach drogowych. Mogło być gorzej. W Tramwaju nie było działu z horoskopami…

 

W łazience musiała doznać jakiejś przemiany, bo chociaż wyszła z niej, nadal niezbyt przytomna, to jednak ze związanymi włosami i śladem pasty do zębów na koszuli. Opadła ciężko, na uratowane z remontu u sąsiadów, krzesełko z giętego drewna i potoczyła okiem po stole:

- O, zrobiłaś! – Do Gemmy zaczęły docierać bodźce. Jak zawsze, najpierw zapachowe. – Jesteś aniołem!

Florka machinalnie kiwnęła głową, poświadczając, że jest aniołem. Miała na głowie co innego niż niegasnący apetyt Gemmy. Nosiła się z tym już od dawna. Musiała się jej do czegoś przyznać…

 

- Gemma… - Zaczęła nieśmiało Florka pomiędzy jedną kanapką, a drugą.

- Co?

„A może to jeszcze nie jest ten moment?” – W ostatniej chwili stchórzyła.

- Ty masz jakiś typ faceta? – „Zasłona dymna! Zasłona dymna!”

Rozczochrana młoda kobieta obejrzała się na siostrę. Florka wyjeżdża z osobistymi pytaniami? Coś nie tak na gruncie damsko-męskim?

- Typ faceta? – Powtórzyła dla bezpieczeństwa. Trzeba się asekurować, zawsze i wszędzie. Nigdy nie wiadomo kto wbije ci szpilę.

- Tak. Jakby wyglądał twój facet ze snów?

- Coś się stało? Randka ci się szykuje? – Odłożyła widelec na talerzyk z sałatką.

- Najpierw odpowiedz na pytanie.

Gemma westchnęła, Florka już zamieniła swoje niewielkie ciałko w radar. Jak matka. Cała w słuch. Zastanowiła się. Pierwsze co przyszło jej do głowy nie było najlepszym przykładem. Poszukała głębiej.

- Kiedyś olśnił mnie jeden facet. Zupełnie poza zasięgiem.

- Je! Wiedziałam, że musiał być ktoś, do kogo porównujesz! Jaki był?

- Przede wszystkim miał sześćdziesiąt kilka lat. Totalnie poza zasięgiem – roześmiała się.

- Jaja sobie robisz, a ja poważnie pytam. Jak się przyjrzeć twoim facetom, to żadnego łącznika między nimi nie ma.

- Może ty po prostu tego łącznika nie widzisz? - Sięgnęła po kubek z kawą.

Florka zbystrzała. I uśmiechnęła się tajemniczo:

- Sugerujesz mi, że, no nie wiem, wszyscy byli… solidnie zbudowani?

- Nic ci nie sugeruję, zboczona dziewczyno. Masz jakiś problem z płcią niezbyt przeciwną?

Florka machnęła ręką.

- Nie mam żadnych problemów. Myślę o tobie. Matka ci nagadała wczoraj.

- A kiedy mi nie gada? – Starsza siostra wzruszyła ramionami.

- Lubisz starszych panów? – Florka wróciła do tematu. – Nigdy tego u ciebie nie zauważyłam.

Gemma sapnęła i odwróciła się do niej.

- Lubię facetów z ikrą – stwierdziła jasno. – A nasze pokolenie jej nie ma.

„Moja śliczna siostro” – pomyślała – „Nie baw się w naszą matkę. Jesteś jej błogosławieństwem na starość. Idealną córką. Piękną, posłuszną, zdolną. Dostałaś się na stomatologię, nigdy nie brałaś korepetycji, nie masz ojca złodzieja i kryminalisty, tylko porządnego ginekologa. Nawet ubierasz się w normalnie ciuchy, a nie kraciastą flanelę, którą tak uwielbiam, a której tak nienawidzi nasza matka.”

- Jeden starszy pan kiedyś mi się spodobał. Bo był inny niż wszyscy. Wystarczy?

 

Miała 9 lat, nad miastem przetaczała się burza, a ona wracała ze szkoły muzycznej. Z tymi nieszczęsnymi skrzypcami w futerale. Zawsze bała się burzy. Tak jak ogólnie huku, głośnych miejsc i głośnych ludzi. Liczyła sekundy pomiędzy błyskiem, a grzmotem, tak jak uczył ją tata. Zanim doszła do tramwaju, dystans czasowy zmniejszył się z czterech sekund do jednej. Postanowiła się schować i przeczekać. Ale było późne popołudnie. Jedynymi otwartymi sklepami na tej ulicy były warsztat szklarski i skup starych książek. Weszła do skupu.

 

Kiedy zamknęła drzwi uderzył ją zapach kurzu. Książki powciskane w każdą wolną przestrzeń. Książki wychylające się z kartonów. Książki ułożone, w zawiązane sznurkiem, stosy. Piorun uderzył gdzieś bardzo blisko, zadzwoniły jej zęby. Tak samo jak szyba w starych, pomalowanych żółtą farbą, drzwiach. Otrząsnęła się i rozejrzała. Półki były opisane małymi kartonikami. Literatura polska, mitologie, historia, wojskowość, podręczniki, literatura angielska, rosyjska, francuska, reportaże, fantastyka, książki młodzieżowe… Do tego regału podeszła. Nie miała się za dziecko. Pamięta, że było tam sporo Verne’a, Szklarski, tandetne okładki Ambra… Oparła futerał ze skrzypcami o przeciążony regał. Sięgnęła po stojącą na wysokości jej oczu skromną książkę. „Dalekie lata” – przeczytała. Otworzyła książkę na chybił-trafił. Trafiła na opowieść chłopca, którego babcia zabrała na pielgrzymkę do Częstochowy. Matka jej ojczyma też tak kiedyś zrobiła z nią i jej młodszą siostrą. Ale one pojechały tam ponad sto lat później. Chłopiec z książki opisywał srebrne i złote wota w kształcie kończyn i organów, a nawet małych dzieci. Okropieństwo, musiała się z nim zgodzić.

 

- Nie jestem pewien, czy to jest książka dla pani – powiedział niski, aksamitny głos za jej plecami. Odwróciła się gwałtownie. Stał przed nią wysoki starszy pan, z gęstą siwą brodą i niemal czarnymi wąsami, podkręconymi na końcach do góry. Uśmiechał się, nie tylko kącikami ust, ale też dużymi brązowymi oczami i zmarszczkami w ich kącikach. Wyglądał jakby nigdy stąd nie wychodził. Skórzana kurtka była tak samo zakurzona jak książki na regałach. – Mój imiennik patrzył na świat w sposób jaki doceni pani dwa razy w życiu. Za jakieś 5-6 lat. I po trzydziestce. Ja natomiast proponowałbym pani zagłębienie się w to. – I sięgnął ponad jej głową po książkę w introligatorskiej oprawie. Wzięła ją do rąk i otworzyła. „Legendy Warszawskie”.

- Ale ja nie mam pieniędzy. Chciałam tylko przeczekać burzę.

- Widzi pani, prawdopodobieństwo, że ktoś ją kupi, jest tak niskie, że to ostatnia rzecz, którą bym się przejmował. Umówmy się, że to prezent. - Przymrużywszy jedno oko starszy pan uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nie potrafiła nie odwzajemnić tego uśmiechu.

 

Pierwszy raz w życiu ktoś traktował ją jak dorosłą. Mówił do niej per „pani”. I wyglądał jak z bajki. Kudłaty księgarz, w zakurzonej kurtce, brudnym swetrze i skórzanej czapce na głowie. Pan Konstanty. Autorem książki, którą przeglądała, był Konstanty Paustowski, jego imiennik. „Legendy”, jakie podarował jej tamtego dnia stały na półce nad łóżkiem. Czytała je tyle razy, że kartki wysypywały się z książki. Powinna oddać ją do introligatora. Albo kupić nowy egzemplarz.

„Ale na to raczej się nie zdobędę...” – Pomyślała.

 

- Przystojny był? – Florka nie dawała za wygraną. – Może spotkasz kogoś takiego po przeprowadzce.

To był ostatni tydzień wynajmowania przez Gemmę kawalerki na Jagiellońskiej. Zostało kilka dni na pakowanie i przedłużony weekend trzech króli, na samą przeprowadzkę. Florentyna była dumna, że jej siostra postawiła na swoim i wykorzystała spadek na kupienie czegoś własnego. Choćby było to mieszkanko wielkości kurnika, w starej ruderowatej kamienicy. Ich matka usilnie forsowała pomysł kredytu, z wkładem własnym, na porządne mieszkanie w porządnej okolicy.

 

- Bardzo. – stwierdziła, wracając do wynajmowanej kawalerki, z podróży w przeszłość. – Przekrzywiał głowę kiedy się uśmiechał. Nie ma już chyba takich typów – po chwili spoważniała – Powiesz co się stało?

Florka wzięła głęboki wdech.

„Teraz albo nigdy!”

- Skreślili mnie z listy studentów. W październiku.

Na tę rewelację Gemma naprawdę zbaraniała. Zblakły nawet roześmiane oczy pana Konstantego.

- Florka… Jest styczeń!

W budynku dawnej zajezdni tramwajowej, w którym, po gruntownym remoncie, wszechwładny właściciel, senator entej kadencji, ulokował lokalny portal kulturalno-informacyjny „Tramwaj Warszawski”, było cicho. Winny był temu zmasowany atak tupiących kotów i białych myszy. Wejść w nowy rok bez kaca, to jakby w ogóle nie wychodzić ze starego.

 

Mimo wszystko coś się jednak działo. Chłopcy w dziale IT wysilali się przy butelkach z mineralną. Weteran redakcji, redaktor Szuja Szujkowski modlił się przed szklanką, w której buzowała tabletka. Jedynym punktem, którego nie dosięgnął paraliż kacowo-poranny była recepcja. Panowała tam niezastąpiona Zuza, sekretarz redakcji i recepcjonistka. Osoba, która zawsze wie. Wszystko. I chętnie dzieli się swoją wiedzą. Właśnie usypywała zgrabny stosik cukierków, przeznaczonych dla gości i oczekujących, który był trwałym elementem zdobniczym recepcyjnej lady.

 

Gdzie były cukierki, zjawiał się natychmiast Wiktor Woronowicz, dziennikarz odpowiedzialny w Tramwaju za wiadomości o bardzo ogólnym sportowym profilu. Od turniejów brydżowych po derby stolicy, od maratonów na rocznice powstania warszawskiego, po szkolne zawody w tenisie stołowym. Także w tej chwili jego czterokołowiec parkował przy ladzie, a Wiktor rozkręcał kolorowy papierek. Wiktor był trzeźwy. Jak mówił: dlatego, że „stale prowadzi. A musi się dobrze prowadzić”. Trzeźwa była także Zuza, chociaż z zupełnie innego powodu. Noworoczne szaleństwa poświęciła dojazdowi do stolicy z wypadu na narty na Słowacji. Teraz jednak zachowywała trzeźwość umysłu obserwując manewry swojej szefowej. Małgorzata Motolska, redaktor naczelna, wpadła rano, zostawiła dyspozycje o randze królewskiego rozkazu i w ekspresowym tempie wypadła. Na tajemnicze negocjacje z właścicielami.

 

- Najpierw dokoptowała nam tu tego seryjnego mordercę, a teraz zaginęła w akcji, w biurze Senatora. – Westchnęła Zuza.

- Ale raczej wróci. – Wiktor poskrobał palcem szczecinę na policzku.

- Ty byś się nie bał spotkać takiego w ciemnym zaułku? Sprawdziłam! W dokumentach personalnych stoi, że siedział. Jest na warunkowym.

- Przed świętami nawiózł tu tyle chemii, że jeśli któreś z nas zniknie, to można będzie podejrzewać, że rozpuszcza się w kwasie, w tej jego piwnicy. – Wiktor poczęstował się kolejnym cukierkiem.

- Jednym Margot daje miejsce parkingowe, innym piwnicę – wzruszyła ramionami recepcjonistka.

- W zasadzie. - Oboje podskoczyli. Z kuchenki wychylił się domniemany psychopata. Groźnie zmarszczone brwi, parujący stalowy kubek, poważna, surowa twarz. – Zwłoki prędzej rozpuszczają się w zasadzie.

Przeszedł obok, wchodząc na „halę produkcyjną”.

- No rzesz kuria! Chodzi jak kot! – Wózkarz obejrzał się, wyraźnie wytrącony z równowagi. – On tu jest jako kto?

- Na umowie ma „redaktor graficzny”. Próbna, na trzy miesiące. – poinformowała go Zuza.

- Małgorzata ma zamiar się pojawić, czy tylko robi suspens? – Znów poskoczyli. Wiktorowi wypadł z ręki cukierek. Brodacz znów stał obok. Dalej z parującym kubkiem w ręku, z zarzuconą na ramię dużą skórzaną torbą, tylko, że wyszedł drugimi drzwiami.

- Wiem tyle, co ty – rzuciła Zuza, kiedy otrząsnęła się z pierwszego, złowrogiego wrażenia.

Nowy kolega zacisnął szczęki.

- Będę na dole, gdyby ktoś sobie o mnie przypomniał – bezszelestnie zniknął na klatce schodowej.

- Niech już idzie sobie na dno piekieł – wychrypiał Wiktor.

- Jak on się skrada w tych kamaszach? - Zadała pytanie natury technicznej Zuza.

 

Winda, radosnym dzwonkiem, ogłosiła swoje przybycie, z rozsuwających się drzwi wysunęła się Gemma:

- Cześć. Jak Nowy Rok?

- Królowa Margot szaleje – tymi słowami powitała ją Zuza.

- Nie ona jedna – westchnęła Gemma mając ciągle w myślach rewelacje swojej siostry.

- A w piwnicy zainstalował się seryjny morderca. Sam powiedział, że rozpuszcza zwłoki w zasadach. – Wiktor nie omieszkał podzielić się nowymi rewelacjami.

- Zasadniczy. Super. Więc jednak do kogoś się odzywa. Jest coś do mnie, czy tylko plotki, które powinnam poznać? - Oparła się o ladę.

- Siedział. To fakt autentyczny. Ja ci to mówię! – Podkreśliła Zuza podając jej kopertę i prenumeratę. – Szuja cię szuka. Pozycje drogowe w budżecie partycypacyjnym.

Gemma westchnęła. Już redaktor Szujkowski mógłby coś zrobić własnymi rękoma.

- I siedzi ci za plecami. Może spokojnie zarzucić ci na szyję sznur i udusić, kiedy pójdziemy na obiad. – Wiktor sięgnął po następny cukierek. Zuza trzasnęła go w łapę trzymaną w ręku teczką. – Po co go w ogóle zatrudniła?

- Właściciel zażyczył sobie nowego layoutu. Bo stary się „nie sprawdza”, „nie działa” i „w ogóle nie przystaje do potrzeb”. I podobno sam narzucił Margot tego kryminała. - Zuza spojrzała na Gemmę – Potem ma, chyba, robić to co ty, tylko na polu wizualnym.

- A co ja niby robię? – Chodząca reklama, flanelowych koszul, w szkocką kratkę, szczerze się zdziwiła.

- Wszystko?! W sensie, królowa orze tobą jak może?

- Tobą nie wyręcza się bardziej?

- Tylko jeśli chodzi o kalendarz. Ciebie zaprzęgła do pługa merytorycznie.

Gemma machnęła ręką.

- Jest u siebie? Mam coś co chciałabym jej zaoferować. I muszę to dobrze sprzedać.

- W biurze Senatora. Musisz poczekać aż wróci. Jakiś ekstra temat? – Zuzka przeszła w konspiracyjny ton. – Zostawiszże te cukierki?! – napadła na Wiktora.

- Dobra już, dobra. - Potoczył się na „halę produkcyjną”.

 

Gemma uśmiechnęła się do koleżanki, jednej z najżyczliwszych osób, jakie pracowały na Kawęczyńskiej. Zuzka, była mistrzynią w rozładowywaniu nastrojów zbieraniny tutejszych dziennikarzy. Sięgnęła po cukierek, rozwinęła papierek i poprawiła sobie humor maleńką dawką cukru. Żeby jeszcze ktoś zaczął robić cukierki o smaku węgierskiej kiełbasy… Oparła się łokciami o ladę, i zapytała.

- Z czym kojarzy ci się Ursus?

Ściany gabinetu redaktor naczelnej Tramwaju Warszawskiego, Małgorzaty Motolskiej, ozdobione były, oprawionymi w proste czarne ramki, artykułami. Najgłośniejszymi, najlepszymi, nagrodzonymi publikacjami, prowadzonego przez nią portalu. Ten portal był celem jej życia, najlepszym źródłem informacji o mieście, wypranym z ogólnopolskiej polityki. Kiedy wcielała to marzenie w życie, przed trzema laty, wiedziała, że stąpa po bardzo kruchym lodzie. Zaczynała na kredyt, z jednym, wynajętym serwerem i dziennikarzami z ogłoszenia wywieszonego na korytarzu Instytutu Dziennikarstwa UW. Potem wszystko się w jej życiu zmieniło.

 

Najpierw poznała Senatora. Siedzieli obok siebie w unieruchomionym pociągu, bo akurat trwał terrorystyczny szał i składy nie były wpuszczane na Centralny. Stało wszystko. A ona puchła ze złości, że nie może wykorzystać, po dziennikarsku, w pełni, takiej okazji. Wymieniła się wtedy numerami telefonów z populistycznym działaczem, który zrobił polityczną karierę walcząc z dilerami, za pośrednictwem prowadzonej przez siebie Fundacji. Walczył też z wywłaszczeniami lokatorów, samowolną wycinką zieleni, brakiem miejsca dla pieszych w planach drogowych… Już następnego dnia zaczęły przychodzić esemesy. „Dzień dobry”, „dobranoc”, czasem coś zabawnego, co poprawiało jej humor. Nie odpowiadała. Po pół roku wiadomości przestały przychodzić, równie nagle jak zaczęły. Mocno wtedy ucierpiał przy próbie zamachu.

 

Ale kiedy wypuszczono go ze szpitala wszystko rozkwitło. Ich związek, ona i Tramwaj Warszawski. Nawet polubiły się z jego żoną. W końcu obu nie poświęcał wiele czasu. Było tyle dokumentów do przekazania na biurka prokuratorów, czym zajmował się on i Fundacja, od piętnastu lat, tyle procesów na wokandach, trzy ośrodki walki z uzależnieniami. Fundacja, walka z narkotykami zalewającymi ulice i Warszawa, były w życiu Senatora najważniejsze. A Senator był najważniejszy w jej życiu. Zaraz po synu z poprzedniego małżeństwa. I po Tramwaju Warszawskim.

 

Miała duże wątpliwości, kiedy August poprosił ją o zatrudnienie fotografa na pełen etat. W dodatku takiego, który miał zaprojektować grafikę strony. I zająć się fotoedycją i retuszem. No ludzie! Co to za pomysł w ogóle? Teraz są specjaliści, outsourcing, agencje fotograficzne i umowy zlecenia. Ludzie, który jak kombiwar, mają robić wszystko, to totalna pomyłka.

 

Ale Skórnicki się uparł. Dał jej jakieś zdjęcia, a ona dla świętego spokoju pochodziła z nimi po znajomych, znających się zawodowo na rzeczy. Szukała argumentów kontra. Szef działu foto z brukowca, w którym kiedyś pracowała stwierdził, że „czuje szelma światło”. Artysta fotografik, będący jej dziesiątą wodą po kisielu, zwrócił uwagę na „nastrój i kompozycję, delikatność i siłę kadrów”. Chyba za dużo dolewała mu ajerkoniaku. Znajomy fotoreporter docenił zdjęcia w ruchu i humanistyczne oko do szczegółów. Kiedy stara kumpela z katedry fotografii prasowej, zaczęła się zachwycać fotoreportażem o miejskich światełkach, jaki zleciła mu na próbę, Małgorzata zrozumiała, że musi ulec prośbie Augusta.

 

Nowy redaktor graficzny, na rozmowę kwalifikacyjną przyszedł w burej bluzie z kapturem, kurtce wypchanej, jakby nosił laski trotylu owinięte wokół pasa, zaśnieżonym płaszczu i z spodniach budowlańca. Barczysty i pochylony, ze skórzaną czapką w ręku, nie zrobił na niej najlepszego wrażenia. Patrzył złym spojrzeniem spode łba i prawie się nie odzywał. Wyciągnęła z niego kilka zdań. Niewiele dowiedziała się o ścieżkach zawodowej kariery, jeszcze mniej o zainteresowaniach i życiu osobistym. Nie dał się złapać na żaden haczyk specjalistki od rozmów z ludźmi.

„Antypatyczny, ale niegłupi.” – Pomyślała z niechęcią, zatrudniając go.

 

Poprosiła wtedy Senatora o dokładniejszą opinię. Wiedziała, że ma przygotowane charakterystyki ludzi, z którymi pracował w Fundacji. A raczej nie znalazł tego indywiduum na politycznych salonach… August trochę się krygował, ale w końcu dostała. Fiszkę. Dziesięć zdań. Jeśli tak miał wyglądać słynny wywiad HRowy Senatora Skórnickiego, to coś było nie tak…

 

„Tylko na krótki czas i specjalne zadania – dopóki się nie wypali. W takich wypadkach zdolności jego mogą nie mieć granic. W nieszczęściach jedyny. Nie opuszcza go nigdy humor, trzeźwe spojrzenie i tężyzna fizyczna. Rzucany zawsze na najtrudniejsze zadania. Pod względem mocy charakteru i woli stoi najwyżej. Spokojny, pewny siebie i sprawiedliwy. Szybko zyskuje duży wpływ na podwładnych. Szuka ludzi, z którymi nie musi walczyć, ani mieć jakichkolwiek sporów. Trzeba mu zapewnić wiele możliwości odpoczynku i miejsce, w którym może chować się dla uzupełnienia energii.”

 

Do tej pory nie przesadzała z priorytetowością grafiki. Portal miał się dobrze czytać na najpopularniejszych nośnikach, nie irytować pstrokacizną i walczyć o swoje doskonałymi tekstami. Bez bzdur, które opisywały wszystkie serwisy, miał zawierać wiadomości ważne dla warszawiaków. A teraz musiała się zgodzić na rewolucję wizerunkową. Już nie zdjęcia od internautów, kiedy w grę wchodziły sprawy gorące, jak kartofle z ogniska. Z tego co wykazały statystyki klikalności, August miał rację. Fotograf był tu od dwóch tygodni i czuł się bardzo pewnie. Zaznaczał się coraz bardziej. Rozumem i pracą. Nie mogła się przyczepić do niczego, co mu zleciła.

 

Nowy layout robił wrażenie. Kontrastowe ciemnoszare tło, biała czytelna czcionka, świetne zdjęcia. Tramwajowe żółto-czerwone motywy. Nowa nawigacja strony. Liczne nawiązania do komunikacyjnych konotacji portalu. Nawet ikonki działów przypominały oznaczenia na przystankach ZTM. Podobał jej się projekt testowy. Czytelnicy też zostawiali przychylne opinie. Po Trzech Królach nowy wizerunek objąć miał już całość serwisu, a grafik przekwalifikować się w fotoedytora.

 

Na dzień dzisiejszy Tramwaj Warszawski zajmował część budynku zajezdni tramwajowej na Kawęczyńskiej, stale się rozwijał i nęcił najlepszych, chcących pisać o sprawach stołecznych. Było naprawdę dobrze. Po dzisiejszych porannych spotkaniach Małgorzata była spokojna i optymistycznie nastawiona do przyszłości. Od Bożego Narodzenia wszystko szło dobrym trybem. Skoro nawet ten czubek, przysłany przez Augusta, okazał się być profesjonalistą.

 

Z satysfakcjonującego rozmarzenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Małgorzata Motolska przeniosła spojrzenie swych zielonych oczu na szklaną taflę. Za drzwiami stała jej osoba do wszystkiego: korektorka, redaktorka komunikacyjna, pełniąca (nieoficjalne i niedookreślone) obowiązki wice-naczelnej – Gemma „Buras” Buran. Redakcyjny ninja. Na jej widok Małgorzata, zwana „Królową Margot” westchnęła. Ładna, zgrabna dziewczyna. Tylko czemu musi wyglądać jak córka drwala? I to gniazdo na głowie? Kiwnęła zapraszająco ręką.

 

Gemma skupiła się w sobie.

- Małgorzato, mam bombowy temat. Na wyłączność.

Margot uniosła lekko brwi, starając się nie marszczyć czoła. Gemma kontynuowała, choć ten grymas nie wróżył najlepiej.

– Co to za temat?

„Córka drwala” podała jej teczkę.

- Ursus wykupił prawa do projektów FSM. Chcą produkować nowe polskie samochody, według istniejących wzorców.

- Skąd o tym wiesz?

- Dostałam cynk. Najcenniejszy metal dobrego dziennikarza – splotła nerwowo palce.

Motolska zajrzała do konspektu. Gemma tokowała dalej.

- Chciałabym wreszcie napisać coś własnego, prawdziwego, a nie tylko czekać w poczekalni. Wiesz, że jestem dobra, przyjmowałaś mnie tu. Pozwól mi się wykazać.

- To jeszcze nic zupełnie pewnego. – pokręciła głową Margot.

- Mogę ci zaręczyć…

- Jeśli chcesz się wykazać – przerwała jej szefowa – zacznij od czegoś namacalnego. - Zamknęła teczkę. – Na przykład, zrób reportaż o miejskich lodowiskach.

Otworzyła szufladę biurka, wyjęła z niej kilka kartek i podała zaskoczonej Gemmie.

- Co, jak, z czym, entuzjastycznie. Dostajemy za taką reklamę pieniądze od miasta. Tu trzeba pojeździć, stracić sporo czasu. Wszyscy inni są w tej chwili zajęci.

- Dziękuję. – wykrztusiła, poważnie zszokowana, właścicielka „gniazda na głowie”.

Prędzej by się spodziewała, że Margot spuści ją w toalecie.

- Weź ze sobą Nestora, mają być do tego dobre zdjęcia. A co z małolitrażowymi traktorami, to się jeszcze zobaczy… Samochody z Ursusa… - Prychnęła Małgorzata. – Możesz już iść.

 

Gemma jednak nie wyszła z gabinetu redaktor naczelnej. Wyleciała z niego niesiona skrzydłami, jak po wypiciu energetyka z czerwonym bykiem. Maleńkie ziarenko dotychczasowej nadziei pękło i zaczęło kiełkować w Gemmie wyjątkowo energicznie. Podążało za nią zdziwione spojrzenie Zuzy.

- Dostałam materiał! Robię reportaż o lodowiskach! Własny! – Zamachała papierami przed nosem recepcjonistki.

- Gratuluję. – Uśmiechnęła się koleżanka.

Kto by pomyślał, że to myszowate stworzenie potrafi zarażać uśmiechem?

- Gdzie jest Nestor? Ma mi zrobić zdjęcia do materiału.

- Zszedł do piekieł i jeszcze nie wrócił. Siedzi w swojej piwnicy. – Zuza wzruszyła ramionami. - Uważaj, bo cię porwie, przykuje kajdankami do kaloryfera albo zamknie w szambie. A w gotowych są teksty. Masz przeczytać, bo Margot nie ma czasu.

Zdążył rozwinąć kliszę i ledwo nakręcić kawałek na spiralkę, kiedy jego spokojny kąt zalało światło z korytarza. Oślepiło go. Gwałtownie odwrócił się w jego stronę i ryknął.

- Drzwi!

Cały film szlag trafił.

„No rzesz w rzyć!”

- Nie umiesz pukać?! – Zawarczał, ledwo tając wściekłość.

- Już zamykam. – Gemma odwróciła się i przyciągnęła płat dykty. Trzasnęła zapadka. Zacisnął szczęki.

„Teraz to sobie możesz…”

 

Zapadła ciemność. Nie znała tego zakamarku budynku. Z tego co zdążyła zarejestrować w świetle z korytarza, w niewielkim pomieszczeniu było kilka tajemniczych urządzeń, zlew, położone na ścianę rury od CO, kurtka wisząca na zaworze. Stary stół z płaskimi kuwetami. Na ścianie półki z chemią, fiolki, kanistry, menzurki. W kącie wielka butla. Z gazem? A na środku tego, tajemniczy zawodnik w rękawiczkach, o głowę wyższy. Który nie wydawał się zadowolony z najścia. A teraz nie widziała już nic. Samą ciemność.

- Czego? – Rzucił celem wydobycia informacji.

Uśmiechem zawsze przykrywała swoje emocje, jak przypalone ciasto cukrem pudrem. Teraz uśmiech by nie pomógł, niczego nie było widać. Wzięła głęboki wdech.

- Dostałam zlecenie od Margot i to jest moje pierwsze zlecenie, bo do tej pory trzymała mnie w szafie…

„Trup z szafy?” – uniósł brew.

Flesz korytarza tańczył mu w oku. Wyciągnął rękę, tuż koło jej głowy i zapalił światło. Tym razem oślepiło ich oboje. Chociaż żarówka miała zaledwie trzydzieści wat. Zawsze uważał, że w życiu najlepszym oświetleniem jest półmrok.

- … I mamy razem zrobić reportaż, bo ona chce mieć dobre zdjęcia. I one mają coś dodać do tego reportażu. A ja bym chciała żeby to był bardzo dobry materiał. Bo jak już się jej postawiłam, to nie chcę przynieść byle czego. Bo jeszcze drugi raz mnie nie wypuści i utknę na dobre, robiąc korekty i pisząc o korkach. A chciałabym być taką reporterką z krwi i kości, a nie tylko zapełniać luki i wykopywać informacje dla reszty. To moje marzenie jest. Rozumiesz?

„Świeży gończy.” – Pomyślał. Ale głośno powiedział:

- Rozumiem. – Ton i barwa niskiego głosu, były niepowtarzalne.

- Serio? – Trochę się zdziwiła.

 

Przelewanie myśli na papier zawsze wychodziło jej lepiej niż formułowanie ich na głos. Z tego drugiego wychodził bełkot. Im bardziej się starała, tym większy. Patrzyła na niego przez chwilę. Półmrok nie ułatwiał obserwacji. Przysiadł na stole, ręce skrzyżował na piersiach i wpatrywał się w nią spod okapu krzaczastych brwi. Młody, mimo poważnej brody i wąsów. Gęsta czupryna, niesfornie stercząca do góry, wydatna szczęka, porośnięta gęstym, przyciętym w kaczy kuper, zarostem. Szerszy w ramionach niż większość ludzi. Miał na dnie oczu coś czego nie potrafiła rozszyfrować. Albo to ten brak światła. Powoli zaczynała lepiej rozróżniać zawartość ciemni. Na przykład sznurek nad głową, do którego doczepione były schnące fotografie.

 

- Igłą w kąciku oka… - Powiedział bardzo cicho.

Bardziej do siebie niż do niej. Patrzył na nią tak intensywnie, że powietrze między nimi gęstniało. Z niepokojem skonstatowała, że fotograf ma oczy szare jak popiół. Zaniepokoiła ją możliwość, że pod tym popiołem coś się żarzy.

„Ziemia jest okrągła.” – Pomyślał przyglądając się stojącej przed nim kobiecie. Przecież siedział za jej plecami, w jednym kącie hali redakcyjnej. Do tej pory traktowała go jak powietrze. A teraz spaliła kilkadziesiąt godzin pracy, których owocem był prześwietlony dzisiaj film. Szelmowskie, brązowe oczy, patrzyły na niego z uśmiechem zawstydzenia. Kraciasty strój, dżinsy, burza brązowo-rudych, kręconych włosów, zwiniętych w kok na czubku głowy, trochę piegów.

„Będzie mi igłą oczy wydłubywał?” – Gemma czuła ogarniającą ją panikę. – „Co za czub!”.

Gwałtownym ruchem odwróciła głowę i przygryzła wargi. W polu jej widzenia znalazł się sznurek ze zdjęciami.

- A te foty do artykułu będziesz robił cyfrówką?

Brodacz łypnął okiem.

- Dagerotyp zrobię. A przy wywoływaniu wytruję was oparami rtęci.

- Uhm. Masz urocze poczucie humoru – stwierdziła cicho, serce zachowywało się jak ptak próbujący uciec z klatki. Sama też by chętnie stąd uciekła.

- Wiem.

„I gadatliwy jesteś, jak nikt inny w tej redakcji.” – Dołożyła w myślach.

Znów na moment zapadło między nimi milczenie.

- Słuchaj, a to będą wyraźne zdjęcia? Bo przydałoby się zrobić parę fotek ludzi, a nie tylko pustego lodu.

- Będą.

- Acha. Tak w ogóle, to jest reportaż o lodowiskach. I lepiej żebyśmy zaczęli wcześniej, bo trzeba objechać wszystkie, a trochę ich jednak jest. I może byśmy wystartowali na tych najdalszych, co?

- Ty piszesz tekst, ja robię zdjęcia. Składamy to i wychodzi reportaż. Jak nie napiszesz, zostanie fotoreportaż. Też będzie dobry. Ja się nie wtrącam do twojej roboty, ty do mojej. – Wyjaśnił sucho. Odczuła dystans.

– Zaczynamy jutro rano i byłoby dobrze, gdybyśmy jutro to skończyli. Jesteś zmotoryzowany?

- Nie. Spieszony.

- Okej… No to będę prowadzić. Tak w ogóle, Gemma Buran. – wyciągnęła do niego rękę.

- Nestorowicz. – Mruknął. Miał szerokie, muskularne dłonie. Coś jakby cień uśmiechu przemknęło pod podkręconym, nawoskowanym wąsem.

„Urokliwe zjawisko atmosferyczne.” – Zaśmiał się w duchu.

 

Z ulgą zamknęła za sobą drzwi ciemni. Barczysta postać rosłego mężczyzny została za nimi. Wytłumaczyła mu swoją wstępną koncepcję. Nie przerywał jej, od czasu do czasu uśmiechał się półgębkiem, kiwał głową, krzywił. W zależności od tego co mu mówiła. Dwa tygodnie starała się nie wchodzić mu w paradę. Na szczęście nie musiała. Dopiero teraz przyszło jej pracować z facetem, który zdążył sobie wyrobić opinię profesjonalisty, ale jednocześnie nieużytego mruka. Poczuła, że musi wystygnąć, zanim cokolwiek zrobi. To była dobra chwila na przerwę. Strasznie duszno tam było. I jeszcze ta chemia.

Wspinając się do lokalu na parterze, pełniącego funkcję zajezdniowego bufetu, Gemmę napadły refleksje. Wraz z zimnym powietrzem, wpadającym z holu. Przy stanowisku ochrony zobaczyła kolejnego ze współpracowników - Witka Bergera, który raczył się podejrzaną zawartością plastikowego kubka, użyczoną przez, zawsze życzliwego (i podpitego) pana Rysia z ochrony. Redaktor Berger pisał o samorządowej stronie miejskiej polityki. Bywał na posiedzeniach i konsultacjach społecznych. Dla nikogo nie pozostawiając wątpliwości, że na trzeźwo, temat ten byłby nieznośny. Witek od poniedziałku do piątku był praktykującym alkoholikiem. Nie skorzystała z zaproszenia na jednego z okazji pierwszego poniedziałku w tym roku.

 

Przy wejściu do bufetu złapał ją Szuja i w swoim stylu, erotomana gawędziarza, zaczął molestować o przygotowanie informacji dotyczących zmian drogowych, zaproponowanych do nowego budżetu partycypacyjnego. Niektórzy nigdy nie przywykli to tego, że nie jest tu tylko od kwerendy, że czasem ma własną pracę do zrobienia. Tym chętniej uciekała w teren. Choćby opisywać awarię świateł, albo interwencje policjantów z drogówki.

 

Zanim Szujkowski wreszcie się wygadał, a Gemma porządnie zmarzła, stojąc w holu, porwała go wychodząca na parking Margot. Nie zaszczyciła jej uwagą, ale przynajmniej wybawiła od towarzystwa. Z satysfakcją doszły do uszu Gemmy uwagi szefowej o ostatnim materiale Szui. Krytyczne uwagi. Już w drzwiach, szefowa sobie o niej przypomniała.

- Przeczytaj gotowe. Ja nie mam czasu - rzuciła przez ramię. - I zbierz informacje o strajku kasjerek w Markach, muszę jeszcze dziś zdecydować, czy kogoś tam wysyłać.

Gemma Buran jęknęła w duchu.

„Dorabiam jako ninja. Ale przynajmniej ciągle coś się dzieje. I nigdy nie narzekam na brak wrażeń. Ani roboty. Czasem rzucają we mnie shurikenami, czasem przekradam się przez podłogi z wbudowanymi słowikami, jak wtedy, kiedy na Bródnie zapadła się jezdnia. Czasem omijam, cudem, czarcie zapadki. Praca pełna wyzwań… Nuda bywa tu cenna i poszukiwana. Jak złoża gazu.”

 

W bufecie, dziobiąc widelczykami sałatki, wiecowały tramwajowe żurnalistki: Matylda, Karolina i Dada. Ogień ich dyskusji systematycznie podsycała niezastąpiona Zuza.

- Nie zjadł cię? – Zawołała na widok Gemmy, przysuwając do stolika dodatkowe krzesło.

- Jak widzisz. – Dziewczyna zawiesiła torbę na oparciu.

Matylda zlustrowała ją wzrokiem.

- Podobno dostałaś jakąś prawdziwą pracę, Burasku?

Gemma zignorowała tramwajową specjalistkę od spraw rozrywkowych. Dada rzuciła niechętne spojrzenie na koleżankę.

- Właśnie dzielimy się opiniami na temat twojego kolegi. Dodasz coś od siebie?

- Dziwny jest. – Gemma wzruszyła ramionami.

- No, eureka, po prostu - Prychnęła Matylda.

- Obiecał podtruwać nas rtęcią.

Dziewczyny zbystrzały.

- Jak to „obiecał”? – Karolina poruszyła się niespokojnie. – Naprawdę się do ciebie odezwał? Przecież do nikogo nic nie mówi.

- Przepraszam! – Przerwała Zuza. – Dzisiaj przemówił do mnie i Wiktora. Powiedział, że zwłoki rozpuszczać będzie w zasadach.

- Najpierw się na mnie wydarł – wyjaśniła Gemma.

- No to zrobiłaś świetne wrażenie, Burasku – pochwaliła Matylda. – Nawet taki zakapturzony gbur się na tobie poznał.

Dada znów rzuciła jej wymowne spojrzenie.

- A twój materiał o czym ma być? – Przeniosła wzrok z powrotem na Gemmę.

- O warszawskich ślizgawkach.

Zuza rzuciła jej zaskoczone spojrzenie.

- A Ursus?

- Został w inkubatorze – nowo mianowana reporterka wzruszyła ramionami.

 

Wysłuchała wszystkich, nowych i starych plotek, jakimi żyła tramwajowa redakcja. Jeśli nie w socjalnej kuchence, to tutaj, zawsze ktoś je maglował. Topowym bohaterem był drab z piwnicy. Na drugim miejscu szefowa i jej związek z Senatorem. Na trzecim żona Witka, która zmagała się z nim, jego miłością do butelki i trójką drobnej dziatwy. A ostatnio też właścicielem budynku, który zajął się wywłaszczaniem lokatorów. Patologia dosięgnęła, zamieszkiwanej przez Bergerów, podzielonej na cztery mieszkania, willi na Wierzbnie.

 

Nie dowiedziała się, co interesowało koleżanki na czwartym miejscu, bo dopadł ją, pełniący dyżur społecznościowy, informatyk Izzy. W oryginale Izydor. Zwany Chrystusikiem, z powodu lustrzanego podobieństwa do wizerunku wybranego przez świętą Faustynę. Karambol na Połczyńskiej. Ruszaj, klucho leniwa! Gemma, niechętnie, pożegnała wzrokiem zawartość przeszklonej lady bufetowej i poszła do windy. Izzy został, by z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku, zaprzyjaźnić się z kanapką z kiełkami. Koleżanki, wybite z rutynowego przeglądu plot, odprowadziły ją wzrokiem.

- Słuchajcie… - Matylda pochyliła się nad stolikiem. – Mam taki mały pomysł, noworoczny. Na poprawę nastrojów i stanu kieszeni. Co byście powiedziały…

 

Winda ani myślała działać. Pan Rysio dzwonił, do sparaliżowanego kacem, serwisu. Witek poszedł do monopolowego po nową flaszkę. Skoro Margot znowu się zmyła, nie musiał się przyczajać. Zaklinając jeszcze chwilę metalowe drzwi, Gemma, włażąc po schodach, zaczęła się zastanawiać jak Wiktor opuści dzisiaj redakcję. Chociaż wózkarza bardzo męczyło poruszanie się bez kółek, dawał sobie radę na krótkich odcinkach. Jeśli będzie musiał pokonywać schody, ktoś musi mu pomóc i ściągnąć wózek. Postanowiła zaproponować mu podwiezienie. Korzystanie z komunikacji miejskiej i dojazd na Nowodwory też kosztowały go bardzo dużo. Jakby nie było, jej auto było największe. A Wiktor był naprawdę świetnym kolegą.

 

W ferworze kończyła pisać terminowy artykuł, kiedy rozproszyły ją podniesione głosy na recepcji. Było już ciemno, prawie wszyscy wyszli, korzystając z kolejnego zniknięcia Małgorzaty, która koło czwartej wpadła zabrać resztę rzeczy i pomknęła na miasto. Kontynuować tajemnicze negocjacje. Kto żyw poszedł w jej ślady, zwolniony z obowiązku markowania pracy. W zajezdni została Zuza, Wiktor, Dada, grający w sieci Izzy i psychopata z piwnicy. Podniesione głosy należały z pewnością do dziewczyn. Co się tam działo? Gemma zapisała ostatnie zmiany w tekście i wyszła z hali produkcyjnej.

 

Przy recepcyjnej ladzie, potoku słów, wysłuchiwali ze spuszczonymi głowami, pan Rysio - bo winda nadal nie działała, i Wiktor - bo uparł się, że wraca do domu normalnie, a nie taksówką, którą chciały mu zamówić. Przy wejściu na schody, z rękoma w kieszeniach, stał ponury brodacz, z drwiącym uśmiechem słuchający rejwachu.

- Dajcie już spokój. - Przerwała gdakanie Gemma. - Pan, panie Rysiu, zadzwoni jeszcze raz do tych z serwisu, a Wiktora sama odwiozę. Taksówki tak się nadają dla niepełnosprawnych, jak letnie opony na dzisiejszy śnieg.

- Ty, zamiast tak stać, weź tego grata. - Zuza wcisnęła Nestorowi wózek inwalidzki. - Niech będzie chociaż trochę pożytku z tych twoich mięśni, osiłku.

Prychnął, ale bez wysiłku zaniósł grata na dół. Bez komentarza pozostawił zapędzenie przez Dadę na tylną kanapę wozu. Dziewczyny uznały, że może się przydać na miejscu. Gemma i Wiktor nie protestowali specjalnie. Woronowicza dostatecznie zmęczył pierwszy etap drogi do domu.

Koperta, dedykowana niepełnosprawnym, zajęta była niskopienną, sportową, mazdą na wołomińskich numerach. Koperta, dedykowana śmieciarzom i służbom ratunkowym, zajęta była przez pustą taksówkę. Mieszkający po sąsiedzku cierpiarz, wpadł do domu na obiad. Gemma miała niewielki wybór, albo władować się w zlodowaciałą zaspę, albo nadziać na słupki, wykrzyczane na posiedzeniu rady dzielnicy przez rowerowych piratów, albo też próbować sił z koleinami rozjeżdżonego trawnika. Stosunkowo najbliżej była zaspa. Lekko wgnieciony zderzak nie był wielkim problemem. Przynajmniej dla niej.

 

Koła buksowały przy dojeździe pod klatkę. Jak codziennie, śniegowe rękawice Wiktora przemokły już po krótkich zapasach z miejską zimą. Pośniegowe błoto oblepiało opony i skutecznie paraliżowało ruchy. Te kilkanaście metrów, od samochodu, do drzwi na klatkę, wymęczyło Wiktora, bardziej niż cały dzień w zajezdni. Nie chciał dać się zamknąć w swoim mieszkaniu i pracować zdalnie. Wolał już koszmar przemieszczania się w takich warunkach, żeby chociaż otworzyć do kogoś gębę.

 

Gemma przytrzymywała mu drzwi na klatkę, ponury psychopata w kapturze czaił się gdzieś z tyłu. Najpierw fotografował wiatę śmietnikową, potem przyglądał się sportowej maździe. Kiedy wymęczony Wiktor wciągnął się już na poziom parteru, po kiepsko odśnieżonych schodkach, klął już na czym świat stoi. Ale nie tylko świat stał. Stała też winda. Towarowa zepsuła się jeszcze przed świętami. Teraz osobowa poszła w jej ślady. Nie pomogły klątwy i walenie w drzwi. Zza progu swojego mieszkania wychylił się sąsiad z parteru. Rzucił okiem, stwierdził, że wózkarz znów się awanturuje i zamknął drzwi. Wiktorowi zostało wciągnąć się na górę po schodach. Wyglądał na załamanego.

 

- Wysoko mieszkasz? - Spytał Nestor, kiedy bawiąc się pękiem kluczy, dotarł wreszcie na klatkę.

- Na siódmym - westchnął zrezygnowany Wiktor. - Powinienem zrobić kurs alpinistyczny. No nic. Spadajcie, późno już.

 

Twardo podjechał pod schody. Nestor schował klucze do przepastnej kieszeni swojej kurtki, oparł się o poręcz i zaczął bezczelnie przyglądać się jego zabiegom. Gemma miała bardziej altruistyczne podejście. Zabrała wózek, plecak i poszła przodem. Z nadzieją na znalezienie windy, gdzieś po drodze. Sprzęt, którego używał redaktor sportowy, był ciężki, mimo nowoczesnego wyglądu. Chociaż Wiktorowi, pozbawionemu czterech kółek, było dużo lżej, to miał dosyć już na pierwszym półpiętrze. To nie był jego dzień.

Kiedy łapał oddech, siedząc na stopniach, przyczłapał za nim brodacz w kapturze. Złośliwy uśmieszek nie schodził z jego wrednego oblicza.

- Przestałeś już kozaczyć? - Zapytał drwiąco.

 

Wiktor obdarzył go swoim najbardziej pogardliwym spojrzeniem i zaczął się wciągać wyżej. Nestor pokręcił głową, wymruczał pod nosem coś o idiotyzmie i polazł za nim. Nie omieszkując trochę go popędzać. Prawie deptał mu po piętach. Cztery ostatnie stopnie tego odcinka, Wiktor klął już głośno i wysyłał go do wszystkich diabłów. Siadając na ostatnim stopniu, przed pierwszym piętrem, pluł już jadem na tego przeklętego byczka, jak mało na kogo.

 

Nestor patrzył na niego z bezczelną kpiną, odwijając z papierka, wydobyty z kieszeni cukierek. Papierek wepchnął do innej kieszeni, poprawił rękawiczki i zachrzęścił wyłamując sobie palce. Wiktor zmęczył się już układaniem swojego bukietu ciepłych słów. Sapał siedząc na schodku. Odsunął się gwałtownie, kiedy fotograf nisko się nad nim pochylił.

 

W tym czasie Gemma stwierdziła, że ma fatalną kondycję i powinna coś z nią zrobić. Ale targając osprzęt Wiktora dotarła w końcu na siódme piętro. Winda stała gdzieś na górze. Odpoczęła chwilę, dorzucając coś od siebie do kwiecistych dywanów Wiktora i poszła jeszcze wyżej, szukać windy.

 

Na wysokości piątego piętra Wiktor dał spokój dąsom i tylko mocno trzymał się byczego karku cholernego nowego kolegi. Nestor nie tylko wyglądał na byczka z siłowni. On był byczkiem z siłowni. Niósł go po schodach jak byle bagaż, ramiona miał muskularne jakby całe życie rąbał kilofem w kamieniołomach, a plecy wyrobione jak tragarz w Nepalu. Wiktorowi pozostała, na pocieszenie myśl, że pewnie nie umie sklecić dwóch zdań złożonych. Albo, że nie staje mu od sterydów. Na siódmym czekał już jego wózek. Gemmy nie było. Pewnie dalej ścigała mrzonkę o windzie. Z ulgą odsunął się od siłacza i zajął miejsce na swoich czterech kółkach.

 

Usłyszeli zgrzyt windy. Gemma jednak z nią wygrała, bo po chwili zatrzymała się koło nich. Chciała zabrać wózek i złapać Wiktora w trakcie wspinaczki. Zaskoczył ją widok kolegów, już na miejscu.

- Stała na dziewiątym - wyjaśniła zdziwiona. - Dzieciaki ją zablokowały… Dostałeś skrzydeł Wiktorku?

- Nie. Głupie gnoje - sapnął wózkarz. - Chcecie herbaty?

Gemma grzecznie odmówiła, fotograf pokręcił tylko głową.

 

Na dół zjechali windą. Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi spojrzała na nowego kolegę.

- Wniosłeś go?

W odpowiedzi wzruszył tylko ramionami.

- Siedem pięter?

- Nie. Padł po pierwszym. - Nie powiedział nic więcej. Ona też. Nie wiedziała o co mogłaby zapytać.

 

Przed blokiem koperta dla niepełnosprawnych ciągle była zajęta przez wołomińską mazdę. Idąc do samochodu obejrzała się ze złością, na to żółte pudło. Drzwi od strony kierowcy przecięte były, głęboką do blachy, szeroką rychą. Jak nic, jej właściciela czeka lakiernik. Trochę poprawiło jej to humor. Obejrzała się, szukając wzrokiem swojego towarzysza. Właśnie forsował drzwi do wiaty śmietnikowej. Naprawdę, to był dziwny dzień. Wyniósł ze śmietnika jakąś szafeczkę. Po czym wrócił i zanurkował jeszcze raz między pojemniki na śmieci. Tym razem po jakieś balaski, czy stołowe nogi. Patrzyła jak związuje te graty, sznurkiem wydobytym z kieszeni spodni. Z pojemnika na suche śmieci wykopał jeszcze jakieś papiery i starą butelkę, którą schował zaraz do płaszcza. Tym samym narzędziem co wcześniej zamknął, dla porządku, wiatę.

 

- Podwieźć cię? - Spytała słabo.

- Mam tu autobus. Dojadę nim na pętlę, przesiądę się, pojadę do końca. Tam złapię przyspieszony, więc w jakieś pół godziny, no góra trzy kwadranse, będę po drugiej stronie Wisły. - Oczy Gemmy rosły i rosły. - A stamtąd to już mam autobus prosto do domu.

- To gdzie ty mieszkasz? – Wykrztusiła.

- Prawie w centrum – uśmiechnął się rozbrajająco.

- Ile ci to zajmie na oko? Ten powrót.

- Jakieś trzy godziny.

- Może jednak cię podwiozę…

- Nie trzeba. Stąd jest naprawdę wygodne połączenie.

- Acha – opadły jej ręce. – I tak z tą szafką będziesz…

- Tak.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania