Racławickie nawijanie makaronu na uszy

Od rana stały pod spróchniałym płotem i robiły to, co wychodziło im najlepiej – plotkowały. Tematów nigdy nie brakowało. Czasem były to rzeczy zupełnie zmyślone, czasem prawdziwe, tylko podkręcone o trzy obroty. Tym razem jednak Racławice huczały naprawdę.

Z transportu uciekł więzień, który wybrał sobie na nocleg szopę starej Prusychy. Podobno spał tam jak lord na sianie, a o świcie czmychnął przez granicę – do Czechosłowacji, gdzie české pivo i knedlíky z gulaszem.

Stałem kawałek dalej i patrzyłem, jak pani Paluszkowa nawija makaron na uszy pani Żonowskiej. Czerwone, spracowane dłonie pachniały czosnkiem tak mocno, że po pocałunku w rękę człowiek śmierdział do wieczora. Pachniał nią.

– Jakie szczęście, pani Żonowska, że nikomu nic się nie stało! – skrzypiała Paluszkowa. – Mógł nas zgwałcić, a potem zadźgać. Uzbrojony był, tak gadają. Bóg nad nami czuwa.

Żonowska milczała chwilę, a potem powiedziała cicho, prawie do siebie:

– Mógł zgwałcić.

W jej oku mignęło coś dziwnego – nie strach, tylko taki błysk, jakby na sekundę wyobraziła sobie tę scenę i wcale jej się nie spieszyło, żeby ją wyrzucić z głowy. Zaraz zresztą wróciła do siebie i poprawiła chustkę.

– A jaki sprytny, skubany – ciągnęła Paluszkowa. – Milicji czmychnął, gniazdko sobie znalazł. Zaraza zaradna. Ale pani wie co? On tam zostawił ślad.

Rozmówczyni uniosła brew.

– Ślad?

– Paczkę „Sportów” bez filtra i scyzoryk z napisem „Karlovy Vary”. Leżały pod sianem. Prusycha je znalazła i schowała, bo mówi, że to może być dowód, a może pamiątka.

Pani Żonowska uśmiechnęła się kącikiem ust – bardzo cienko, prawie niewidocznie. Ona jedna w całej wsi miała w pokoju na kredensie komplet kryminalnych książek z biblioteki zakładowej. Czytała je po kryjomu, z latarką pod kocem, bo mąż uważał, że „kobita nie powinna czytać o trupach”.

Tymczasem przed stodołą trwała nasza wersja dramatu.

Adaś, ósmoklasista i ministrant, pokazywał nam, maluchom, ziejącą czeluść pod strzechą.

– Tam spał. Pod samym dachem. Chcecie zobaczyć? No właźcie, smrodki!

Nie chciałem. Mały Tomeczek też nie. Wejście było dobre dwa metry nad ziemią, ściana sypała się spod palców, a w środku – wije, pająki, myszy i pewnie coś jeszcze gorszego. Pamiętałem czerwcowe wygibasy w czereśniach. Wystarczyło.

Ale Adaś już się gramolił. Wbijał szpice trampek w szpary między cegłami i przebierał nogami jak wiewiórka. Po murze dreptały też mrówki – moje ulubione owady – jakby z nim rywalizowały w jakimś dziwnym konkursie na wytrzymałość. Po chwili krzyknął z góry:

– Jest! Znalazłem!

Zrzucił coś małego. Spadło na klepisko z cichym plaśnięciem. Podbiegliśmy.

Żółta, pomięta paczka „Sportów”. I jeszcze coś: malutki, mosiężny znaczek z napisem „ČSSR” i lwem z rozdwojonym ogonem.

Adaś zeskoczył.

– Widzicie? To nie był zwykły bandyta. To był szpieg. Albo kosmita, który udawał człowieka.

– Kosmita nie paliłby „Sportów” – powiedziałem.

– Może to był taki kosmita, co lubi naśladować Czechów – rzucił Adaś i sam się roześmiał, ale zaraz spoważniał. – Milicja i tak wszystko zatuszuje. Zawsze tak robią.

Stałem i patrzyłem na tę paczkę. Pachniała tytoniem i czymś obcym – czymś, co mogło być strachem, a mogło być po prostu Czechosłowacją.

W końcu Adaś schował znalezisko do kieszeni.

– Oddam staremu Prusowej, a jutro powiem wam, co powiedział.

Wróciliśmy do domów.

Kumy jeszcze chwilę stały i rozprawiały, jak gdyby chciały zaczarować sensację, żeby trwała choć trochę dłużej.

I dziś, kiedy o tym myślę już jako dorosły, wydaje mi się, że w takich chwilach włącza się pewien stary, ludzki mechanizm. Nie wiem, czy ktoś kiedykolwiek o tym pisał, ale szczerze wątpię. Każda sensacja – pożar, wypadek, napaść czy ucieczka z transportu – przechodzi u ludzi przez te same etapy. Najpierw jest moment zapłonu: nagłe zdarzenie, które elektryzuje wszystkich. Potem przychodzi faza środkowa – plotkowanie, dopowiadanie, szukanie sensacji tam, gdzie jej już prawie nie ma. A na końcu zostaje tylko plotkarska czkawka, kilka ostatnich zdań powtarzanych z przyzwyczajenia.

Pojawienie się zbiega w Racławicach wpisało się w ten rytuał doskonale. My, dzieci, obserwowaliśmy go wtedy nieświadomie, jak jakiś obrzęd kobiet odprawiany pod spróchniałym płotem.

– Pani Żonowska to… pani Paluszkowa tamto…

W końcu i one poszły – do kur, do świń, do mężów wracających z szychty. Dom, obiad, zwyczajne wiejskie życie.

A w stodole starej Prusychy jeszcze przez kilka dni pachniało obcym, sianem i strachem.

Czymś, co mogło być bandytą.

Albo kosmitą.

Albo po prostu człowiekiem z krwi i kości.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • Asteria 2 miesiące temu
    Fajnie nawijasz. To mógł być Jozin z bazin :))
    Byłam w Czechosłowacji z przyjaciółmi. zatrzymaliśmy się gdzieś w małej knajpce żeby zjeść obiad. Czwórka moich znajomych zamówiła schabowego ( parodia :)) ja oczywiście knedliczki.
    Języki im do ...uciekały i pytania: dobre, dasz spróbować, chociaż kęsa... :D
  • Beloniusz 2 miesiące temu
    Fantastycznie. Tekst pisany na jednym oddechu, bez chwili zawahania. Dowcipnie i ciekawie, jak lubię. Nie ma kombinowania, wymyślania konspektu i żonglowania słowami. Pisanie bez "żonglowania słowami" paradoksalnie wymaga największego kunsztu, bo nie ma się za czym schować. Jest czysta radość dla czytelnika, zapewne i piszącego - to czuć.
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Świetne. Jakby Myśliwskiego i Stasiuka obrać jak cebulkę i dobrze nasączyć Hrabalem. Piękny, samoczytający kawałek ciepłej, nostalgicznej prozy.
  • Domi123 2 miesiące temu
    Super opowiadanie.
  • maciekzolnowski 2 miesiące temu
    Dzięki, Asteria. "Czwórka moich znajomych zamówiła schabowego". Znam to, ale z Turcji. Ja zamawiałem wyłącznie dania tureckie. Do tej pory się oblizuję. :)
  • maciekzolnowski 2 miesiące temu
    Cześć Tjeri, dzięki za miłe słowa. :)) Hrabala i Stasiuka uwielbiam. Ale tu faktycznie jest coś z Myśliwskiego.
  • maciekzolnowski 2 miesiące temu
    Cieszy mnie Twoja opinia, Domi; dzięki.
  • maciekzolnowski 2 miesiące temu
    Beloniusz, z Twoich ust to usłyszeć to wielki komplement.

    "Pisanie bez "żonglowania słowami" paradoksalnie wymaga największego kunsztu, bo nie ma się za czym schować". Podpisuję się. Liczy się rytm zdań, ekonomia słowa - wiele rzeczy. Muszę się jeszcze wiele nauczyć, a już stosunkowo stary jestem (49 l.) - nie wiem, czy zdążę. ;-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania