Randka z głupotą

To może ja zacznę. Tylko od czego?

Wiesz, gdy tak siedzisz wpatrzona w kartę, przypominasz mi matkę. Nieraz zastawałem ją z książką w ręku. Wyglądała jak posąg, który co kilka minut ożywa, jedynie po to, by przerzucić kolejną stronę. Wchodziłem po cichu, na palcach, nie chcąc jej przeszkadzać, i gasiłem płomień pod gotującą się zupą. Po chwili matka odkładała książkę i podawała mi obiad, a czasem – nie wiem, świadoma czy nie mojej obecności – czytała dalej.

Właśnie tak widzę ją, gdy tuż przed moimi narodzinami czekała na pociąg.

W dworcowej poczekalni unosił się nieprzyjemnie słodkawy i nie do końca określony zapach. Na zewnątrz padał śnieg – biała pierzyna kryła brudne miasto. Pociąg miał odjechać dziesięć po dziesiątej, jednak było już po północy, a opóźnienie wciąż mogło ulec zmianie.

– Cyganka prawdę ci powie. Pokaż, no… – powiedziała Cyganka i kucając obok matki, złapała ją za dłoń.

Zaskoczona matka cofnęła rękę.

– A poszła mi stąd! – krzyknęła, brutalnie wyrwana ze świata słów.

– Oż ty cholero! Mnie pędzisz?! Książka nic nie da! Głupie będzie, zobaczysz!

Tak oto zostałem przeklęty.

Raz podsłuchałem, jak matka opowiada tę historię. A może to dziecięce urojenie. Nie wiem, zawsze bałem się spytać.

Kelner chyba udaje, że nas nie widzi. No i znowu dał susa do kuchni...

O czym to ja? A, klątwa! Musisz zrozumieć, że nie ma uniwersalnej głupoty, każda jest trochę inna, dlatego też nigdy nie mogłem znaleźć sposobu, żeby się od niej uwolnić. Na przykład głupota lawinowa: rozpoczyna się niewinnie od jednego małego głupstwa, które pociąga za sobą kolejne, zazwyczaj większe, aż w końcu cała ich masa zmierza ku katastrofie.

Jechałem tramwajem na gapę, choć rozsądnie było kupić bilet i gdyby nie gra, a raczej moje uporczywe granie do ostatniej chwili, zrobiłbym to w sklepie przy pętli. W portfelu miałem ostatnie dwadzieścia złotych i jakieś drobniaki. Niestety, nie doliczyłem się nawet złotówki. W międzyczasie minąłem trzy przystanki.

Zmieniłem wagon na przedni, bo kontrola zwykle zaczyna się od tylnego.

Przyznam, lubiłem jeździć bez biletu. Był to dla mnie rodzaj hazardu. Zasady są proste. Dojedziesz na miejsce i o czasie: wygrałeś.

Na „Galerii” zobaczyłem ich. Byli trochę zbyt sztywni. Nie stali razem, nawet na siebie nie patrzyli – profesjonaliści. No, prawie, bo mieli identyczne czarne torby!

W drzwiach minąłem kanara w beżowej kurtce. Spojrzał na mój bagaż i uśmiechnął się pod nosem. Ruszyłem biegiem w kierunku dworca. A, bo wracałem do domu, ostatnim pociągiem, tym dziesięć po dziesiątej. Nawet nie podchodziłem do kas, od razu rzuciłem się w stronę peronu.

Stojąc w wypchanym po drzwi wagonie, zorientowałem się, że nie stać mnie na przejazd. Do ceny należało doliczyć pięć złotych za kupno biletu w pociągu, czyli kosztował on dwadzieścia jeden pięćdziesiąt. Przemknęło mi przez głowę, że może spotkam kogoś znajomego, ale nie chciałem prosić o parę groszy, a tym bardziej żebrać od obcych.

Spokojnie mogłem wysiąść. Ale gdy przyjadę jutro, na jeden dzień – rozważałem sytuację, wycierając spocone czoło – będzie to wyglądać tak, jakbym tylko wpadł po parę stówek, co zresztą było prawdą.

No i nie po to się tak namęczyłem, żeby wracać do pustej studenckiej lodówki.

Przecisnąłem się na środek taboru, w nadziei, że kontrola do mnie nie dojdzie. A jeśli dojdzie – kombinowałem, szukając miejsca na bagaż – to udam, że nie wiedziałem o opłacie, może kontroler albo jakiś pasażer się nade mną ulituje. Swoją drogą, żebrać o parę groszy nie chciałem, ale przyjąć je łaskawie darowane: a, to już co innego.

Na szczęście, gdy wyjechaliśmy z miasta, w pociągu było jeszcze więcej ludzi. Nigdy nie czułem się tak dobrze w tłoku. Dopiero w połowie trasy zaczęło się przerzedzać i kiedy uwierzyłem, że mi się uda i dojadę bezkarnie, usłyszałem:

– Dobry wieczór, proszę bilety do kontroli.

Momentalnie – jak zahipnotyzowany – wstałem z miejsca i spokojnym krokiem udałem się w stronę drzwi.

Wysiadłem w sąsiedniej wiosce. Dopiero na peronie, patrząc na odjeżdżający pociąg, pomyślałem, że gdybym skłamał i podał kontrolerowi jakąś inną stację, to wystarczyłoby mi na bilet.

Zły na siebie i Wszechświat wolałem przejść te sześć kilometrów, głównie przez las, niż dzwonić do ojca. Po pierwsze, wściekłby się, że ma wstać i jechać w środku nocy, bo syn wykręcił jakiś numer. I po drugie, musiałbym mu tę sytuację jakoś wytłumaczyć.

Ciepła, księżycowa noc umilała mi drogę i tylko, co jakiś czas, wzdrygałem się lekko, słysząc dźwięk, którego nie potrafiłem rozpoznać. Aż tu nagle z krzaków wychodzi dzik. Na dodatek z młodymi, czyli pewnie nie dzik, tylko samica. Jak ona tam ma? Nieważne.

Staje na środku drogi, ta dziczyca, i gapi się na mnie. Spojrzałem delikatnie w lewo, potem w prawo i widząc zdatne drzewo, ruszyłem jak z bloków startowych. Siedząc na gałęzi, przypomniałem sobie, że na dzika najlepszy jest hałas – ktoś mi tak kiedyś powiedział. Zacząłem więc na przemian klaskać i wołać, przykładając dłonie do ust, aby wzmocnić głos:

– Łułu!

Gdy tak wołałem, siedząc okrakiem na gałęzi, w środku nocy, dwa kilometry od domu, nie mogłem się powstrzymać i wybuchnąłem śmiechem. Niestety moja nerwowa radość była krótka. Gałąź nie wytrzymała i runąłem na ziemię, łamiąc kość promieniową w lewej ręce…

A mogłem tego łatwo uniknąć, gdybym przed tygodniem, zamiast pizzy i trzech butelek piwa, kupił bilet miesięczny.

Wybrałaś już? Wiesz, tak mi się dobrze z tobą rozmawia... Czy ty się chowasz za tą kartą? Przepraszam, znowu coś chlapnąłem. Mam do tego talent.

Pewnego razu, będąc jeszcze w liceum, też coś chlapnąłem. A żeby nie wyjść na kłamcę albo takiego, co rzuca słowa na wiatr, trzymałem się uparcie swojej głupoty. Nawet dorobiłem do niej teorię, no bo jak żyć ze świadomością, że głupota przesądziła o moim losie?

W parku miejskim, na wzniesieniu osłoniętym drzewami, niszczały resztki jakiejś budowli. Chodziliśmy tam po szkole. Po wypitej wespół butelce wina z tematów towarzyskich przerzuciliśmy się na filozoficzne.

– Niby po co żyć? Tylko, żeby kochać! Jak się kocha, chce się żyć, a bez miłości, to wszystko jakieś bez sensu – zreferował swój pogląd kolega.

– A czym dla ciebie jest miłość? – zapytała podchwytliwie koleżanka.

– Nie wiem – odparł bezmyślnie, ale szczerze kolega – to się czuje.

– Czyli to tylko uczucie? – Rezolutna blondynka nie dawała za wygraną.

– Tak, ale nie zwyczajne, kochasz całym sobą, całym światem! Nie byłaś nigdy zakochana?

– Byłam, a może nawet jestem, dlatego mnie to ciekawi.

– Tak?! w kim?

Czując, że staję się zbędny, wtrąciłem:

– A przypadek? Zastanawialiście się kiedyś, ile w waszym życiu jest przypadku?

– Ciągle dzieją się przypadki – powiedział kolega. – Teraz pijemy wino, bo przypadkiem zachorowała Nowakowa i puścili nas wcześniej.

– Myślisz, że zachorowała przez przypadek. A jeśli było jej to przeznaczone? – Blondynka droczyła się z kolegą.

– Co? Grypa? Ładne mi przeznaczenie. Spotka swoje przeznaczanie, jak kopnie w kalendarz, ale nie kopnie, bo jeszcze nie byłem u odpowiedzi. A ty co?! Rzuciłeś temat i siedzisz cicho?

– Od początku świata – zacząłem, z trudem powstrzymując się przed uniesieniem w górę palca – zaszła niezliczona liczba przypadków, która doprowadziła nas tutaj, byśmy mogli napić się wina. Właśnie, Kaśka, pijesz czy nie? – rzuciłem, chcąc zwrócić na siebie uwagę blondynki. – Ale przypadki nie mogą być całkiem przypadkowe, bo powstałby chaos, a jak widać, chaosu nie ma, a jeśli już, to taki w sam raz. Więc musi istnieć przypadek i coś, co go ogarnia, sprawia, że to się zdarzyć może… – Chwyciłem wino i wypiłem do dna. – A tamto nie. – Odwróciłem pustą butelkę szyjką w dół.

– Jasne, że z pustej butelki nie poleci wino. Nie wiem, czego to dowodzi – podsumował kolega.

– Ani też wypite wino do butelki nie wróci, a gdyby istniały dowolne przypadki, to niby dlaczego nie?

– Ty powinieneś iść na filozofię.

– Właśnie – zawtórowała blondynka. – Myślałeś o tym?

Nie, ale skłamałem, sam nie wiem czemu, znaczy wiem – z głupoty. Wróciłem do domu i widząc matkę, oznajmiłem bez przywitania:

– Idę na filozofię!

– Toś wymyślił? Dlaczego akurat na filozofię? – rzuciła, nie odrywając się od książki.

– Przez przypadek.

Chyba zacząłem bełkotać lub zdradziłem inne oznaki upojenia, bo matka odłożyła książkę, podeszła bliżej i marszcząc brwi, powiedziała:

– A co ty tak?… Chodź no tutaj… Chuchnij!

No i chuchnąłem…

Wiesz, im jestem starszy, tym zdaję się być głupszym. Dopiero teraz zauważam – i to jest najgorsze – że przez lata żyłem głupotą. Była ona motorem napędzającym mnie do działania. Nawet wytworzyłem w sobie odruch, który nasuwa wątpliwość w sens każdej nowej myśli, każdego pomysłu, bo przecież dopiero po wielu latach może się on okazać idiotyczny. I rozsądnym wydaję się (a to już piramidalna głupota!) nie robić nic.

O czym to ja? A, filozofia!

– Pan wybrał już temat pracy magisterskiej? – spytał mnie profesor na seminarium.

– Tak, Przypadek i prawa – odpowiedziałem.

– Tyle? – zdziwił się i muskając kciukiem brodę, dodał: – Czy to będzie praca ontologiczna?

– Bardziej ogólna, metafizyczna – doprecyzowałem.

– Doprawdy? Nic nie podnieca młodzieńczego ducha bardziej, może poza płcią przeciwną, niż transcendentalnie tajemnicza istota bytu. Ale to wszystko blaga, zew młodości. Jeśli chce pan zrozumieć rzeczywistość w jej najgłębszej warstwie, trzeba było rozpocząć studia fizyczne. Może nie jest za późno? A jeśli chce pan być filozofem, to powiem panu szczerze, że to już nie nasza działka…

Ciągnął dalej, powoli dobierając słowa, jak to miał w zwyczaju, ale mógł mówić do woli, a ja i tak zrobiłbym to, na co się uparłem.

Myślałem o doktoracie, ale pozbyłem się wszelkich złudzeń, gdy wchodząc do dziekanatu, usłyszałem: „Pan metafizyk, zapraszamy! To chyba coś ważnego, skoro przerwał pan swoje rozmyślania nad istotą bytu i zawitał do nas”.

Wiesz, czasem mam wrażenie, że świat ze mnie drwi. Na przykład stawiając na mojej drodze kobiety. Co jakaś mi się spodoba, wpadnie w oko albo, co gorsza, sama się mną zainteresuje, to zaraz jestem zakochany. I to tak mocno, że dostaję małpiego rozumu. Świata poza taką nie widzę, oczywiście dopóki mi nie przejdzie, znaczy nie zorientuję się, jaki jestem głupi.

No, w końcu odłożyłaś tę kartę. Bo już zaczynałem podejrzewać, że naprawdę się chowasz... Ale ja tu gadam i gadam, a wciąż nic nie wiem o tobie. Dlaczego się tak głupio uśmiechasz?

Średnia ocena: 4.4  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Kocwiaczek ponad tydzień temu
    Jedno trzeba przyznać. Czyta się tekst gładko i z ogromnym zainteresowaniem. Widać poczucie humoru oraz dystans do siebie. Sprawnie przeskakujesz pomiędzy tematami. Nic dziwnego, iż ten uśmiech się jednak pojawił 😉 Tutaj zaledwie "od" zostało zjedzone: "rzuciła, nie odrywając się książki". Poza tym umiliłeś czas czytelniczce. Moim zdaniem głupota czasami się przydaje. Zwłaszcza, gdy ma się świadomość jej istnienia. Wady bywają wszakże zaletami 😀 Pozdrawiam serdecznie!
  • Jotef ponad tydzień temu
    Myślę, że bez głupoty moglibyśmy wciąż siedzieć na gałęzi. ;)
    Dzięki za komentarz i czuje oko. :)
  • Urszula Pieńkowska ponad tydzień temu
    Zdecydowanie zaciekawiasz. Z Twoim bohaterem z chęcią umówiłabym się na kawę 🙂
    Głupota o której piszesz dla mnie jest mądrością, chęcią doświadczania życia w pełnym spektrum. Głupotą jest ślęczenie przed telewizorem, bezruch i odwieczny zastój.
    Mądrość to działanie, ruch, doświadczenie i życie według swoich (dla innych może nielogicznych) zasad. Po co innego przychodzimy na świat?
    Dziękuję 🙂
  • Paweł Beer ponad tydzień temu
    No mi to się bardzo podobało:)
  • Opalony Ernest tydzień temu
    No, Dżodef wybitnie sprawnie opanował klawiaturę.
  • Tjeri tydzień temu
    Przyjemnie się czyta, jak ktoś pisać potrafi.
    Tekst fajnie skomponowany, wyważony, okraszony humorem. Widać sprawne pióro.
  • Jotef tydzień temu
    Dziękuję za komentarze. Cieszy mnie, że opowiadanie się Wam podoba.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania