Ranek tak pogodny był
Pamiętam leżałem na plaży, wpatrując w niebo się. Piasek mi oczy przyprószył, czułem tak błogo jest... Wtem usłyszałem warkoty i ciemność zastała dzień, czyżby to stado gawronów zaatakowało mnie? Lecz to nie były ptaki i o litości, nie sen! To nadleciały bombowce i koszmar zaczął się. Krzyk był do świata o pomoc, błagania nie słyszał nikt. A potem cała płonęła Warszawa i w popiół sypała się.
Zranione serca, zbłąkane dusze w kanałach broniły się. Wołałem ciągle, lecz nikt nie słuchał lub słyszeć nie chciał nic.
Pamiętaj jednak mój Przyjacielu o łzach wylanych, przelanej krwi, ''czerwonych makach'' jej bohaterach, lotnikach 303 i o kamieniach na szaniec rzuconych, bo to byliśmy my.
Komentarze (1)
Przesłanie tego tekstu, szczytne. Tematyka, trudna i bolesna.
A sam tekst pod względem technicznym - troszkę meczący, z tym "się" na końcu zdań.
Choć to może zabieg celowy, żeby jakoś współgrało rytmicznie z ostatnim akapitem (?).
Trudno mi ocenić.
Pozdrawiam
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania