Raptor w poczekalni
RAPTOR W POCZEKALNI
Parterowy budynek z asfaltowym parkingiem znajdował się w niewielkim oddaleniu od głównej ulicy. Zasłonięty częściowo przez piętrową kamienicę sprawiał wrażenie bardziej kameralnego niż w rzeczywistości był. Miejsca postojowe wyznaczały koleiny wyżłobione w asfalcie, co prawda na nowoczesnych parkingach linie są pięknie i niemal śnieżnobiałe, (przynajmniej na początku), ale tutaj wystarczyło puścić kierownicę aby samochód sam odnalazł właściwą pozycję. Dziesiątki lat i tysiące samochodów odcisnęły swoje piętno. W tym właśnie budynku z tak charakterystycznym parkingiem, znajdowała się praktyka weterynaryjna prowadzona przez kolejne pokolenie lekarzy weterynarii. Czemu to ma znaczenie? Ponieważ w przeciwieństwie do ślicznych i błyszczących klinik z reklam, tutaj w rodzinnym interesie liczyła się przede wszystkim więź i zaufanie pomiędzy pacjentem, lekarzem i właścicielem zwierzęcia. „Poziom dochodowości” znajdował się gdzieś na końcu listy, wciśnięty pomiędzy „wskaźnik sprzedaży suplementów” a „klient ma zawsze rację”.
W poczekalni tego budynku oraz poniekąd na parkingu, odbywały się poważne rozmowy poważnych klientów. Właściciele psów, kotów, chomików czy królików wymieniali uwagi, uprzejmości i porady. Również zwierzęta w mniejszym lub większym stopniu brały udział w tych pogaduszkach, lecz z przyczyn oczywistych było to zupełnie niezauważalne przez ludzką część klienteli. W tym właśnie miejscu zjawiłem się pewnego pięknego popołudnia wraz z moimi dwoma psami.
- Co będziemy tu robić? Znam to miejsce! Albo nie znam.. coś mi się kojarzy.. dużo zapachów… zobacz ktoś przyniósł kota w klatce, musi być niebezpieczny, że tak go trzymają. Popatrz jaki wielki, prawie jak ty mamo, jak on tam wlazł? Ledwo drzwiczki zamknęli - Dziunia popiskiwała, powarkiwała i wydawała całą gamę różnych dźwięków, dając upust swojemu pobudzeniu.
- uspokój się. Rozmawialiśmy na ten temat. Przychodzimy tu co jakiś czas. Zazwyczaj dostajemy dziwnie smakujące dropsy i pani „weteryniarz” nas ogląda.
- nie chce dropsa! Nie jestem głodna! O popatrz ten kot się chyba zsikał!
- uspokój się. Nie musisz tego komentować. Jak dostaniesz dropsa to zjesz i ładnie podziękujesz. Rozumiemy się? Rozmawialiśmy już na ten temat. – pomrukiwała Estella.
- ale czemu! Ja nie chcę! On naprawdę się zsikał, ale gupek to nie jest wcale dobry kotek! Ja jestem dobry piesek, nie sikam do klatki, tylko na dworze. Nie zjem tego dropsa i już! – przeskakiwała z tematu na temat i z nogi na nogę zaciekawiona suczka.
- zjesz bo tak trzeba. Dostaniesz polecenie i ładnie połkniesz dropsa, a potem zamerdasz ogonkiem. Rozumiesz tępaku! – warknęła głośniej Estella
- ej spokojnie – poklepałem ją po głowie - nic się nie dzieje. Zaraz nasza kolej. Wejdzie kotek a potem my. Zachowujcie się dziewczyny, żeby wstydu nie było.
- słyszałaś głupia –znacznie ciszej zawarczała starsza suka - mamy się zachowywać! Jak coś odwalisz i nie dostanę smaczka, to mnie w domu popamiętasz.
- nic mi nie zrobisz – merdała wesoło Dziunia – nasi ludziowie ci nie pozwolą
- poczekam aż pójdą do pracy – na czarnobiałym pysku pojawił się ledwo widoczny grymas który chyba miał być złowrogim uśmiechem.
Estella uniosła wzrok do góry i spojrzała prosto w oczy swego pana. Wiedziała, że widok jej brązowych ślepiów działa rozbrajająco na członków jej ludzkiego stada. Nie przyznawała się natomiast, że odwzajemnione spojrzenie działa równie mocno na nią. Dziunia usiadła powoli, przełykając ukradkiem ślinę. Doskonale zdawała sobie sprawę, że matka nie rzucała słów na wiatr, a już na pewno, jeśli w grę wchodziło jedzenie. Była jeszcze za młoda, żeby w ogóle pomyśleć o postawieniu się czy próbie zajęcia wyższego miejsca w stadzie. Zresztą nawet gdyby pomyślała, to matka przewyższała ją doświadczeniem i przede wszystkim masą.
- jestem już grzeczna – rozciągnęła się na ziemi i położyła łeb na wyciągniętych łapach – nawet oczy zamknę, żeby mnie nie kusiło!
Właścicielką kota była pani koło pięćdziesiątki. Blond włosy zawijane lokówką, oraz różowy kolor kurteczki w połączeniu z kozaczkami zdradzał, że nie do końca pogodziła się z wiekiem. Wstała z krzesła w chwili, gdy drzwi od gabinetu lekko się uchyliły. Z lekkim stęknięciem podniosła klatkę z ziemi.
- Ejjj uważaj stara prukwo! - rozległo się z klatki – króla niesiesz niezdaro, trochę więcej delikatności! – miauczenie dobiegające z klatki drażniło uszy wszystkich wokół.
- Przepraszam – zarumieniła się zawstydzona – Elwis jest trochę nerwowy.
- Po co z nimi gadasz! Rusz się bo nie mamy całego dnia – klatka zadygotała pod wpływem przemieszczającego się wewnątrz kota.
- jak on się tam obrócił? – zaciekawiła się Dziunia – przecież ledwo się mieścił.
Estella próbowała nieporadnie ukryć rozbawienie tym komentarzem.
- masz szczęście, że mnie trzymają kundlu – zawołała przez kraty rudy kocur – inaczej bym cię rozszarpał!
Warknięcie które dobiegło z wnętrza czarno białego Bordera wydawała się mieć swój początek w odmętach piekieł. Jakby wulkan się budził do życia i swoim pomrukiem zapowiadał nadchodzącą zagładę. Dziunia spojrzała zlękniona na matkę, która nie uniosła nawet łba, a jedynym ruchem jaki wykonała było przewrócenie białek oczu.
- Pan trzyma to bydle! Elwis nie lubi takiego zachowania – kobieta przecisnęła klatkę do siebie próbują się jednocześnie przecisnąć przez drzwi gabinetu.
- to chyba niestrawność, przepraszam, czasem tak jej burczy w brzuchu – poklepałem Estellę po boku dając jej znać, że nie mam jej za złe zachowania.
- ty masz szczęście kocurze śmierdzący, masz szczęście, bo moja mama się brzydzi takim smrodem. Inaczej by cię rozszarpała ty… ty… sierściuchu wyliniały – zajazgotała zajadle Dziunia zanim drzwi zdążyły się zamknąć.
- znaj umiar – sapnęła Estella – zachowuj się jak na psa z dobrego domu przystało.
- Zabierz te ręce łachmyto! Jakim prawem mnie dotykasz! Danuśka zrób coś – miauczenie słychać było pomimo zamkniętych drzwi. Rozmowa pomiędzy Danuśką a lekarzem w środku stała się sekwencją niewyraźnych dźwięków. Trzask drzwiczek był sygnałem dla stałych bywalców gabinetu, że ktoś za chwile będzie miał zastrzyk.
- Po co ta igła? Czy to zastrzyk? zabierz to ode mnie! Danuśka ty zdrajco wiedziałem, że nie można ci ufać! – koci jazgot osiągnął apogeum decybeli.
- mamo teraz pamiętam! Tam są zastrzyki! – skuliła się Dziunia
- nie dziś i nie dla nas, no chyba że będziesz się zachowywała jak ten rudy kocur
- skąd wiesz że nie dziś? I nie dla nas?
Estella westchnęła tym westchnięciem jakie zazwyczaj towarzyszy rodzicom którzy po raz kolejny musza tłumaczyć sprawy tak oczywiste dla dorosłych i tak niezrozumiałe dla dzieci.
- ponieważ zastrzyki dostajemy jesienią, jak co roku. Wiosną dostajemy dropsa po którym trochę mdli ale który chroni nas od kleszczy.
- na pewno? – domagała się potwierdzenia Dziunia
- raczej tak.
- no pięknie! „Raczej tak”!. Wiesz „raczej tak” mnie nie urządza. Ja już pamiętam co to był ten „zaszczyk”, to nie było nic fajnego.
- uspokój się! - Estella nadal nie uniosła łba z ziemi – nie masz na to wpływu więc nie zaprzątaj sobie tym głowy, zaufaj swojemu człowiekowi.
Drzwi zewnętrzne otworzyły się gwałtownie. Do poczekalni wszedł człowiek z kolorowym kocykiem. Całość tej sytuacji wprowadzała pewien dysonans, który trudno było zignorować. Kolorowy dziecięcy kocyk skrywał niewielkiego niezidentyfikowanego psa., co samo w sobie było spójne wizualnie. Natomiast człowiek który niósł tego czworonoga był elementem wyraźnie odstającym od spójności tego obrazu. Facet był ogromny. Ręce odsłonięte przez krótkie rękawy, miał pokryte tatuażami z nieidentyfikowalną ilością broni palnej, noży i groźnych zwierząt. Przedramię miał większe niż ja miałem udo. Czarne okulary wyglądały jakby kosztowały więcej niż mój samochód. Całość dopełniał złoty zegarek i wielki złoty łańcuch wyeksponowany na koszuli marki Michael Kors. Gość nie pasował nie tylko do tego psa ale też do tego gabinetu.
- Pan ostatni? – dudniącym basem zapytał nowoprzybyły klient
- tak my jesteśmy ostatni – odparłem niemal natychmiast jakby od szybkości udzielenia odpowiedzi zależało moje życie.
Przez chwilę trwała cisza w której słychać było tylko ciche popiskiwanie dochodzące z zawiniątka.
- to wątroba– zagaił rozmowę
- yhym - przytaknąłem nie wiedząc co powiedzieć.
- znaczy to nie wątroba! tylko pies - odchylił kocyk pod którym skrywał się doświadczony życiowo York - trochę mu się przychorowało, wie Pan jak jest. Cicho Raptor, nie pękaj – pogłaskał wystający pyszczek – zazwyczaj jest bardziej zadziorny, dziś akurat nie jest w formie.
Rozmowa nie kleiła się więc szybko zastąpiła ją cisza. Mężczyzna wiercił się na miejscu zaglądając co chwila w oczy psu. Drzwi do gabinetu otworzyły się szeroko ukazując „Danuśkę” z Elwisem w klatce.
- Elwis has left the building – bełkoczącym głosem oznajmił kocur i zanim zniknął za drzwiami wyjściowymi, rzucił na odchodne tym samym tonem -kmioty!
- o to Pan? – Pani weterynarz miękkim głosem zwróciła się do właściciela Yorka – musicie trochę poczekać, mamy tu umówione badania. To nasze stałe klientki.
- rozumiem – nienaturalnie cicho wyszeptał mężczyzna
- ależ możemy poczekać, nigdzie nam się nie spieszy – powiedziałem zanim zdążyłem pomyśleć, czy faktycznie mam czas czy też może jestem gdzieś umówiony.
- w takim razie zapraszam – gestem wskazała drzwi do gabinetu. Właściciel Yorka wstał jakby w mechanicznym odruchu i wszedł do gabinetu prowadzony pod rękę przez lekarkę. Zanim drzwi się zamknęły wychyliła się jeszcze i bezgłośnym ruchem warg powiedziała –„ Dzięki”
- nie spieszy nam się? – zapiszczała Dziunia – jak to nam się nie spieszy! Mam sto lepszych pomysłów na spędzenie wolnego czasu niż siedzenie tutaj. Mogłabym piłkę poganiać, kota obszczekać, wykopać krzaczek, pogryźć to drewno co je wczoraj rąbali, poterroryzować sąsiada, zakopać rękawiczki które zostawili w ogrodzie…
- zamknij się wreszcie – warknęła gwałtownie Estella – czy możesz w końcu zamknąć paszczę!
Pochyliłem się nad nią – już dobrze, wiem że się niecierpliwisz, ale sama rozumiesz… - wsunęła mi łeb wprost do ręki – tak wiem, że rozumiesz, wszystko jest dobrze.
Przez kolejne minuty wróciła cisza. Nikt nie wchodził nikt nie wychodził. Nawet telefon który zazwyczaj dawał sygnały, że ktoś po drugiej stronie próbuje nawiązać kontakt, milczał jak zaklęty.
- czemu on tak pachniał? Tak dziwnie – nie wytrzymała napięcia Dziunia - bo on tu nie przyszedł na leczenie - a na co?
- przyszedł… on… echhh.. on już doszedł do końca i zasłużył na to żeby nie cierpieć – Estella odwróciła łeb w drugą stronę
- ale ja nie rozumiem? – pisnęła Dziunia -
zrozumiesz, zobaczysz. A teraz cicho bądź.
Lekkie skrzypienie wyrwało mnie z zadumy. Człowiek który wyszedł z gabinetu, ściskał w ręku pusty kocyk i nie wydawał się już taki wielki jak kilka minut temu. Usiadł cicho na krześle naprzeciw i wlepił oczy w podłogę.
- trzeba poczekać kilka minut – wydusił przez zaciśnięte gardło.
Estella podniosła się ociężale i podeszła do niego powolnym krokiem. Zluzowałem smycz pozwalając jej na oddalenie się. Położyła głowę na jego kolanie i wysunęła język.
- mówili, że to jedyny gabinet w którym można się dogadać… nie chcę oddawać Raptora do jakiejś utylizacji… sam pan rozumie - nieświadomie zaczął głaskać psa.
- czy on teraz…? – przełamałem się w końcu żeby się odezwać. Mężczyzna pokiwał głową bez słowa.
- niech pan tam idzie, pozwolą panu. On teraz szuka wzrokiem kogoś bliskiego. Niech Pan tam idzie bo będzie Pan żałował…. ja kiedyś… zobaczy pan będzie pan żałował jak pan nie pójdzie… ja żałuję…
Podniósł głowę i spojrzał na mnie zaszklonymi oczami. Wstał ociężale jakby podnosił wielki ciężar i ocierając ręką oczy wszedł do gabinetu. Zanim drzwi się zamknęły słychać było słowa lekarki – dobrze, że się pan zdecydował, tak będzie mu łatwiej.
Kilka minut później wchodziliśmy do drugiego gabinetu. Zazwyczaj jest zamknięty, jednak tym razem został udostępniony.
- uu Estelka chyba schudłaś – pieszczotliwy ton lekarki był uwielbiany przez psy – chyba nagroda się należy – sięgnęła do kieszeni skrywającej smaczki.
- Schudłam! - starsza suka spojrzała na mnie z przymilnym wzorkiem – mówiłam, że schudłam!
- co to za lekarz! Czy ona się na czymś zna? Ona ma mnie leczyć? – zapiszczała Dziunia
- a co to za piękny pyszczek, no proszę – przeniosła uwagę na drugiego psa
- no dobrze pewnie się zna – zamerdała brązowa suczka.
Badanie nie trwało zbyt długo. Ważenie, mierzenie, termometr który wywoływał niepotrzebny skok ciśnienia. Po pastylce od kleszczy i byliśmy wolni. Wychodząc z gabinetu zauważyłem uchylone drzwi od sali obok. W środku nikogo nie było. Dopiero na parkingu gdy psy wsiadły do auta dostrzegłem wielkie terenowe porsche. W środku siedział rosły wytatuowany mężczyzna, siedział i płakał jak dziecko, tuląc twarz w kolorowy kocyk. Obok niego bezgłośnie szczekał i podskakiwał York. Wyglądał zupełnie jak Raptor, tyle że wydawał się znacznie młodszy, no i był półprzezroczysty.
- czemu on go nie widział? – zaciekawiła się Dziunia gdy opuszczaliśmy parking
- bo ludzie nie wszystko widzą, właściwie to widzą niewiele – odparła Estella patrząc w kierunku porsche
- co teraz z nim będzie?
- z Raptorem? Będzie mu towarzyszył, aż znajdzie kolejnego psa lub kota którego pokocha. A potem odejdzie za tęczowy most, jeśli był dobrym psem.
- jeśli był dobry?
- tak się tylko mówi. Wszystkie psy są dobre….to tylko ludzie mają z tym problem…
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania