Ratownik z lumpeksu
Janusz „Znachor” Znachorowski, jak co czwartek, udał się na targ do Rudy Śląskiej, spieniężyć wyroby dziadka Dobiesława. Dokładniej rzecz biorąc — sto pięćdziesiąt litrów wyrobów.
Bimber Dzidka Dobiesława był już w zasadzie marką samą w sobie i Janusz nie obawiał się o sprzedaż. Nawet gdyby przywiózł trzysta litrów, wracałby na pusto. Ale po co tyle dźwigać, skoro jego stanowisko było na końcu — za daleko od parkingu.
— Oho! Jak pójdzie tak dalej, przed południem będę miał szychtę — powiedział zadowolony, patrząc na wciąż topniejące zapasy towaru.
Wtem, gdzieś z głębi targowiska, doszły go niepokojące odgłosy.
Prowadzony ciekawością i wrodzonym poczuciem obowiązku, podszedł w miejsce zbiegowiska.
Po chwili, kiedy udało mu się przebić przez przednią ścianę ludzi, poczuł szturchnięcie.
— Zrób coś, jesteś ratownikiem — powiedziała starsza kobieta, marszcząc na niego brwi.
— Co, ja?
— No tak, przecież nosi pan polar ratownika.
Janusz popatrzył po sobie. Faktycznie, dziś założył czerwony polar z błękitną naszywką na piersi i ogromnym napisem „RATOWNIK MADYCZNY” na plecach.
— Aaa, to... — zaśmiał się zakłopotany. — To tylko polar. Ja jestem...
— Nosisz pan polar, to jesteś pan ratownik — wtrącił jakiś mężczyzna, przeciskający się przez coraz większą kupę gapiów. Żeby tylko bliżej, żeby tylko coś zobaczyć.
— Czyli jakbym nosił krawat w biało-czerwone paski, to byłbym Lepper?
— A gdzie tam, na niego jesteś pan za głupi, skoro nie wiesz, że jesteś pan ratownik.
Ty chyba dawno u dentysty nie byłeś — pomyślał Janusz, ale nie powiedział tego na głos. Nie miał ochoty szarpać się z tym mądralą. Czasu zresztą też nie miał — trzeba było pomóc poszkodowanej.
— No trudno. Jak nikogo nie ma do pomocy, to ja to zrobię — powiedział na głos, a w myślach dodał: Niczego sobie kobitka, młoda, ładna, taką ratować to wręcz radość, a może i nagroda.
Wtem, jak tsunami, coś w niego wlazło. Co do...? — pomyślał. I po chwili zrozumiał.
— To takie buty — zamruczał pod nosem.
— Co ty tam jęczysz? — zapytała przygarbiona starucha, która od początku nadstawiała ucha.
— Podobają mu się jej buty — podpowiedział korpulentny jegomość z neseserem pod pachą.
— To po wszystkim zapraszam do siebie — rzuciła sprzedawczyni z pobliskiego butiku. — Na pewno coś dla pana mam.
Ale Janusz ich nie słuchał. Właśnie uświadomił sobie, że skądś zna się na pierwszej pomocy. Nie miał pojęcia skąd — przecież nigdy na żadnym kursie nie był, a szkolenia BHP w robocie przesypiał.
Po chwili wysnuł teorię, że ów polar, który zakupiła mu w lumpeksie małżonka za siedem złotych (przepłaciła, ale co tam), musiał wchłonąć w siebie wiedzę swojego byłego właściciela. A teraz Janusz wchłonął ją w siebie.
— Ciekawa umiejętność. Dobrze wiedzieć, że taką mam — skwitował, po czym stanął nad dziewczyną i przeszedł do udzielania pierwszej pomocy.
— Rozejść się, zróbcie miejsce, żeby biedaczka miała czym oddychać! — wydarł się Janusz. — Ty, gruby, dzwoń na pogotowie!
— Tylko nie gruby! — powiedział korpulentny mężczyzna i ze wstydem wciągnął brzuch. Na niewiele się to zdało – nadal wyglądał jak ten biały ludzik od znanej firmy opon. — Dlaczego ja?
— Bo ja tak powiedziałem. A poza tym masz komórkę w teczce — odpowiedział Janusz.
— Ta komórka jest służbowa, służy wyłącznie...
— To zasuwaj do automatu! Jak nie masz kasy, to ta pani w czerwonej kiecce ma kartę. Pożycz i leć, bo tej tutaj — wskazał na leżącą dziewczynę — życie między palcami ucieka.
Grubas pożyczył i poleciał. Kobieta w czerwieni, choć zaskoczona, bez oporów oddała kartę, jedynie zastanawiając się, skąd ratownik wiedział, że ją ma?
— Czy ma ktoś Bee Geesów pod ręką?
— Jasne! — krzyknął facet ubrany jak hipis. — A co puścić?
— Stayin’ Alive.
Muzyka rozebrzmiała na cały plac targowy. Janusz klęknął nad poszkodowaną i jednym szybkim, dla większości niemal niezauważalnym ruchem rozpiął dziewczynie białą bluzeczkę.
Jedynie kilku bystrzejszych mężczyzn pokiwało z uznaniem głowami.
Janusz odchylił poły bluzki i ukazał światu dwa krągłe wypuklenia na piersi dziewczyny. Tłum jakby się zagęścił.
— A wy gdzie się gapicie, zboczuchy!? — krzyknął.
Tłum na chwilę się cofnął i odwrócił głowy, ale po chwili wrócił do obserwowania.
Janusz chwycił dziewczynę za głowę: jedną ręką za brodę, drugą za czoło i delikatnie odchylił ją do tyłu. Następnie nachylił się policzkiem nad jej ustami, obserwując klatkę piersiową.
Nie poruszała się. Nie wyczuł oddechu ani nie usłyszał żadnych dźwięków. Otworzył jej usta — guma do żucia! Musiał ją usunąć, bo wdech z gumą mógłby tylko pogorszyć sytuację.
Tylko jak? Janusz nie miał rękawiczek. Zanim ktoś by je przyniósł, mogłoby być już za późno. Zdecydował się na ekspresową dezynfekcję: wyjął zza pazuchy manierkę z Dobiesławowym bimbrem, zrobił łyk i rozpylił alkohol na ręce, potem dodatkowo zdezynfekował jeszcze gardło — tak na wszelki wypadek.
Tak odkażonymi rękami wyjął gumę i przeszedł do metody usta-usta.
Ścisnął dziewczynie płatki nosa i przyłożył swoje usta do jej ust. Były miękkie, aksamitne, wilgotne. Janusz aż westchnął z przyjemności, mimowolnie wtłaczając powietrze do jej płuc. Po chwili przypomniał sobie, że przecież robi się dwa wdechy, więc z przyjemnością powtórzył czynność.
Poszło zgodnie z planem — klatka piersiowa dziewczyny uniosła się dwa razy. Można przejść do uciśnięć.
Janusz przestawił się i tak jak wcześniej z bluzką, tak teraz zręcznie postąpił ze stanikiem — lecz tym razem nawet ci wprawieni mieli wrażenie, że haftka rozpięła się sama.
Po rozprawieniu się z biustonoszem, nalazł odpowiednie miejsce — na linii przecięcia mostka pomiędzy sutkami — i w rytm refrenu Bee Geesów rozpoczął uciśnięcia.
Trzy cykle później przyjechało pogotowie i przejęło akcję ratunkową.
Janusz, wykończony jak po nocy z Jowitką, odszedł na bok.
Po chwili podszedł do niego lekarz z karetki.
— Dobra robota. Dzięki! — wyciągnął rękę i pogratulował. — Dzięki tobie dziewczyna będzie żyła.
— Ja tylko zrobiłem, co trzeba — rzucił skromnie Janusz.
— Jeszcze raz dzięki! Żeby więcej było takich jak ty.
Oby nie — pomyślał Janusz i uniósł rękę w pożegnalnym geście.
***
Po kilku dniach ktoś zapukał do drzwi Janusza.
Jowita otworzyła i po krótkiej rozmowie zawołała męża:
— Janusz, do ciebie. — W jej głosie Janusz wyczuł coś dziwnego, jakby wrogość zmieszaną z podejrzliwością.
Podszedł do przymkniętych drzwi, uchylił je... i zobaczył dziewczynę.
Młodą, ładną, uśmiechniętą dziewczynę, ubraną w przykrótką mini i wydekoltowaną bluzeczkę, która zdecydowanie odsłaniała więcej, niż powinna.
Było na czym zawiesić oko — ale Janusz, stary wyga, oka nie zawieszał. Dobrze wiedział, że Jowitka, mimo iż w kuchni, bacznie obserwuje.
— Słucham? — rzucił sucho.
— To pan! — pisnęła dziewczyna, szczerząc się w anielskim uśmiechu. — To pan mnie uratował!
Janusz dopiero teraz rozpoznał jej twarz i wszystko sobie przypomniał.
— Chciałam panu podziękować... i oddać to. To chyba pańskie. — Dziewczyna wyciągnęła z małej torebeczki stalową piersiówkę i wręczyła mu ją z uśmiechem, w którym było więcej niewinności niż rozumu.
Janusz chwycił przedmiot... i wtedy wszystko wydarzyło się jednocześnie:
Najpierw poczuł ciężar na barkach, dziewczyna rzuciła się na niego i oplotła ręce wokół jego szyi, potem miękkie, aksamitne, wilgotne i tym razem ciepłe usta mocno przytknięte do swoich ust.
W uderzenie serca potem — trzask.
W głębi domu wałek do ciasta z łoskotem upadł na podłogę.
To Jowita stała jak wryta z wałkiem pod nogami, patrząc na męża całowanego przez wypindrzoną małolatę.
Dziewczyna, nie zważając na atmosferę, wychyliła się zza Janusza i rzuciła beztrosko:
— Co...? Przecież to nie pierwszy nasz raz!
Z kuchni rozległ się syk przypominający gwizdek czajnika na gazie — to z Jowity parowało.
— Uciekaj, dziecko — syknął Janusz, chwycił dziewczynę za ramię i spojrzał jej w oczy z taką powagą, jakby tłumaczył drogę na tamten świat. — Uciekaj!
— Ale...!
— Jeśli nie chcesz, żeby moje uratowanie cię poszło na marne, to dobrze ci radzę – wiej stąd i nie oglądaj się za siebie!
Na pożegnanie jeszcze raz cmoknął ją w czoło, po czym pchnął za furtkę.
— Uciekaj!
Dziewczyna była zbyt młoda, by rozumieć zawiłości dorosłego życia — ale na szczęście dla niej posłuchała.
Janusz zamknął furtkę i odwrócił się do idącej jak czołg żony, przybierając minę niewiniątka.
— No, co tam, Kochanie? — zapytał, podnosząc ręce w górę, jakby szykował się na nalot artyleryjski.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania