Rdza na srebrze

Deszcz w Dolinie Cieni nie przypominał zwykłego deszczu. Pachniał miedzią, starym żelazem i zgnilizną, a każda kropla uderzająca o płytową zbroję sir Aldrena brzmiała jak odliczanie. Aldren był ostatnim ze Srebrnego Kordu. Jego zakon upadł nie w chwale, lecz w hańbie, wycięty w pień przez własną pychę i to, co wybudzili pod ruinami Twierdzy Vorag. Dziś rycerz nie nosił już srebrnego płaszcza. Jego zbroja była pordzewiała, spatynowana sadzą i zaschniętą krwią, w większości nie jego własną.

Szukał jej. Szedł skrajem Lasu Kościanych Gałęzi, gdzie korzenie drzew opinały czarne skały niczym żebra dawno pomordowanych olbrzymów. Jego jedynym towarzyszem był Cierń, miecz, którego głownia była pęknięta wzdłuż całej długości, sparzona mroczną magią. Każde wyciągnięcie ostrza z pochwy paliło dłoń Aldrena żywym ogniem, ale tylko ten blask potrafił przebić mgłę, która spowijała dolinę.

- Nadchodzisz, złamany rycerzu - zaszeptał głos z korony obumarłego dębu.

Aldren nie uniósł głowy. Dłoń w pancernej rękawicy spoczęła na głowicy miecza. Stal zasyczała.

- Wiesz, co tu leży. Wiesz, czym się stała - ciągnął głos, nienaturalnie piskliwy, nienależący do człowieka.

Z gałęzi zeskoczyła istota o ciele wychudzonego ogara i twarzy starca. Długie, sinoblade palce drapały pancerz na klatce piersiowej rycerza.

- Lady Yseria nie pamięta już zapachu róż. Pamięta tylko zapach strachu. Twój strach też czuje.

- Nie przyszedłem po różę - odpowiedział Aldren. Jego głos był szorstki, jakby nie używał go od lat. - Przyszedłem po dług.

Przesunął się o krok, ignorując potwora, który parsknął śmiechem i rozpłynął się w czarnej mgle. Przed nim wyrosły wrota krypty. Nie kute z żelaza, lecz wycięte wprost w litej, obcej skale, oplecione martwym bluszczem. Aldren pchnął je ramieniem. Kamień ustąpił z głuchym, bolesnym jękiem.

Wewnątrz nie było ciemności. Było światło: zimne, bladozielone, bijące z ogromnego kryształu wznoszącego się nad pustym tronem. A u stóp tronu klęczała postać. Jej suknia, niegdyś z białego jedwabiu, teraz wyglądała jak wyschnięta skóra. Długie, czarne włosy poruszały się w powietrzu bez wiatru, niby macki w głębinach oceanu. Kiedy się odwróciła, Aldren poczuł, jak serce na ułamek sekundy zamiera mu w piersi. Twarz Lady Yserii wciąż była piękna, ale w jej oczach płonęła pustka pochłaniająca wszelkie światło.

- Przybyłeś mnie zabić, Aldrenie? - zapytała. Jej głos był jak muzyka grana na pękniętych skrzypcach. - Po tym wszystkim, co dla was zrobiłam? Po tym, jak wzięłam na siebie klątwę Vorag, byście wy mogli uciec?

- Uciekliśmy tylko po to, by umrzeć w hańbie, Yserio - powiedział Aldren, stając w rozkroku i powoli wyciągając Cierń.

Ostrze błysnęło purpurowoczarnym płomieniem. Zmrożona krew na jego zbroi zaczęła parować. Bolące od lat stawy rycerza zaprotestowały, gdy napiął mięśnie.

- Prawdziwy rycerz nie zostawia swoich długów niespłaconych - dodał. - Dziś zdejmuję z ciebie ten ciężar.

Yseria uniosła dłonie. Z kryształu nad nią buchnęła fala czystej, niszczycielskiej energii. Powietrze stało się ciężkie od zapachu ozonu i spalonego mięsa. Uderzenie pchnęło Aldrena wstecz, rzucając nim o kamienną kolumnę. Płytowy pancerz pękł na ramieniu, a rycerz plunął krwią na zimną posadzkę. Zataczając się, postąpił krok do przodu. Potem drugi. Klątwa Vorag paliła jego żyły, gdy tylko zbliżał się do jej źródła, ale Cierń żywił się tym bólem. Złamana stal miecza zaczęła scalać się pod wpływem płomieni, jakby ostrze pamiętało swój dawny kształt.

Yseria wrzasnęła, a dźwięk ten rozdarłby uszy słabszego człowieka. Z cieni wokół niej wyłoniły się widmowe kształty dawnych rycerzy Srebrnego Kordu, bezimienne upiory zmagające się z własnym potępieniem. Rzucili się na Aldrena. Rycerz nie parował. Nie było na to czasu. Ciął w poprzek, wlewając całą swoją gorycz, żal i pozostałości dawnego honoru w jeden zamach. Cierń przeszedł przez widma jak przez mgłę, zostawiając za sobą smugę ognia, która spaliła je do cna. Przeskoczył ostatni stopień podestu. Yseria uniosła szpony, by rozerwać mu gardło, ale Aldren nie uchylił się. Dopuścił ją blisko. Jej czarne pazury przebiły przeszywanicę na jego piersi, ale w tej samej sekundzie rycerz chwycił ją za nadgarstek i pchnął Cierń prosto w jej pierś, tam, gdzie kiedyś biło ludzkie serce.

Zasłona cienia pękła. Światło w kryptowej sali zmieniło barwę z zielonej na oślepiająco białą. Yseria nie krzyczała. Pustka w jej oczach zaczęła ustępować miejsca dawnej, dobrze znanej szarości. Szponiaste dłonie znów stały się drobnymi, palącymi od gorączki kobiecymi dłońmi. Opadła na jego pierś, a Aldren powoli osunął się z nią na kolana, nie wypuszczając z rąk rękojeści miecza.

- Aldren... - szepnęła - Deszcz... czy deszcz wreszcie przestał padać?

Rycerz spojrzał na pęknięty sufit krypty, przez który do wnętrza wdzierały się krople. Tym razem były to zwykłe, zimne krople czystej wody.

- Tak, Lady Yserio - skłamał cicho, czując, jak jego własne siły odpływają wraz z krwią mieszającą się z deszczówką na posadzce. - Słońce właśnie wstaje.

Kiedy mgła w Dolinie Cieni wreszcie opadła, po Srebrnym Kordzie nie zostało już nic. Tylko dwa pancerze zastygłe w wiecznym uścisku i pęknięty miecz wbity w kamień, który nie świecił już żadnym magmatycznym blaskiem.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania