Rejs do DNA

Drugie piętro

ANTOLOGIA TWÓRCÓW

ŚWIDNICKICH WARSZTATÓW PISARSKICH

Ukazało się w Świdnicy 2019 nakładem Miejskiej Biblioteki Publicznej

Drewniany parterowy domek, wybudowany na kamiennej podmurówce ponad sto lat temu na peryferiach miasta, teraz podupadająca chałupa, od dłuższego czasu miała tylko jednego lokatora. Mężczyzna był inny od wszystkich poprzednich, jacy mieszkali pod jej dachem i nie chodzi tu o jego widoczne kalectwo. Miał w sobie coś, co trzymało innych ludzi na dystans, a on nie pozwolił nikomu się zbliżyć choć byli tacy, co tego próbowali. Chłop niedługo po zmianach ustrojowych w niejasnych okolicznościach dostał przydział z urzędu miasta i zamieszkał w starym opuszczonym domu. Powybijane okna oszklił, drzwi wyłamane wymienił na równie stare, lecz sprawne i pasujące wizualnie do całości. Natomiast ściany w miejscach otynkowanych dawnym sposobem pobielił wapnem. Chałupa nigdy nie została wpisana w rejestr zabytków i z tego powodu nikt się nią nie interesował. Było to dla niej dobrodziejstwem i jednocześnie złem. Nie została przeniesiona do skansenu, w którym w jej niezamieszkałym i zimnym wnętrzu jedynie by hulał wiatr oraz osiadał kurz. Chatka, wiele doświadczyła od czasu ułożenia dla niej fundamentów z polnych kamieni. Zdecydowana większość rozgrywających się pod jej dachem historii dotyczyła lokatorów i ich spraw rodzinnych. Była przemoc, miłość, rozstania, powroty, przeprowadzki i oczekiwania na najbliższych, z których tragiczny los podczas dwóch wojen wyciskał często łzy z oczu nawet najbardziej nieczułym ludziom. Najciekawsze rozmowy zazwyczaj odbywały się między mieszkańcami i obcymi. Najwięcej różnych tematów poruszano podczas wesel, pierwszych komunii, urodzin, imienin i styp. Jednak od dłuższego czasu nic interesującego pod jej gontem się nie wydarzyło, ponieważ nikt nie spotykał się z samotnym, niemłodym mieszkańcem. Lokator miewał sporadycznie odwiedziny, lecz były to jedynie wizyty biznesowe.

Chodnikiem przebiegającym niedaleko przechylonej przez czas chatki, pośród wielu przechodniów, szła trzydziestokilkuletnia kobieta, ubrana w ładną sukienkę z krótkimi rękawkami odpowiednią do pory roku. Lekki materiał falował na letnim wietrze, powodując ożywianie wzorów w promieniach słońca. Gracja z jaką szła i stawiała równe kroki, w pewnej chwili uległa załamaniu, chociaż nawierzchnia dalej była gładka. Nagle jej piękne i drogie szpilki zaczęły się chwiać niczym u małej dziewczynki, która po raz pierwszy na stopy włożyła takie buty. Kiedy zbliżyła się do drewnianego domu, zatrzymała się i spojrzała na numer przytwierdzony do ściany, który porównała z wyciągniętą z niewielkiej torebki kartką. Musiała nad czymś rozmyślać, albo tylko się wahała przez kilka minut. Widocznie było to coś ważnego, ponieważ po podjęciu decyzji z wyraźnym skrępowaniem podeszła do drzwi wejściowych. Delikatnie palcem nacisnęła archaiczny przycisk dzwonka. Stała na wycieraczce około pół minuty i nic się przez ten czas nie wydarzyło. Ponowiła próbę, tym razem mocno wciskając zabytkowy przycisk. Zaraz po tym za drzwiami rozległ się bardzo głośny sygnał eklektycznego starego dzwonka. W niedługim czasie usłyszała wyraźne odgłosy szurania kapciami. Ktoś się zbliżał powoli, lecz zdecydowanie.

- Kto tam? – rozległ się męski mocny głos.

- Dzień dobry, ja do pana Teodora Girczewskiego – powiedziała głośno, chcąc być dobrze usłyszana za dębowymi drzwiami.

Nieufny w stosunku do ludzi, tym razem osłabił swoją czujność po słowach kobiety, którą mylnie wziął za roznosicielkę korespondencji z urzędu miasta. Przynajmniej od miesiąca spodziewał się kuriera miejskiego z pismem zawierającym informację o wysokości naliczonego mu rocznego czynszu za wynajem domu.

Przez chwilę we wnętrzu panowała cisza, która została brutalnie przerwana głośnym zgrzytem przekręcanego w zamku klucza. Zanim drzwi się otwarły z głośnym piskiem nienaoliwionych zawiasów, usłyszała odgłosy przesuwanej zasuwy i opadającego łańcucha.

- Pani w jakiej sprawie przyszła? – zapytał zaskoczony, niewysoki, mocno pomarszczony mężczyzna z twarzą pokrytą bliznami, na widok zbyt ładnie ubranej jak na pracownika miasta kobiety.

- Jestem pana córką.

Zwyczajne, miłe dla innych trzy słowa wywołały w nim szok. Zdziwiony, otworzył szeroko oczy, a ona zaczęła słyszeć jego przyspieszony oddech.

- To jakiś żart – odpowiedział po chwili – ukryta kamera? – dodał, rozglądając się jednocześnie po okolicy.

- Nie, przyszłam, ponieważ taka jest prawda.

- Przykro mi, że jestem zmuszony wyprowadzić panią z błędu, lecz ktoś dopuścił się oszustwa, albo zakpił z pani.

- Ale to co mówię, można sprawdzić.

- Jeżeli pani chwilę poczeka, to przyniosę dokumentację medyczną, która potwierdzi moje słowa i rozwieje wszelkie wątpliwości co do mojego ojcostwa. Gdybym był w stanie zaspokoić fizyczne potrzeby kobiety, najprawdopodobniej w tej chwili nie zostałbym samotnym, zgorzkniałym wrakiem człowieka.

Nie czekając na jej odpowiedź, odwrócił się i szurając podeszwami poszedł w głąb domu. Po kilku minutach odgłos ciągnięcia kapci po posadzce przybrał na sile. Ponownie

w drzwiach pojawił się Teodor z grubą teczką pod pachą.

- Tutaj jest cała dokumentacja, która rozwieje pani wątpliwości. Nawet może pani sobie ją wziąć, mi do niczego nie jest potrzebna. Przynajmniej kilka razy chciałem ją wrzucić do pieca i nie wiem, co mnie od tego powstrzymało – mówił to, trzymając przed sobą stary tekturowy skoroszyt pełen pożółkłych kartek.

- Jeżeli to jest prawda to proszę wyjaśnić mi to – powiedziała i położyła na skoroszycie złożone kartki.

Teodor nie byłby sobą, gdyby nie zaspokoił swojej ciekawości. Dlatego wziął losowo jedną kartkę do drugiej ręki i spojrzał po rozłożeniu nieporadnie dłonią na jej treść. Były to wyniki badania DNA, które potwierdzały stu procentowe ojcostwo drugiej osoby.

- Przepraszam, lecz te wyniki nie są moje, ja nigdy nie robiłem żadnych takich testów – powiedział zwracając medyczny dokument.

- Pan nie, lecz ja owszem, a o tym na początku zadecydował przypadek. Pamięta pan zaparkowany pół roku temu autobus na rynku miasta, niedaleko pana mini galerii rękodzieła? Napisami zachęcał i promował profilaktyczne badania na raka. Kilka osób z miasta, w tym i pan, zaciekawiło się tym tematem. Można tak wykryć wczesnego raka trzustki. Wystarczy trochę śliny, sekwencjonowania genów. Krew, określenie DNA nowotworu. Dzięki temu badaniu, wykrywamy raka, zanim wystąpią objawy.

- Pani w tym autobusie zrobiła mi jakieś świństwo i zaraziła mnie czymś?

- Mnie tam nie było, pracuję w laboratorium. Badam zebrane próbki. W przypadku wykrycia nieprawidłowości wysłałam informacje razem ze skierowaniem na kompleksowe badania. W pana przypadku niczego niepokojącego nie zauważyłam, lecz był pan w wiekowej grupie osób, którą byłam osobiście zainteresowana i dane osobowe były identyczne z tymi jakie posiadałam. Dlatego zrobiłam test DNA i z zaskoczeniem stwierdziłam nasze pokrewieństwo. Chcąc uzyskać pewność, próbki wysłałam do czterech renomowanych laboratoriów – mówiła to podniesionym głosem.

- Chce mi pani powiedzieć, że takie testy zrobiła pani wszystkim facetom na świecie – kpił mieszkaniec drewnianej chatki.

- Nie, udało mi się zdobyć pana dane, gdy podczas domowej awantury dowiedziałam się jak zostałam poczęta. Obecnie wykorzystałam okazję, ponieważ wszyscy uczestnicy badań musieli podać swoje prawdziwe dane.

- Solennie zapewniam panią, że nigdy przed wypadkiem nie współżyłem z kobietą,

a później było tylko dla niej i dla mnie rozczarowanie, gdy nie potrafiłem stanąć na wysokości zadania, będąc impotentem.

- Czy nie oddał pan przypadkiem nasienia dla kliniki położniczej?

Teodor wiele w życiu przeszedł, lecz tego pytania nigdy się nie spodziewał i myślał, że nikt nie dowie się o tym, co stało się latem dwa lata przed stanem wojennym. Jako student po zakończeniu pierwszego roku szkoły morskiej, wypłynął w rejs Darem Pomorza po Bałtyku. Koledzy ze starszych klas byli doskonale zorientowani, gdzie i co można kupić oraz jak ze sporym zyskiem sprzedać. Gdyby wiedział, że w Szwecji za pół litra spirytusu mógł dostać elektroniczny zegarek i kalkulator, a w kraju warte to było przynajmniej dwie dobre wypłaty, wcisnąłby w bagaż kilka butelek. Niestety, jako pierwszak, niczego wartościowego dla mieszkańców zachodu w rejs nie zabrał i gdy po opuszczeniu pokładu w porcie za żelazną kurtyną przeczytał reklamę kliniki położniczej, był zaskoczony jej otwartością. Został wychowany w środowisku, które wszelkie informacje intymne traktowało jako temat tabu. Rodzice nigdy przy nim nie rozmawiali na takie tematy i jako dziecko bardzo długo nic nie wiedział o współżyciu. Dopiero w szkole średniej od kolegów, bardziej doświadczonych dowiadywał się, co to jest seks i jak się go uprawiania. Niestety nie potrafił rozróżnić, ile w tych informacjach jest prawdy i kpiny. Wszyscy doskonale byli ubawieni, gdy wprowadzali go w tajniki dorosłości. Właśnie z taką wiedzą podjął decyzję o oddaniu nasienia dla ludzi pragnących mieć dziecko. Wszelkie wyśrubowane kryteria zdrowia spełniał z nawiązką. Nawet nie przypuszczał, że kiedykolwiek jego sposób na zarobek się wyda, skoro dwa światy rozdzielała bariera trudna do pokonania. Właściwie decyzja zaważyła na całym jego życiu. Kiedy trzech kolegów z ostatniej klasy zwęszyło, że on ma pieniądze, wciągnęli go do spółki i razem kupili samochód. Załadowali kilkuletni samochód do ładowni statku i po opłaceniu cła mieli sprzedać auto i podzielić się kasą. Zysk wydawał się pewny i spory, wiec przystąpił z nimi do interesu. Realizacja projektu zarobienia sporych pieniędzy przebiegała doskonale do czasu, gdy właściciele po powrocie do kraju wybrali się na przedsprzedażową przejażdżkę. Auto miało spory silnik i potężne przyspieszenie, a chłopak, który siadł za kierownicą ukończył jedynie kurs nauki jazdy. Jego doświadczenie kierowcy ograniczyło się do kilkugodzinnego prowadzenia małego Fiata. Gdyby byli starsi i mądrzejsi nigdy nie pozwoliliby mu na rozwiniecie takiej prędkości. Pędzili ponad setką za miastem, gdy wjechali w ostry zakręt i przebili betonowe barierki ustawione wzdłuż drogi. Auto było doszczętnie rozbite, podobnie jak oni. Jego uratowały zapięte pasy. Dopiero później, po kilku operacjach dowiedział się, że kraksę przeżył jedynie on, lecz nie był już mężczyzną

w pełnym słowa tego znaczeniu. Roczny pobyt w szpitalu uzmysłowił mu, jak wiele stracił. Nawet kilka lat później, kiedy próbował normalnie żyć, jego kalectwo dawało o sobie znać najbardziej w psychice. Niestety, dla kobiet był więcej niż kaleką i byłoby znacznie lepiej gdyby nie miał prawej ręki.

Teraz potrzebował czasu, zapragnął uporządkować chaos panujący w jego głowie i uzyskać odpowiedź na kilka pytań cisnących się na usta.

- Czy mogę panią, a właściwie ciebie, zaprosić na herbatę, albo kawę i na rozmowę?

- Na zieloną herbatę, chętnie – powiedziała z wdzięcznością.

Wtedy uśmiechnął się po raz pierwszy, ponieważ on pił tylko kawę, albo zieloną herbatę i gdyby zapragnęła czarnej nie miałby ją czym poczęstować. Zachęcona jego gestem weszła do wnętrza domu. Gospodarz skierował ją do swojej pracowni, będącej jednocześnie salonem. Pokój był mocno zagracony, nie tylko starymi meblami będącymi w różnym stadium renowacji, lecz też sztuką ludową. Mężczyzna czuł się wyglądem swojego mieszkania skrępowany. Pospiesznie zbierał z wielkiego stołu i rzeźbionych krzeseł haftowane serwetki, makatki, pisanki ułożone w jajecznych wytłoczkach. Usuwał wiszące nad stołem ozdoby ze słomy, wycinanki, kilimy i rzucał to na gliniane dzbanki ustawione w rogu pomieszczenia nie troszcząc się o ich stłuczenie. Było tam wszystkiego, co laikowi kojarzy się z kulturą ludową.

- Przepraszam za bałagan, lecz ostatnio moda jest na duprele przypominające wiejskie rękodzieło. Doszło nawet do tego, że wyrabiam chusty na głowę, korale i czepki. Fartuszki dobrze się sprzedają o ile w zdobieniach wymieszam regiony. Właściwie każdy widzi to, co chce i nikogo nie dziwi, jak łowickie przeplata się z zakopiańskimi, czy kurpiowskim. Najważniejsze dla kupującego jest, żeby było kolorowo i niepowtarzalnie, wtedy jest zadowolony z nabytku i nie grymasi na cenę – powiedział to w trakcie nalewania wody do czajnika i stawiania go na kuchence gazowej.

- Moim zdaniem jest to oszustwo – powiedziała kobieta siadając na krześle stylem nawiązującym do epoki Ludwika XV.

- A moim zdaniem nie, ponieważ nie zapewniam o autentyczności mojego towaru. Zadawalam się niewielkim zyskiem i zaspokajam rynek własną twórczością, a nie chińską masówką. Zapewniam, że oni znacznie mniej się przejmują, produkując jednakowe pamiątki na cały świat, skoro wystarczy przykleić związany z regionem napis. Moją twórczość nazwałbym raczej nowoczesnym folklorem – mówił to w trakcie szykowania filiżanek

i wsypywania do porcelanowego czajniczka zielonej herbaty.

Podczas gdy woda się gotowała, obydwoje czuli się skrępowani swoją obecnością i nic nie mówili, tylko myśleli o tym, co mają i jak powiedzieć oraz w jakiej formie powinna przebiegać rozmowa. Kiedy herbata była gotowa, zajęli miejsca naprzeciwko siebie przy niewielkim stoliku, stojącym pod ścianą z dwoma oknami wychodzącymi na kwitnący ogród.

- Posiadasz panienko znacznie więcej informacji ode mnie, więc zacznij pierwsza. Jeżeli mogę prosić to od początku?

- Hmm… To długa historia. Trudna do opowiedzenia. Myślałam o tym całymi latami, a teraz sama nie wiem. Byłam dzieckiem egzaltowanym, a rodzice byli opanowani i powściągliwi. Bardzo przeszkadzało im moje fantazjowanie i nadpobudliwość, oni uważali, że nie pasuje do nich. Dlatego postanowili mnie dokładnie zbadać, wszystkie rozmowy z psychologiem i testy, jakie rozwiązywałam, nie wykazały niczego odbiegającego od normy. Jednak oni nie chcieli tych wyników zaakceptować i ciągnęli mnie po różnych specjalistach. Zaczęłam się buntować, a czym byłam bardziej niesforna, tym oni starali się mnie bardziej ograniczać. Wszelkie zakazy skutkowały jeszcze większym moim sprzeciwem i zaczęłam im dokuczać na wszelkie sposoby, które mogły uchodzić za zwykły przypadek. Pewnego razu posłuchałam, jak obydwoje rozmawiali o mnie, klinice położniczej i banku nasienia. Prawdopodobnie nie zainteresowałabym się rozwiązaniem tej zagadki, gdyby nie pokłócili się o to i nie wytykali sobie winy za posiadanie dziecka jakiegoś psychopaty. Wystraszyłam się, że zwariuję i zamkną mnie w domu wariatów. Dlatego zaczęłam szukać, zaczynając od szafy pancernej ojca. Znałam szyfr, ponieważ kiedyś bawiłam się w jego gabinecie. On bardzo tego nie lubił i kiedy chciał wejść, a ja byłam w środku, schowałam się pod biurko. Mogłam stamtąd zaobserwować wprowadzanie hasła, które nie było trudne, ponieważ był to jego ulubiony zespół muzyczny. Kiedy rodzice z okazji koncertu światowej sławy artysty wybrali się do filharmonii, wkradłam się do gabinetu i skopiowałam na dyskietkę całą moją dokumentację, jaką zgromadzili, szykując się do procesu w sprawie mojego poczęcia. Wtedy dowiedziałam się, że moim ojcem jest student szkoły morskiej z Polski. Wtedy chodziłam już do trzeciej klasy. Zapytałam nauczycielkę, ile lat trzeba się uczyć na marynarza. Na dodatek jeszcze zafascynowana byłam przygodami Pippi Lungstrumpf, której tato był kapitanem piratów. W telewizji stale straszyli nas blokiem wschodnim, w którym była wtedy Polska i w moim dziecinnym odczuciu ja byłam również córką kapitana piratów. Pippi potrafiła mówić w języku załogi statku i ja jak ona musiałam to potrafić. Nową gospodynią w naszym domu była Polka i ona w tajemnicy zaczęła mnie uczyć mówić i pisać po polsku. Szybko okazało się, że mam zdolności do tego języka i w błyskawicznym tempie go opanowałam. Nigdy nie przyznałam się przed rodzicami do tej umiejętności nawet wtedy, gdy pozbywali się mnie oddając do szkoły żeńskiej z internatem. Ich decyzja wtedy nie była już dla mnie żadnym zaskoczeniem, ponieważ od pewnego czasu byłam na to przyszykowana. Przez trzy lata codziennie wrzucałam do skarbonki pieniądze, za jakie miałam kupować drugie śniadania w drodze do szkoły, wszystkie kieszonkowe i otrzymywane jako prezenty. Tym sposobem zaoszczędziłam jak na dziecko dużo pieniędzy i mogłam planować spotkanie z kapitanem piratów, skoro znałam dane ojca Polaka. Wraz z dorosłością mój dziecinny zapał znikł, lecz podjęłam pracę jako mikrobiolog w koncernie medycznym. Podczas wypełniania ankiety pochwaliłam się znajomością języka polskiego i po kilku latach przyjechałam, jako kierowniczka centrum badawczego do Polski. Wtedy moje dziecinne marzenia odżyły

i rozpoczęłam poszukiwania, zatrudniając detektywa. Niestety trafiłam na oszusta, któremu zapłaciłam spore wynagrodzenie za spreparowane dane. Bojąc się kolejnego naciągacza rozpoczęłam własne nieudolne śledztwo, ponieważ czasy w jakich do poszukiwań wystarczyła często książka telefoniczna minęły i byłam zmuszona lawirować między przepisami utrudniającymi zdobywanie danych. Moje poszukiwania trwały kilka lat i kiedy przypadkiem zobaczyłam listę z danymi osób, które wzięły udział w naszej akcji i oddały próbki, mało nie dostałam ataku serca, aż tak byłam podekscytowana. Przed moimi oczami był adres ojca, lecz musiałam zdobyć dowód. Chcąc mieć stu procentową pewność wysłałam je do innych laboratoriów na zbadania DNA. Kiedy się potwierdziły i odnalazłam biologicznego ojca, dopadły mnie wątpliwości, czy powinnam się ujawnić. Dopiero mój mąż

i dzieci nakłoniły mnie do doprowadzenia sprawy do końca. Dlatego po wielu latach dopiero dzisiaj dotarłam do ojca – ostatnie słowa wypowiedziała patrząc mężczyźnie w oczy

i czekając na jego reakcję.

- Jak masz na imię?

- Cindy

- Czego oczekujesz ode mnie Cindy? – zapytał.

- Właściwie niczego – odpowiedziała i wstawała z krzesła szykując się do wyjścia.

- Zaczekaj, teraz przyszła moja kolej – powiedział artysta ludowy Domat.

Drewniany domek przebiegiem rozmowy był nie mniej zaskoczony jak jego lokator, który jeszcze kilkanaście minut wcześniej był przekonany, że jest sam na świecie i przeklinał dzień, w którym zdobył pieniądze na samochód. Wielokrotnie zastanawiał się, jakby potoczyło się jego życie, gdyby nie skorzystał z możliwości zarobienia, jakby nie było oceniając z perspektywy lat niewielkich pieniędzy. Nagle wszystkie wątpliwości okazały się mało istotne, od kiedy samotny człowiek dowiedział się, że posiada bliską rodzinę i od losu dostał szansę nadrobić stracony czas.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Fajne. Niepotrzebny wstęp, gdzie został tekst opublikowany. Pierwsze dwa zdania mi nie pasowały, reszta na wysokim poziomie. 5

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania