Rentgen w oczach

Eugeniusz, mężczyzna w średnim wieku poinformował pielęgniarkę Zosię, że urządza sobie przerwę na drugie śniadanie oraz prosił o stu procentowy spokój, nawet jeśli w budynku wykryto by złote jaja pterodaktyla.

Jednak zamiast wcinać zmówione kluski w rosole, Eugeniusz obstawiał wyniki meczy NBA o niebagatelne sumy. Częstując serce zastrzykiem adrenaliny podobnym do wypicia wiadra kawy przed skokiem ze spadochronem. Kochał to, lecz była to dla niego gra wstępna.

Po zawarciu zakładu następował cudowny, długi okres nazywany przez Eugeniusza „Krzesłem elektrycznym” polegający na śledzeniu wyników. Każdorazowo, gdy szala zwycięstwa oddalała się od lekarza czuł się jakby go zamarzniętego na kość wrzucono w głęboki olej lub w przypadku korzystnego wyniku masowano z wykorzystaniem gorącej czekolady.

Wbrew prośbą rozległo się donośne pukanie do drzwi w decydującej chwili meczu…

— Kurw… przepraszam pana bardzo, ale urządziłem sobie przerwę śniadaniową — rzekł do mężczyzny w drzwiach bordowy na twarzy, z nieukrywaną furią.

— Pozwolę sobie zauważyć, że nie rozpakował pan posiłku, a moja sprawa jest nietuzinkowa, niecierpiąca zwłoki, wręcz to kwestia życia i śmierci. — Nie czekając na zaproszenie niski mężczyzna ubrany od góry do dołu w markę Tommy Hilfiger oraz z złotym łańcuchem na szyi usiadł naprzeciwko Eugeniusza, stukając palcami w neseser trzymany na kolanach.

— Nazywam się Leopold, nazwisko proszę uznać za zbędne. Spieszę wyjaśnić panu najście. — Nieproszony gość mówił jakby recytował zawczasu przygotowane kwestie. Eugeniusz pozwalał mu mówić pełen trwogi, biorąc Leopolda za nadesłanego przez lichwiarzy straszaka, którym był winny ogromne sumy. Jego wygodny fotel stał się teraz bardziej uwierający od toruńskiego osła.

— Mówić będę rzeczowo i krótko, pan na koniec jedynie kiwnie głową czy wszystko zrozumiał, ewentualnie dopyta all right? — Eugeniusz skinął. — Mianowicie w okresie dojrzewania zacząłem widzieć więcej, najpierw przez lekkie ubrania, cienki plastik, im robiłem się starszy widziałem przez skórę, ściany, betonowe mury. Zależnie od mojego skupienia wzroku na przedmiocie. Na dowód powiem panu, że w pudełku ma pan rosół z kluskami, majtki koloru granatowego z jaśniejszą gumką, dziwną plamę na mosznie oraz wyciętą nerkę. — Leopold rozejrzał się po gabinecie, dodając za chwilę. — Lada moment pielęgniarka nas odwiedzi.

Eugeniusz zbladł, nim zdążył coś powiedzieć do pomieszczenia weszła Zosia, pielęgniarka-stażystka o uroku sarenki. Skonfundowana widokiem Leopolda potknęła się zostawiając na biurku dokumentacje pacjentów.

Leopold śledził bacznie każdy ruch pielęgniarki z delikatnym uśmieszkiem, wtedy dokładniej przyjrzał mu się Eugeniusz; był to zwykły facet jakich spotyka się najczęściej w kolejce do Toi Toia. Jednakże za pogodnym licem, głęboko w oczach jarzyły się ogniste węgielki rozpaczy, a nadgarstki zdobiły nierówne, stare blizny po okaleczeniach.

Zostając ponownie na osobności Leopold mówił dalej.

— Rzecz jasna mówiąc o tym głośno brano mnie jak pan teraz w pierwszej reakcji, czyli za popierdoleńca, wywnioskowałem po minie z pogranicza opętania i mdłości. — zaśmiał się kwaśno — Migiem pojąłem, że muszę zachować dla własnego bezpieczeństwa to w tajemnicy przed światem, jeżeli nie chcę zostać pod stałą opieką u czubków lub świnką doświadczalną.

— Jestem w szoku. — wydusił Eugeniusz, po dwóch kwadransach układania słów Leopolda w głowie, pęczniejącej z bólu.

Zaś Leopold w tym czasie cierpliwie czekał rozglądając się non stop. Zatrzymał ostatecznie wzrok na zwykłej ścianie do połowy wyłożonej kafelkami. Na początku patrzył na nią jakby śledził akcje na ekranie telewizora, nagle wysunął język w odruchu wymiotnym. Obyło się bez pawia, ale chowając język Leopold dociskał go do zębów chcąc tym zdrapać z niego niewidzialną zgniliznę, która do niego przywarła niczym rozpuszczony plastik.

— Nie rozumiem mimo wszystko, dlaczego pan do mnie przyszedł. — Udało razem z siódmymi potami wycisnąć Eugeniuszowi.

— Tu dochodzimy do sedna sprawy, ostatnimi czasu moje zdolności pozwoliły mi się wzbogacić. W między czasie od wspólników w interesach dowiedziałem się o pana problemach finansowych, a niegdyś w wiadomościach usłyszałem o Eugeniuszu Smoczyńskim, jedynym w kraju, któremu udało się przeszczepić gałki oczne. — Uśmiechnął się porozumiewawczo wykrzywiając wargi w podkowę. — Teraz powinien pan wszystko zrozumieć. — Leopold położył przed Eugeniuszem otwarty neseser wypełniony ciasno najwyższymi nominałami w Euro. Lekarzowi zrobiło się duszno, zmuszony był wstać otworzyć okno, zebrać z parapetu śnieg i wetrzeć powstałą śnieżkę w twarz.

— Of course to dyskretny układ.

— Chcesz się takiego daru pozbyć? To wariactwo! — Spojrzał raz jeszcze na zawartość neseseru myśląc „Złotej rybki nie przerabia się na paluszki.”

— Zresztą nie mój biznes. Muszę zmartwić niestety pana znalezienie odpowiedniego dawcy może długo potrwać, muszą to być…

— Jakie będą potrzebne, takie się błyskawicznie znajdą w tym już moja głowa. — Leopold wstał, przyjazna maska zniknęła z jego twarzy, zastąpiona grobową powagą mówiącą więcej niż nóż przyłożony do krtani. Eugeniusz przypieczętował umowę ściskając lodowatą dłoń swojego kontrahenta zrozumiawszy, że nie ma odwrotu.

Przygotowania do zabiegu szły pełną parą, sama operacja przebiegła sprawnie równo miesiąc po pierwszej wizycie Leopolda u Eugeniusza. Który zamiast zgodnie z życzeniem zleceniodawcy zniszczyć jego wyjątkowe gałki oczne, zakonserwował je.

Leopold, po powrocie do pełni zdrowia wyjechał do Tajlandii otwierając tam niewielki bar przeznaczony głównie dla zagranicznych turystów. Budząc się każdego dnia nim podnosił powieki w swe zębiska jak widły czarta chwytał go strach, że zamiast sufitu zobaczy człowieka skaczącego z dachu;

Widząc jednak ku miłemu zaskoczeniu kręcący się wiatrak nad głową, dzień Leopoldowi pachniał skórą pierwszej kochanki. Dostrzegając plamy na ścianie do zamalowania, a nie maltretowanie córki przez ojca, psychika Leopolda była jakby dopiero co ściągnięto z niej folię. Kiedy idzie otworzyć bar świadomy, że wiele dramatów odgrywanych za murami mijanych budynków po drodze pozostaje poza jego wzrokiem, odczuwa znany mu z opisów stan szczęścia. Rozradowany własną niewiedzą zasypiał spokojniej niż zachodzące słońce.

Był bardzo wdzięczny Eugeniuszowi za uwolnienie go od krzyża, który wcześniej był jego przekleństwem. Zapragnął go odwodzić, zobaczyć jak mu się wiedzie, lecz w polskim serwisie informacyjnym pewnego ranka przeczytał o jego przykrym samobójstwie; jak donosił portal Eugeniusz, po wygraniu ogromnej sumy w kasynie. Wydłubał sobie oczy wykrwawiając się na śmierć.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (14)

  • Nadleśniczy Nuncescu 2 miesiące temu
    Kilka literówek i "prośbą" do poprawy.

    Dobre.
  • Vincent Vega 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo, myślałem, że tym razem ustrzegłem się błędów, ale jeszcze trzeba trochę popracować. :)
    Pozdrawiam serdecznie.
  • poco 2 miesiące temu
    oby ten po prawej zapad
    nie zamienił sie we napad
  • Trzy Cztery 2 miesiące temu
    Tekst pulsuje, jest fajnie żywy i kolorowy. Dobrze się czytało mimo różnych drobnych błędów.
  • Vincent Vega 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo za przeczytanie i pozdrawiam serdecznie. Błędy poprawię:)
  • Fionka99 2 miesiące temu
    ekstra opowiadanko :) gratuluje zwinności pióra :)
  • Vincent Vega 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo:)
  • Narrator 2 miesiące temu
    Tak się zaczytałem, aż zapomniałem o kąpieli i jeszcze raz musiałem nalać gorącej wody, co bardzo ucieszy dostawcę gazu, którym grzeję wodę w kotle :)

    Coraz lepiej Ci to pisanie idzie. Zwarta fabuła, chwytliwy temat, świeże zwroty i porównania. Kiedy już myślałem, że niczym mnie nie zaskoczysz, wprowadzasz znowu jakąś niesamowicie barwną i żywiołową scenę. Mało kto potrafi pisać tak oryginalnie. Skąd bierzesz tyle zaskakujących pomysłów? Musisz mieć bujną wyobraźnię, lub niezwykle adrenalinowe życie.

    Daję 5 i czekam na kolejne publikacje :)
  • Vincent Vega 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo, bez zbytniej wazeliny powiem, że pisanie idzie mi lepiej, dzięki takim motywującym komentarzą. :)
    Rzeczywistość ucznia z prowincji, mieszkającego na wsi jest nudne jak psie żarcie z puszki, inspirację biorą się z głowy lub również bardzo inspirują mnie obejrzane w sieci wykłady filozoficzne bądź przeczytane książki różnych myślicieli.

    Pozdrawiam serdecznie:)
  • D.E.M.O.N 2 miesiące temu
    Eugeniusz, Leopold, zabrakło mi paru postaci jak Konstanty, Wieczesław :D ale klimat niezły - winszuje!
  • Vincent Vega 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    „Wbrew prośbą rozległo „
    ORT!!!
    „śniadaniową. — rzekł”
    Bez kropki
    „jest nie tuzinkowa, nie cierpiąca zwłoki,”
    Nietuzinkowa, niecierpiąca
    „nas odwidzi.”
    Odwiedzi
    „pielęgniarka na stażu o uroku sarenki”
    Pielęgniarka-stażystka o uroku (inaczej to staż będzie miał urok sarenki a nie pielęgniarka)
    „po wróceniu do pełni”
    Po powrocie
    „Dostrzegając plamy na ścianie do zamalowania, świadomy, że wiele dramatów odgrywanych za murami bloków oraz domów rodzinnych omijało go szerokim łukiem, będąc poza jego wzrokiem, kiedy idzie otworzyć bar.”
    Zdanie koszmarek do przerobienia, ale ja zupełnie nie wiem co autor miał na myśli

    Wyobraźnia na medal, styl do żmudnej poprawy i ćwiczenia.
    Fajny temat, niezły pomysł ale wykonanie mocno kuleje i przeszkadza w czytaniu.
  • Vincent Vega 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo za wnikliwy komentarz, wskazane błędy poprawione, mam nadzieję, że udało mi się to zrobić należycie. :)
  • LBnDrabble 2 miesiące temu
    Zapraszamy do zabawy ze stusłówkami!
    Dekaos Dondi proponuje tematy. Może trochę dziwne. Nie wiem.
    1↔Za smutno na śmiech, za śmieszno na smutek.
    2→Tam gdzie szybują cienie fruwających ptaków.
    Czas do 10 września do 23.59
    Liczymy na Ciebie!!!
    Literkowa

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania