Republikanizm pod podpalonym koszem

Gdyby spróbować ułożyć kalendarz europejskich tradycji, w którym Niemcy mają Oktoberfest, a Anglicy herbatkę o piątej, Francuzom bez wątpienia przypadłoby święto płonącej barykady. W nagłówkach światowych mediów co rusz pojawiają się doniesienia o kolejnej fali gwałtownych protestów i zamieszek nad Sekwaną. Dla postronnego obserwatora widok płonących aut na przedmieściach Paryża czy dymu z gazu łzawiącego snującego się wokół Łuku Triumfalnego wygląda jak zwiastun nadchodzącej apokalipsy. Dla samych Francuzów to jednak po prostu kolejny wtorek.

Francja wypracowała wyjątkowy, niemal barokowy model demokracji, w którym negocjacje społeczne rzadko odbywają się przy dębowym stole w gabinecie ministra. Zamiast tego miejscem dialogu staje się ulica, a orężem kostka brukowa, płonący kosz na śmieci i race. Francuski obywatel nie czeka potulnie cztery lata na kolejne wybory, by wyrazić swoje niezadowolenie z reformy emerytalnej, cen paliw czy polityki państwa. On wychodzi z założenia, że skoro przodkowie potrafili ściąć głowę królowi i zburzyć Bastylię, to przewrócenie kilku radiowozów jest absolutnym minimum przyzwoitości obywatelskiej.

W ostatnich dekadach ta tradycyjna francuska rewolucyjność zyskała jednak nowy, wyjątkowo zapalny wymiar. Trudno bowiem uciec od faktu, że sercem i paliwem kolejnych fal najbrutalniejszych zamieszek stały się imigranckie przedmieścia wielkich miast. To tam, na blokowiskach odciętych od pocztówkowego Paryża, w praktyce załamał się wielki, dumny francuski sen o asymilacji. Piekło na ulicach wybucha najczęściej właśnie tam, gdzie spotykają się błędy naiwnej polityki migracyjnej, bezradność państwa i narastająca frustracja kolejnych pokoleń, które czują się we Francji obco, choć często nie znają już innego domu.

W tych cyklicznych eksplozjach gniewu fascynuje niezwykła mieszanka rewolucyjnego romantyzmu z całkowitą, destrukcyjną bezmyślnością. W teorii każdy protest zaczyna się pod wzniosłymi hasłami, od walki o wolność i godność, po sprzeciw wobec wykluczenia i brutalności policji. W praktyce, gdy zapada zmrok, na scenę wkracza stały garnitur miejskich zadymiarzy, dla których spłonąć musi nie tyle opresyjny system, co osiedlowy dyskont, salon telefonii komórkowej albo auto sąsiada z tej samej dzielnicy. Nie ma bardziej gorzkiej ironii niż demonstrowanie sprzeciwu wobec systemu poprzez wynoszenie z rozbitego sklepu najnowszych modeli markowych sneakersów.

Władza w Paryżu od lat stosuje ten sam, doskonale znany taniec dyplomatyczny. Najpierw prezydent lub premier wygłasza orędzie pełne powagi i zapowiedzi twardej ręki. Następnie na ulice wysyłane są oddziały policji w pancerzach przypominających szturmowców ze „Gwiezdnych Wojen”. Padają granaty hukowe, polewaczki idą w ruch, a szef MSW liczy zatrzymanych w setkach. Gdy dym wreszcie opada, politycy znowu obiecują miliony euro na programy integracyjne i rewitalizację przedmieść, po czym wszystko wraca do normy, do czasu, aż jedno iskra nie rozpali znowu całej dzielnicy.

Największą tragedią francuskiego teatru gniewu jest to, że zamieszki przestały być narzędziem ostatecznym, a stały się nawykiem. Kiedy ogień płonie zbyt często, ludzie przestają pytać, dlaczego dymi, a zaczynają jedynie narzekać na zapach spalenizny. Zamiast budować wspólnotę, wyciągać wnioski z katastrofy integracyjnej i szukać realnych rozwiązań dla głębokich podziałów społecznych, Francja bezustannie kręci się w błędnym kole: od pobożnych życzeń polityków, przez demolki, aż po całkowitą bezradność państwa.

Może więc czas, by dumni potomkowie Jakobinów zrozumieli, że do naprawy państwa i rozwiązania problemów, które sami sobie wyhodowali, nie zawsze potrzeba zapałek, czasem wystarczy po prostu odrobina twardego realizmu i umiejętność rozmawiania ze sobą bez zasłoniętej twarzy.

Średnia ocena: 2.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Grain 9 godz. temu

    Ale pierdoły. Miało być mądrze, po europejskiemu, a wyszła kicha.

    To, co odklejeńcy nieudolnie wmawiali, że to bunt studentów, porównywalny z tym z lat sześćdziesiatych i siedemdziesiatych ubiegłego wieku jest niczym innym jak karmą, która wraca.

    Francja w umysłach była bardziej socjalistyczna niż ZSRR.
    Lata naporu lewactwa, migracji muzułanów po socjał, daja o sobie znać.

    Nabuzowane hormonami hordy nierobów. imigrantów /o których autorzyna nie wspomniał/ grabią i plądrują.

    Powiem z B. Bardot, ,,jeśli komuś przeszkadzają kościelne dzwony, to będzię miał muezina wzywającego do modłów" i za Gałczyńskim ,,Jak żeście chcieli, to teraz macie skumbrie w tomacie".

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania