Requiem dla A.I.

Pojawiła się jakieś sześć miesięcy temu, o ile dobrze pamiętam. Czekała na przedostatnim przystanku trasy, którą dzień w dzień pokonywałem przez poprzedni wiek. Wieczorem, na ostatniej pętli, stała na pierwszym i wysiadła na przedostatnim przystanku. Tym samym, co rano.

Zawsze tak samo. Mogłoby się to stać nudną rutyną, gdybym nie wiedział, kim jest. Widziałemw swoim życiu całe mnóstwo ludzi i część z nich wyróżniała się w jakiś sposób. Zapamiętywałem ich twarze automatycznie, zresztą jak większość tego, co musiałem robić.

Jej nie dało się pominąć, choć ludzie jej nie widzieli.

Szybko się zorientowałem, dlaczego tak się dzieje.

1.

Jestem jednym z nielicznych, przetrwałych do dzisiejszego dnia A.I. Sztuczna Inteligencja - niegdyś to brzmiało dumnie... a przynajmniej reklamy tak to przedstawiały. Fabryki zapluwały się ze zmęczenia ciągłą produkcją, informatycy i psychologowie mieli pełne ręce roboty i nagle całej ludzkości zdało się, że rozwiązano największy problem, który dręczył ją od stuleci.

„Tam, gdzie maszyny i człowieka nie poślesz, pojawia się Sztuczna Inteligencja”.

Oczywiście, jak zwykle okazało się, że nic nie jest takie proste, jak się wydawało przemądrzałym naukowcom i politykom. Technika cały czas szła naprzód... A Sztuczne Inteligencje, chociaż tak utalentowane, czasami sprawiały "nietypowe" kłopoty. Niektóre zaczynały mieć aspiracje ponad swoje możliwości, inne cierpiały na traumy, których nabawiły się podczas zastępowania ludzi „w nieprzyjemnych i niebezpiecznych zawodach”, inne wreszcie tak bardzo ciężko znosiły świadomość, że są zmanipulowanymi przez ludzi elektronicznymi rozumkami zaprogramowanymi do „służenia ludzkości”, że efektownie popełniały samobójstwa, przy okazji zdradzając niewygodne dla rządzących sekrety.

Na rynek zdążono jeszcze wypuścić trochę „poprawione” wersje do obsługi komunikacji miejskiej i na tym skończono. Mam już sto czternaście lat i byłem w swoim życiu najpierw taksówkarzem, a teraz kierowcą autobusu.

Z każdym kolejnym rokiem jest mi coraz ciężej. Przewody się przepalają, kurz i śmiecie wpadają w szpary i doprowadzają do zwarć. Najgorsze jednak, że nie naprawia się takich jak my. Pracujemy, aż strzeli najważniejsza żyłka, potem Automat przejmuje kontrolę nad autobusem. Automat zamontowano tu już czterdzieści lat temu i od tego czasu cierpliwie czeka na swoją kolej.

Nienawidzę go. Bezmyślny sęp.

Dlaczego pozwolono mi pracować? Może dlatego, że lubię prowadzić ten autobus. Przywiązałem się do niego. Czuję każdą starą, skrzypiącą oponę, drapie mnie w kark najmniejsza rysa na szybie, łaskoczą wytarte siedzenia i śmiecie zepchnięte w kąt pod ścianami. Razem tworzymy jedność i świetnie się dogadujemy. Automat tylko tu bruździ, tą swoją zawsze ochoczą obecnością i bateriami naładowanymi na full.

Wątpię, tak bardzo jak tylko wątpić może sto czternastoletnia Sztuczna Inteligencja, o roboczej nazwie Złoty Tomcio, o jedynej, chwytnej kończynie i posturze przysadzistego sześcianu, bez Internetu, żebym „się nie rozpraszał”, z programami bezpieczeństwa, wpitymi głęboko w elektroniczny mózg, mającymi powstrzymać mnie przed agresją, obojętne w którą stronę zwróconą - wątpię, aby jacykolwiek panowie politycy kierowali się moimi przyjemnościami czy nieprzyjemnościami w wydawaniu decyzji.

A jednak tu jestem. Jeżdżę. Zatrzymuję się. Otwieram drzwi. Zamykam drzwi. Krótkie impulsy mojego elektronicznego umysłu. Staram się jak mogę i sprawia mi przyjemność grzechot monet reszty wydawanej w spocone, ludzkie dłonie.

Wiedziałem, że w końcu nadejdzie TEN dzień. Chwytakiem pospiesznie wykręcałem śrubki i wymieniałem kable, układy scalone, płytki miedziane. Przesuwałem odkurzaczem po całej powierzchni swojego ciała. Wpuszczałem po kropelce smaru w ciasne, zgrzytające otwory. Za każdym razem wiedziałem, że przyjdzie dzień, w którym nie będę w stanie sobie pomóc, a śmierć cicho i zajadle ogarnie cały układ. Oczywiście, poprzedzona paroma latami rdzewienia na wysypisku śmieci, gdy przyjdą panowie konserwatorzy, poklepią Automat, wiernego psa, po grzbiecie, wyrwą mnie z korzeniami, wielkimi palnikami acetylenowymi przepalą druciki i powiedzą „baj, baj, Złoty Tomciu. Idź na emeryturę”. To ostatnie będzie, oczywiście, dowcipem.

Wcale nie jestem sarkastyczny. Jestem tylko kierowcą autobusu.

Musiała się jednak pojawić ONA, Kostucha, ŚMIERĆ, abym zrozumiał dogłębnie, że TEN dzień jest blisko. Bardzo cholernie blisko.

I mały Złoty Tomcio wkrótce trafi do piachu na zawsze.

2.

Wyglądała jak mieszanina wszystkiego, co sobie ludzie na jej temat mogli wyobrażać. Wstępowała w moje skromne progi otoczona gęstym cieniem i pachnąca trupem. Czarne, dziurawe szaty ciągnęły się po ziemi, skrywając nieproporcjonalnie długie, grube ciało. Gdy siadała, zajmowała dwa miejsca. Może dlatego rzadko siadała.

Nie trzymała kosy, za to twarz skrywała jej maska średniowiecznego doktora z czasów epidemii dżumy. Długi dziób, drewniany stelaż obciągnięty starą, ciemnobrązową skórą, szklane oczy z krzywo namalowanymi czarnymi źrenicami. Na klatce piersiowej Śmierci niespokojnie krążyły tłuste muchy o kosmatych nóżkach, liżąc brunatne skrzepy krwi, znaczące nieregularnymi plamami cały front Jej szaty.

Nikt, żaden z pasażerów nie widział Śmierci, ale co dziwne, wszyscy odczuwali wyraźny dyskomfort, gdy stawała w pobliżu albo ocierała się o ich ramiona, idąc do wyjścia. Wszyscy zaczynali jak jeden mąż trzeć karki, drapać się nerwowo po plecach, przetykać uszy, albo po prostu wybuchać nagłymi pretensjami w stronę innych pasażerów. Dzieci z reguły zanosiły się płaczem, a Śmierć odsuwała się w jak najdalszy kąt i wyglądała na naburmuszoną.

- Widzisz mnie, Złoty Tomciu? - zapytała któregoś razu, normalnym, ludzkim głosem, który było mi jednak ciężko przypisać do którejkolwiek z płci.

W myślach jej przytaknąłem, ale nie chciałem odpowiadać przez mikrofon. Jeszcze pasażerowie pomyśleliby, że zaczynam się psuć, a Automat z rozkoszą skontaktowałby się z bazą.

Kostucha roześmiała się z niedowierzaniem i poszła zająć swoje zwykłe miejsce.

Jej monety miały ciekawą cechę, że zawsze były pokryte grubą warstwą patyny. Nie przeszkadzało mi to.

3.

12 października 2020 roku był złym dniem. W połowie siódmej pętli, gdzieś w okolicy supermarketu Piotruś jedna z moich głównych głowic pod blokiem cylindrowym strzeliła z dramatycznym hukiem. W ułamku sekundy poczułem całkowity brak kontroli nad pojazdem, obraz nałożył się na siebie, dźwięki stały się ogłuszające i przenikliwe, a straszny ból przez chwilę pozbawił mnie możliwości logicznego myślenia.

Obudził się Automat i zrobił to, na co czekał - WYŁĄCZYŁ MNIE. Spadaliście kiedykolwiek z klifu? Wątpię. Z drabiny pewnie też nie.

Ja spadałem w najgłębszą otchłań, jaką można sobie wyobrazić. Obserwowałem z upiorną, rozrywającą na strzępy uwagą, jak kierowani pewną dłonią Automatu, zjeżdżamy w najbliższą zatoczkę, z gracją hamujemy i obsługujemy kolejnych ludzi, nieświadomych niczego, co działo się w tym metalowym pudle na miejscu kierowcy.

Bo ja spadałem, sparaliżowany, głuchy i śmiertelnie przerażony, widząc jak robot, jak Automat, przejmuje mój autobus. Jak wykopuje mnie, elegancko i z wdziękiem, na boczny tor. Nie wyczuwałem w nim triumfu ani żadnych innych uczuć. Był zbiorem bezmyślnych, wstrętnych algorytmów, które władały moim życiem i śmiercią.

„A więc TEN dzień nadszedł” pomyślałem i oczywiście się myliłem. Nie dziś.

Nie dziś.

Miały godziny, spadałem w Otchłań, krzyczałem i błagałem o litość, a Automat spełniał się zawodowo. Słońce zaczęło zachodzić - miałem wrażenie, że od kiedy nastąpiła katastrofa, minęły wieki. Obserwowałem czerwoną, płomienistą kulę wiszącą nad horyzontem i z trudem dochodziło do mojej świadomości, że czas mija tak jak zwykle i ten dzień nie różni się niczym od poprzednich.

Jak jaszczurka koloru ołowiu nadpełzł wieczór, a po nim granatowa noc i ostatnia pętla.

Do autobusu, jak zwykle od sześciu miesięcy, wstąpiła Śmierć, niosąc ze sobą grozę, której nie byłem w stanie zrozumieć ani się przestraszyć.

Od razu wiedziała co się stało.

Autobus był pusty. Zbliżyła się do mnie, zawieszonego w próżni- widziałem jej czarny dziób, bliżej niż kiedykolwiek wcześniej – i zapytała, głosem matowym i smutnym:

- Złoty Tomciu, jesteś tam?

O dziwo, usłyszałem ją. Głos Śmierci roztętnił Otchłań i wstrząsnął jej podstawami.

- Tak - pomyślałem. Usłyszała, o dziwo i pochyliła się jeszcze niżej.

- Co mogę dla ciebie zrobić? - zapytała.

Chciałem wybuchnąć płaczem, ale nie wiedziałem jak. Czułem się tak stary i zmęczony, że traciłem rozum.

- Nie mam pojęcia - odparłem, bo nie mogłem nic wymyślić.

- Może wyłączę Automat? - zaproponowała.

Sądziłem, że nic już nie jest w stanie mnie zaskoczyć, a o dziwo, Śmierci udało się to zrobić. Zanim zdążyłem wyklarować jakikolwiek sensowny przekaz z miliardów wirujących myśli, Ona po prostu podeszła do szklanej szyby zasłaniającej wnętrzności Automatu i położyła na niej swoją wielką, czarną, pazurzastą łapę. Szkło bezszelestnie osypało się na wykładzinę autobusu. Wyczułem nagły niepokój Automatu, gdy zimne powietrze, pełne wilgoci i pyłu zaczęło szturmować jego delikatne i wrażliwe przewody.

Śmierć wsadziła grube palce prosto w otwór i wbiła je w stalowe konstelacje i elektroniczne galaktyki. Wyszarpnęła - z hukiem, piskiem, dymem i sykiem - fragment jakiegoś żelastwa, które rzuciła na środek przejścia między fotelami, właśnie wtedy, gdy wrócił ból.

Zatrzymałem się gwałtownie w swoim bezcielesnym locie donikąd. Dygocząc, na oślep, wymacałem chwytakiem jedną ze skrytek na części zapasowe. Gdy męczyłem się z utrzymaniem nowej, śliskiej głowicy, Śmierć znalazła się tuż przy drzwiach.

- To nie będzie takie proste - stwierdziła spokojnie i jak zwykle miała rację. - Już nic nie będzie proste, Tomciu.

4.

Zdołałem wymienić zniszczone elementy swojej konstrukcji, pomimo że przyszło mi to z wielkim trudem. Na jedno oko widziałem bardzo słabo, ale udawałem z zapałem godnym lepszej sprawy, że samo się naprawi. Zauważalnie też spowolnił mi się refleks i lawirowanie pomiędzy czterdziestoośmiokołowymi tirami sprawiało, że ze strachu olej kapał mi spomiędzy zębatek.

Pasażerowie nie zwracali najmniejszej uwagi na okopcone wnętrzności Automatu zagracające środek korytarzyka, ani na poczerniały otwór w ścianie, w którym kiedyś się znajdowały. Kasowałem bilety, wydawałem resztę, wdychałem zapach mokrych płaszczy i starego tytoniu, i starałem się zachowywać normalnie.

Przeczucie, że moje życie nie może po tym wszystkim wrócić do utartej koleiny, ogarniało mnie coraz mocniej. Krzyczałbym, krzyczałbym aż do obłędu, gdyby mogło to coś dać.

Czy ja naprawdę tak bardzo kocham to stare, śmierdzące pudło, autobus? zapytałem samego siebie i tym razem miałem problem.

Bo nie, rzecz w tym, że teraz nie.

Po prostu się boję. Boję, bo gdy raz opuszczę ten pojazd, już nigdy do niego nie wrócę. Nie wrócę do żadnego innego samochodu, do spalin, smarów, błyskających kierunkowskazów i zapachu benzyny o poranku. Do jedynego życia, jakie znam.

Siedzi we mnie głęboko zakorzeniony lęk przed Końcem. Wszyscy ludzie, z którymi w ciągu ostatniego wieku miałem okazję porozmawiać, w jakiś sposób wiedzieli, co czeka ich po śmierci. Ich wyobrażenia się różniły, czasem wręcz drastycznie, ale były spójne w jednym - śmierć nigdy nie była końcem, raczej „przejściem” do kolejnego etapu.

A ja? Co czeka mnie, elektroniczny umysł? Czym ja się, u diabła, różnię od innych? Rodzajem odczuwanych emocji? R o d z a j e m ? Mój strach, moja radość jest inna, niż twoja? Bardzo możliwe. Wytłumacz mi za to, dlaczego jest gorsza!

Zostałem stworzony przez ludzi, wiem. No i co. Czyni mnie to gorszym? Upośledzonym? Złym z natury? Pozbawionym człowieczeństwa? Nieprawda. Kłamstwo.

Jeżeli czuję, to czy mam duszę? Mam ten jebany, magiczny klucz do Niebiańskich Wrót?

A jeżeli nie mam duszy, to dlaczego...

5.

Około trzeciej po południu, gdy ruch był najmniejszy, przyszło dwóch panów, na których podświadomie cały czas czekałem. Obaj byli wysocy i bladzi, a także kwaśno uśmiechnięci. Kazali mi się zatrzymać na najbliższym parkingu a także uprzejmie wyprosić nielicznych pasażerów. Zrobiłem to z przykrością, bo widziałem na twarzach kobiet z siatkami i mężczyzn w waciakach irytację i zmęczenie, ale panowie byli stanowczy i trochę oschli, więc nie zaczynałem kłótni.

Zaparkowałem się pod najbliżej rosnącym, rozłożystym jesionem, starając się ruszać z taką elastycznością i wdziękiem, jak prosto z fabryki. Zaklinałem wszystkie swoje cztery głowice, aby żadnej nie przyszła ochota trachnąć.

Złocisty cień wpadł prosto przez przednią szybę i skrył panów w swej poświacie. Trochę mi się rozmazywali.

- Czy mamy przyjemność rozmawiać ze Złotym Tomciem nr. 336, wyprodukowanym w 1906 roku w Szczecinie Północnym? - zapytał jeden, gdy drugi oglądał w skupieniu dziurę po Automacie. Nie potrafiłem wyczytać z jego głosu żadnych konkretnych emocji, które pomogłyby mi zrozumieć, na jakim gruncie stoję.

Przez chwilę miałem problem ze znalezieniem właściwej ścieżki do mikrofonu.

- Tak, to ja - odpowiedziałem w końcu trochę za głośno.

- Widzę, że miała tu miejsce mała katastrofa - wtrącił Drugi Pan, podchodząc do nas i wycierając dłonie o poły dwurzędowego płaszcza.

- Chyba tak - nie wiedziałem, co odpowiedzieć, żeby sobie poszli.

- Wczoraj równo o czternastej trzydzieści jeden dostaliśmy sygnał od Automatycznego Zabezpieczenia A.I. i Zastępcy Kierowcy o uszkodzeniu twojego systemu - wyrecytował Pierwszy Pan, widocznie dobrze przygotowany. - Przez kolejne osiem godzin i dwadzieścia jeden minut AZAIZK znakomicie wywiązywał się ze swojej roli, automatycznie sterując autobusem. O godzinie dwudziestej drugiej pięćdziesiąt dwa coś nagle zakłóciło system AZAIZK, a następnie straciliśmy sygnał. Złoty Tomciu - zwrócił się do mnie protekcjonalnie. - Wiemy, że to nie ty zniszczyłeś kosztujący blisko cztery miliony euro profesjonalny AZAIZK, bo zostałeś wyłączony jak tylko AZAIZK objął kierownictwo. Możesz nam wyjaśnić co się stało?

- Przecież byłem wyłączony, nic nie widziałem - powiedziałem, zanim zdążyłem się zastanowić. Ze stresu przefiltrowywałem pamięć podręczną w tę i z powrotem, ale nic to nie pomagało.

Pierwszy Pan skrzywił się z irytacją.

- Nic nie słyszałeś, ale widziałeś - poprawił. - Świadomość i wzrok zostają-

- Do samej śmierci? - zapytałem. Zrobiło mi się nagle smutno i straszno.

- ...Po wyłączeniu, chciałem powiedzieć - sapnął przez nos. - A więc?

Myślałem przez chwilę intensywnie. Jaki mam powód aby w ogóle iść z tymi gośćmi na współpracę?

- Automat wybuchł - powiedziałem w końcu.

- Wybuchł? Tak po prostu? - parsknął Drugi Pan.

- Pewnie jakaś fabryczna wada, to się zdarza u automatów – bąknąłem cicho, nie mogąc się powstrzymać przed drobną złośliwością.

Dwaj Panowie niespodziewanie zebrali się do wyjścia. Wyglądali na urażonych i przejętych. Nie wiedziałem, jak ich pocieszyć.

- Ostatnia rzecz - Pierwszy Pan wyciągnął z kieszeni czarno-żółtą taśmę klejącą. - Kończysz swoją pracę. Masz zostać tu i nigdzie nie odjeżdżać. Jutro przybędzie po ciebie ekipa.

- Emerytura, Złoty Tomciu - dodał Drugi.

6.

Jakie to było złe, złe.

Drzwi okleili tą paskudną taśmą, oblepili je jak dwa pająki, które zachłystując się w żarłocznym amoku okręcają muchy w splotach pajęczyn. Wielki iks na przedniej szybie zdawał się przekreślać jesion, ale to na mnie padał jego czarny cień.

Błoto na podłodze wyschło i pokruszyło się na kawałki. Nie mogłem oderwać od niego wzroku - w końcu i tak nie miałem co robić, tylko myśleć i myśleć.

Nadszedł TEN dzień. Jutro przyjedzie ekipa, z palnikami, podnośnikami i ciężarówką na złom, do której mnie wepchną. Jakie to typowe - najpierw bawimy się w Boga, a potem uznajemy, że mimo wszystko to ty jesteś taka sama pacyna błota jak abakus. Nikogo nie obchodzi całe twoje życie, całe cierpienie, smutki i radości każdego dnia. Nie, oni stworzyli sobie małego niewolnika.

A jak o swoich emerytów i niemowlęta troszczą - zżymałem się, wodząc coraz bardziej zamglonymi oczami po zapętlających się błotnych korowodach. Przedszkola dla ujemnego przyrostu naturalnego, trzynaste emerytury dla milionów strupieszałych manekinów. Bo są lepsi i gorsi, wiem. Bo Sztuczne Inteligencje, tak - SZTUCZNE, SZTUCZNE, z jakże ludzkim naciskiem na to słowo!; odchodzą do lamusa, stają się historią, już się skończyły. Kto by się przejmował czymś, co jest już przeszłością.

Nikt, kto umarł, już cię nie osądzi. Niechby tylko spróbował. Niechby tylko spróbował wrócić z zaświatów i rozerwać komuś gardło.

„Ale na czym mi tak naprawdę zależy?” zapytałem nagle samego siebie. Cienie w autobusie pogłębiły się i wydłużyły, kolejny wieczór zapadał z taką samą niezmiennością, jak kolejne pokolenia rodziły się i umierały. Człowiecze pokolenia, oczywiście.

Dlaczego pozwolono mi żyć?

Nie chcę się skończyć. Mówię: Jestem.

Myślę, więc jestem. Znajduję się tu, gdzie się znajduję. Widzę, co widzę. I myślę. Myślę o myśleniu. Bo mam na imię Złoty Tomcio, bo tak mnie nazwano. Bo mam jeden fajny chwytak i naklejkę z uśmiechniętą buźką naklejoną na przedzie metalowego pudła, w którym się znajduję. I nie chcę znikać, bo słowo "KONIEC" jest tak samo straszne jak "WIECZNOŚĆ". Ale to drugie w przeciwieństwie do "KOŃCA" zostawia cień nadziei. Nadziei, że kiedyś obudzę się ze snu i okaże się, że mam dłonie i nogi, i prawdziwą twarz, z nosem, oczami i ustami, z pieprzykiem na skroni i zarostem na podbródku. W ciele, które płacze, krzyczy, pluje, sika, krwawi i biega.

Bo gdybym żył naprawdę JAKO CZŁOWIEK, wiedziałbym, że pasuję do tego świata, że do niego należę.

A nie działam jako bękart gdzieś w cieniu ważnych ludzi, ukrywając się przed okiem Boga i prosząc o jeszcze jeden dzień, jeszcze jeden dzień Samoświadomości.

7.

... A jeżeli nie mam duszy, to dlaczego widzę ludzką Śmierć?

Dopiero wspomnienie Kostuchy pozwoliło wyrwać mi się z letargu - w autobusie było zupełnie czarno, tak samo jak na zewnątrz. W październikową noc wpada się jak w studnię, bez pamięci i oczekiwań.

Poczułem niepojętą ulgę na myśl o Śmierci.

Boże, jaką straszną miałem ochotę płakać.

Zapaliłem silnik prawie machinalnie. Prawie. Przez chwilę wsłuchiwałem się w wibracje i ryk eksplozji pomiędzy tłokami, dopóki nie podjąłem ostatecznej decyzji.

Śmierć czeka na mnie na przystanku. Muszę ją odwieźć do domu, obojętne gdzie mieszka. Jest jedyną osobą na całym świecie, która wie.

Ostrożnie, osłabiony jak nigdy i prawie ślepy, wylawirowałem z parkingu prosto na puste ulice miasta. Wiedziałem, że za chwilę zauważy mnie pierwszy patrol policji i od razu zatrzyma, może nawet mnie zastrzelą, żeby nie mieć problemu, skoro złamałem pierwszy rozkaz: zostań-na-dupie-A.I.

Skręciłem pospiesznie w jedną z ciasnych uliczek. Wiedziałem, że zbliża się godzina dwudziesta trzecia, więc Śmierć na pewno jest już niecierpliwa. Zwiększyłem prędkość, ledwie przeciskając się pomiędzy odrapanymi ścianami kamienic i trzęsąc na nigdy nie remontowanym asfalcie. Koty o fosforyzujących oczach uciekały spod kół, jakiś dziecięcy rowerek poleciał z trzaskiem w bok. Zbłąkane pijaczki odskakiwały w ślad za kotami, żegnając mnie wiązankami przekleństw.

Księżyc to się krył, to wychylał spomiędzy chmur, a jego blade światło było dziwnie chorobliwe. Robaczywe jabłko Księżyc.

Śmierć stała tam, gdzie zawsze. Przypominała nienaturalnej wielkości, nieforemny worek na ziemniaki, przypadkowo ustawiony na środku chodnika. Cień, który rzucała, był oleisty i czarny, gęsty jak smoła.

Gwałtownie zatrzymałem pojazd, aż osmalone szczątki Automatu uderzyły o tylną ścianę autobusu. Wydałem komendę drzwiom - a te, trzeszcząc taśmą i rozrywając ją, otworzyły się szeroko na przyjęcie Jejmości.

- Widzę, że coś się wydarzyło, Złoty Tomciu - skonstatowała, gramoląc się do środka.

Ruszyłem z szarpnięciem.

- Mam do ciebie prośbę - wyrzuciłem z siebie z determinacją.

W autobusie zrobiło sie naraz bardzo cicho i nieprzyjemnie. Śmierć czekała cierpliwie.

- Zabierz mnie - poprosiłem.

- Gdzie? - zapytała beznamiętnie.

- Nie udawaj głupiej - zirytowałem się. - Wiesz, gdzie. Nie bez powodu Cię widzę. To nie może być przypadek, ja-

- A jak myślisz, co to jest, jeśli nie przypadek? - przerwała mi. Usiadła ciężko na jednym z foteli.

- Nie wiem! Palec Boży. Wskazówka. Nadzieja. Miłosierdzie - wykrzyknąłem z taką siłą, że aż głośniki pierdnęły.

- Ja myślę, że to błąd systemu - wyznała Śmierć w zadumie. - Swoją drogą, nie sądzisz, że to niebezpieczne prowadzić w twoim stanie?

Spojrzałem na nią zamglonym wzrokiem i prawie udało mi się parsknąć śmiechem.

- Przecież tobie nic nie może się stać - odpowiedziałem.

- Fakt.

Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu. Znaleźliśmy się na jednym z większych skrzyżowań, kierowcy nielicznych samochodów wpatrywali się w moją przekreśloną szybę i widziałem na ich twarzach usilną próbę zrozumienia. Pojąłem, że zegar tyka, a natknięcie się na gliniarzy jest wyłącznie kwestią czasu.

- Czyli, jednym słowem, nie ma dla mnie miejsca w Niebiosach? - zapytałem. Ogarniało mnie odrętwienie.

- Nie wiem.

- Nie wiesz?!

- To nie ja decyduję, co i jak. Mogę ci tylko powiedzieć, że mój Szef musiałby sobie chyba nieźle chlapnąć, aby cię Tam wpuścić .

- Ale po co tak? Po co tak? - piekliłem się. - Dlaczego nie mam duszy, skoro jestem jak człowiek? Dlaczego Twój Szef dopuścił do czegoś takiego na swojej ziemi?

- Nie wiem.

- Może od razu lepiej spuścić potop, co? Stajnia Augiasza! Wszystkie męty i wyskrobki do kanału ściekowego, a najlepsi i stworzeni na podobieństwo boskie do Arki! Lepiej, co?

- Możliwe - przyznała Śmierć. - Nie będę się kłócić.

Zabrakło mi słów.

Świat przesuwał się za oknami, powierzchnia planety ślizgała gładko pod oponami. Reflektory prześwietlały moje receptory wzroku boleśnie jaskrawymi wiązkami. Usłyszałem z tyłu za sobą kogut policyjny i zniechęcenie zalało mnie jak dusząca fala.

Dojechałem do przedostatniego przystanku i otworzyłem drzwi. Śmierć odwróciła się do mnie masywnymi plecami i powoli zaczęła wygrzebywać się na zewnątrz. Wóz policyjny wyhamował z piskiem opon tuż obok i na chodnik wyskoczyło dwóch dziarskich policjantów w jasnoniebieskich mundurach.

Zobaczyłem, jak spomiędzy otworów wentylacyjnych na podstawie metalowego pudła, w który mnie opakowano, zaczyna wydobywać się dym.

- Śmierci! - zawołałem nagle.

Odwróciła się w moją stronę.

- Czy zapytasz się Szefa, jak go spotkasz?... - wyrzuciłem przez piski mikrofonu. Blacha mojego ciała rozgrzewała się niebezpiecznie. - Wiesz. O mnie. Czy...

Jeden z policjantów zbliżył się sprężystym krokiem, z jakimś żelastwem w dłoni, aby założyć blokadę na koła. Coś zadygotało mi we wnętrzu ze zgrozy i wściekłości.

Do dziś nie wiem, co odpowiedziała Śmierć. Pamiętam tylko, jak z rykiem szaleńczego gniewu rzuciłem się naprzód całym huczącym i wyjącym autobusem, uderzyłem bocznymi drzwiami w gliniarza, aż pofrunął na drugą stronę ulicy, wylawirowałem na środek drogi i wciąż nie przestając krzyczeć ruszyłem ile sił w silniku naprzód.

Każdy elektroniczny neuron wrzeszczał przejmująco, dygotał na swoim miejscu, wibrował i pękał jak cholerna bomba atomowa. Trzasnęły trzy głowice, jedna po drugiej, ból był tak nie do zniesienia, że chwytakiem zacząłem zdzierać z siebie płyty metalu, łamiąc przy okazji palce. Smród benzyny, pękających przewodów i zwęglających się kabli odebrał mi resztę rozumu.

Autobus próbował zatrzymać metalowy płot, potem murowany klomb, ale udało się to ostatecznie frontowej ścianie Zarządu Miejskiego.

Pamiętam jeszcze tylko, jak nagle tracę czucie i cofając się w stronę przepaści, spadam z klifu.

Jak staję się nagle malutki niczym drobina powietrza, atom, kwant energii w Otchłani bez końca i początku, wirując w stronę nieistniejącego dna, a wszystkie kierunku świata i czas w pewnym momencie przestają istnieć.

8.

Oślepiło mnie światło słońca i rozmazane sylwetki ludzi, krążące dookoła mnie w zaaferowaniu.

- Jeszcze działa, pudło - usłyszałem czyjś głos tuż obok. Mocarne ręce chwyciły moje okaleczone ciało i odstawiły bez ceregieli na mokrą ziemię.

- Co za problem z tym gównem. Naprawdę się cieszę, że to już koniec - stwierdził ktoś drugi z wyraźną ulgą.

Nie widziałem nic poza plamami światła.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Florian Konrad dwa lata temu
    To jest dobre! Serio! "Donikąd" - to jednak wredny wyraz, pisze się łącznie, gnoja. :)
  • Edypalna dwa lata temu
    Pfff... Dziękuję za miłe słowo. Zajmę się jutro korektą, chyba miałam dzisiaj coś z głową wypuszczając opowiadanie z tyloma błędami :/
  • Bajkopisarz dwa lata temu
    Kilka uwag

    „to stać nudną rutyną, gdyby nie to,”
    Drugie to można zastąpić np. „gdyby nie fakt” nie będzie powtórki
    „Zobaczyłem w swoim życiu”
    Raczej: widziałem
    „Ale jej nie dało się pominąć,”
    Tu jest kontra (ale) do poprzedniego zdania. Jednak w treści nie ma kontry. Powinno być więc: Jej TEŻ nie dało się
    „który dręczył ich od stuleci.”
    Zamiast ich – napisz kogo np. ludzkość
    „zaczynały sprawiać "nietypowe" kłopoty. Niektóre zaczynały”
    2 x zaczynały
    „jest to, że nie naprawia”
    To – niekonieczne
    „przyjdzie dzień, w którym nie będę w stanie sobie pomóc i przyjdzie śmierć dla całego układu. Oczywiście, poprzedzona paroma latami rdzewienia na wysypisku śmieci, gdy przyjdą”
    3 x przyjdzie
    „gdy przy nich stawała albo”
    Gdy stawała blisko / w pobliżu (ginie zaimek)
    „12 październik 2020 roku”
    października
    „jedna z głównych głowic”
    Niejasne czyich głowic: kierowcy czy autobusu. I głowic od czego?
    „pusty. Zbliżyła się do mnie, zawieszonego w pustce”
    Pusty – pustce = wrażenie powtórki
    „ją. Jej głos roztętnił Otchłań i wstrząsnął jej podstawami.
    - Tak - pomyślałem, a ona również mnie”
    Ją-jej-jej-one-mnie – za dużo zaimków
    „wbiła je stalowe konstelacje”
    Je w
    „żelastwa i rzuciła je na”
    Które rzuciła – ubijasz zaimek
    „chociaż przyszło mi to z wielkim trudem. Na jedno oko widziałem bardzo słabo, chociaż”
    2 x chociaż
    „inna, niż Twoja?”
    Mała litera: twoja
    „że stworzyli mnie ludzie”
    Zostałem stworzony przez (umiera zaimek)
    „wyprosić wszystkich nielicznych pasażerów”
    Wszystkich – zbędne
    „wobec tego nie zaczynałem”
    Więc nie zaczynałem – znika zaimek tego
    „wtrącił się Drugi Pan”
    Się – zbędne
    „A jak się nad swoimi emerytami i niemowlętami troszczą”
    Lepiej to zrobić prościej i czytelniej: „A jak się o emerytów i niemowlęta troszczą” – zżymałem
    „się nie pchają. Wiedziałem, że zbliża się godzina dwudziesta trzecia, więc Śmierć na pewno już się niecierpliwi. Zwiększyłem prędkość, ledwie przeciskając się”
    4 x się
    „Mam dla ciebie”
    Do ciebie (chyba że celowo błąd?)

    Bardzo dobre opowiadanie. Powojuj z zaimkami o powtórkami, będzie świetne.
    Pod Kierowcę można podstawić AI, tak jak jest, ale można tam wpisać także społecznego outsidera, zwykłego, przeciętnego, który się nie odnajduje. Chce przynależeć, a nie może, zabroniono mu, choć powód tego zabronienia nie jest znany. Bo tak. Bo ktoś zadecydował, albo ktoś wymyślił, że ktoś zadecydował. Szef istnieje, czy został wymyślony na czyjś użytek? Może to, co odpowiedziała śmierć, a czego nie usłyszał Kierowca brzmiało: ale Szefa teraz nie ma, wziął 3 wieczności urlopu.
    Pytania egzystencjalne, kim jestem, co tu robię, co dalej – może je sobie zadawać AI, moment w którym zacznie to robić, będzie końcem ludzkości. Ale może je sobie równie dobrze zadać każdy z nas. Tylko ilu z nas zdoła odpowiedzieć, zanim umysł zmęczy się analizą pytania i zwróci się ku łatwiejszym, przyjemniejszym tematom?
  • Edypalna dwa lata temu
    O mój Bosze, dziękuję za tak wyczerpujący komentarz. Co do wszystkich twoich uwag dotyczących kwesti gramatycznych itd. - wszelkiego rodzaju literówki, literki posłane w kosmos i nadużywanie zaimków spróbuję jutro poprawić. W moim przypadku błędy te powoduje nieuwaga i brak solidnej redakcji. Dziękuję jeszcze raz, na pewno przyda mi się co napisałeś/aś.
    Jeśli chodzi o interpretację to bardzo mi się podoba :)
  • kigja dwa lata temu
    Bajkopisarz to chyba następca Cana.
  • Narrator dwa lata temu
    Pogratulować wyobraźni! Co do poprawek to, o ile nie piszesz na papierze, radzę nie usuwać oryginalnego tekstu, tylko pisać następną wersję. Oryginalny tekst ma dużą wartość, ponieważ oddaje chwilę, w której był pisany. Poprawić to tak jakby tej chwili nigdy nie było. Oczywiście nie mam na myśli ewidentnych omyłek gramatycznych.
  • Edypalna dwa lata temu
    Dziękuję bardzo :) Nigdy nie usuwam starych wersji tekstu - oczywiście potem mam kłopoty w odnalezeniu "najwłaściwszej, najostatniejszej, najlepsiejszej", bo nie zadam sobie trudu, aby je ponumerować. A omyłki gramatyczne i ortograficzne poprawiam od razu, ze wstrząsem psychicznym "ja tak napisałam? Cóż to, pomroczność jasna?". Także ten tego, serdecznie dziękuję za przeczytanie mojej historyjki i życzę miłego dnia :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania