Rezerwacja.
Pierwszą różę zostawił pod wierszem o deszczu.
Była mała, czerwona, wciśnięta między jego komentarz a godzinę publikacji. Niedopowiedziana spojrzała na nią bez szczególnego zainteresowania. Na portalu rozdawano kwiaty równie łatwo jak piątki, nagany i rady dotyczące interpunkcji.
Przeczytała jednak komentarz.
„W ostatniej strofie piszesz, że zamknęłaś okno. Dlaczego mam wrażenie, że zostawiłaś je uchylone?”
Zerknęła na swój wiersz. Potem na prawdziwe okno, za którym listopadowy deszcz zacierał kontury sąsiedniej kamienicy.
Było uchylone.
„Żeby przewietrzyć zakończenie” — odpisała.
„To dobrze. Nie lubię, kiedy wierszowi brakuje powietrza.”
Uśmiechnęła się.
Nick znała. Marabut. Czytywała go wcześniej, czasami się z nim zgadzała, czasami miała ochotę poprzestawiać mu pół strofy. Tego wieczoru weszła na jego profil i pod jednym z tekstów napisała, że pointa przyszła o dwa wersy za późno.
„Czekała na ciebie.”
„Pointa?”
„Oczywiście. A co sobie pomyślałaś?”
Tak się zaczęło.
Przez następne tygodnie spotykali się pod wierszami. Rozbierali zdania, spierali się o jedno słowo, odsyłali do obrazów, których drugi człowiek nie zauważył. Niedopowiedziana lubiła, że potrafił się z nią nie zgodzić. Jeszcze bardziej lubiła, że kiedy miała rację, nie urządzał z własnej pomyłki tragedii.
Z czasem dowiedział się, że nie znosi tykania zegara w sypialni i czasami kupuje książkę tylko dlatego, że ktoś zostawił w niej dedykację. Ona wiedziała już, że miewa zwyczaj odpowiadać na najpoważniejsze pytania żartem, po którym jednak przychodziła odpowiedź.
Róże pojawiały się nieregularnie. Jedna pod wierszem, druga przy życzeniu dobrej nocy. W końcu zaczęła ich wypatrywać.
Pewnego dnia ktoś dopisał pod ich rozmową:
„To jest portal literacki, a nie media społecznościowe.”
Niedopowiedziana przeczytała uwagę dwa razy.
„Może ma rację? Przyszliśmy tu przecież pisać.”
„I czytać” — odpowiedział Marabut.
„A my?”
„Właśnie to robimy.”
„Pytając, co jadłam na śniadanie?”
„Wiersz napisałaś ty. Trudno mi udawać, że jego autorka przestaje istnieć po ostatniej kropce.”
Usiadła wygodniej.
„Czyli twoim zdaniem to jednak portal społecznościowy?”
„Dla ludzi, którzy piszą. Łączy nas literatura, ale przecież nie spotykają się tu same teksty. Pod wierszem o tęsknocie prędzej czy później ktoś zapyta, za kim tęsknisz.”
„Nie każdy chce odpowiadać.”
„I nie musi. Ale czasami chce. Wtedy zaczyna się rozmowa.”
Przez chwilę nie odpisywała.
„Myślisz, że jesteśmy inni?”
„Myślę, że tu łatwiej usłyszeć, że ktoś zamilkł. Człowiek, który waży słowa we własnym wierszu, czasem zauważy też brak jednego słowa w cudzej odpowiedzi.”
„Czasem.”
„Czasem wystarczy.”
Spojrzała na jego ostatnie zdanie i pomyślała, że jej odpowiedź właśnie zrobiła się trudniejsza.
***
O szczęście zapytał kilka wieczorów później.
„Jesteś szczęśliwa?”
Mogła odpisać od razu, ale najpierw odstawiła kubek. Nie chciała potraktować tego pytania jak uprzejmego „co słychać”.
„Tak.”
„Dlaczego?”
„Bo jestem.”
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
„Właśnie.”
„Co właśnie?”
„Ja też.”
Za oknem ktoś próbował uruchomić samochód. Rozrusznik zakręcił kilka razy, potem zapadła cisza.
„Nie potrzebujesz powodu?” — zapytała.
„Mam mnóstwo powodów do radości. I trochę do zmartwień. Ale nie chcę od nich uzależniać tego, czy wolno mi być szczęśliwym.”
„Ładnie powiedziane. Trudniej zrobić.”
„Pewnie. Tylko kiedy mówisz: będę szczęśliwy, jeśli coś dostanę, kogoś zdobędę, gdzieś dojadę, zawsze może pojawić się następne »jeśli«. I tak można czekać całe życie.”
„A jeśli ktoś teraz nie jest szczęśliwy?”
„To życzę mu, żeby nie musiał czekać na pozwolenie świata. Bo jeżeli będzie czekał, może nigdy się nie doczekać.”
Obróciła kubek, szukając ustami miejsca, które jeszcze było ciepłe.
„Skoro jesteś szczęśliwy, po co ci drugi człowiek?”
„Żeby mieć z kim się tym podzielić.”
Długo patrzyła na te słowa.
Potem pod jego odpowiedzią zostawiła różę.
***
Mieli już za sobą dość życia, żeby wiedzieć, że bliskości nie buduje się samymi ładnymi zdaniami. Mimo to coraz częściej łapała się na tym, że w ciągu dnia układa odpowiedź na pytanie, którego jeszcze jej nie zadał.
Pewnego wieczoru napisała:
„Wiesz, co jest jedyną wadą tej naszej rozmowy?”
„Moje przecinki?”
„Nie mogę wziąć cię za rękę.”
Tym razem odczekał.
„To prawda.”
„A widzisz. Istnieją rzeczy, których słowa nie załatwią.”
„Istnieją. Ale nie wszystkie granice są tam, gdzie je postawiłaś.”
„Zamierzasz mnie przytulić przez klawiaturę?”
„Najpierw chciałbym usłyszeć, jak się śmiejesz.”
„Unikasz odpowiedzi.”
„A ty już się uśmiechasz.”
Roześmiała się, trochę wbrew sobie.
„Słowa mogą wzruszyć. Rozbawić. Mogą człowiekowi namieszać w głowie. Ale ty mówisz o czymś więcej.”
„Mówię, że można być daleko i dać komuś bardzo wyraźnie poczuć swoją obecność.”
„Brzmi jak obietnica.”
„Jak zaproszenie. Możesz odmówić.”
„A jeśli nie odmówię?”
Następnego dnia zostawił pod jej tekstem dziwny, dziewięciowersowy drobiazg. Nierówne wersy, żadnego wyraźnego rytmu.
„Co ty mi tu przyniosłeś?” — zapytała.
„Coś, w czym wyjątkowo warto policzyć słowa.”
Policzyła.
Dziewięć wersów. Dziewięć cyfr.
Przepisała je na kartkę, zrozumiała i pokręciła głową.
„To chyba twój najgorszy wiersz.”
„Mam nadzieję, że przynajmniej się dodzwonisz.”
***
Zadzwoniła w czwartek.
Odebrał po drugim sygnale.
— Dobry wieczór, Niedopowiedziana.
Głos miał niższy, niż się spodziewała. Było w nim coś spokojnego i lekko chropowatego, jakby przed chwilą długo milczał.
— Ty naprawdę istniejesz — powiedziała.
— Zdarza mi się.
Usłyszał jej śmiech.
— Warto było napisać ten fatalny wiersz.
Rozmawiali najpierw zwyczajnie. O dniu, o pogodzie, o tym, że czyjś głos potrafi zmienić sposób czytania wszystkich jego wcześniejszych wiadomości.
— Wrócimy do naszego eksperymentu? — zapytała w końcu.
— Jeśli nadal masz ochotę.
Miała.
Poprosił, żeby znalazła sobie trochę czasu, którego nie będzie musiała nikomu oddawać. Mogła wziąć kąpiel, włączyć ulubioną muzykę, ułożyć się wygodnie. Zaproponował, że zadzwonią ponownie za pół godziny.
Kiedy wróciła, z głośnika płynął cichy jazz. Zgasiła górne światło, zostawiając lampkę przy łóżku.
— Gotowa? — spytał.
— Trochę się czuję, jakbym miała zdawać egzamin.
— To zacznijmy od tego, że nie ma żadnego egzaminu.
Położyła telefon obok poduszki.
— I nie musisz niczego udowadniać — dodał. — Ani mnie, ani sobie.
Dopiero wtedy poczuła, ile wysiłku wkładała dotąd w oczekiwanie, że za chwilę powinno wydarzyć się coś niezwykłego.
— Zamknąć oczy?
— Jeśli chcesz.
Zamknęła.
Poprosił, żeby pomyślała o miejscu, w którym dobrze jej być. Takim, w którym nie trzeba pilnować twarzy ani zastanawiać się, jak zabrzmi następne zdanie.
Wybrała pomost nad jeziorem. Kilka lat wcześniej spędziła tam tydzień, zupełnie sama. Pamiętała zapach nagrzanych desek, cichy stuk łódki o drewniany słupek i wodę tak spokojną, że długo nie potrafiła odejść.
Opowiedziała mu o tym.
Nie zaczął od razu zmieniać jej wspomnienia. Zapytał, z której strony padało światło. Czy pomost miał poręcz. Gdzie zwykle siadała.
— Na samym końcu.
— Jest tam jeszcze trochę miejsca?
Przesunęła się odruchowo na łóżku i otworzyła oczy.
— Co? — spytał, słysząc jej śmiech.
— Nic. Właśnie zrobiłam ci miejsce.
— Mogę usiąść?
— Możesz.
Znów przymknęła powieki.
Opowiadał spokojnie. Czasem pytał o drobiazg, czasem milczał, pozwalając jej dopowiedzieć obraz. W którymś momencie zorientowała się, że przestała nasłuchiwać telefonu. Słuchała człowieka, który siedział obok niej na końcu pomostu.
— Dziwne — powiedziała.
— Co takiego?
— Że nie musisz dużo mówić.
— Ty też nie.
Przez uchylone okno dochodził szum przejeżdżającego samochodu. W jej wyobraźni stał się szumem drzew.
— A jeśli będę chciała cię kiedyś zobaczyć? — zapytała.
— Przyjdź w sobotę do Starego Browaru.
Otworzyła oczy.
— Do Poznania?
— Tak. Po południu.
— Gdzie dokładnie?
— Pochodzisz trochę.
— Marabut, czy ty masz pojęcie, ile tam jest ludzi?
— Mam.
— I mam cię znaleźć pośród nich wszystkich? Nawet nie wiem, jak wyglądasz.
— Pomyśl o mnie, kiedy tam będziesz.
— To nie jest odpowiedź.
— Wiem.
W jego głosie słyszała uśmiech, ale tym razem jej nie rozśmieszył.
— A poważnie?
— Poważnie: jeśli po tej rozmowie nadal będziesz chciała się spotkać, przyjdź. Nie musisz teraz obiecywać. I nie musisz jechać po to, żeby sprawdzić, czy dotrzymam słowa. Przyjedź, jeżeli sama tego zechcesz.
— Wierzysz, że się znajdziemy?
— Wierzę, że trochę można zostawić losowi.
— Bardzo wygodnie.
— Prawda?
Pokręciła głową, choć nie mógł tego widzieć.
— A teraz? — zapytała.
— Teraz możesz jeszcze przez chwilę nie otwierać oczu.
Wrócili nad jezioro.
Potem rozmowa stała się cichsza i bardziej osobista. Pozwoliła sobie powiedzieć rzeczy, których nie umiałaby napisać pod żadnym wierszem. On słuchał. Nie poprawiał jej zdań, nie spieszył się z odpowiedzią.
Z tamtej nocy zachowała później niewiele dokładnych słów. Zostało przede wszystkim poczucie bliskości — pełniejszej, niż kiedykolwiek spodziewała się zaznać z kimś, kogo jeszcze nie widziała.
Kiedy w końcu otworzyła oczy, płyta już się skończyła.
Połączenie również.
Przez chwilę leżała bez ruchu, patrząc na ciepły krąg światła pod abażurem.
***
Nazajutrz numer nie odpowiadał.
Po południu usłyszała, że jest nieaktywny.
Weszła na portal. Odszukała ostatni komentarz, kliknęła nick.
Nie było profilu.
Spróbowała jeszcze raz, jakby za drugim kliknięciem strona mogła zmienić zdanie.
Poczuła najpierw zdumienie, a potem złość.
Mogła zrozumieć milczenie. Każdy miewał swoje sprawy. Ale zniknięcie po takiej rozmowie wydawało jej się czymś, na co nie zasłużyła.
Przez chwilę miała ochotę napisać wiersz wyłącznie po to, żeby mógł się w nim rozpoznać i poczuć nieswojo.
Zamiast tego zamknęła komputer.
Dzień toczył się dalej. Odebrała przesyłkę, zrobiła zakupy, rozmawiała z przyjaciółką i roześmiała się z czegoś tak głupiego, że musiała potem powtórzyć to jeszcze raz. Wieczorem udało jej się poprawić zakończenie wiersza, z którym męczyła się od tygodnia.
Była szczęśliwa.
I tęskniła.
Te dwie rzeczy mieściły się w niej jednocześnie, chociaż wcześniej nie zastanawiała się, jak to możliwe.
Najczęściej wracał jego głos. Przy zmywaniu kubka, na światłach, podczas szukania kluczy. Przypominała sobie, jak zapytał, czy na pomoście jest jeszcze miejsce.
W piątek wieczorem wyjęła z szafy sukienkę, obejrzała ją i odwiesiła.
Po dziesięciu minutach wyjęła ją ponownie.
***
W sobotę Stary Browar był pełen ludzi.
Przechodzili obok niej z torbami, kawą, dziećmi trzymającymi się rękawów. Ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś nawoływał znajomych. Głosy mieszały się z muzyką i odgłosem kroków.
Zatrzymała się pod ścianą z czerwonej cegły.
„Pomyśl o mnie.”
— No przecież myślę — mruknęła.
Mężczyzna stojący obok spojrzał na nią pytająco.
Uśmiechnęła się przepraszająco i ruszyła dalej.
Przez pierwsze kilkanaście minut przyglądała się niemal każdemu, kto mógłby być nim. Potem poczuła się absurdalnie.
Nie wiedziała, czy jest wysoki. Czy nosi okulary. Czy ma sposób chodzenia, który od razu zwróciłby jej uwagę. Znała człowieka, przy którym potrafiła zamknąć oczy bez poczucia samotności, a nie umiałaby opisać jego twarzy.
Weszła do księgarni, obejrzała kilka książek. Jedną odłożyła krzywo i wróciła ją poprawić.
Przechodząc obok kawiarni, postanowiła, że napije się kawy. Potem jeszcze raz przejdzie przez pasaż i wróci do domu.
Wtedy zobaczyła różę.
Leżała na niewielkim stoliku przy przejściu, obok kartonika z napisem „Rezerwacja”. Miała długą łodygę i jeden ciemny liść wywinięty ku górze. Przy stoliku stały dwa krzesła.
Zatrzymała się.
Na ekranie róże były zawsze jednakowe. Ta miała drobne zagięcie na brzegu płatka.
Podeszła bliżej.
— Przepraszam — odezwała się do kelnera. — Dla kogo jest zarezerwowany ten stolik?
— A o który stolik pani pyta?
Wskazała.
— Ten z różą.
Kelner spojrzał na kwiat, potem na nią.
— Jeżeli pani pyta o różę, to znaczy, że ten stolik jest zarezerwowany dla pani.
Przez moment nie potrafiła odpowiedzieć.
— Dla mnie?
— Tak. Proszę usiąść.
Odsunęła krzesło.
Miała ochotę zapytać, kto dokonał rezerwacji, kiedy przyszedł, jak wyglądał i czy nadal tu jest. Pytania pojawiły się wszystkie naraz, ale kelner czekał spokojnie, a ona nagle uznała, że na razie wystarczy jej jedno.
— Mogę zamówić kawę?
Usiadła tak, żeby widzieć przejście.
Wzięła różę do ręki. Obróciła ją ostrożnie, uważając na ciernie. Pomyślała o pierwszym komentarzu, o uchylonym oknie, o wierszu, który okazał się numerem telefonu.
Obok przesunęły się czyjeś torby. Zabrzęczała filiżanka. W głębi kawiarni ktoś roześmiał się głośniej.
Patrzyła na puste krzesło.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, kiedy poczuła czyjąś obecność za plecami.
Dłonie delikatnie zasłoniły jej oczy.
Drgnęła, lecz zaraz znieruchomiała. Dotarła do niej wyraźna woń męskich perfum — ciepła, drzewna, zupełnie nowa. A jednak pewność, która przyszła wraz z nią, była znajoma.
— Możesz jeszcze przez chwilę nie otwierać oczu — powiedział.
Ten głos.
Położyła dłoń na jego dłoni.
Wszystkie pytania, które układała przez ostatnie dwa dni, jeszcze przed chwilą wydawały jej się pilne. Teraz mogły zaczekać.
Odsunął ręce.
Wstała i odwróciła się do niego. Przez krótką chwilę patrzyła na twarz człowieka, którego dotąd znała z zamkniętymi oczami.
Potem wtuliła się w niego.
Komentarze (8)
czemu masz awatar + wgląd w galerie zdjęć?
Good question.
Marabut, pomyślałem, że chciał byś wiedzieć ;)
NinjaC Wysłałem Ci serduszko
Marabut, najgorzej. elo
NinjaC Jesteś bardzo enigmatyczny.
NinjaC, najlepiej.Elo
Lata temu miałam sen, siedziałam przy stoliku
w kawiarń z kimś kogo twarzy nie pamiętam ale doskonale pamiętam słowa jakie w tym śnie powiedział wtedy do mnie ,,Połączyły nas - miś, biblioteka, kawiarnia i róża "
Przypomniał mi się ten sen bo napisałeś w tekście ,,połączyła nas literatura" .. .może to przypadek a może....
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania