Rolki 23
Postać: Janusz Bułka
Zdarzenie: Imieniny w zakładzie pracy
Jechałem tramwajem do pracy. Środkiem komunikacji trzęsło tak, jakby zaraz miał się rozpaść na cząsteczki elementarne. Ach, te wrocławskie torowiska! Obłęd. Chyba nie ma gorszych w całej Polsce.
Nagle za oknem błysk pioruna rozciął czarne niebo, a po chwili rozległ się potężny huk. Strugi ulewnego deszczu bębniły o dach i szyny, a po ulicach rozlewały się rwące potoki. Mimo to tramwaj sunął dalej do celu. A mnie tak bardzo się nie chciało... Najchętniej odpuściłbym sobie dzisiaj tę robotę. Ale szef ma imieniny. A to oznacza jedno: będzie tort, szampan, piwo i kula disco grająca hity z lat 80.
Tramwaj dojeżdżał do celu.
– Wysiadam!
Naprzeciwko wyrósł mi wielki szyld fabryki papieru toaletowego Maga. Przed bramą wejściową dumnie lśniło logo firmy: Niebieski Słoń. Przy wejściu odbiłem kartę w automacie. Rzuciłem okiem na zegarek – była dokładnie 21:47.
– Dzień dobry, panie Mietku – rzuciłem do ochroniarza.
– O, siema – odpowiedział, a ja wszedłem na teren zakładu.
Zaczynałem nocną zmianę. Czułem jednak, że te osiem godzin będzie wyjątkowe. Mój kierownik, solenizant Janusz Bułka, to żywa legenda polskiego wywiadu. Kiedyś, podczas misji w Dreźnie, pracował ramię w ramię z samym Putinem! Bułka to wysoki, szczupły blondyn. Mimo upływu lat wciąż zachował ten zabójczy czar, w którym mogłyby się zakochać tysiące kobiet.
Weszliśmy w serce zakładu. Powietrze było gęste od zapachu celulozy, kleju i rozgrzanych maszyn. Wokół nas huczały gigantyczne linie produkcyjne. Olbrzymie walce z szumem rozwijały tony białego surowca, który z piekielną prędkością mknął przez systemy suszenia, tłoczenia i nawijania. Wszędzie wokół piętrzyły się wielkie bele papieru, a pod sufitem, w rytm miarowego łoskotu maszyn, przesuwały się kilometry miękkich, dwuwarstwowych wstęg, które za chwilę miały trafić do łazienek w całym kraju.
Zaczęliśmy pracę. Linia ruszyła. Stanąłem na jej początku jako kontroler jakości, pilnując, by żaden felerny zwój nie przeszedł dalej. Ale to nie była zwykła nocka. Zaledwie pół godziny, góra godzina pracy – i zaczynamy imprezę imieninową naszego szefa!
Wódka lała się strumieniami, a na stołach uginały się ciężkie półmiski. Nie brakowało zacnych potraw. Główną przekąską była pieczeń z sarny i udziec z dzika. Na stołach stały też miski pełne bigosu, kurczaków i... chrupek z jakiegoś japońskiego węża. Na deser podano domowy zakalec.
Rozmowy nabierały rumieńców, wszyscy świetnie się bawili. W końcu ktoś chwycił za mikrofon i zaczęliśmy fałszować największe przeboje lat 80. Kula disco wirowała pod sufitem, rzucając kolorowe refleksy na stosy papieru toaletowego.
Wtedy nagle, bez żadnego ostrzeżenia, zgasło światło.
Impreza natychmiast zamarła. W gęstej ciemności usłyszeliśmy nerwowy, szybki szelest dochodzący zza ściany magazynowej. Ktoś wstrzymał oddech.
Nagle po posadzce przemknęła szara, zwinna mysz, piszcząc przeraźliwie i uciekając w najciemniejszy kąt hali. W ślad za nią powietrze zgęstniało i stało się lodowate. Z sufitu, z powolnym, złowrogim trzaskiem, zaczął sączyć się gęsty, nienaturalny dym.
Z ciemności, spośród wielkich bel celulozy, wyłoniła się wysoka, bezkształtna sylwetka. Miała na sobie czarny kaptur, a jej skóra była sina. Postać spowita była w postrzępione, historyczne szaty, które wyglądały, jakby przesiąkły wiekami wilgoci i grzybu. Twarz ukrywała pod głębokim kapturem, z którego wnętrza patrzyły dwie jarzące się, krwistoczerwone, demoniczne ślepia. Z każdym jej krokiem maszyny do produkcji papieru zaczynały cicho, złowrogo pojękiwać, a wokół roznosił się zapach stęchlizny i spalenizny.
To był Czarny Mnich. Legendarny duch, który straszył w pobliskim zamku.
Janusz Bułka powoli wstał od stołu. Jego błękitne oczy zalśniły w mroku odwagą weterana.
– Stój, kimkolwiek jesteś... – krzyknął legendarny szpieg, sięgając za pazuchę.
Ale Mnich uniósł rękaw i wskazał na nas palcem.
W tym momencie czas stanął w miejscu.
Po chwili ocknąłem się o świcie przed bramą wejściową na teren zakładu pracy. Wokół mnie nie było ani jednej żywej duszy.
Tego samego dnia nagłówki w gazetach tak brzmiały:
MASAKRA W FABRYCE PAPIERU TOALETOWEGO
23 zabitych, w tym legendarny Janusz Bułka.
Komentarze (2)
O, bierzesz udział w TW!
Fajnie!
Ciekawa nazwa fabryki papieru toaletowego. Sympatyczne opko z humorem :)
Pozdrawiam.
Hej :)
Dzięki :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania