ROMANS XXI

6:30. Przytłaczająca rutyna rozpoczyna kolejny cykl, który w przytłaczającej większości przyprawia mnie o mdłości, spowodowane bezrefleksyjnością wykonywanych czynności i głupotą otaczających mnie jednostek. Praca, którą wykonuje w zdecydowanie większości polega na przekształceniu człowieka w robota. Wymiana sztuk i mnogość tych samych czynności powodują, że moje i tak już przeorane serce, przepełnia żal, jak bardzo marnuje sens egzystencjonalny. 8 godzin, które spędzam na fabryce, traktuje jako wymazaną część dnia. Obowiązek, który wykonuje moje ciało, z szacunku do duszy zostawiam ją przed wejście do wrót, które mogły by wyssać jej złożoność do samego końca. Mam 34 lata, 34 lata kawalerskiego, przepełnionego niezrozumieniem i bezsilnością życia. Sens, którego tak długo szukałem, nieustannie przegrywa bitwy, z otaczającym mnie obrazkiem, rysowanym przez kiepskiej klasy malarza. Jedyna przyjaźń, którą pielęgnuje starannie, polega na nierozumianej przez społeczeństwo więzi z alkoholem. Powyższe zdania mogą ustosunkować wizje mojego bytu w jedną stronę. Za stary jednak jestem na wstyd. Przyzwyczaiłem się do bezsilności i upartej, autodestrukcyjnej pracy moich myśli. Monolog, który rozpocząłem chwile temu, przerywa mi dobrze znany, i równie znienawidzony głos kierownika zmiany. Praca. Hasło to działa, jak szybki but na mordę. Zaliczam deski i wracam do rzeczywistości.

 

Miałaś większy potencjał. Każdy z nas ma zdanie, które przewija się nieustannym marszem przez własne życie. Moje brzmi właśnie tak. Utarło się, że jestem jedynie wielkim zawodem, mocno ustosunkowanej w hierarchii społeczeństwa rodziny. Myśle o tym, pijąc wino w zimny, sobotni wieczór. Od dziecka architekci bawili się w konstruowanie mojej przyszłości. Miałam być nauczycielką, Panią doktor, Panią psycholog lub artystką. Oczywiście w wizji tej, nigdy nie dostałam przyzwolenia, na wtrącenie swoich trzech groszy. W założeniu miałam być jedynie, pionkiem sterowanym przez rodziców, wypełniającym obowiązki, płynące z założenia fukcjonowania w społeczeństwie ludzi naszego pokroju. Zarys mojego życia był wyjątkowo przeruchany, przez inne rodziny, które ze swoich ukochanych córeczek, robiły ukochane roboty, idealnie odgrywające bez myślne role, pozbawione części emocjonalnej. Wizja takiego życia, okazała się jednak, niemożliwa do realizacji, w wykonaniu Pani o moim usposobieniu. Pytania, dlaczego, pytania czy warto było, kroczyć drogą, rozkapryszonej wojowniczki, z bogatego domu, nieustannie do mnie wracają, i z moich obserwacji nie zamierzają w najbliższym czasie zaprzestać. W oczach moich rodziców, jestem niezrównoważoną jednostką, niszcząca cały ich dobytek, i negującą wyznawane od pokoleń wartości. Ironiczne komentarze i uciążliwe uśmiechy, aż wylewają się z nich przy każdej sposobności. O reszcie rodziny nawet nie wspominając. Zresztą, ogólnie pojęte więzi międzyludzkie, są mi niejako opcje. Każdy związek, każda poważniejsza relacja, kończyła się fiaskiem. Nieumiejętność współdzielenia swojego życia, z drugą osobą, to cecha idealnie oddająca moje usposobienia. Najdłuższa relacja jaką zbudowałam, to relacja z moim pieskiem. Z nim jedynie, potrafię się dogadać na dłuższą metę. Dopijam wino i oczy mimowolnie zamykają się, a moje ciało, wraz z zepsutym system, zaczerpuje odpoczynku.

 

15. Docieram do domu. Zmęczony i zły, próbuje wymazać, 8 godzin z historii. Siadam w fotelu i kontynuuje spisywanie myśli. Moje życie na żadnym polu, nie spełniło moich oczekiwań. Wszystkie ambicje, zostały przeze mnie skutecznie stłumione. Życie miłosne, praktycznie nie istnieje, przez mój charakter, nie nadający się do współpracy, powszechnie nazywanej związkiem. Jestem frustratem, dawno skreślonym przez resztę. Dawno skreślonym przez samego siebie. Probuje poukładać myśli w coś sensownego. Nie wychodzi. Dociera do mnie, że dzisiejszy dzień najprawdopodniej będzie wyglądał jak każdy poprzedni. Po południe spędzę, na pielęgnacji, popsutej duszy, i na długotrwałym rozbudowywaniu nienawiści. Patrzę na syf i brud, który przepełnia moje mieszkanie. Mogę się z nim porównać. Zaniedbane, sprawia wrażenie czegoś absolutnie nieatrakcyjnego, a przecież na początku, lśniło nowością i możliwością, pięknego wystroju jego wnętrza. Koniec końców, kończy jednak jak ja. W mojej głowie myśl ta kształtuje się jako coś pozytywnego. Nie jestem sam. Mimo wczesnej pory, rozpoczynam spotkanie ze swoim przyjacielem. Pijąc go, na chwile przetransportowuje się do innej rzeczywistości. Wraz z każdym kieliszkiem, rozmarzony, sięgam po najbadziej skryte części, mojej duszy. Zaczynam rejs po życiu, które mogłem mieć. Podróż, która mogła by się nigdy nie kończyć. Która mogłaby być naprawdę moją. Rzecz jednak w tym, że powodując moje ogromne oburzenie zawsze kończy się tak samo. O godzinie 6 następnego dnia, będę przekręcał przycisk maszyny, co zwiastuje konieczność wymazania następnych godzin z mojego, nazwijmy to ironicznie, „życia”.

 

Nie lubię kontaktów międzyludzkich. Jak na ironię jednak, moja praca mnie do tego zmusza. Jako ekspedientka, jestem narażona na ciągłe spotkania z ludźmi, rożnego gatunku. Nauczyłam się jednak, skutecznie wyłączać na czas mojej obecności za ladą. Lata praktyki, spowodowały, że nawet największy gbur, nie jest w stanie wyprowadzić mojej osoby z równowagi. Jeżeli chodzi o relacje ze współpracowniczkami, to moja zdolność dedukcji, pozwala mi sadzić, że nie są one najlepsze. Jestem raczej unikana i niechętnie zapraszana do wspólnych, wybitnie intelektualnych dyskusji, w tematyce plotkarskiej. Cóż, całe życie, byłam z gatunku ludzi „innych”, więc jestem do tego przyzwyczajona. Kasując produkty, myśle o rozmaitych czynnościach. Tworzę kreacje swojej osoby na milion różnych sposobów. Podziwiam kontrast tej sytuacji. Jednocześnie jestem pracowniczką, i pisarką, tłumaczącą sens swojej najnowszej powieści. Posiadłam niezwykłą umiejętność, wpajania sobie realności własnej ucieczki. Pracując w tym miejscu przyczyniłam się niestety również do czegoś złego. Na przykład, moi rodzice zaprzestali robienia zakupów w tym miejscu, przez przytłaczającą wizje, swojej ukochanej córeczki, kasującej wybrane przez nich produkty. Ma to jednak też swoje plusy. Im mniej sposobności do kontaktu z nimi, tym bardziej moje niezbyt rozmaicie urządzona dusza, nabiera kolorytu. Tak więc, kolejny dzień mija mi na podróżowaniu po rozmaitych zakątkach mojej wyobraźni i pracy, podobno realnej, w realnym życiu.

 

Pale szluga. Dzisiejsza zmiana, nie przyniosła niczego nowego. Wychodząc jednak, postanowiłem ubarwić sobie nieco dzisiejszy dzień. Zahaczając o sklep, przywłaszczę sobie butelkę dobrego whisky. Robiłem to już wielokrotnie. We własnej głowie, nazwałem to czymś w rodzaju hobby. Wchodzę. Tłok w miejscu, w którym zaplanowałem wielką zbrodnie, jest zadowalająco duży. Pewnym ruchem robię to, co sprawia mi jedną z nielicznych radości. Kieruje się do wyjścia. Zadowolony z efektów powierzonego mi przez moje wewnętrzne ja zadania, zaskoczony zostaje złapany za ramie. Odwracam się. Batman w wersji damskiej, z trykotem sklepu, w którym pracuje, aksamitnie brzmiącym głosem, prosi o zwrot buteleczki. Uśmiecham się. Nie kryje zaskoczenia. Tłumacze w kulturalny sposób, że wielką ujmą jest dla mnie sposób, w którym zostałem przyłapany. W ironiczny sposób doceniam umiejętności obserwacyjne, damy postawionej przede mną i z pełną powagę tłumacze jej, ogrom heroizmu jaki dostrzegłem w jej zachowaniu. Wywód ten, zakończył się groźbą zawiadomienia służb porządkowych, więc dodając od siebie, kilka ładnie brzmiących zdań, potwierdzających mój urok osobisty, decyduje się na kapitulację. Słodka Pani, która odniosła zwycięstwo, wraca z powrotem do swojej fortecy, a ja rozczarowany brakiem butelki, lecz zadowolony zastrzykiem adrenaliny, zmierzam do mieszkania, by uruchomić na nowo ciąg zdarzeń.

 

Jebani menele. Zakres moich obowiązków przynajmniej kilka razy w tygodniu, wykracza poza bycia Panią ze sklepu, a wkracza w kompetencje stróża prawa. Zmuszona jestem chronić w zdecydowanej większości, buteleczki z zawartością magicznego eliksiru, przed wybitnie uzdolnionymi obywatelami, którzy regularnie potrzebują magicznego wsparcia. Nie inaczej było dzisiaj. Czujnym okiem zauważyłam, próbę kradzieży, dosyć drogiego whisky, co świadczy o zuchwałości, potencjalnego przestępcy. Pewnym krokiem ruszyłam za śmiałkiem, nie zawracając głowy ochroniarzom. W momencie, którym został przeze mnie przytrzymany, zaczął przedziwny bełkot, który na swój sposób doceniłam. Nie sądziłam, ze ktoś w taki sposób będzie potrafił ubarwić tak nijaką sytuacje. Słuchając z trudem tłumiłam uśmieszek, który próbował ukazać się mojemu zbrodniczemu rozmówcy i po dziwnym uczuciu nagłej sympatii, do Pana, który chyba jednak menelem (przynajmniej w znanej nam formie) nie był, zdecydowałam się zakończyć tą abstrakcyjną sytuacje. Z nieoczekiwaną przyjemnością jaką sprawił mi tajemniczy nieznajomy, wróciłam do sklepu, pełnić w dalszym ciągu swoje, jakże ważne dla ludzkości obowiązki.

Bum. Płyn zaczął działać. Siedząc w fotelu wracam wspomnieniami do dzisiejszej sytuacji. Dziwna sprawa. Jak już wspominałem, zazwyczaj rozpoczynam w takiej sytuacji podróż w nieznane zakątki. Teraz przed oczami mam twarz słodkiej osóbki. Czymś mnie urzekła mimo, że wypowiedziała jedynie dwa zdania. W jej oczach przez krótki moment dostrzegłem podobny stopień specyficznego odosobnienia i niezrównoważenia. Nabrałem dziwnej chęci do kontaktu międzyludzkiego. Oczywiście, moje wnioski dotyczące jej osoby, mogły być jedynie nietrafionymi spostrzeżeniami, jednak przeszło mi przez głowę, że być może znalazłem sposób, na wydostanie się z pułapki, zastawionej na mnie przez los. Przechylając koleiny kieliszek, zacząłem snuć plany na temat tego, co może się zmienić w moim życiu, jeżeli odpowiednio ułożę pionki na szachownicy. Rzecz w tym, że zazwyczaj marnowałem wszystkie szanse, jakie mi się przytrafiły. Teraz jednak, czułem odpowiedni moment. Odpowiedni moment na uwolnienie szaleństwa, ukrytego we mnie i rozplątanie bólu, który może zostanie skutecznie dziabnięty nożem przez słodką osóbkę, która powodując problem braku butelki, być może rozwiązała każdy inny. Rozterki miłosne i refleksje dotyczące mojej własnej osoby, przerywa nagły przypływ świadomości, porannej zmiany, czekającej na mnie już jutrzejszego dnia. Zasypiam. Zasypiam z obrazkiem. Obrazkiem tym razem narysowanym przez wybitnego twórcę. Obrazkiem anioła, który został zesłany, żeby posypać puder, na stare i zepsute ciasto.

 

Mężczyźni. Znienawidzony przeze mnie gatunek. Zawsze trafiałam w skrajne osobowości. Pierwsze randki, budowanie własnej osobowości według wymyślonego scenariuszu, przelotny romans i bum. Koniec historii, z bolesnym powrotem do rzeczywistości. Schemat ciagle się powtarzający wymęczył mnie do tego stopnia, że na długi okres zaprzestałam pchania się w męskie ramiona. Na swój sposób zawsze byłam samotna, więc przyzwyczajanie do takiego stanu rzeczy, jedynie utwierdzało mnie w przekonaniu, że rzeczywistość w której przyszło mi stawiać kroki, skazuje mnie na meetingi jedynie ze sobą. Refleksje te odwiedziły mnie dzisiejszego wieczoru nie bez powodu. Mężczyzna, który dopuścił się aktu, być może wynikającego z desperacji, zbyt długiego fukcjonowania bez magicznej pomocy, utkwił mi w głowie. Kontrast jaki bił od niego, był dla mnie bardzo intrygujący. Z jednej strony miałam do czynienia, z nieogolonym facetem, dopuszczającym się kradzieży alkoholu, a z drugiej strony, sposób w jaki składał zdania, gestykulacja w jaką ubrał własną osobę w momencie, w którym został przeze mnie przyłapany, powodowały ekscytacje wewnętrzną. Nie wiedziałam co o nim myśleć. Jego oczy kazały mi przypuszczać, że jego historia niesie za sobą więcej, że nie jest mężczyzną jakich znałam do tej pory. Z drugiej strony, mogło być to jedynie złudzenie, wynikające z niechcianej, lecz rosnącej we mnie, chęci zrozumienia, znalezienia kogoś do mnie podobnego, a w rzeczywistość mógł to być jedynie Pan przez społeczeństwo określany rangą „menel”. Wiedziałam jednak jedno. Bardzo chciałabym go jeszcze zobaczyć. Z konfrontować rzeczywistość z wyobraźnią i ten jeden jedyny raz połączyć te dwa, nieustannie żyjące we mnie światy.

 

Chodziłem tam codziennie. Nie odzywając się, robiłem zakupy przy kasie, którą obsługiwała. Nasze spojrzenia spotykały się na krótką chwile i próbowałem rozszyfrować labirynt jej uczyć, jej oceny mojej osoby, próbowałem dowiedzieć się, czy jakkolwiek zwraca na mnie uwagę. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że w najgorszym wypadku ją intryguje. Na więcej narazie nie było mnie stać. Praca, automatycznie wymazała się samodzielnie z mojej świadomości. Wykonywałem w niej zadania przede mną postawione, ale myślami byłem całkowicie gdzie indziej. Odwiedziny sklepowe, trwały dwa tygodnie. Dzień w dzień przychodziłem popatrzeć na twarz osoby, która rozbiła kamień otaczający moje serce, przedostając się do środka. Brakowało mi jednak odwagi, żeby wykonać chodź najmniejszy krok. Co rano układałem w głowie scenariusz, co do naszego spotkania, ale w momencie w którym przekraczałem próg sklepu, odbierało mi mowę. Na szczęście (jak na ironie uśmiechnęło się do mnie akurat teraz), nie ja musiałem wykonać pierwszy krok.

 

Przychodził codziennie. Mimo, że nie rozmawialiśmy, czułam z nim więź. Czułam, że oboje jestem równie mocno wyobcowani, że oboje nie potrafimy znaleźć dla siebie miejsca. Cierpliwe czekałam, aż wykona pierwszy krok. Podobało mi się w nim to, że nie próbował na siłę udoskonalić własnej osoby. Nie zależało mu na wykwintnym wystroju. Wydawał się cholernie naturalny w swojej osobliwej niefrasobliwości. Doszłam też po kilku dniach do wniosku, że w relacjach damsko-męskich idzie mu równie „dobrze” jak mi. Jego nieśmiałość była urocza, jednak w końcu musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Podczas obsługi mojego nowego ulubionego klienta, dałem mu do zrozumienia, że jestem zainteresowana wysłuchiwaniem jego niezbyt poukładanego i niecodziennego wyrażania własnych myśli. Umiejętnie przekazałam mu godzinę w której opuszczam sklep, a on skinieniem głowy przyjął to do wiadomości. Czułam się na nowo jak ta zbuntowana dziewczynka, o uroczych oczach, dobrym serduszku i o wielkiej potrzebie buntu. Wiedziałam, że rozdział, który pragnęłam rozpocząć jest pełen niewiadomych, że może jedynie kolejnym rozczarowaniem, jednak nie miałam nic do stracenia. Ewentualnie mogłam wrócić na ziemie. Nauczyłam się na niej żyć, więc wizja ponownej samotności nie była już tak przytłaczająca jak lata temu. Pozostało mi czekać do wieczora.

 

Jak na faceta, który własną filozofią odstrasza innych, który z natury jest typem człowiek, który, po prostu ma wyjebane, stresowałem się wyjątkowo mocno. W mojej sytuacji znalezienie bratniej duszy graniczyło z cudem. W tym przypadku jednak podświadomość darła mordę, że moment ten nadszedł. Musiała czuć to samo co ja, jeżeli dała mi sygnał. Nasz brak znajomosci, brak słów, brak gestów nie był dla niej przeszkodą. Musiała czuć się związana przez niezrozumiane siły równie mocno jak ja. Nagle przez ostatnie dni moje przywiązanie do alkoholu zniknęło. Musi mi to wybaczyć. W dzisiejszym świecie to normalne, że pewne relacje się wypalają, a na ich miejsce przychodzą nowe. Byłem pewny, że ta dziewczyna mogła mnie odurzyć zdecydowanie mocnej, niż dawny przyjaciel. Wyszedłem z domu z nastawieniem poznania nowej rzeczywistości. Wyszedłem z nastawieniem, że świat to jedna wielka iluzja, a poznanie tej osoby może sprawić nowy rozdział, w którym każdy inny człowiek przestanie mieć znaczenie. Szedłem pewnym krokiem. Zawstydzony, a zarazem pewny. Cholernie ciekawy tego jak będzie wyglądało nasze spotkanie, a jednocześnie cholernie niespokojny, że sytuacja ta może się w rzeczywistości okazać kompletną klapą. Kłótnia w mojej głowie trwała przez całą drogę, aż w końcu nieuchronnie zobaczyłem ją przed sklepem. Rozdział, który właśnie miał się rozpocząć, mógł być dla mnie czym kompletnie nieznanym. Mógł być w końcu prawdziwym, niewymuszonym życiem.

 

Przyszedł pięć minut przed czasem. Pierwsze zdania wypowiadane przez nas, kompletnie ze sobą nie współgrały. W powietrzu było czuć strach, jakbyśmy mieli po 15 lat i byli na pierwszej randce. Głos w głowie jednak usilnie krzyczał, że to jest to. Że ten człowiek zmieni moje życie w bajkę. W nierealną bajkę w która kiedyś jako mała dziewczynka wierzyłam. Z godziny na godzinę robiło się coraz bardziej uroczo. Osłona, którą był przykryty była bardzo gruba. Nie myliłam się co do tego. Nie był łatwy, ale ja również nie. Trzymała nas przy sobie jakaś gruba lina, którą zostaliśmy oplątani w momencie w którym zbiegły się nasze spojrzenia. Każdy następny dzień miał ten sam układ. W pracy myśleliśmy o sobie. Po pracy spotykaliśmy się i spędzaliśmy wiele godzin na wspólnych dyskusjach. Powtórzę jeszcze raz. Czułam się jak mała dziewczynka w zaklętej bajce. Nic innego nie miało dla mnie znaczenia. Miałam wrażenie, że Robert zrzuca swoją skorupę coraz bardziej. Opowiadał mi o swoim trudnym dzieciństwie, o ojcu, który go bił, o matce, której nie było dane mu poznać. O wielkim poczuciu pustki i niesprawiedliwości, której odczuwał od zawsze. W pięknych słowach opowiadał o uczuciu, które do mnie żywi, o tym co zobaczył w moich oczach po raz pierwszy, sen trwał, bajkowy sen o którym marzyła mała dziewczynka. Nie mogłam pojąć tego jak bardzo nierealnym zbiegiem okoliczności było nasze spotkanie. Nasze odczucia względem otaczającego nas świata były identyczne. Czuliśmy się tak samo odrzuceni, ale znaleźliśmy siebie. Mijały miesiące, a my coraz bardziej żyliśmy jedynie sobą.

 

Trafiłem. Minął rok. Paula leżała obok mnie. Chciałem powiedzieć jej coś bardzo ważnego. Chciałem, żeby świat przestał dla nas istnieć. Nie było to miejsce dla nas. Nienawiść do świata nie ugasiła proporcjonalnie ze wzrostem miłości do niej. Chciałem nasze myśli i słowa zamienić w rzeczywistość. Chciałem łamać wszelkie zasady. Chciałem prawdziwego buntu, z nami w rolach głównej. Paula przebudziła się. Bez ogródek wyszeptałem jej słowa pierdolmy to. Kochajmy się jak szaleńcy i zamieńmy świat w miejsce do zabawy. Świat nam przedstawiony jest chory. Nie jest dla nas. Pomalujmy go własnymi kolorami. Paula nie chciała wiedzieć nic więcej. Była zraniona tak samo jak ja, co było fundamentem naszej miłości. Nie zamierzałem pojawić się więcej w pracy, zamierzałem żyć jak szaleniec, z nią u boku. Nasza przygoda właśnie miała się rozpocząć. Długość nie miała dla mnie znaczenia. Znaczenie miała wolność. Spaczona całkowicie, ale takich stworzył nas świat. Nienawiść, która w nas była to wypadkowa każdych słów, które raniły, każdego odrzucenia, każdej ironii w naszą stronę. Zdaliśmy sobie sprawę, że mając siebie mamy wszystko. Przez to staliśmy się cholernie niebezpieczni.

 

Żyliśmy jak szaleńcy. Ukradzionym samochodem przemierzaliśmy nieznane nam drogi, rabując przydrożne stacje i całując się w kółko namiętnie. Nic nie miało znaczenia. Wiedzieliśmy, że droga którą wybraliśmy będzie miała szybkie zakończenie, ale nie miało to dla nas znaczenia. Znaliśmy cenę za wolność i byliśmy gotowi ją pojąć. Chaos, był naszą odpowiedzią na pozorny ład i porządek. Chcieliśmy przez chwile mieć piękne życie według własnej definicji. Rok jeździliśmy po świecie, kochając się w pięknych miejscach i robiąc wszystkie możliwe zakazane rzeczy. Miłość nas żywiła, miłość nas poiła, miłość była dla nas wszystkich. Scenariusz, który tamtego dnia przekazał mi Robert był przerażająco romantyczny. Zbliżaliśmy się do miejsca, w którym miało nastąpić zwieńczenie historii. Byłam na to gotowa. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później nasza miłość zostanie nam odebrana. Nie wyobrażaliśmy sobie życia bez tego uczucia, bez nutki szczerości, bez siebie. Wizja ta była przytłaczająca i nieunikniona. Miejsce, w którym zostanie zwieńczona najpiękniejsza historia mojego życia, jest już praktycznie za rogiem. Za pare chwil, razem odejdziemy z miejsca, gdzie przyszło nam walczyć o uznanie, gdzie przyszło nam stawiać kroki wśród hien, które chciały nas zagryźć, tylko dlatego, że myśleliśmy inaczej. Za kilka chwil mam nadzieje nasza miłość przeniesie się w inne, lepsze miejsce.

 

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania