Róża kontra Stokrotka

Boże spraw, żeby wszystkie moje dziewczyny były zdrowe i nigdy się nie spotkały! O dobrodziejstwie tych słów miałem się przekonać poniewczasie. Gdyby nie małe niedopatrzenie, wszystko poszłoby zgodnie z planem. Jednak diabeł siedzi w detalu i w końcu to on decyduje o naszym losie.

 

Pociągi wjeżdżały o tej samej porze. Pomachała mi ręką z okna w pierwszym wagonie i kiedy przeszedłem na koniec peronu, czekała tam na mnie. Miała na sobie białą bluzkę i brązową spódnicę. Na ramieniu zwinięty żakiet, w ręku niedużą torbę z podręcznym bagażem. Przywitałem ją, schwyciłem za torbę i ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Wówczas pomyślałem o tej, która wedle precyzyjnie opracowanego planu powinna witać poranek ponad trzysta kilometrów stąd. Myśl ta to był zły omen. Stała przy przeciwnej krawędzi peronu, ubrana w obcisłe dżinsy i błękitny T-shirt, z plecakiem na ramieniu. Uszczypnąłem się, nie chciała zniknąć. Widząc mnie, podskoczyła z radości i zaczęła biec w moim kierunku. Nagle stanęła jak wryta, a uśmiech momentalnie znikł jej z twarzy. Ta obok mnie zauważyła ją również i ich spojrzenia skrzyżowały się w powietrzu jak szpady. Stały tak przez chwilę, taksując się nawzajem wzrokiem, a potem spojrzały na mnie, jakby oczekiwały wyjaśnień. Usiłowałem prędko zebrać myśli, szukałem najgłupszej choćby wymówki, ale wciąż nie mogłem uwierzyć, że stoją tam razem i stan osłupienia nie opuszczał mnie. Widziałem to w ich oczach.

— Uhm... poznajcie się, to jest Róża... — szybko się odwróciłem — a to Stokrotka — starałem się tym słowom nadać zabawny ton, ale nikomu nie było do śmiechu.

 

Stokrotka ściągnęła plecak i położyła go na peronie. Była nieco wyższa od tej drugiej, dość szczupła, włosy blond, upięte z tyłu różową klamerką, oczy niebieskie, kolorem trochę podobne do moich. Miała ładną twarz, choć nigdy nie używała mocnego makijażu. Atrakcyjna, ale nie obnoszącą się tym przed światem. Ponadto bardzo wysportowana. Na dwieście metrów mogła się uplasować w pierwszej trójce, na czterysta złoty medal murowany. W zespole uniwersyteckim oczywiście, bo na olimpiadę musiałaby jeszcze trochę potrenować. Róża była zupełnym przeciwieństwem. Brązowe włosy, długie i proste, które czasem sobie kręciła, piwne oczy, duże i ciekawe świata. Kolor włosów znakomicie kontrastował z jasną karnacją. Ubierała się elegancko i gustownie, jakby przyjechała prosto z Paryża albo Mediolanu. Chodziła na lekcje baletu i znakomicie tańczyła. Do tego była małomówna, co uważałem za dużą zaletę. Widząc moje zaambarasowanie, uśmiechnęła się nieznacznie na znak, że doskonale rozumie jego powód. Uznałem, że jedynym rozwiązaniem jest działanie, robić cokolwiek, żeby tylko odciągnąć uwagę od tej niezręcznej sytuacji w jakiej się znaleźliśmy.

— Wyjdźmy przed dworzec... Nie będziemy przecież tak wystawać na peronie — zaproponowałem, lecz w moim głosie nie było pewności siebie.

— Wiesz, ja może jednak zaczekam na pierwszy powrotny pociąg do Szczecina — odcięła Stokrotka.

— Następny pociąg podstawiają dopiero po południu.

— Wolę stać tutaj cały dzień, niż być w twoim towarzystwie choćby minutę dłużej.

Podniosła plecak, podeszła w kierunku najbliższej ławki i usiadła na niej, bokiem, żeby nie patrzeć na mnie. Mogłem się tego spodziewać. Na jej miejscu zareagowałbym tak samo. Było mi okropnie żal, że to uczucie, które miała dla mnie, nagle się stało siłą niszczącą. Przed oczami przesunęła mi się scena z Jeziorem Głębokim, jak leżeliśmy pośród wysokich traw, głaskanych lekkimi podmuchami wiatru. Przy brzegu kołysał się kajak, w którym schowaliśmy ubranie. Patrzyliśmy na obłoki płynące po niebie, trzymając się za ręce. Jej ciało miało zapach łanów pszenicy, brzemiennych, mokrych od deszczu. Nigdy przedtem, z żadną kobietą nie było mi tak dobrze jak z nią, tamtego dnia. Teraz wiedziałem, że taki dzień już nigdy się nie powtórzy, jest wspomnieniem, jak pożółkła kartka papieru w pudełku z listami. Gdyby nie ta głupia pomyłka mielibyśmy przed sobą wiele takich dni, może nawet całe życie. Róża wciąż stała obok mnie. Poprosiłem aby usiadły razem, niech nie myślą, że biorę stronę którejś z nich. Sam przycupnąłem na krawędzi ławki.

— Jaką miałaś... miałyście podróż? — zapytałem, żeby przerwać nieznośne milczenie.

— Nie najgorszą — odpowiedziała Róża.

Wydawało mi się, że lepiej znosi konfrontację. Zawsze wychodziła z założenia, że nie ma sensu się martwić, skoro i tak niczego to nie zmieni.

— A ty? — zwróciłem się do Stokrotki.

— Jakby kogoś to obchodziło.

— Obchodzi mnie.

— Tak? A to, jak ja teraz wyglądam, o tym nie pomyślałeś?

Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Gdybym był swoim obrońcą, wniósłbym natychmiastowy sprzeciw: Wysoki Sądzie, nie mogłem przewidzieć sytuacji, która nigdy się nie powinna wydarzyć. Na świadka powołuję diabła.

— Nawet jeśli nie dziś, to i tak kiedyś bym się dowiedziała.

Miała rację, dwa zero dla niej. Ale obrywam w bańkę!

— Jak długo się znacie? — zapytała Różę.

Zostałem wyeliminowany z dalszej dyskusji. Nie pozostawało mi nic innego, tylko biernie się przysłuchiwać rozmowie.

— Trzy lata.

— Tak długo? — nie mogła uwierzyć.

— A wy?

— Poznałam go trzynastego kwietnia, o godzinie dwudziestej osiemnaście... — mówiąc to wyjęła z plecaka cienki zeszyt i zajrzała na jedną z kartek. — Tak, nie pomyliłam się.

Z kieszeni wyciągnęła długopis i zaczęła coś zapisywać.

— Wynika z tego, że znamy się... przepraszam, znaliśmy się... cztery miesiące, dziewięć dni, czternaście godzin i trzydzieści sześć minut.

Popatrzyła na mnie z ironicznym uśmiechem, jakbym był jej partnerem w konkurencji o puchar świata i zawalił wyścig kilka metrów przed metą.

— Nie najgorszy wynik, co?

Czemu one to robią? Mówią takie rzeczy, jakby szukały zemsty. Czemu nie chcą ocalić tego co piękne? Popatrzyłem na ten zeszyt, który wciąż trzymała w ręku, jakby zamierzała wrzucić go do kosza stojącego obok ławki. Jego istnienie odkryłem w drugim miesiącu naszej znajomości. Przyjechałem wczesnym rankiem, kiedy jeszcze spała. Nie chcąc jej zbudzić, ostrożnie rozpakowywałem torbę i wówczas zauważyłem zeszyt leżący na stoliku, przy głowie łóżka. Otworzyłem go, zacząłem czytać, a linijka po linijce ciekawość zamieniała się w przerażenie. Zapisywała w nim każdą chwilę spędzoną beze mnie, każdy szczegół, który mógł mnie przypominać, najintymniejsze zwierzenia, słowa jakich ja sam nigdy nie miałbym odwagi powiedzieć, cóż dopiero zapisać. Łechtało to moją próżność, jednocześnie obawiałem się, że ten brak równowagi nie pozwoli nam być długo ze sobą.

— Nie wyrzucaj tego, proszę!

— To mój pamiętnik, mogę z nim zrobić co zechcę.

— Właśnie dlatego. To jest twoje życie, nie niszcz go, bo możesz tego żałować.

— Po co ja to w ogóle pisałam — rzekła do siebie, lecz jednak schowała zeszyt do plecaka.

Odetchnąłem z nadzieją, jeszcze nie wszystko stracone.

 

Na tor obok wtoczono skład pustych wagonów. Peron zaczął zapełniać się ludźmi, co chwila przejeżdżały po nim elektryczne wózki z bagażem. Minęło południe i słońce przygrzewało coraz mocniej.

— Słuchajcie, nie ma sensu tkwić tutaj w nieskończoność. Chodźcie, usiądziemy w cieniu drzew, po drugiej stronie dworca.

Nie czekając na reakcję, złapałem za torby z bagażem i skierowałem się w stronę schodów na końcu peronu. Dziewczyny podniosły się i bez słowa poszły za mną. Usiedliśmy na jednej z ławek przy alejce ciągnącej się wzdłuż placu przed dworcem.

— Chcecie coś do picia albo lody? Pewnie jest wam gorąco.

— Teraz przynajmniej nie będziesz musiał wszystkiego mówić dwa razy — dogryzała Stokrotka.

Róża zdawała się być bardziej wyrozumiała.

— Gdybyś mógł mi kupić tylko butelkę wody.

Poszedłem do kiosku obok i stanąłem na końcu długiej kolejki. Upłynęło trochę czasu zanim wróciłem i zauważyłem, że dyskutują o czymś zawzięcie.

— Ach tak, to dlatego nie chciał się wtedy spotkać. Bo w tym czasie był z tobą — rozwiązywała układankę Róża, unikając mojego wzroku.

Czułem, że nawet i jej pobłażliwość ma się ku końcowi.

— A następnego miesiąca, kiedy chciałam go odwiedzić, powiedział że nie może, bo mieszkanie maluje.

— Maluje? Ty w to uwierzyłaś?

— Kłamca!

No tak, proszę, śmiało, ulżyjcie sobie kwiatki. Powiedzcie kim naprawdę jestem. Uwodziciel, niewierny, niewdzięcznik, egoista, nieczuły, ignorant, impotent... Co takiego? Chyba już trochę przeholowały. Byłem znużony tym wysiadywaniem na ławce przed zatłoczonym dworcem. Jak chcą dokonywać sądu nade mną, niech tam argumentują choćby i cały wieczór, ja wracam do akademika.

— Kwiatuszki zbierajcie się, przenocujecie u mnie.

Stokrotka przeszyła mnie wzrokiem, jakby się przesłyszała.

— Widzisz go? Ale bezczelny, proponować nam coś takiego w tej sytuacji.

— A macie inne wyjście? Chcecie się telepać nocnym pociągiem przez pół Polski do domu?

— Już ty się o nas nie martw. Wynajmiemy pokój w hotelu na jedną noc. Co o tym myślisz?

— Czemu nie — zgodziła się Róża.

— Przecież nie znacie miasta, a teraz pełnia sezonu, wszystko wynajęte.

— To może raz w życiu zachowasz się jak dżentelmen i zdobędziesz się na gest?

Przeszliśmy na postój po drugiej stronie placu. Po kilkunastu minutach nadjechała taksówka. Usiadły z tyłu, ja obok kierowcy.

— Hotel Nadmorski, proszę.

— Panie kochany, tu jest bulwar nadmorski, teatr nadmorski, restauracja nadmorska, to całe miasto jest nadmorskie — popatrzył na mnie jakbym był nietutejszy. — Adres pan zna?

— To ten nieduży hotel, zaraz przy plaży, jak się jedzie do Redłowa...

— Aha, kurwidołek! Od razu trzeba było tak mówić.

Jazda zabrała niecałe dziesięć minut. Róża i Stokrotka miały miny, jakby nie były pewne, czy będzie to odpowiedni kąt na nocleg, ale się uspokoiły gdy dojechaliśmy na miejsce. Stylowy, dwupiętrowy budynek, otoczony bujną zielenią, na malowniczej skarpie z widokiem na morze. Pokoju jednak nie było, chyba że za specjalną cenę, o czym doskonale wiedziałem, lecz zależało mi, żeby się przekonały same. Ponadto chciałem zyskać na czasie i pozbawić je możliwości powrotu nocnym pociągiem.

— Niech pan zaczeka — zawołałem w stronę kierowcy, który nie zdążył jeszcze odjechać. — Kurs na Grabówek, ulica Kapitańska.

 

W akademiku zajmowałem duży pokój z balkonem. Właściwie nie był to typowy akademik, ale zwykły blok mieszkalny, zakupiony przez szkołę morską. W mieszkaniu były jeszcze dwa pokoje, kuchnia, łazienka i oddzielna ubikacja. Zwykle zakwaterowanych było siedmiu studentów, ale podczas wakacji mieszkałem tylko z jednym kolegą. Jutro niedziela, więc nie spodziewałem się gości. Zaprowadziłem dziewczyny do kuchni, bagaże zaniosłem do pokoju. Stokrotka usiadła na parapecie przy oknie. Było to jej ulubione miejsce. Stamtąd roztaczał się widok na port, stocznię i zatokę, po której jeszcze miesiąc temu statkiem płynęliśmy do Jastarni. Róża skorzystała z łazienki. Zostaliśmy sami i zauważyłem, że początkowe rozgoryczenie już jej odeszło. Przecież ona cały czas czuje do mnie to samo. Te kilka słów, które dziś powiedziała w złości, nic nie znaczą. Chciałem dotknąć jej włosów, lecz odsunęła głowę. Do kuchni weszła Róża. Popatrzyła na nas badawczo, po czym zajrzała do lodówki, której wnętrze świeciło pustką. Z torby wyciągnęła słoik z wekowanym mięsem, drugi z grzybami, masło i chleb, które przezorna zabrała ze sobą. W szufladzie znalazła nóż i zaczęła przygotowywać coś do jedzenia.

— Daj spokój, ja się tym zajmę — chciałem odebrać jej nóż, ale nie pozwoliła.

— Siadaj i nie przeszkadzaj, też musisz być głodny. Nie jadłeś cały dzień.

Zastanawiałem się, co dalej. Nie pojechały do domu, to znaczy, że chcą zostać ze mną. Kolacja była gotowa. Siedliśmy do stołu, kwiatuszki pod ścianą, ja pośrodku. Razem tworzyliśmy doskonały trójkąt równoramienny. Tak żyć się nie da, żadna kobieta nie zaakceptuje takiego układu. Było idealnie kiedy nie wiedziały o sobie. Teraz to nie ma sensu.

— Czemu nic nie jesz?

Róża chciała wymiarkować moje zamiary już teraz, żeby mogła spać spokojnie.

— Nie mam ochoty — odpowiedziałem wymijająco. — Idę, pościelę wam łóżka. Nie siedźcie zbyt długo.

Zgasiłem światło i położyłem się na tapczanie, obok drzwi wychodzących na balkon. Nie mogłem zasnąć. Przysłuchiwałem się o czym rozmawiają, lecz docierały do mnie tylko strzępy słów. W łazience zaszumiał prysznic. Kąpie się, która z nich? A może obydwie? Starałem je sobie wyobrazić pod prysznicem. Mokre włosy każdej z nich wyglądały tak samo. Róża miała bardziej kuszące usta. A piersi? Obydwie miały za małe, Róża ociupinkę pełniejsze. Punkt dla niej. Czekałem aż się odwrócą. Ta po lewej stronie była nieco szersza w biodrach i miała okrąglejsze pośladki. Punkt dla Stokrotki. Zmierzyłem nogi. Stokrotka miała dłuższe. Remis. Drzwi od łazienki się otworzyły i weszła do pokoju. W ciemności nie widziałem jej twarzy, ale po krokach rozpoznałem Różę. Położyła się na dolnym łóżku. Po chwili prysznic w łazience zaszumiał znowu. Wydawało się, że Stokrotce kąpiel zajęła nieco mniej czasu. Czy to znaczy, że tamta bardziej dba o higienę osobistą? Chciałem się przekręcić na bok, ale do pokoju weszła Stokrotka. Przymknąłem oczy i leżałem bez ruchu, jakbym przyrósł do krawędzi łóżka. Podeszła do balkonu. Sączące się przez firankę światło ulicznej latarni, oświetliło jej postać. Miała na sobie białą haleczkę z prześwitującego tiulu, zdobioną czarnymi kwiatkami pod dekoltem. Tę samą, którą założyła kiedy spędziliśmy pierwszą noc. Wiele bym dał, żeby móc cofnąć czas. Postała chwilę koło mnie, po czym podeszła do łóżka, gdzie leżała Róża, wspięła się po krótkiej drabince i położyła na górze. Leżeliśmy tak w milczeniu udając, że śpimy. Jakie to nienaturalne. W pewnej chwili, któraś z nich się odezwała:

— Śpisz?

— Nie.

— A on, śpi?

— Chyba tak.

Mówiły szeptem i nie mogłem rozpoznać ich głosu.

— Czy pamiętasz dzień, w którym się poznaliście?

— Oczywiście. Pracowałam z jego ciotką w redakcji. Przygotowywałam się do egzaminów na studia, a w wolnych chwilach chodziłam do teatru albo na wystawę.

— Sama?

— Tak, bo nie znałam w tym mieście nikogo.

— To jak się poznaliście?

— Jednego razu, jego ciotka zabrała mnie do jego domu na obiad. Byłam przerażona kiedy zobaczyłam, ile on potrafi zjeść.

A więc teraz Róża oskarża mnie, że jestem żarłokiem.

— Gdzie mu to idzie? Przecież jak ja go poznałam to musiał nosić szelki, bo spodnie mu zlatywały.

— Nie miał mamusi, żeby mu gotowała.

Do tego jeszcze jestem maminsynkiem.

— A jak go zobaczyłaś pierwszy raz, spodobał ci się?

— Nie od razu.

— A kiedy?

— Następnego lata. Przyjechał po mnie do redakcji. Był opalony i miał na sobie taką modną koszulę, wąskie spodnie...

Myślałem, że wreszcie zasnęły, ale po kilku minutach któraś wyszeptała:

— Co z nami teraz będzie?

— Ja jutro wracam do domu, ty rób jak chcesz.

— Zostawisz go?

— Nie widzę innego wyjścia.

— Ja też już z nim nie będę. Zasłużył na to. Najlepiej pojedźmy pierwszym porannym pociągiem. Zostawmy go tutaj samego.

— Ja pojadę tym o dziesiątej, chcę się wyspać.

— W takim razie śpij, dobranoc.

— Dobranoc.

Kobiety zasnęły w doskonałej zgodzie.

 

Kiedy się obudziłem, łóżka były puste. Wszedłem do kuchni. Siedziały przy stole i jadły śniadanie.

— Smacznego.

Mruknęły coś pod nosem, nie odrywając wzroku od talerza. Do diabła z tym! Niech jadą precz. Mało to dziewczyn w świecie? W każdym porcie jedna, a na promach to nawet kilka na jednym rejsie. Niech tylko wyjdę w morze, zapomnę o nich. Stanąłem przy oknie i zapaliłem, patrząc na nabrzeże w dole, gdzie zacumował olbrzymi statek Ro–Ro załadowany fajnymi autami. Skończyły jeść, poszły do łazienki, a potem do pokoju się pakować. Gdy były gotowe do wyjścia, stanęły przede mną wyprężone, jak na odprawie warty honorowej.

— Musimy jechać — oznajmiła Stokrotka.

— Przecież możecie tu zostać do następnej niedzieli. W dzień mam praktykę w porcie, ale popołudnia wolne.

— Zostać? Jak ty to sobie wyobrażasz?

— Zwyczajnie, jak troje prawdziwych przyjaciół.

— Nie nadajesz się na przyjaciela.

— Ach tak? — zdusiłem peta w popielniczce i podszedłem do nich tak blisko, żeby patrząc mi w oczy musiały zadrzeć głowę do góry. — W takim razie, na co czekacie?

— Musisz wybrać jedną z nas — odpowiedziała Stokrotka.

— A co się stanie z tą, której nie wybiorę?

— Pojedzie i więcej jej nie zobaczysz.

— To straszne. Do końca życia jej nie zobaczę. Żartujesz sobie, czy życzysz mi, żebym umarł tak wcześnie?

Starałem się ją przegadać, zyskać na czasie, ale wiedziałem, że nadeszła ta chwila i nie można jej odwlec. Nie chciałem i nie potrafiłem dokonać tego niemożliwego wyboru. To tak jakbym miał zdecydować, którą nogę dać sobie odciąć. Lepiej być odrzuconym, aniżeli zmuszonym odrzucić kogoś. Żadna z nich nie zasługiwała na taki los, a jednak jedną musiał spotkać i to zaraz. Złapałem za rękę Stokrotkę i pociągnąłem ją do stołu. Usiedliśmy. Nie wypuszczając ręki, spojrzałem jej prosto w oczy.

— Wybrałem.

Chwilę siedziała blisko mnie, próbując się uwolnić, lecz nie puszczałem. W końcu rozluźniłem uścisk. Wtedy się wyrwała i pobiegła do pokoju. Złapała za plecak i usiadła na łóżku. Podszedłem do niej i zobaczyłem, że po policzkach spływają jej łzy. Wyjąłem z kieszeni chusteczkę i zacząłem je ocierać.

— Żaden facet nie jest wart twoich łez, a tym bardziej ktoś taki jak ja. Zanim się rozstaniemy obiecaj, że nigdy więcej nie będziesz płakać, nie z takiego powodu.

Wyszedłem na korytarz i poprosiłem kolegę, żeby odprowadził ją na dworzec. Zostałem z Różą. Czemu z nią, do końca nie byłem pewien. Może dlatego, że nie nalegała tak kategorycznie, żebym wybrał jedną z nich. Bóg dał wolną wolę ludziom, żeby się ranili.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (12)

  • laura123 6 dni temu
    Casanova w akcji... fajne, podoba mi się. Przypomniałeś mi, jak umawialam się z kilkoma chlopakami w tym samym miejscu i sprawdzałam czy wszyscy przyszli... liczylam, że któryś się wylamie i będę musiała się starać. 😁

    Oczywiście piąteczka.
  • Narrator 6 dni temu
    Wybierałaś tego, który nawalił? Oryginalna metoda :)
  • Tjeri 6 dni temu
    I żadna mu w zęby nie przywaliła? Ech, głupie baby...
    Tekst budzi emocje (lekko ciśnienie też podnosi), a to znaczy, że znowu dobre pisanie. Czyli to prawda co mówią o marynarzach? Łee, paskudnie. ;)
    "Bóg dał wolną wolę ludziom, żeby ranili się." - wali po oczach to "się" na końcu. Zmieniłabym to, jeśli nie dla brzmienia to dla wyeliminowania błędu (w akcentowanych miejscach krótkim formom zaimkowym pokazywać się nie przystoi;)).
  • Narrator 6 dni temu
    Masz rację, powinny mu przywalić, wtedy bolałoby mniej :)

    A co do tego „się” - miło, że czytasz mnie tak uważnie i do samego końca. Twoja uwaga skłoniła mnie do przejrzenia kilku ciekawych artykułów na ten temat, za co jestem ci niezmiernie wdzięczny.
  • Tjeri 6 dni temu
    Narrator
    heh, no racja. Tak w sumie wyszło dotkliwiej, choć nie do końca, jedna jednak została.;)
  • Szpilka 6 dni temu
    Hm, hm, marynarz i wierność, tjaaaaaaaaaaa, podziwiam kobiety, które wiążą się z marynarzami, nie lubię się dzielić, dlatego taki ktoś nie dla mnie, a i odpłacam tym samym, co dla macho jest nie do przekłnięcia 😉

    Jak zwykle ciekawy kawałek, przeczytałam z przyjemnością, piątak 👍 😊
  • Narrator 6 dni temu
    Właśnie dlatego to napisałem - ku przestrodze samotnych, bezbronnych kobiet :)
  • Lotos 6 dni temu
    Dobry tekst i jak tu nie sądzić, że facet powinien mieć więcej niż jedną kobietę. w drugą stronę też można, ciekawe jakby tekst napisała kobieta, o niej i dwóch facetach?
  • Narrator 5 dni temu
    Żadna kobieta czegoś takiego nie napisze, nawet na Opowi. Wyzwanie do podjęcia.
  • Lotos 5 dni temu
    Narrator Hm... może i nie napisze, trochę szkoda.
  • Wrotycz 6 dni temu
    Nie powiem, historyjka dla tzw. czasopism kobiecych i również na działce uwodzeń dla spragnionych poklasku mężczyzn jak znalazł:)
    Sytuacja pod kątem psychologicznym wręcz niemożliwa, co nie znaczy że nudna. Styl gładki, zdania płyną, pytania po lekturze się cisną, więc jest dobrze.
    Szkoda, że tyle miejsca poświęciłeś spotkaniu na dworcu, zaniedbując finał. Łatwiej zapewne było wejść w początek znajmości. Motywacje zachowań Stokrotki i Róży w końcówce opka zupełnie nie wytłumaczone. Szkoda.
    Pozdrawiam:)
  • Narrator 5 dni temu
    Dobry psycholog nie analizuje postawy drugiego człowieka, przez pryzmat własnych doświadczeń. Ale na naukę nigdy za późno.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania