Rozdział 1
Poranek zaczął się zwyczajnie. Słońce wpadało przez niedomknięte zasłony i układało jasne pasy na podłodze pokoju Myene. Dziewczyna leżała jeszcze przez chwilę pod kołdrą, wsłuchując się w odgłosy domu. Ktoś biegał po korytarzu. Z dołu dochodził zapach śniadania. W oddali rozległ się krzyk Kaito, a zaraz po nim głos Airi proszącej, żeby przestał biegać po schodach. Myene uśmiechnęła się pod nosem. Wstała, związała bardzo jasne blond włosy i zeszła na dół. W kuchni Airi stawiała na stole kolejne talerze, a Ren siedział już przy stole z kubkiem kawy w dłoni. Hana coś opowiadała, jednocześnie próbując posmarować pieczywo masłem. Kaito szturchał ją łokciem, a mała Mio siedziała na krześle i patrzyła na wszystkich zaspanymi oczami. Shouyo był jedynym, którego nie było przy stole. Myene rozejrzała się po kuchni.
— Gdzie Shouyo?
— Jeszcze śpi — odpowiedział Ren. — Podobno dzisiaj jest jego wielki dzień i musi odpocząć przed wyprawą.
— Jaką wyprawą? — Myene uniosła brew.
Ren wskazał głową na kartkę leżącą obok jego kubka. Myene podeszła i przeczytała zapisane na niej zakupowe polecenia. Chleb, mleko, ryż, owoce, kilka rzeczy do domu. Na samym dole ktoś dopisał dużymi literami: CZEKOLADA. Myene od razu wiedziała, kto to zrobił. W tej samej chwili na schodach rozległy się kroki. Shouyo pojawił się w kuchni z potarganymi czarnymi włosami i grzywką opadającą na boki. Przetarł oczy i bez słowa usiadł obok siostry.
— Dzień dobry — powiedziała Myene.
— Mhm.
— Bardzo rozmowny jesteś z rana.
Shouyo spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.
— Chcę śniadanie.
— To akurat potrafisz powiedzieć.
Ren zaśmiał się cicho. Shouyo rzucił mu krótkie spojrzenie, po czym sięgnął po kromkę chleba. Przez kilka następnych minut kuchnię wypełniały drobne rozmowy i śmiech. Nikt nie spieszył się z wyjściem. Nikt nie patrzył na zegar z niepokojem. Dzień miał być zwyczajny. Po śniadaniu Myene miała zabrać Shouyo do sklepu. Mieli wrócić przed południem, a później Airi obiecała przygotować wspólny obiad. Wszystko miało wyglądać dokładnie tak jak zawsze. Myene nie wiedziała jeszcze, że za kilka godzin będzie tęsknić za tym porankiem bardziej niż za czymkolwiek innym.
Po śniadaniu Myene została jeszcze chwilę w kuchni, pomagając Airi sprzątać ze stołu. Shouyo zniknął na górze niemal natychmiast po tym, jak skończył jeść.
— Dokąd on tak pędzi? — zapytała Hana.
— Pewnie po swoją kurtkę — odpowiedziała Myene.
— Albo po czekoladę — wtrącił Kaito.
Myene spojrzała na niego.
— Czekolada jest na liście.
— Właśnie dlatego mówię.
Hana parsknęła śmiechem.
Airi pokręciła głową, ale na jej twarzy również pojawił się uśmiech.
— Tylko wróćcie przed jedenastą.
— Wrócimy.
— I nie pozwól Shouyo kupić połowy sklepu.
— To powiedz mu to sama.
— Tobie bardziej posłucha.
Myene uniosła brwi.
— Naprawdę w to wierzysz?
Airi spojrzała na nią z rozbawieniem.
— Nie.
Myene zaśmiała się cicho i odstawiła ostatni talerz do zlewu.
Chwilę później usłyszała kroki na schodach.
Shouyo pojawił się w przedpokoju już ubrany. Miał na sobie ciemną bluzę i kurtkę, a w dłoni trzymał mały plecak.
— Gotowy? — zapytała Myene.
— Od dawna.
— Od dawna, czyli od trzydziestu sekund?
— Tak.
— Imponujące.
Shouyo przewrócił oczami.
Myene sięgnęła po buty i założyła je przy drzwiach. Kiedy wychodzili, Ren podniósł wzrok znad telefonu.
— Myene.
— Tak?
— Uważajcie na siebie.
Powiedział to zupełnie zwyczajnie.
Tak samo jak mówił każdego dnia.
Myene skinęła głową.
— Jasne.
Drzwi zamknęły się za nimi.
Na zewnątrz powitało ich chłodne, ale słoneczne powietrze. Ulica była spokojna. Kilka domów dalej ktoś podlewał ogród, a z pobliskiego skrzyżowania dobiegał cichy szum samochodów.
Shouyo szedł kilka kroków przed nią.
— Hej.
Nie odwrócił się.
— Co?
— Idziesz za szybko.
— Nie idę.
— Idziesz.
— To ty idziesz wolno.
Myene przyspieszyła i zrównała się z nim.
— Mam piętnaście lat. Ty dziesięć. To normalne, że chodzę szybciej.
Shouyo spojrzał na nią z oburzeniem.
— To nie ma nic do rzeczy.
— Oczywiście, że ma.
— Nie ma.
— Ma.
— Nie.
— Tak.
— Nie.
Myene uśmiechnęła się szeroko.
— Wygrałam.
Shouyo westchnął.
— Jesteś okropna.
— Wiem.
Przez chwilę szli w ciszy.
Nie była to jednak ta ciężka cisza, którą Myene pamiętała wiele lat później.
Ta była lekka.
Zwyczajna.
Taka, która nie wymagała żadnych słów.
Shouyo kopnął mały kamyk leżący na chodniku. Potoczył się kilka metrów i zatrzymał przy krawężniku.
— Myene?
— Hm?
— Mogę coś kupić dla siebie?
— Jeśli nie wydasz całych pieniędzy.
— A jeśli wydam?
— To wrócisz do domu bez pieniędzy.
— A jeśli kupię coś taniego?
— Zależy co.
— A jeśli będzie bardzo tanie?
— Shouyo.
— No co?
— Po prostu mi powiedz, co chcesz kupić.
Chłopiec uśmiechnął się.
— To niespodzianka.
— Dla kogo?
— Dla mnie.
Myene roześmiała się.
— Wspaniała niespodzianka.
Shouyo również się zaśmiał.
Szli dalej.
Sklep znajdował się kilka ulic od domu. Nie był duży, ale Myene znała go niemal na pamięć. Właściciel zawsze zostawiał przy wejściu skrzynki z owocami, a przy kasie stał mały stojak ze słodyczami.
Gdy tylko weszli do środka, Shouyo ruszył prosto w jego stronę.
— Nawet nie próbuj — powiedziała Myene.
— Przecież tylko patrzę.
— Znam to „patrzę".
— Tym razem naprawdę tylko patrzę.
Myene wzięła koszyk.
— Najpierw zakupy.
— Czekolada też jest zakupem.
— Na końcu.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
Shouyo wyciągnął rękę.
— Przybij.
Myene spojrzała na niego, po czym przybiła mu piątkę.
— Na końcu — powtórzyła.
— Na końcu.
Przez następne kilkanaście minut zajmowali się zwyczajnymi rzeczami.
Chleb.
Mleko.
Ryż.
Owoce.
Warzywa.
Kilka produktów, o których Myene nie miała pojęcia, do czego właściwie służą, ale Airi wpisała je na listę, więc musiały być ważne.
Shouyo pchał koszyk, choć Myene co chwilę przypominała mu, żeby nie jeździł nim po sklepie jak samochodem.
— Przestań.
— Nic nie robię.
— Właśnie prawie potrąciłeś starszą panią.
— To ona weszła mi pod koszyk.
Myene spojrzała na niego.
— Naprawdę?
— Może.
— Shouyo.
— Przepraszam.
Myene pokręciła głową.
Kiedy przechodzili obok półki ze słodyczami, Shouyo zatrzymał się.
— Myene.
— Nie.
— Ale...
— Nie.
— Nawet nie wiesz, o co chciałem zapytać.
— Wiem.
— Skąd?
— Bo patrzysz na mnie dokładnie tak samo, kiedy chcesz coś, czego nie powinieneś kupować.
Shouyo westchnął teatralnie.
— To niesprawiedliwe.
— Życie jest niesprawiedliwe.
— Masz dopiero piętnaście lat, a brzmisz jak babcia.
— Dziękuję.
— To nie był komplement.
— Tym bardziej dziękuję.
Shouyo uśmiechnął się pod nosem.
W końcu Myene sięgnęła po tabliczkę czekolady i wrzuciła ją do koszyka.
— Masz.
Chłopiec spojrzał na nią zaskoczony.
— Naprawdę?
— Tak.
— Ale mówiłaś...
— Zmieniłam zdanie.
Shouyo uśmiechnął się szeroko.
— Jesteś najlepszą siostrą na świecie.
— Wiem.
— Naprawdę to sobie przypisujesz?
— Oczywiście.
Wyszli ze sklepu chwilę później.
Słońce było już wyżej.
Myene niosła torbę z zakupami, a Shouyo trzymał swoją czekoladę.
— Mogę ją zjeść teraz?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo zaraz będziesz miał brudne ręce.
— Mam chusteczki.
— I będziesz chciał pić.
— Mam wodę.
— I nie będziesz miał obiadu.
Shouyo spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Naprawdę myślisz, że jedna czekolada zniszczy mi obiad?
— Z tobą wszystko jest możliwe.
Ruszyli w stronę domu.
Po kilku minutach Shouyo zwolnił.
Myene zauważyła to od razu.
— Co się stało?
— Nic.
— Na pewno?
— Tak.
Przez chwilę patrzył przed siebie.
— Po prostu... chciałbym, żebyśmy mogli czasem wychodzić gdzieś tylko we dwoje.
Myene spojrzała na niego.
— Przecież właśnie to robimy.
— Ale nie tylko do sklepu.
— To gdzie chciałbyś pójść?
Shouyo wzruszył ramionami.
— Gdziekolwiek.
Myene uśmiechnęła się.
— Dobrze. Jak będę miała wolny dzień, zabiorę cię gdzieś.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
Shouyo wyciągnął do niej mały palec.
Myene spojrzała na niego z rozbawieniem.
— Serio?
— Serio.
Westchnęła i zahaczyła swoim palcem o jego.
— Obiecuję.
Shouyo skinął głową.
— To dobrze.
I ruszyli dalej.
Dom był już widoczny na końcu ulicy.
Myene nie wiedziała jeszcze, że ta obietnica pozostanie z nią znacznie dłużej niż sam dzień.
Nie wiedziała też, że czasami człowiek może obiecać coś z całego serca.
I mimo to nigdy nie dostać szansy, żeby dotrzymać słowa.
Dom był zbyt cichy.
To była pierwsza rzecz, którą zauważyła Myene, gdy skręcili w ścieżkę prowadzącą do wejścia. Zwykle o tej porze słychać było stukot butów Hany biegającej po korytarzu, płacz Mio domagającej się uwagi, lub przynajmniej ciche dźwięki radia, które Ren zawsze włączał podczas porannej kawy. Ale teraz panowała taka cisza, że Myene usłyszała nawet brzęczenie muchy uderzającej o szybę na piętrze.
— Cicho tu — mruknął Shouyo, zatrzymując się przy furtce.
Myene spojrzała na dom. Drzwi wejściowe były uchylone. Tylko centymetr, może dwa, ale wystarczająco, by zauważyć, że ktoś je zostawił otwarte. Ren nigdy tego nie robił. Zawsze sprawdzał dwa razy, zawsze przekręcał klucz w zamku, mówiąc, że dom to świątynia, której trzeba strzec.
— Może tata wyszedł do ogrodu? — zasugerował Shouyo, ale jego głos brzmiał nieswojo, za wysoko.
— W listopadzie? Przy tym chłodzie?
Myene przeszła przez furtkę. Ziemia pod butami była wilgotna od porannej rosy. Podeszła do drzwi, nie zdejmując butów — kolejna rzecz, za którą zwykle Airi zwracała jej uwagę. Pchnęła je lekko. Zaskrzypiały cicho, otwierając się szerzej.
— Halo? — zawołała.
Cisza.
Zapach uderzył ją dopiero, gdy przekroczyła próg. Metaliczny, ciężki, słodkawy. Zapamięta go na całe życie, choć wtedy jeszcze nie wiedziała, co oznacza. Pomyślała tylko, że to dziwne, że w powietrzu unosi się zapach żelaza, jakby ktoś zostawił otwarte okno w warsztacie taty.
— Mama? — zawołała głośniej. — Tato?
Shouyo wszedł za nią, wciskając się w zaciemniony przedpokój. Myene odłożyła torbę z zakupami na podłogę. Chleb wystawał z góry, świeży i jeszcze ciepły. To był ostatni normalny przedmiot, którego dotknęła.
Kuchnia była pusta. Na stole stały niedojedzone talerze — resztki omletu na talerzu Hany, kubek Rena z kawą, która zdążyła się już zestalić w brązową skorupę. Krzesło Mio było przewrócone. Nie na ziemię — po prostu oparte o stół, jakby dziecko wstało zbyt szybko, albo ktoś je podniósł i nie postawił z powrotem.
— Co się stało? — szepnął Shouyo stojąc tuż za nią. Czuła jego oddech na plecach, szybki i płytki.
Myene nie odpowiedziała. Jej wzrok przesunął się ku korytarzowi prowadzącemu do salonu. Tam było ciemniej, zasłony były zaciągnięte, ale dostrzegła coś białego na podłodze. Skarpetkę. Małą, różową skarpetkę Mio.
Ruszyła naprzód. Nogi prowadziły ją same, jakby ciało wiedziało, czego umysł jeszcze nie chciał przyjąć. Salon. Musi sprawdzić salon. Może wszyscy są tam, może oglądają film, może zasneli podczas cichej godziny — takie rzeczy się zdarzały, prawda? Rodziny zasypiały razem na kanapie, prawda?
Przekroczyła próg salonu.
Czas się zatrzymał.
Najpierw zobaczyła krew. Nie było jej dużo — nie jak w filmach — ale była wszędzie. Na dywanie w małych, ciemnych plamach. Na ścianie, nisko, przy podłodze, jakby ktoś o nią się opierał. I na dłoniach. Dłoniach Hany, która leżała na boku przy kanapie, z oczami otwartymi, patrzącymi w stronę okna. Myene zobaczyła jej włosy, rozrzucone jak warkocz z jedwabiu, i zieloną sukienkę, którą Hana założyła tego ranka, bo miała w niej iść po południu do koleżanki.
Nie krzyknęła. Szok działa dziwnie — wycisza wszystko. Poczuła tylko, jak coś zimnego rozlewa się w jej żołądku, jakby wypiła zbyt dużo zimnej wody.
— Hana? — usłyszała własny głos, obcy, daleki.
Ktoś chwycił ją za rękę. Shouyo. Jego palce były lodowate, wbijały się w jej skórę z taką siłą, że później zobaczy siniaki.
— Myene... — jego głos drżał. — Ona... ona nie oddycha?
Nie mogła oderwać wzroku od siostry. Hana była taka mała. Taka bezbronna. Leżała w pozycji, która wyglądała na nienaturalną, zbyt sztywną, jakby ktoś ułożył ją jak lalkę. Ale to nie była lalka. To była Hana, która godzinę temu śmiała się przy śniadaniu, smarując chleb masłem.
— Idź do przedpokoju — powiedziała Myene. Jej głos brzmiał mechanicznie, jakby należał do kogoś innego.
— Co?
— Idź do przedpokoju. Teraz.
— Ale...
— Shouyo. — Obróciła się do niego. Widziała jego twarz, bladą jak papier, z rozszerzonymi źrenicami. — Idź tam i nie ruszaj się. Nie oglądaj się. Idź.
Chłopiec otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zrobił krok w tył, potem drugi. Myene odwróciła się z powrotem do pokoju.
Zobaczyła wtedy nogi. Wystawały spod za kanapy. Małe stopy w skarpetkach z Batmanem. Kaito. Leżał na brzuchu, twarzą ukrytą w dywanie, jakby chciał się schować przed czymś strasznym. Jego ciałko było nieruchome, zbyt nieruchome jak na sześcioletnie dziecko, które nigdy nie potrafiło usiedzieć w miejscu przez więcej niż minutę.
Serce Myene zaczęło bić tak głośno, że słyszała je w uszach. Bum. Bum. Bum. Jak bęben.
— Kaito? — szepnęła, choć wiedziała, że nie odpowie.
Musiała znaleźć rodziców. Gdzie byli Ren i Airi? Gdzie była Mio? Może oni żyją. Może to był wypadek, może gaz, może coś zjedli, może...
Weszła do jadalni.
Airi leżała przy komodzie z fotografiami. Leżała na boku, z ręką wyciągniętą w stronze schodów, jakby próbowała się do nich wspiąć. Jej oczy były zamknięte, co wyglądało niemal na spokój, ale krew — ta była już wszędzie, ciemniejsza, gęstsza, wsiąkła w jej białą bluzkę. Myene rozpoznała tę bluzkę. Mama ją prała wczoraj, wieczorem, mówiąc, że jutro będzie świeża na nowy dzień.
— Mamo... — wyszeptała.
Padła na kolana. Dotknęła ramienia matki. Ciało było zimne. Sztywne. Nie żyło długo, godzinę, może dwie. Skóra miała odcień wosku. Myene pociągnęła ją za rękę, ale ciało było ciężkie, nieprzyjemnie ciężkie, i wtedy zrozumiała, że naprawdę nie ma jej z powrotem. Że ten dotyk, ten chłód, to już wszystko, co jej zostanie.
— Nie... — wyszeptała. — Nie, nie, nie...
Wstała. Potrzebowała znaleźć tatę. I Mio. Gdzie była Mio? Trzylatka nie mogła być sama. Gdzieś musiał być Ren, trzymający ją na rękach, chroniący ją, jak zawsze chronił wszystkich.
Schody.
Zobaczyła krew na schodach. Małe kropki, jakby ktoś niósł coś mokrego i kapało. Albo ktoś szedł ranny.
Weszła na górę. Nogi miała jak z waty, nie czuła podłogi pod stopami. Korytarz był ciemny, drzwi do sypialni rodziców otwarte.
Ren leżał w progu. Jego plecy opierały się o framugę, a nogi wystawały na korytarz. Wyglądał, jakby usiłował wstać, dosięgnąć czegoś na górze. W jednej ręce — tej, którą zawsze podawał Myene, gdy szli razem przez ulicę — wciąż trzymał telefon. Ekran był pęknięty, ale włączony. Widniała na nim nieodebrana rozmowa. Numer alarmowy. 110.
Próbował wezwać pomoc.
Próbował ich uratować.
Myene stała nad nim, niezdolna do ruchu. Zauważyła, że jego oczy były otwarte. Patrzył w sufit, ale nie widział go. Ten spokojny, pogodny wzrok, który nigdy nie podnosił głosu, był teraz szklisty, pusty, skierowany w nicość.
— Tato... — jej głos złamał się. — Tato, proszę...
Nic.
Wtedy usłyszała płacz. Cichy, przytłumiony, dochodzący z pokoju dziecięcego.
Mio.
Przebiegła obok ciała ojca, nie zwracając uwagi na to, że uderza w niego barkiem. Pokój Mio był zamknięty, ale dźwięk dochodził spod drzwi. Myene chwyciła klamkę. Zablokowane. Z drugiej strony coś je blokowało.
— Mio! — zawołała, uderzając w drzwi. — Mio, to ja! Otwórz!
Płacz ucichł na moment, potem wrócił, głośniejszy, przerażony.
— Mio, kochanie, proszę...
— Myene? — głos był słaby, dziecięcy, zachrypnięty od płaczu. — Boję się. Ciemno tu.
— Otwórz drzwi, mała. Proszę, otwórz.
— Nie mogę. Stół. Stół jest...
Myene zrozumiała. Mio musiała wepchnąć pod drzwi stolik nocny, próbując się zabarykadować. Trzylatek, ukrywający się przed potworem.
— Dobrze, kochanie, dobrze. Zostanę tutaj. Nie ruszaj się, dobrze? Jestem tu.
Odsunęła się od drzwi. Musiała znaleźć klucz. Albo coś, czym może wyważyć drzwi. Albo...
Zszokowała się, gdy zobaczyła Shouyo stojącego w korytarzu.
Powiedziała mu, żeby poszedł do przedpokoju. Powiedziała mu, żeby nie patrzył. A on stał teraz, wpatrując się w ciało ojca, z wyrazem twarzy, którego nigdy u niego nie widziała. Nie był to strach. Nie były to łzy. Była to pustka. Całkowita, lodowata pustka, jakby ktoś wyłączył w nim światło.
— Shouyo... — wyszeptała.
Chłopiec nie odpowiedział. Jego oczy przesunęły się od ciała Rena do Myene, potem z powrotem do ciała. W jego dłoni wciąż była tabliczka czekolady, którą dostał w sklepie. Ścisnął ją tak mocno, że papierowe opakowanie pękło, a czekolada zaczęła się topić w jego ciepłej dłoni, wyciekając między palcami jak brązowa krew.
— On nie żyje — powiedział Shouyo. To nie było pytanie. To było stwierdzenie, wypowiedziane głosem tak płaskim, jakby stwierdzał, że pada deszcz.
— Shouyo, musisz...
— Oni wszyscy nie żyją, prawda? — podniósł wzrok na nią. — Hana też. I Kaito. Widziałem Hana. Leży w salonie.
Myene poczuła, jak coś w niej pęka. Nie była już dzieckiem. W tej sekundzie, w tej jednej, okropnej sekundzie, przestała być nastolatką, która martwi się o stopnie i o to, czy podoba się chłopakom. Stała się dorosła, ale kosztem wszystkiego, co miała.
— Tak — powiedziała cicho. — Tak, Shouyo. Oni... oni odeszli.
Chłopiec przytaknął. Powoli, jakby ta informacja docierała do niego z opóźnieniem. Spojrzał na swoją dłoń, na roztopioną czekoladę.
— Chciałem im dać po kawałku — powiedział. — Kaito lubił mleczną. Hana wolała z orzechami. Mówiłem, że to niespodzianka.
Myene podeszła do niego. Chciała go objąć, przytulić, schować mu oczy, żeby nie widział. Ale on cofnął się, zanim go dotknęła.
— Nie — powiedział.
— Shouyo...
— Nie dotykaj mnie.
Wycofał się o krok, potem o drugi. Jego plecy dotknęły ściany. Wtedy dopiero zobaczyła, że drży. Całe jego ciało drżało, ale twarz pozostawała nieruchoma, jak maska.
— Musisz... musisz zadzwonić — powiedział, wskazując na telefon w ręku ojca. — Zadzwoń po pomoc.
Tak. Telefon. Policja. Myene ocknęła się. Podeszła do ciała ojca, padając na kolena obok niego. Czuła się, jakby znieważała jego pamięć, szukając w jego kieszeniach, ale musiała znaleźć telefon. Jego telefon był zepsuty, ale może...
Znalazła go w kieszeni spodni. Telefon Rena. Zablokowany. Ale on zawsze używał tego samego kodu — daty ślubu z Airi. 1208. Grudzień, ósmy.
Telefon się odblokował.
Palce Myene drżały tak, że ledwo mogła nacisnąć cyfry. 1-1-0. Japonia. Policja.
— Dyżurny komisariatu — odezwał się głos, spokojny, profesjonalny.
— Proszę... proszę pomóc... — jej głos zawiódł. Kaszlnęła, próbując pozbyć się dziwnego dźwięku, który wydobył się z jej gardła. — Tu Akiyama. Rodzina Akiyama. Wszyscy... wszyscy nie żyją. Moja rodzina...
— Pani mówi, że ktoś nie żyje? — głos stał się ostrożniejszy. — Proszę spokojnie. Gdzie pani jest?
— W domu. Naszym domu. — Myene podała adres, mechanicznie, jakby uczyła się go na pamięć w szkole. — Proszę przyjechać. Jest tu mój brat. I moja siostra... Mio jest zamknięta w pokoju. Nie mogę jej wydostać. I... i ci wszyscy...
Zaczęła płakać. Nie histerycznie, nie głośno. Łzy po prostu popłynęły jej po policzkach, ciepłe i bezwiedne, jakby należały do kogoś innego.
— Patrol jest w drodze — powiedział dyżurny. — Proszę zostać na linii. Czy w domu jest ktoś jeszcze oprócz pana rodziny?
Myene spojrzała na Shouyo. Stał przy ścianie, patrząc na nią, ale jakby jej nie widział. Jego oczy były puste, jakby dusza wyszła z ciała i patrzyła na scenę z góry.
— Nie — szepnęła. — Jest tylko mój brat. I ja. I Mio... ale ona żyje. Ona żyje, proszę, powiedzcie im, żeby się pospieszyli...
— Rozumiem. Proszę nie rozłączać się.
Czekali. Czas stał się złośliwy, rozciągał się w nieskończoność. Myene siedziała na podłodze korytarza, plecami oparta o ścianę, telefon przy uchu. Shouyo usiadł naprzeciwko niej, na podłodze, z nogami skrzyżowanymi, jakby siedzieli w kole podczas zajęć w przedszkolu. Trzymał w rękach roztopioną czekoladę, patrząc na nią, jakby była najważniejszą rzeczą na świecie.
Z dołu dobiegł dźwięk. Myene nagle się wyprostowała.
— Słyszysz to? — szepnęła do Shouyo.
Chłopiec uniósł głowę. Z kuchni dobiegał cichy dźwięk. Radio. Któś — prawdopodobnie Ren — włączył je rano i zapomniał wyłączyć. Teraz grała jakaś melodyjna piosenka, popowa, radosna, absurdalna w tej ciszy śmierci.
— Wyłącz to — powiedział Shouyo nagle. — Wyłącz to natychmiast.
— Shouyo...
— Wyłącz to!
Krzyknął. Pierwszy raz w życiu krzyknął na nią. Głos złamał się, stał się wysoki, histeryczny.
Myene wstała. Zeszła na dół, trzymając telefon przy uchu. Dyżurny coś mówił, ale nie słyszała. Weszła do kuchni. Zobaczyła radio na blacie. Nacisnęła guzik.
Cisza. Ta prawdziwa, ciężka cisza, wróciła.
Kiedy wróciła na górę, Shouyo wciąż siedział w tym samym miejscu, ale teraz trząsł się cały. Jego ramiona podskakiwały w górę i w dół, a z ust wydobywały się dźwięki — ciche, przerażające dźwięki, jakie wydaje zwierzę, gdy jest rane i nie rozumie dlaczego.
— Shouyo... — padła na kolana przy nim. — Jestem tu. Jestem przy tobie.
— Zabierają — szepnął przez zaciśnięte zęby. — Zawsze zabierają. Wszystko co kocham, zabierają.
— Nie... — objęła go.
Tym razem nie odsunął się. Był zbyt słaby, zbyt złamany. Wpadł jej w ramiona, a jego ciało było jak drewniane, sztywne i nieruchome, ale drżące.
— Obiecałaś — szepnął w jej bluzkę. — Obiecałaś,że zabierzesz mnie gdzieś. Obiecałaś, Myene.
— Wiem — szlochała teraz ona też, przytulając go mocnoj. — Wiem, kochanie. Przepraszam. Tak bardzo przepraszam.
— Nie chcę — jego głos był ledwie słyszalny. — Nie chcę już kochać. Jeśli nie pokocham, to nie zabiorą mi więcej. Prawda?
Myene zamknęła oczy. Czuła jego małe ciało w swoich ramionach, czuła jego drżenie, czuła zapach czekolady i krwi. I wiedziała, że właśnie w tym momencie, w tym okropnym, złamanym momencie, oboje umierają. Nie fizycznie — oni umierają wewnętrznie, dzieciństwo umiera, bezpieczeństwo umiera, miłość umiera.
— Tak — kłamała, bo nie umiała powiedzieć prawdy. — Tak, Shouyo. Nikt cię już nie zabierze.
Słyszała syreny w oddali.
Policjanci byli profesjonalni, ale w ich oczach Myene widziała wstrząs. Widzieli już wiele, ale piętnaścioro dzieci w jednym domu, z czego trzy żywe, w tym jedno zamknięte w pokoju — to było coś innego.
Ratownicy wyważyli drzwi pokoju Mio. Dziewczynka wpadła w ramiona Myene, nieprzytomna ze strachu, ale żywa. Cała, zdrowa. Nie rozumiała, co się stało. Pytała tylko, gdzie jest mama, i dlaczego tata śpi na podłodze.
Myene siedziała na tylnym siedzeniu policyjnego samochodu, trzymając Mio na kolanach. Shouyo siedział obok, patrząc przez okno. Nie płakał już. Jego twarz była gładka, spokojna, niemal ponad wiek dojrzała.
— Pani Akiyama? — policjantka pochyliła się do okna. — Muszę zadać pani kilka pytań. Czy widziała pani kogokolwiek wychodzącego z domu? Czy słyszała pani cokolwiek podejrzanego?
Myene pokręciła głową. Jej umysł nie rejestrował pytań. Rejestrował tylko fakt, że torba z zakupami wciąż stała w przedpokoju. Chleb zastygł, mleko się przegrzało. Czekolada roztopiła się w dłoniach Shouyo.
— Czy ma pani jakichś krewnych? — kontynuowała policjantka. — Ciotkę, wujka, dziadków?
— Nie — odpowiedziała cicho. — Shouyo został przybrany. Ren i Airi przygarnęli go pięć lat temu. Nie mamy nikogo. A przynajmniej ja nikogo nie znam.
Policjantka spojrzała na nią z litością, która bolała bardziej niż cokolwiek innego.
— Zostaniecie umieszczeni w ośrodku opieki zastępczej na razie. Do czasu...
— Rozumiem — przerwała Myene. Nie chciała słuchać do czasu. Nie chciała myśleć o jutrze.
Shouyo wciąż patrzył przez okno. Gdy samochód ruszał, odwrócił się i spojrzał na dom po raz ostatni. Myene zrobiła to samo.
W oknie na piętrze, w jej pokoju, falowały zasłony. Wiatr musiał wpaść przez otwarte okno. Albo coś innego.
— Pa — szepnął Shouyo.
Nie wiedziała, do kogo mówi. Do domu? Do rodziców? Do dzieciństwa?
Samochód skręcił w ulicę i dom zniknął z oczu.
Myene spojrzała na brata. Siedział nieruchomo, z dłońmi złożonymi na kolanach. W świetle latarni ulicznej jego oczy wyglądały na puste, jakby ktoś zgasił w nich światło na dobre.
W jej ramionach Mio zasnęła, zmęczona płaczem. Myene przytuliła ją mocniej, czując ciężar odpowiedzialności, który właśnie na nią spadł. Była najstarsza. Była jedyną, która została.
*Powinnam była ich ochronić* — pomyślała, patrząc na śpiącą Mio. *Powinnam była wrócić szybciej. Powinnam była...*
Ale nie było już "powinnam". Było tylko "jest". I to "jest" było przerażająco, okropnie puste.
Shouyo nie odwrócił się już do niej przez resztę drogi. Siedział sam, zamknięty w swojej nowej, lodowej twierdzy, z której nikt — nawet ona — nie mógł go już wydostać.
Gdzieś w ciemności za oknem zginęła obietnica. Ta o wycieczce tylko we dwoje. Ta o palcu zahaczonym o palec. Wszystko zginęło, zanim zdążyło się zacząć.
I tylko cisza pozostała. Ciężka, absolutna, wieczna cisza, która zastąpiła śmiech śniadaniowy, kroki na schodach i ciepło rodzinnego domu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania