Rozdział 1.

1)

W dali było widać tylko słońce i piach, nic więcej, nic mniej, jedynie nocą widok zmieniał się gdy słońce ustępowało miejsca gwiazdom i księżycom. Pustynną ciszę przerywały tylko przekleństwa rzucane pod nosem potężnie zbudowanego wojownika. Całkowicie bladego z bujnym owłosieniem na ciele lecz nie na głowie, na pierwszy rzut oka widać było że pochodzi z dalekiej północy. „Cholerny młodziak, przydupas króla, gdyby nie te zdurniałe rozkazy na pewno byśmy wygrali. A teraz? Błąkam się po przeklętej pustyni, a nade mną słońce grzeje jakby drwiło ze mnie!” Z każdym słowem mówił coraz głośniej, choć usta mu pękały z pragnienia dobrze wiedział że powrotu nie ma. Armia do której przynależał została zmiażdżona kilka dni temu w bitwie i jedyne co mogło go uratować to szybka ucieczka w stronę pustyni, walczył do końca i poddać się nie chciał, ale wiedział że głupotą jest umierać przez czyjąś chorą ambicje, która to obiegła już prawie cały kontynent jak to ukochany bratanek króla poprowadził do boju wojsko do którego to zwerbował dodatkowo mnóstwo najemnych zbirów i pomaszerował ku Stygii, aby zetrzeć z powierzchni ziemi starożytne miasto, ostatnią już ostoje wyznawców bluźnierczego Boga Seta. Jednak cała ta kampania okazała się jednym wielkim fiaskiem, młodziak zaślepiony nadaną mu władzą odrzucał porady doświadczonych generałów, a tych którzy mu się sprzeciwili od razu skazywał na śmierć. Jedynie najemnicy nie mieli nic przeciwko bo płacił sowicie i zawsze w porę, stąd właśnie obecność barbarzyńcy, zwanego Cromem Czerwonym. Po pustyni maszerował już kilka dni, na początku z kilkoma kompanami, lecz wszyscy już padli został tylko on, a jego silna wola przetrwania nie pozwalała mu zginąć od pragnienia czy głodu, nie mógł na to pozwolić czułby się wtedy słaby. Ubrany tylko w twardą skórzaną przepaskę, na plecach huśtała wielka futrzana, powlekana twardym sznurem pochwa z mieczem w środku, po samej rękojeści uznać było można że ostrze musi być ogromnej wagi, wykonane z szarego żelaza nie jakaś perfumowana stal, tutaj liczyła się prawdziwa siła nie każdy takim ostrzem potrafiłby się obejść. Zbliżał się koniec dnia, mężczyzna był już kompletnie wyczerpany, przypuszczał że tej nocy skończy się jego koszmar na tej pustyni, zaśnie i już się przebudzi. Wzbudziło to w nim ogromną złość zaczął krzyczeć, wyklinać, machać ostrzem, uderzać w piasek. Zaczął traktować te krainę jak prawdziwego wroga z krwi i kości, uklęknął i patrzył w zachodzące słońce i wtedy to zobaczył. Na Bogów to światło! Ostatnie promienie słońca odbiły się od kopuły wierzy. Czy to kolejny miraż? Znam te sztuczki, czary pustyni - myślał. Ale nie zaszkodzi spróbować, zginąć tu czy tam, co za różnica. Zaczął maszerować w kierunku nieznanej budowli, po chwili był na miejscu, dalej niedowierzał. Dopiero dotyk muru rozwiał jego wątpliwości. Nie wiedział czy miejsce jest zamieszkane, przypuszczał że mogą czekać tam wrogowie, ale nie zamierzał się skrywać, wierzył swoje zdolności i jeśli będzie potrzeba to wyrżnie wszystkich za kufel wody. Wyciągnął miecz i wszedł przez pustą bramę. Dwa domy, plac i wieża, przepychu nie ma, ale studnia! Na środku placu przed wejściem do wierzy znajdowała się kwadratowo obudowana studnia z impetem do niej ruszył. „Nie ma wiadra ni sznura! Kurwa i nędza!” I zaczął atakować studnie swym ostrzem, jakby chciał ją zabić za ten okrutny żart. Nie starczyło mu sił na długie wymachiwanie ciężkim żelastwem, przysiadł na schodach prowadzących do drzwi tajemniczej wieży. „Dopiero teraz ujrzał białe kości porozrzucane po okolicy. Znów wyostrzyły mu się instynkty. Czy na pewno jestem tu sam?” Wtedy usłyszał, ciężkie drewnienie drzwi wieży się otworzyły, natychmiast się odwrócił i był gotowy na najgorsze, ale nic się nie stało. To zaproszenie? Pułapka? Na Bogów już nie mogę myśleć. Wchodzę, wszystko mi jedno gdzie zginę!

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania