Rozdział 1: Gryź język. Nie będzie łez.

Fragment pierwszego rozdziału książki, którą piszę. Będę wdzięczny za szczery odbiór: czy chce się czytać dalej, co zostaje w głowie i co wybija z tekstu.

 

Narodził się chłopak.

Jeszcze wtedy nikt nie wiedział, że bardziej od ciszy będzie kochał chaos.

Jeszcze wtedy nikt nie wiedział, że dzieciństwo pokaże mu prawdę o nim samym szybciej, niż powinno.

Podobno nie płakał.

Jakby już wiedział, że to, co go spotka, będzie jednocześnie wybawieniem i klątwą.

Nie, to nie będzie opowieść o dobru i złu.

Nie będzie też opowieść z pięknym zakończeniem, gdzie wszyscy się przytulają, leci wzruszająca muzyka, a narrator mówi, że wszystko miało sens.

Bo czasem nie ma sensu.

Czasem jest tylko człowiek, który rozpada się po cichu, a później przez pół życia udaje, że przecież nic się nie stało.

To będzie opowieść o mnie.

A może trochę też o tobie.

O człowieku, który rozpadł się w nienawiści, chociaż cały czas miał w sobie coś dobrego.

O ludziach, którzy czują mocniej, widzą więcej i przez to czasem chcieliby nie widzieć nic.

O nas wszystkich.

Więc zapraszam.

Możecie otworzyć butelkę szkockiej, koniaku albo nawet herbatę, jeżeli ktoś chce udawać, że prowadzi zdrowy tryb życia.

Dziś poznamy prawdę o sobie.

Odsłaniamy kurtyny.

Zdejmujemy maski.

Tutaj każdy jest bezpieczny i anonimowy.

No, może oprócz mnie.

Pytanie do was, drodzy czytelnicy.

Czy samotność jest zła?

Czy złość jest złem?

Czy emocje to coś, czego nie powinno być w życiu?

A może wręcz przeciwnie — może uważacie, że maski są potrzebne?

Że czasem trzeba zasłonić kurtynę, bo inaczej człowiek nie da rady przeżyć kolejnego dnia?

Psycholog pewnie powiedziałby, że nie powinno się tłumić emocji.

Że trzeba je nazywać.

Przeżywać.

Rozumieć.

Tylko ja wtedy nie miałem psychologa.

Miałem dwanaście lat, słuchawki, komputer i język, który można było gryźć do krwi, żeby nie płakać.

Więc może nie będę wam opowiadał, jak wyszedłem na świat.

Chociaż jakbyście chcieli wiedzieć, to przez cesarkę.

Ups.

Ta historia zaczyna się wtedy, kiedy mam dwanaście lat.

Jestem lekko za duży.

Dobra, nie lekko.

Nadwaga, otyłość i cała reszta tej pięknej kolekcji kompleksów przyjdą później, spokojnie.

Moja siostra choruje.

Boli ją dosłownie wszystko.

Ma prawie dwa lata, więc nie może powiedzieć:

„Słuchajcie, boli mnie tu, tu i jeszcze tu, a tak w ogóle to coś jest bardzo nie tak”.

Dziecko nie mówi lekarzom, gdzie boli.

Dziecko płacze.

A dorośli próbują zgadywać, czy to brzuch, zęby, wirus, czy może coś, czego nikt nie chce powiedzieć na głos.

Pierwsze wyniki badań są niby w normie.

Lekkie odchylenie płytek.

Nic wielkiego.

Takie „obserwować”.

A później kolejne badania.

I kolejne.

I dalej nic.

Aż w końcu pięknego dnia — pięknego, kurwa, wiadomo — lekarz mówi, że mają podejrzenie.

Że trzeba zrobić więcej badań.

Że już mniej więcej wiedzą, w którą stronę patrzeć.

Ale nie będą mówić, żeby nas nie stresować.

No super.

Bo jak ktoś mówi, że nie powie, żeby nie stresować, to człowiek od razu jest spokojny jak Budda po melisie.

Kilka dni później pada słowo.

Białaczka.

Szybki wyjazd do większego szpitala.

Przypominam: ja mam dwanaście lat.

Siostra zaraz dwa.

Pizda ogromna.

I nagle zostaję sam w domu.

A ja bałem się ciemności.

Nie trochę.

W chuj.

Na całe szczęście odwiedzała mnie babcia.

Ta sama, której później już nie będzie.

Ale wtedy jeszcze była.

Przychodziła i dawała mi spokój samą obecnością.

Nie musiała mówić nic mądrego.

Wystarczyło, że była.

Dzięki, babciu.

Raz jeszcze.

Dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę, że najdziwniejsze nie było to, że się bałem.

Dziecko ma prawo się bać.

Najdziwniejsze było to, że na początku prawie nic nie czułem.

Jakby ktoś we mnie wyłączył prąd.

Jakby organizm uznał:

„Dobra, młody, tego nie udźwigniesz, więc na razie odcinamy zasilanie”.

Uczucia przyszły później.

Mniej więcej miesiąc później.

I wtedy już nie było miło.

Błagałem Boga, żeby wziął mnie, a zostawił moją młodszą siostrzyczkę.

(Jebaniutki chyba posłuchał, ale to taki mały spoiler).

Oczywiście niezbadane są wyroki boskie, więc jak wiadomo — nic się nie stało.

A nie, wybaczcie.

Stało się.

Tylko we mnie.

Posypałem się jak dziecko.

W sumie nim byłem.

Ale wtedy nie wiedziałem, że płacz może człowiekowi pomóc.

Wiedziałem za to coś innego.

Przypomniałem sobie, co powiedziałem kiedyś bratu, kiedy płakał na pogrzebie dziadka.

„Gryź język. Nie będzie łez”.

Mądre?

Nie.

Skuteczne?

Niestety tak.

Więc robiłem to samo.

Gryzłem język.

Bolało w chuj, ale łez nie było.

A o to przecież chodziło.

Żeby nie było łez.

Żeby nikt nie zobaczył, że coś pęka.

Gryzłem tak długo, aż poczułem metaliczny smak.

Nie wiedziałem od razu, co to.

Dopiero jak wsadziłem palec do buzi i zobaczyłem krew, zrozumiałem.

Najpierw strach.

„Kurde, co ja zrobiłem?”

A później coś gorszego.

Ekscytacja.

Że jestem taki silny.

Że umiem zatrzymać emocje bólem.

Że wystarczy ugryźć mocniej i człowiek nie musi płakać.

No i zobaczcie.

Dzieciak odkrył swoją pierwszą supermoc.

Autodestrukcję.

Następnego dnia wraca siostra.

Jestem szczęśliwy, bo w końcu ją zobaczę.

Moją małą siostrzyczkę.

I wtedy czuję się, jakby mnie pociąg potrącił.

Widzę ją.

Uśmiechniętą.

Widzę, że cieszy się na mój widok.

Leci do mnie, żeby się przytulić.

A ja stoję.

Jak ostatni cwel.

Boję się ją przytulić.

Nie dlatego, że mogę jej coś zrobić.

Nie dlatego, że jej nie kocham.

Tylko dlatego, że pierwszy raz widzę ją łysą.

Przez sekundę nie poznaję własnej siostry.

Przez jedną jebaną sekundę.

I ta sekunda zostaje ze mną na lata.

Była dwudziesta druga, więc szybko uciekłem do pokoju.

Powiedziałem, że muszę iść spać, bo jutro na pierwszej lekcji mam sprawdzian.

Nie było żadnego sprawdzianu.

Musiałem się usunąć.

Musiałem gryźć język.

Musiałem schować się w pokoju, żeby nikt nie zobaczył, że jestem słaby.

Wstaję rano, kiedy wszyscy jeszcze śpią.

Myję się po cichu.

Chowam się do pokoju.

Czekam tylko, aż będzie taka godzina, żebym mógł wyjść do szkoły i żeby nikt mnie nie zobaczył.

Na całe szczęście się udało.

Bo chyba nie wytrzymałbym kolejnego spojrzenia.

Idę do szkoły.

Słuchawki na uszach.

Leci Sarius.

Nie będę udawał, że rozumiałem wtedy wszystko.

Ale rozumiałem wystarczająco dużo, żeby bolało.

W jego głosie było coś, czego ja nie umiałem nazwać.

Bezsenność.

Rozpad.

Ten dziwny moment, kiedy wszystko się sypie, a człowiek udaje, że przecież idzie normalnie do szkoły.

Tylko ja wiedziałem, czemu ta noc była bezsenna.

Mijam blok.

Patrzę na śmietnik.

Obok niego jakiś najebany typ wymiotuje.

No nic.

Trudno.

I wtedy myślę:

Dlaczego moja siostra?

Dlaczego nie ten jebany patus?

Od razu wstyd.

Bo przecież tak nie wolno myśleć.

Ale myśli nie pytają, czy wolno.

One po prostu przychodzą.

Zastanawiam się, czy nie iść dłuższą drogą.

Posłuchać więcej muzyki.

Odstresować się.

Zająć czymś głowę.

No i idę.

Może trochę bardziej niebezpiecznie, ale przynajmniej dłużej.

Mijam park.

Zawsze bałem się, że jebane gołębie mnie osrają.

Ale nie tym razem.

Nie wiem, czy to dlatego, że miałem szczęście, czy nawet gołębie uznały, że dzisiaj wystarczy.

Potem myślę, czy iść skrótem przez cmentarz, czy normalnie.

Wybieram skrót.

Wchodzę na cmentarz.

Mroczna aura wciska mi coś do gardła.

I niczym Jezus przy pierwszej stacji — pękam.

Płaczę w drodze do szkoły.

Na cmentarzu.

No kurwa.

Dlaczego tutaj?

Oczywiście przepraszam zmarłych, że przeklinam.

Dostaję chwilę.

Wycieram łzy.

Dobra.

Jest okej.

Można iść dalej.

W szkole lekka pizda.

Nie byłem orłem.

Przez sytuację rodzinną opuszczałem zajęcia.

No i zaczęły się pytania.

— Dlaczego masz tylko dwadzieścia siedem procent obecności?

— Nie przepuścimy cię do następnej klasy.

— Masz dwa zagrożenia, a zaraz koniec semestru.

I wtedy pierwszy raz pojawia się we mnie myśl:

A może, kurwo, zapytasz, jak się czuję?

Oczywiście gdyby ktoś zapytał, skłamałbym.

Powiedziałbym, że dobrze.

Że luz.

Że ogarniam.

Bo przecież trzeba być silnym.

Ale sama możliwość, że ktoś mógłby zapytać, była wtedy jak science fiction.

Czułem gigantyczną frustrację.

Nie dlatego, że szkoła wymagała.

Tylko dlatego, że dla nich nie istniałem.

Istniała frekwencja.

Oceny.

Zagrożenia.

Rubryki.

A ja?

Ja byłem tylko problemem w dzienniku.

I wtedy kolejna myśl:

A co, jakbym serio zniknął?

Chuj z tym.

Idę na angielski.

Tak, okłamałem was.

Była kartkówka.

Jako że angielski był moim konikiem, myślę:

Luzik.

Dam radę.

Słówka?

E, łatwiutko.

Dostałem pizdę.

A jako „kościół” wpisałem „Jezus house”.

Zasłużenie.

Chociaż oczywiście się kłóciłem.

Później tylko odjebać polski, dwie matematyki i jakiś WOS.

Po chuj to komu, nie wiem do dziś.

Wracam do domu.

Znowu słuchawki.

Znowu Sarius.

Tym razem trafia jeszcze mocniej.

Tam jest coś o zgubionym sercu, ciężkich stopach i uczuciu, które mimo wszystko każe biec do kogoś, nawet jeśli człowiek najczęściej czuje się przy tym chujowo.

Myślę:

Kurde.

Jednak ten Sarius to dobry chłopak.

Wy już wiecie, że tak.

Ja jeszcze nie wiedziałem.

Idę jak najszybciej do domu.

Bez parku.

Bez srających gołębi.

Bez cmentarza.

Nagle robi się jasno.

Wiatr kołysze drzewami.

Jakiś pies leje na felgę.

Nawet żadnego patusa nie widać.

Przechodzę przez ulicę.

Samochód wyhamował.

Ja cały.

I nieszczęśliwy.

Wracam do domu.

Do pustego domu.

Na stole kartka.

„Musieliśmy szybko jechać do szpitala. Coś z [imię siostry] jest nie tak. Masz tutaj 20 zł, kup sobie coś do jedzenia”.

I nagle:

Kurwa.

A co, jeśli ostatni raz ją widziałem?

A ja jej nawet nie przytuliłem.

Nawet kurwa nie przytuliłem własnej siostry.

Ale byłem spasionym dwunastolatkiem, więc oczywiście musiałem pójść do sklepu.

Idę.

Mijam znowu psa.

Znowu leje na felgę.

Myślę:

Kurwa, ile można lać?

Mijam starszą babcię, która ledwo idzie i niesie dużą siatę z zakupami.

Myślę:

Było dwie wziąć.

Tak, wiem.

Empatia level dwanaście lat i trauma.

Potem mijam bar.

A tam wesoło.

Każdy elegancko najebany.

No nic.

Idę dalej.

W sklepie kupuję colę i pizzę familijną.

Wiadomo jaki sklep.

Wracam.

W barze nadal wesoło.

Babci nie widać.

Psa też nie.

Myślę:

Coś się zaraz odjebie.

I jednak nic.

Docieram do domu „szczęśliwie”.

Robię pizzę.

Nalewam coli.

A potem myślę:

Jebać.

Biorę z gwinta, bo w barze też tak pili.

Włączam komputer i odcinam się od świata.

Ale najpierw idę się wysikać.

W łazience kątem oka widzę paczkę fajek.

Biorę jednego.

Odpalam.

Myślę:

Co za chujostwo.

(Oj, młody człowieku. Co ty teraz bez nich zrobisz?)

Idę do kompika.

Counter-Strike.

Piękna gra.

Tak samo mocno kochana, jak znienawidzona.

W sumie całkiem jak ja.

Chociaż nie.

CS był bardziej lubiany.

Gadam z koleżką.

Znamy się po dziś dzień, więc pozdro, Marcel.

Wygrywamy.

Przegrywamy.

Jak w życiu.

Ale gramy do północy.

Potem rozchodzimy się spać.

Budzę się rano.

Nie tak rano, żeby wyrobić się na lekcje.

Więc niewiele myśląc:

Pierdole.

Idę grać.

I tak wygląda kolejny dzień.

Bez jedzenia.

Bez szkoły.

Bez emocji.

Czyste granie.

I kolejny.

I kolejny.

Nagle weekend.

Dzwoni mama.

— Jest ciężko.

I znowu myśl:

Bądź silny.

Bądź silny.

Łzy lecą, ale głos się nie zmienia.

— Co się stało? — pytam.

Mama mówi, że wyniki strasznie poleciały.

Że nie wie, czy [imię siostry] zjedzie na święta.

Mówię jak dojrzały chłop:

— Będzie dobrze.

Rozłączamy się.

Ja w płacz.

Ale jestem sam, więc mogę.

Nie idę do szkoły.

Chuj w nią.

Mijają kolejne dni.

Miesiące.

Czasami udaje mi się pójść do szkoły, jak tata akurat nie jest w pracy i mnie wyśle.

W szkole dni mijają szybciej.

Mam kilku kumpli, z którymi mogę normalnie pogadać.

Wiadomo, że nie o mnie.

Nie o moich problemach.

O grach.

O głupotach.

O niczym, czyli o wszystkim, co wtedy ratowało głowę.

W pewnym momencie kolega pompuje prezerwatywę i uderza nią w głowę wychowawczyni.

No nic.

Normalka.

Nudna, ale jakoś lepiej się człowiek czuje.

Wracam do domu.

I znowu kompik.

Gadanie.

Granie.

Pizza familijna.

Tak do świąt.

Dzwoni mama.

Już zaciskam zęby.

Myślę:

Bądź silny.

Nie popłacz się.

A ona mówi:

— Będziemy na święta. Ale tylko dwa dni.

Jestem w szoku.

Poprawiło się.

Nagle płacz.

Myślę:

Kurwa, a to co?

Nie mogę się uspokoić.

I wtedy otwierają się drzwi.

Wchodzi tata.

A ja jak gdyby nigdy nic:

— O, hejka tato. Wiesz, że będą na święta?

Oczywiście, że wiedział.

Ktoś musiał po nie pojechać.

Ja miałem dwanaście lat.

Mijają dni.

Chodzę do szkoły częściej, bo zagrożenia, nieobecności i zaraz koniec semestru.

Ale dla mnie wszystko jedno.

Pierdolić szkołę.

Jebać ludzi.

I jebać Boga za to, co robi.

Myślę tak.

A potem szybko się cofam.

Nie.

Boga nie.

Może ze strachu.

Może bałem się, że jak tak pomyślę, to gołębie mnie osrają, cysterna wybuchnie albo ujebie mi ręce, żebym nie mógł więcej grać.

I wtedy znowu słyszę Sariusa.

Leci numer o śmierci, lekarzu, rozmowie z bliskimi i tym momencie, kiedy człowiek rozumie, że żadna kwota nie ma już znaczenia.

Rozumiałem to jako dzieciak.

Chyba nawet za dobrze.

Wtedy myślałem, że to tylko głupia muzyka.

Przecież on nie wie, co mi jest.

Nie wie dokładnie.

A może wie.

Może nie konkretnie.

Może po prostu czuje coś podobnego i dlatego trafia.

Jakby uderzał mi prosto w serce.

Jakby przez te słowa chciał, żebym się popłakał.

Żebym pokazał słabość.

Jebać, panie Sarius.

Ja jestem twardy.

Muszę być.

Niech mama płacze.

Ja muszę być dla niej ostoją spokoju.

Ja nie mogę.

W końcu przychodzi dzień.

Jakoś zdałem semestr.

Myślę:

Kurwa, pewnie wiedzą, że coś jest nie halo.

A ja nie chciałem, żeby wiedzieli.

Przyjeżdża mama z siostrą.

Pierwsze, co czuję, to wstyd.

Myśli lecą jedna po drugiej.

Halo.

Nie przytuliłeś jej wcześniej.

Jaki z ciebie chujowy brat, że się boisz?

Czemu się nie cieszysz normalnie?

Co jest z tobą nie tak?

Wiesz, że jak znikniesz, nikt nie będzie cię szukał?

I mimo tych myśli ona biegnie.

Przytula się.

A ja znowu jak ten zjeb.

Ale tym razem ją przytulam.

Daję buziaka.

Mówię:

— Kocham cię.

A potem szybko uciekam do łazienki.

— Muszę siku.

I drugi raz czuję krew na języku.

Dobra.

Ogarnąłem się.

Płakać się nie chce.

Trochę dłużej posiedzę, powiem, że kupa.

Git.

Wracam.

Wszyscy są szczęśliwi.

I chyba ja trochę też.

Zaczynamy jeść.

Nawet nie wiecie, jak bolał mnie świąteczny barszcz, kiedy miałem pogryziony język.

Ale jadłem bez mrugnięcia okiem.

Nadchodzą prezenty.

Pierwsza myśl:

Nie zasługuję.

Ja nie chcę prezentów.

Chcę tylko, żeby była zdrowa.

Jebać prezenty.

Wchodzę do pokoju z prezentami.

Dostaję sto złotych i jakieś logiczne chujostwo.

Odpalam kompika.

Gadamy.

Gramy.

I tak mijają święta.

Sylwester.

Nowy rok.

Chujnia.

Fajerwerki oglądamy na serwerze CS-a.

Kompik nie stygł.

A może to ja nie mogłem pozwolić, żeby ostygł.

Bo gdyby zrobiło się cicho, musiałbym coś poczuć.

A na to nie mogłem sobie pozwolić.

W międzyczasie ze stanem zdrowia siostry raz jest dobrze, raz chujowo.

A ja jestem jakby nieobecny.

To znaczy obecny ciałem.

Siedzę.

Gram.

Jem.

Chodzę do szkoły albo nie chodzę.

Odbieram telefony.

Mówię „będzie dobrze”.

Ale w środku?

W środku zaczynam być martwy.

Nie od razu.

Nie tak filmowo, że jednego dnia chłopak patrzy w lustro i już wie, że coś w nim umarło.

Nie.

To dzieje się wolniej.

Po kawałku.

Najpierw przestajesz płakać przy ludziach.

Potem przestajesz mówić, co czujesz.

Potem już sam nie wiesz, co czujesz.

A na końcu zostaje tylko komputer, słuchawki, pizza familijna, cola z gwinta i język, który boli tak bardzo, że przynajmniej wiadomo, że jeszcze coś czujesz.

I chyba wtedy po raz pierwszy naprawdę pomyślałem, że może da się żyć bez emocji.

Że może tak będzie łatwiej.

Że jak przestanę czuć, to nikogo nie zawiodę.

Że będę silny.

Tylko że dziecko nie powinno być silne w taki sposób.

Dziecko powinno płakać, kiedy się boi.

Powinno przytulić siostrę, nawet jeśli wygląda inaczej.

Powinno powiedzieć:

„Mamo, ja też się boję”.

Ale ja wtedy tego nie wiedziałem.

Ja wiedziałem tylko jedno.

Gryź język.

Nie będzie łez.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania