Rozdział 2 I wanna be yours

Na skórzanej, wąskiej kanapie spał urodziwy młodzieniec. Anastazja patrzyła, jak przekręca się z boku na bok, zastanawiając się, kiedy wreszcie spadnie. Oczami wyobraźni widziała to przekomiczne wydarzenie: panicz Antares upada na podłogę. Zachodziła w głowę, jakby się wtedy zachował. Czy byłby wściekły? Czy razem śmieliby się do łez? Te rozważania przerwał Arrakis, mrucząc coś pod nosem. Uśmiechnęła się z niekrytą czułością. Miał rozwichrzone włosy, jedna ręka zwisała z kanapy, a do tego chrapał jak niedźwiedź. Anastazja usiadła na podłodze tuż przy kanapie. Oparła głowę na ręce i patrzyła na niego. Gdzieś głęboko w sercu czuła przyjemne ciepło i spokój, gdy była w jego obecności.

Obudziło go dziwne uczucie, że ktoś mu się zawzięcie przygląda. Zapach słodkiej mandarynki i delikatnej róży wdarł się do jego świadomości. Czarownica. Czuł jej obecność, a jednak nie miał odwagi otworzyć oczu. Nieświadomie mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, marszcząc brwi. Dotykała jego włosów, a palcem delikatnie musnęła jego policzek. Przez jego ciało przeszedł przyjemny dreszcz.

Jeśli to sen, to nie chcę się budzić. Czekałem na to całą wczorajszą noc. Tuliłem ją do siebie jak wariat. Jeszcze nie poznałem dziewczyny, przez którą traciłbym kontrolę nad własnym ciałem. Chciałem się w tym zatracić, a przecież jako Antares nie mogę sobie pozwolić na podobną słabość. Jej serce jest już zajęte.

Zapach świeżej kawy przywołał mnie do rzeczywistości. Leniwie otworzyłem oczy, rozglądając się po pokoju. Biblioteka Blacków. Więc to jednak nie sen?

– Dzień dobry.

Ciepły uśmiech. Usta stworzone do pocałunków Francuza.

– Zaszczyci mnie pan swym towarzystwem, panie czarodzieju?

Czarownica stała przede mną w gotowości. Strojna suknia zniknęła. Przede mną stała prawdziwa, naturalna Czarownica, gotowa na zadanie kolejnych ciosów rodowi Antaresów pod pancerzem kąśliwych żartów. Jej ciemne oczy błyszczały w promieniach słońca. Byłem kompletnym głupcem, myśląc, że będę w stanie wyrwać się spod jej czaru.

– Umarłem? – głos, który wyrwał się z mojego gardła, nie brzmiał ani trochę naturalnie. – Jestem w niebie?

Przeciągnąłem się powoli, widząc, jak odwraca głowę, by ukryć zarumienione policzki. Czyżby kawałek męskiego ciała pod rozpiętą koszulą naprawdę wprowadzał ją w zażenowanie?

– Po emocjonującej nocy wita mnie anioł z kawą w dłoni?

– Anioł? Jeszcze wczoraj byłam czarownicą.

Wręczyła mi filiżankę z czarnym napojem, unikając mojego wzroku.

– Anioł za dnia, czarownica pod osłoną nocy?

Mimowolny uśmiech pojawił się na jej ustach. Uwielbiała tę grę.

– Ten anioł pośle zaraz po dwie diablice i skończy się nasza sielanka.

I cały miły poranek szlag trafił... Matka by mi głowę urwała, gdyby wiedziała, że nie wróciłem do domu. Przez cały wieczór plątała się we własnych zeznaniach, próbując wytłumaczyć mi, dlaczego nie mam prawa spędzać czasu z Anastazją Black. Problem polegał na tym, że jest Black. Dlaczego? Do tej pory nie wiem, ale zapewne chodzi o pieniądze.

– To był żart – sprostowała, zaszczycając mnie swoim spojrzeniem. – Ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę, to kolejna awantura z matką.

– A gdzie ona jest?

– Nie wiem – wzruszyła ramionami, maczając croissanta w dżemie. – Jest dwunasta. Pewnie odsypia Sylwestra.

Południe? Ścisk w gardle oznacza strach. Jeśli za pięć minut nie pojawię się w domu, będą kłopoty.

– Nie sądzę – powiedziałem, a ton mojego głosu zabrzmiał chłodniej, niż zamierzałem.

Odłożyłem filiżankę i sięgnąłem po telefon obok Anastazji. Przymknęła oczy, nieświadomie miażdżąc rogalika w dłoni. Miała lekko uchylone usta, jakby czekała na mój pocałunek. Uśmiech satysfakcji pojawił się na moich ustach całkowicie nieświadomie. Wszystkie te słowne gierki są tylko po to, by ukryć, jak bardzo traci przy mnie swoją kamienną twarz.

– Lecą na Malediwy.

Gwałtowanie otworzyła oczy, zacisnęła usta i odłożyła jedzenie na talerz, strzepując okruszki ze swych kolan, jakby od tego zależało jej życie. Oj, za późno, Czarownico. Nie wiesz, że twój smok ma doskonały wzrok?

– Kto leci na Malediwy? – spytała, patrząc na mnie ze zdziwieniem.

Wyraz jej twarzy był idealnie dobrany do sytuacji. Jedynie oczy zdradzały, że właśnie opuściła swoją maskę w chwili zapomnienia i jeszcze trochę potrwa, zanim dojdzie do siebie.

– Katherine i Victoria. Przecież po takiej imprezie należy im się urlop, nie sądzisz? – zapytałem z ironią w głosie.

– Domyślam się, że wydawanie pieniędzy jest bardzo wyczerpujące.

Zaśmiała się lekko, opadając na oparcie kanapy. Jej blond włosy rozsypały się lekko na ramionach. Bił od niej spokój, a ja marzyłem, by móc do niej dołączyć i podzielić tę chwilę.

Spojrzałem na telefon. Czas upływał nieubłagalnie.

Wstałem, uciekając przed własnymi myślami, i podszedłem do okna.

– Gdzie ty jesteś, synu?

– Dzień dobry, mamo. Ciebie również miło słyszeć. Jestem u Michaela.

Przetarłem dłonią twarz, odwracając się plecami do Anastazji.

– Gdzie jest Anastazja?

– A skąd ja to mam wiedzieć? Jestem pewny, że po tuoiim wczorajszym przedstawieniu nie będzie chciała mnie już znać, więc możesz być z siebie dumna.

– Jak ty się do matki odzywasz?

Dokładnie tak, jak na to zasłużyłaś... Lata cierpienia i zero zrozumienia.

– Dobra, porozmawiamy o tym później. O której mam was zawieźć?

– Znowu z nim piłeś?

– Słucham?! – krzyknąłem do słuchawki.

Nieważne, jak bardzo bym się starał – dla niej nigdy nie będę idealny. Zawsze uważała, że zaraz wykręcę jakiś numer.

– Nie jestem ani trochę pijany – mój głos był ciężki. – Przez cały wieczór nie tknąłem ani kropli – szepnąłem, zdruzgotany myślą, że kilka dni po powrocie z tego piekła miałbym tam kiedykolwiek wrócić.

– Z tobą to nigdy nic nie wiadomo. Czarna owca Antaresów.

Oparłem czoło o chłodną szybę. Moje serce biło jak szalone.

– Na litość boską, matko...

– Nie chcę, żeby Victoria cokolwiek podejrzewała. Kierowca Blacków nas zawiezie.

– W porządku, skoro tak sobie życzysz, to przyjadę do nich, żeby się pożegnać.

Wziąłem głęboki oddech. Ta kobieta doprowadza mnie do niekontrolowanej wściekłości. Dla niej jestem zepsutą zabawką, która ładnie prezentuje się na rodzinnym zdjęciu.

Na moim ramieniu pojawiła się drobna dłoń. Ten dotyk koi moje nadszarpane nerwy. Mój oddech powoli się wyrównywał, ale mur, który postawiła między nami, wciąż pozostał. Kolejna, która tylko się ze mną bawi.

– Może dokończysz kawę i zjemy razem śniadanie?

Zacisnąłem dłoń w pięść, byle tylko nie dać po sobie poznać, jak ta sytuacja wytrąciła mnie z równowagi.

– Nie mogę – szorstki głos przeszył ciszę. – Kawa była pyszna, ale muszę iść.

– Jak to?

Stanąłem z nią twarzą w twarz. Choć złość siała spustoszenie w mojej duszy, jej zatroskane patrzyły na mnie ze smutkiem. To już nie była gra. To była moja Czarownica, której nawet nie mogłem dotknąć bez poczucia winy.

– Nie patrz tak na mnie, bo mi się serce kraje.

– Przygotowałam dla nas francuskie śniadanie, zrobiłam ci kawę, a ty mnie zostawiasz?

– Dobrze wiemy, że śniadanie przygotowała Marta. Muszę lecieć, Czarownico. Do szybkiego zobaczenia.

Szybkim krokiem wyszedłem z biblioteki, zanim zrobiłbym coś, czego konsekwencje nosiłbym do końca swoich dni. Biegiem puściłem się do samochodu. Z piskiem opon ruszyłem spod posiadłości Blacków, pędząc do jedynej osoby, która wiedziała, jak okiełznać moje demony.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania