Rozdział I Dziadek Jan

Dziadek Jan .

 

Byłem jej pierwszym tłumaczem świata, przewodnikiem po dzwiekach, które dla jej rodziców nie istniały.

Przyszła na świat w dniu, w którym jej mama obchodziła swoje urodziny. Dar od życia, choć życie wtedy wcale nie wydawało się dla niej łaskawe.

Jej mama była zmęczona. Czuła się samotna, przestraszona. Poród nie przyniósł euforii — tylko ciężar, który trudno było unieść. Nie cieszyła się, choć jej dziecko leżało obok, malutkie, ciche, z oczami pełnymi życia. Nie z braku miłości — z braku sił i lęku przed przyszłością.

Patrzyłem na nią i wiedziałem, że to nie jej wina. Dlatego postanowiłem zrobić coś prostego, a jednocześnie ważnego — dać małej imię Ala.

Było krótkie, miękkie, możliwe do wymówienia przez jej rodziców, którzy nie słyszą ani nie mówią. Ale dla mnie to było imię, które mówiło za nich. Wołało: „Jesteś tu. I już zmieniasz wszystko.”

Nie wiem, czy ten dzień był dla jej mamy szczęśliwy. Ale wiem, że Ala wniosła w ten świat coś, czego nie można nazwać. I że każde imię niesie nadzieję, nawet jeśli wypowiada je milczenie.

Depresja — tak to nazywają. Ja tylko czułem, że ona potrzebuje nadziei.

Kiedy ją pierwszy raz trzymałem, poczułem, że przyszła nie tylko jako córka, ale jako lek na strach. Jej mama, choć złamana, zaczęła powoli wracać do siebie — przez spojrzenie tej małej istoty, która nic nie wiedziała o bólu, a jednak potrafiła leczyć.

Ala — imię, które wybrałem nie dla urody, ale dla znaczenia. Bo czasem światło trzeba nazwać, żeby nie zgasło.

Było ciężko. Nie mówiło się o tym głośno, ale ja widziałem, jak matka Ali patrzyła na nią z lękiem, niepewnością. Bała się, że nie da rady, że nie zasługuje. Tylko czasem, w nocy, dotykała jej maleńkiej rączki, jakby sprawdzała, czy naprawdę istnieje.

A potem, po kilku miesiącach, zaczęli... słuchać. Nie w sposób zwyczajny, tylko przez eksperymenty. Łyżki, widelce, talerze — upuszczane obok Ali, rzucane niby przypadkiem. Dźwięki, które w innych domach nie budziły emocji, u nas były testem. Czy drgnie, czy się przestraszy, czy spojrzy?

Nie zawsze reagowała. A wtedy oczy matki robiły się ciemniejsze. A ja siedziałem w kącie pokoju i modliłem się po cichu, żeby Ala odpowiedziała choćby drżeniem, płaczem, choćby poruszeniem rączki. Żeby przynieść spokój kobiecie, która zbyt długo żyła w wojnie z własnymi myślami.

Ale Ali nie trzeba było słyszeć, żeby wiedzieć, że przyszła po coś ważnego. Ona niosła odpowiedzi, nawet gdy pytania brzmiały jak uderzenia metalu o podłogę.

 

Ala

W jego warsztacie czas miał swój własny rytm. Dziadek Jan — stolarz z krwi i kości. Miał dłonie jak kora: szorstkie, pachnące żywicą, ale ciepłe. Gdy byłam dzieckiem, może cztero-, może pięcioletnią dziewczynką, zaglądałam tam jak do bajki, której nie było w książkach.

W rogu stało imadło — potężne, zębate, jakby miało moc zatrzymać cały świat w miejscu.

Dziadek pokazywał mi, jak trzymać deskę, jak słuchać drewna, zanim je dotknie dłutem. Mówił, że każde drewno ma swój głos, tylko trzeba nauczyć się go słuchać.

Siadałam na taborecie zbyt wysokim na moje nogi, z oczami jak spodki, obserwując, jak z kawałka niczego powstaje coś. Półka. Deska. Okno. A czasem po prostu piękno.

Tam, wśród zapachu trocin i rytmicznego skrzypienia narzędzi, czułam się bezpieczna. Nie mówił wiele — jego obecność była wystarczająca. Wiedział, że jestem smutna. Nie pytał. Po prostu robił swoje, a ja byłam obok, i to wystarczało.

Ten warsztat był naszym miejscem. Cichym, jak serce, które bije nie dla świata, tylko dla jednej osoby.

 

Dziadek Jan

Jej kuzynka Zosia. Dwa lata starsza. Mieszkały razem, dzieliły przestrzeń, hałas, zabawki, chwile. Ala była o nią zazdrosna — nie na pokaz, nie złośliwie. Po prostu chciała być ważna. Widziana. Słyszana, choć przecież to nie słuch budował jej świat.

Ciągnęła ją za włosy, czasem mocniej niż wypadało. Nie żeby ją skrzywdzić. Raczej, żeby zaznaczyć siebie. "Jestem tu. Patrzcie na mnie."

Chowała się zawsze w tym samym miejscu — pod łóżkiem w którym spała z mamą. Myślała, że to schronienie jest niezawodne. Ale ja ją znajdowałem od razu. Znałem każdy jej ruch, każdy oddech, każdą ciszę. Siadałem na krawędzi łóżka i mówiłem spokojnie: "Alusia tak nie wolno. Trzeba być dobrą. Trzeba rozumieć, a nie bić."

Nie krzyczałem. Tłumaczyłem.

Ala słuchała. I choć następnego dnia znów ciągnęła kuzynkę za warkocz, to coraz mniej z siły, coraz więcej z niepewności. Bo uczyła się świata. A świat nie zawsze łatwo mieści się w małym sercu i główce dziecka.

 

Ala

Leżałam obok niego — w jego łóżku, pachnącym lekami, drewnem, wykrochmaloną pościelą i czymś nieokreślonym, co chyba było czułością. Był bardzo chory. Oddychał głębiej, wolniej. Ale kiedy zaczynał mówić, choroba zdawała się znikać na chwilę, tak jak świat z zewnątrz. Nie rozumiałam że jest chory, umierający.

Leżałyśmy z Zosią po obu stronach łóżka a on opowiadał bajki. Nie zawsze słodkie, nie zawsze o wróżkach. Czasem były dziwne, trochę straszne — o zamkach, w których drzwi skrzypiały same z siebie, o dziewczynce, która gubiła się we śnie i nie mogła się obudzić, o zwierzętach, które mówiły językiem, którego nikt nie rozumiał. A ja... chłonęłam każde słowo, choć czasem bałam się zasnąć.

Ale przy nim to „bać się” było inne. Nie groźne. Raczej takie, jakby ktoś trzymał mnie za rękę w ciemności i mówił: „Jestem tutaj. Nie bój się, to tylko bajka.”

Jego głos był miękki, chrapliwy, ale najpiękniejszy, jaki znałam. Nie musiał mieć siły, żeby mnie przenosić do innych światów. Wiedział, jak mówić, żeby nawet strach był ciekawy.

Nie było mnie przy nim, gdy odszedł. Byłam u drugiej babci — tamten dom pachniał inaczej, był bardziej kolorowy, ale tamtego dnia wszystko stało się szare. Nie powiedzieli mi dokładnie, co się stało. Mówili: „Pojedziesz na pożegnanie.” Ale ja nie rozumiałam.

Na pogrzebie dali mi czerwoną różę. Nie wiedziałam, dlaczego akurat ten kwiat, dlaczego miałam go trzymać. Byłam mała, zmieszana, wśród dorosłych twarzy wygiętych bólem, którego nie potrafiłam nazwać. Patrzyłam na trumnę, na ludzi, którzy szeptali, na dłonie składane jakby modliły się nie do nieba, tylko do wspomnień.

Nie rozumiałam, że dziadek umarł. Że nie będzie bajek, nie będzie warsztatu, nie będzie spokojnego „Alusia, tak nie wolno”. Myślałam, że to jakaś ceremonia, której sens dorosłym jest znany, a dzieciom się tylko pokazuje z daleka.

Trzymałam tę różę niepewnie, jakby miała mi powiedzieć, co się stało. Ale kwiaty nie mówią.

Zrozumiałam później. Gdy nagle nie było jego głosu. Gdy pod łóżkiem nie czekał już, by mnie znaleźć. Gdy bajki nie przychodziły wieczorem. Wtedy cisza powiedziała więcej niż słowa. Była przerażająca.

Dziadek odszedł na zawsze.

Następne częściRozdział VII - Kazik

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Felixer 4 miesiące temu
    Moje klimaty. Czekam na część II

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania