Rozdział I -- Początek drogi
Rozdział I
Początek drogi
Leonia była ogromnym światem , którego piękno potrafiło zwieźć.
Jednego dnia mogłeś być zwykłym, nierozpoznawalnym człowiekiem, który żył z dnia na dzień, martwiąc się jedynie o to, czy wystarczy mu chleba do następnego poranka. Drugiego mogłeś leżeć pośród błota, w bezimiennej mogile, zapomniany przez wszystkich, których kiedykolwiek znałeś.
W tym świecie nie każdy otrzymujeł prawo do życia a Jeszcze mniej ludzi decyduje własnym losie.
Leonia nie należała wyłącznie do ludzi. Zamieszkiwały ją również istoty, o których opowiadano dzieciom przy dogasającym ogniu. Żyły tam Stworzenia kryjące się w najgłębszych lasach, pośród gór i pod powierzchnią jezior. Niektóre z nich były dzikimi bestiami, inne myślały i mówiły w podobnym języku co my. Istniały też takie, których rozsądni ludzie nie wypowiadali po zmroku.
Świat otrzymał swoją nazwę na cześć Leona, pierwszego imperatora. Jego legendę głoszono przez całe wieki. Opowiadano o wielkich zwycięstwach, niezwyciężonych armiach i królestwach klękających przed jego tronem. Imperium Leona miało trwać wiecznie.
Jednak Nie przetrwało nawet jednego pokolenia po jego śmierci.
Wraz z końcem jego ery rozpoczął się czas podziałów. Dawne ziemie imperium były rozszarpywane między sobą książęta, samozwańczy władcy i ludzie byli gotowi zabijać za każdy skrawek ziemi. Granice zmieniały się szybciej niż pory roku, a poprzedni sojusznik następnego ranka już stał po drugiej stronie gotowy do bitwy.
Takie właśnie były czasy.
Niestabilne, niebezpieczne i pełne ludzi marzących o wielkości.
To, co zamierzam opowiedzieć, jest historią mojego życia. A przynajmniej tej jego części, podczas której wciąż wierzyłem, że człowiek sam wybiera swoją drogę.
Pochodziłem z niewielkiej wioski o nazwie Dos, położonej na obrzeżach królestwa Lindar. Było to jedno z mniejszych ludzkich państw. Nie posiadało rozległych ziem ani niezwyciężonej armii, a jego skarbiec z pewnością nie uginał się pod ciężarem złota. Mimo to ludzie powtarzali, że rządził nim uczciwy władca.
-Przynajmniej w porównaniu z innymi.
Chociaż, prawdę mówiąc, kto mógł być tego pewien? Dla nas, mieszkańców odległych wiosek, królowie byli jedynie imionami wypowiadanymi przez poborców podatkowych.
To właśnie w Dos po raz pierwszy zrozumiałem, czym jest życie. Tam również narodziło się moje największe marzenie.
Chciałem zostać rycerzem.
Nie zwykłym żołnierzem, którego imię znikało zaraz po bitwie. Pragnąłem zostać kimś wielkim. Człowiekiem, o którym pieśni będą śpiewać w karczmach, a dzieci będą słuchać jego historii z szeroko otwartymi oczami. Chciałem dokonać czegoś, co sprawiłoby, że moje imię przetrwa dłużej niż ja sam.
Nie było to łatwe pragnienie do spełnienia. Historia nie była zapamiętywana przez zwykłych ludzi. Aby znaleźć się na jej kartach, trzeba było zostać zauważonym przez króla, wielkiego wodza, a najlepiej samego imperatora.
O ile kiedykolwiek pojawi się ktoś zdolny ponownie zjednoczyć Leonię.
Nie tylko ja marzyłem o sławie. Tysiące młodych chłopców pragnęło chwycić za miecz i wyruszyć ku wielkości. Różnica polegała na tym, że większość z nich miała bogatych ojców, rodzinne nazwiska albo przynajmniej pieniądze na własną broń.
Ja byłem synem farmera.
Mój ojciec od początku próbował wybić mi z głowy pomysł wstąpienia do armii.
- W zabijaniu nie ma nic szlachetnego - powtarzał. - To nie odwaga, tylko szaleństwo, które możni ubierają w piękne słowa. Mordowanie odbierze ci więcej, niż jesteś gotów poświęcić. A kiedy już zaczniesz, nie unikniesz konsekwencji. Wojna prowadzi człowieka tylko w jedno miejsce - ku obłędowi.
Wtedy go nie rozumiałem.
Słyszałem jego słowa, lecz nie chciałem ich przyjąć. Wydawały mi się przestrogami starego człowieka, który nigdy nie odważył się sięgnąć po coś większego. Nie wiedziałem jeszcze, że ojciec mówił nie ze strachu, lecz z doświadczenia.
Kiedy skończyłem piętnaście lat, postanowiłem wstąpić do armii.
Wmawiałem sobie, że robię to nie tylko dla siebie. Rodzice mieli na utrzymaniu liczną rodzinę. Oprócz mnie było jeszcze czterech braci i jedna siostra. Każdy pomagał na farmie, jak tylko potrafił. Pracy nigdy nie brakowało, za to jedzenia często było zbyt mało.
Wierzyłem, że moje odejście przyniesie im ulgę.
Była to jednak tylko część prawdy.
Moi bracia pragnęli spokojnego życia. Chcieli uprawiać ziemię, założyć rodzinę i pewnego dnia przejąć gospodarstwo po ojcu. Ja chciałem czegoś więcej.
Chciałem chwały.
To marzenie narodziło się wiele lat wcześniej, gdy do naszej wioski przybyła kolumna rycerzy.
Pamiętam tamten dzień tak wyraźnie, jakby wydarzył się zaledwie wczoraj. Niebo było czyste, słońce odbijało się od metalowych pancerzy a lekki wiatr niósł zapach kwiatów i świeżo skoszonej trawy.
W pierwszej kolejności usłyszeliśmy bębny.
Ich głuche uderzenia rozchodziły się po okolicy niczym odległe grzmoty. Chwilę później na drodze pojawili się jeźdźcy. Ich konie stąpały równo, a ciężkie zbroje lśniły w słońcu tak jasno, że musiałem przysłonić oczy dłonią.
Tłum wiwatował.
Ludzie wybiegali z domów, dzieci próbowały dotknąć przejeżdżających wojowników, a młode dziewczęta rzucały pod końskie kopyta polne kwiaty. Rycerze spoglądali na nas z wysokości siodeł. Dumni, potężni i niemal niezwyciężeni.
Wtedy po raz pierwszy zapragnąłem znaleźć się na ich miejscu.
Chciałem poczuć ciężar zbroi na ramionach. Usłyszeć wiwatujący tłum. Zobaczyć ludzi, którzy patrzą na mnie z podziwem, zamiast mijać bez słowa syna ubogiego farmera.
Właśnie dlatego, gdy tylko osiągnąłem odpowiedni wiek, zgłosiłem się do wojska. Nie mogłem od razu zostać żołnierzem, więc postanowiłem rozpocząć służbę jako giermek.
Szybko przekonałem się jednak, że marzenia mają swoją cenę dosłownie.
- Sto miedziaków - oznajmił mężczyzna siedzący przy stole.
Spojrzałem na niego, nie rozumiejąc.
- Słucham?
- Wpisowe. Sto miedzianych monet. Płacisz, wpisuję twoje imię i możesz rozpocząć służbę.
- Ale ja nie mam tylu pieniędzy.
Rekrutujący westchnął i odłożył pióro.
- W takim razie wróć, kiedy będziesz miał.
- Przecież chcę służyć w armii. Będę pracował, będę nosić broń, czyścić stajnieł… Zrobię wszystko.
- I właśnie za możliwość robienia tego wszystkiego musisz zapłacić sto miedziaków.
Nawet na mnie nie spojrzał. Dla niego byłem kolejnym biednym chłopakiem, który przyszedł z głową pełną opowieści o bohaterach.
Nie zamierzałem jednak zrezygnować.
Zacząłem szukać pracy. Chodziłem od sklepu do sklepu, od warsztatu do warsztatu, pytając, czy ktoś nie potrzebuje pomocnika. Mógłbym nosić skrzynie, zamiatać podłogi albo rozładowywać wozy. Nie zależało mi na rodzaju zajęcia. Potrzebowałem tylko pieniędzy.
Nikt nie chciał mnie zatrudnić.
Jedni twierdzili, że mają już wystarczająco dużo pracowników, Inni nawet nie pozwalali mi dokończyć zdania. Po kilku godzinach chodzenia od drzwi do drzwi zaczynałem rozumieć, że zarobienie stu miedziaków może być trudniejsze, niż przypuszczałem.
Ostatnim miejscem, do którego wszedłem, był niewielki sklep stojący przy końcu targowej ulicy. W środku panował półmrok. Na półkach leżały butelki, kawałki skór, wysuszone rośliny i przedmioty, których przeznaczenia nie potrafiłem odgadnąć.
Za ladą siedział łysy mężczyzna z wąsem.
- Szukam pracy - powiedziałem.
- Mogę sprzątać, przenosić towary albo…
- Nie potrzebuję pomocnika - przerwał mi.
Westchnąłem.
- Czy wie pan może, gdzie mógłbym zarobić trochę pieniędzy?
Sklepikarz przyjrzał mi się uważnie.
- Potrafisz posługiwać się bronią?
- Trochę.
Było to kłamstwo. Kilka razy machałem drewnianym kijem razem z braćmi, ale w tamtej chwili uznałem, że taka odpowiedź nie zrobiłaby na nim najlepszego wrażenia.
- W takim razie poluj - powiedział. - Na zwierzęta albo potwory. Na ich częściach można nieźle zarobić.
Zmarszczyłem brwi.
- Na potwory?
Uśmiechnął się pod nosem.
- A więc jeszcze nie wiesz, młodzieńcze. Jesteś taki sam jak wielu innych, którzy tu przychodzili. Na wioskach nikt wam niczego nie mówi. Trzymają was z dala od prawdy, żebyście spokojnie orali ziemię i nie zadawali pytań.
Pochylił się nad ladą.
- Słuchaj uważnie. W lasach żyją gobliny. Małe, zielone stworzenia, mniej więcej o połowę niższe od człowieka. Niech jednak nie zwiedzie cię ich wzrost. Są agresywne, szybkie i mają kły ostre jak pazury niedźwiedzia. Rzadko poruszają się samotnie. Kiedy zobaczysz jednego, możesz być pewien, że w pobliżu czai się reszta stada.
Przełknąłem ślinę, ale nie zamierzałem okazywać strachu.
- Coś jeszcze?
- Ogry. Tych lepiej unikaj.
- Są aż tak niebezpieczne?
Sklepikarz parsknął.
- Podobno trzydziestu rycerzy ledwo poradziło sobie z jednym. Spotyka się je rzadko, ale jeśli zobaczysz ogra, nie próbuj nawet walczyć, uciekaj. Nawet gdyby miało to oznaczać, że zostawisz za sobą własną matkę.
Nie wiedziałem, czy żartował.
Jego twarz pozostała jednak zupełnie poważna.
- W lasach możesz również spotkać jaszczuro-ludzi - ciągnął. - Zwykle nie atakują bez powodu. Dopóki nie wejdziesz na ich terytorium, mogą cię zignorować. Są inteligentni, potrafią mówić i znają się na walce lepiej niż niejeden ludzki żołnierz.
- Uważaj na nich. Już niejeden awanturnik przekonał się o tym, jak ostre są ich klingi.
- A jezioro? - zapytałem. - Słyszałem, że ludzie omijają je po zmroku.
Uśmiech zniknął z twarzy sklepikarza.
- W jeziorze żyje coś, co nazywają Nifą.
- Jak wygląda?
- Nikt nie wie.
- To skąd wiadomo, że istnieje?
Mężczyzna oparł dłonie na ladzie.
- Ponieważ ludzie, którzy zapuszczają się zbyt daleko, nie wracają. A jeśli wracają, to już nie w całości.
Przez chwilę w sklepie panowała cisza.
- Podobno przeżył tylko jeden człowiek - dodał ciszej. - Stracił nogę i rękę. Miał szczęście, choć gdybyś zobaczył, co z niego zostało, zapewne użyłbyś innego słowa. Nie zbliżaj się do tego jeziora. Zwłaszcza nocą.
Poczułem chłód przebiegający mi po plecach.Sklepikarz wyprostował się i ponownie przybrał obojętny wyraz twarzy.
- To wszystko, co mogę ci powiedzieć.
- Dziękuję.
Odwróciłem się w stronę wyjścia.
- Jedna srebrna moneta - odezwał się za moimi plecami.
Zatrzymałem się.
- Co?
- Informacje kosztują. Jesteś mi winien jednego srebrnika.
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
- Nie wiedziałem, że trzeba płacić!
- Odwróć się, młody.
Obróciłem głowę. Na ścianie obok drzwi wisiała niewielka, pożółkła kartka.
- Jest tam napisane, że każdy, kto wchodzi do sklepu i prosi o informacje, musi za nie zapłacić - wyjaśnił spokojnie. - To twoja wina, że nie przeczytałeś.
Zacisnąłem pięści.
Prawda była taka, że nawet gdybym zauważył kartkę, niewiele by mi to dało. Nie potrafiłem czytać.
- To oszustwo - powiedziałem.
Sklepikarz odpowiedział chłodnym głosem:
- Nie. To interes. Tylko głupcy wpadają w takie pułapki.
Poczułem, jak twarz płonie mi ze wstydu.
- Nie mam srebrnika.
- W takim razie oddasz, kiedy zarobisz.
- A jeżeli nie oddam?
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
- Uwierz mi, chłopcze. Oddasz.
Wyszedłem ze sklepu, zanim powiedziałem coś, czego mógłbym później żałować.
Jeden srebrnik był wart tysiąc miedziaków.
Potrzebowałem stu, aby zapisać się do armii, a w ciągu kilku minut zdobyłem dług dziesięć razy większy.
- Wspaniale - mruknąłem do siebie. -Naprawdę wspaniale.
Za moimi plecami rozległ się śmiech sklepikarza.
- Interesy to czysta przyjemność! - zawołał.
Szedłem przez zatłoczoną ulicę, czując, jak wcześniejszy zapał powoli ustępuje miejsca zwątpieniu. Jeszcze tego samego ranka byłem przekonany, że wystarczy wejść do miasta, zgłosić się do armii i rozpocząć drogę ku chwale.
Teraz nie miałem pracy, pieniędzy ani broni.
Miałem za to dług wynoszący jednego srebrnika i wiedzę o stworzeniach, które mogły rozerwać mnie na strzępy, zanim zdążę zarobić choćby jedną miedzianą monetę.
Po raz pierwszy pomyślałem, że ojciec mógł mieć rację.
Może droga do chwały nie była usłana kwiatami. Składała się z błota, potu, krwi i ludzi gotowych wykorzystać każde potknięcie naiwnego chłopaka.
Nie mogłem jednak wrócić do domu.
Nie po tym, jak pożegnałem rodzinę i z taką pewnością oznajmiłem, że zostanę rycerzem. Nie potrafiłbym spojrzeć ojcu w oczy i przyznać, że poddałem się pierwszego dnia.
Czekało mnie wiele pracy. Wiedziałem już, że zarobienie pieniędzy nie będzie łatwe. Miałem się pocić, głodować i zapewne niejednokrotnie ryzykować życiem, aby zdobyć choćby część potrzebnej sumy.
Ale co innego mogłem zrobić?
Skoro wybrałem tę drogę, musiałem nią podążać.Nie wiedziałem jeszcze, dokąd mnie zaprowadzi, ilu ludzi spotkam ani ilu z nich stracę.W końcu zrozumiałem , że pewnego dnia wspomnienie słów mojego ojca będzie jedyną rzeczą, która nie pozwoli mi całkowicie pogrążyć się w szaleństwie.
Tamtego dnia myślałem tylko o stu miedziakach, jednym srebrniku długu i marzeniu, którego za żadną cenę nie zamierzałem porzucić.
Tak właśnie rozpoczęła się moja podróż.
Podróż ku chwale.
A przynajmniej ku temu, co wówczas uważałem za chwałę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania