Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Rozdział XIII

Miałem już dość. Postanowiłem odpocząć. Rozpocząłem swoją hibernację - swojego rodzaju sen zimowy - cały swój czas poświęcam na rozwój swojej pasji pracuję jak najrzadziej tylko wtedy kiedy muszę, kiedy jest okazja, ale sam tej okazji nie chcę szukać.

Tak się niefortunnie złożyło, że akurat "szczęście" mi sprzyjało i nasz rodzinny samiec alfa - wujek Wojtek - załatwił mi pracę na czarno w leśnictwie. Szukali kilku roboli do sadzenia drzewek iglastych no i tak się składa, że u nas wszyscy chętni w końcu to tylko kilka dni pracy w polu w pięknej listopadowej puszczy.

Kilka dni wcześniej matka z Markiem przywieźli ze sobą małego futrzaka z wioski. Był to kilku tygodniowy kocurek który dopiero co odstawił matczyną pierś, poznawał świat. Niestety miał pecha. Trafił do starej poniemieckiej kamienicy w środku miasta. W dodatku mieszkanie było za wysoko, aby czmychnąć niepostrzeżenie na nocne łowy przez okno, a więc już od początku jego horyzont był ograniczony do dwóch pokoi korytarza i kuchni. Do końca życia.

Gdy go zobaczyłem przypomniał mi się nasz poprzedni zwierzak - Czesio. Biedak próbował 3-krotnie poszerzyć swoje perspektywy i poznać chociaż malutki kawałek świata zanim przyzwyczai się do tego więzienia... niestety za trzecim razem nie przeżył. Bałem się, że nasz nowy - bezimienny jeszcze - skończy podobnie. Szczerze mu współczułem. Przywitałem się z nowym bez żadnych czułości, nie chciałem się przywiązywać. Chcieli kota to sobie przywieźli to ich sprawa nie będę się wtrącał.

Pierwszy dzień w pracy po dłuższej przerwie zawsze jest ciężki. Wszelakie niedogodności wydają się nie do zniesienia. Mokro, zimno, ślisko, brudno - a najgorsze w tym wszystkim jest to, że nawet nie wiemy za ile, bo w końcu na czarno. Wywieźli nas w las na przyczepie w kilkanaście osób jeden obok drugiego jak worki ziemniaków bez pasów bez zasad BHP

- wsiadać! jedziemy!

Wyboista droga sprawiała, że jeśli się nie trzymałeś leciałeś na twarz lub na drugi worek. Z drugiej strony jeśli się trzymałeś boku przyczepy i zagapiłeś na 2 sekundy twoje palce były miażdżone przez gałęzie drzew. Gdy dojechaliśmy na miejsce nadleśniczy zademonstrował w kilku zamaszystych ruchach jak poprawnie zająć się sadzonkami - pracowaliśmy w parach jeden z łopatą drugi z pękiem kilkudziesięciu sadzonek. Praca wydawała się banalnie prosta, lecz diabeł tkwił w szczegółach - trzeba było współpracować, a moim partnerem był człowiek którego motto brzmiało "Piwo to moje paliwo". Nosił ze sobą zawsze i za każdym razem gdy nadarzyła się okazja zamoczyć mordę, nie wahał się nawet przez chwilę. Dogadaliśmy się, że będę sadził. Jego zadanie podkopać pół długości szpadla gruntu przytrzymać ziemię zasypać gdy sadzonka będzie w środku. Moje dbać o to by każda sadzonka była pionowo i w odpowiedniej odległości od poprzedniej. Niestety z jakiegoś powodu nie wychodziło nam to prawie nigdy za pierwszym razem, każdą po zasypaniu podsypywałem, żeby sztucznie uzyskać pion przez co byliśmy mocno w tyle za innymi parami. Nie lubiłem być ostatni nie potrafiłem przejść w tryb praca cały czas byłem skupiony przez co te osiem godzin dłużyło mi się niemiłosiernie.

Po powrocie do domu rzuciłem się nie przebierając się nawet do łóżka. Przykryłem się cały zakrywając nawet głowę trzęsąc się z zimna. Po kilku minutach kończył mi się tlen więc wynurzyłem się z mojego kokonu - a tu niespodzianka nasz nowy członek rodziny wskoczył na moje wyro i drapie w prześcieradło próbując zajrzeć pod kołdrę tak jakby mówił "wpuść mnie tam pomogę Ci". Postanowiłem, że skorzystam z jego bezinteresownej oferty i wpuściłem go do środka zostawiając drogę wyjścia jakby mu się znudziło. Wtulił się we mnie i grzał ciepłem swojego ciała jak tylko potrafił, czułem, nie tylko zwiększenie temperatury w kokonie, ale po raz pierwszy od lat poczułem też ciepło w sercu. Tak rozpoczęła się nasza przyjaźń. Znając dobrze pozostałych domowników i historie naszych poprzednich pupili obiecałem, że nigdy nie odmówię mu, jeśli do mnie przyjdzie pobawię się z nim, postaram się umilić mu troszkę życie w klatce.

Gdy młody dorósł oczywiście został wysterylizowany nazwali go Si Si bo początkowo myśleli że to kocica a po sterylizacji dziwnie poruszał tylnymi łapami - jak dziewczynka - więc śmiali się, że pasuje mu taka nazwa. Nie dyskutowałem na ten temat, ale nie podobało mi się to wolałem Fi Fi, od Filipa, ale robili z niego dziewczynkę w końcu to przezabawne i tak nie ma jajek.

Mój nowy przyjaciel szybko przekonał się gdzie trafił. Jego prawowity właściciel zraził go do siebie zaczepiając go po pijaku. Od tamtej pory unikał go jak ognia uciekał i chował się jak tylko zauważył, że się zbliża. Już nigdy nawet nie zaglądał do ich pokoju wiedział, że nie jest tam bezpieczny.

Siostra zawsze pokazywała mu swoją wyższość zrzucając go z siedzeń na które chciała usiąść czy też krzycząc na niego gdy robił cokolwiek nie po jej myśli. A gdy próbował się z nią pobawić najczęściej spotykał się z odmową bo przecież gierka na telefon ciekawsza niż jakiś tam kot.

Mój starszy brat, który wyznawał zasade dzień bez fazy to dzień stracony również budził w nim głównie strach. Gdy zauważył, że bawię się z nim zamiast grać i go ignorować jak każdy robił straszną minę i krzyczał Pssik! śmiał się kiedy uciekał w popłochu. Si si nawet będąc u mnie cały czas był w gotowości i wypatrywał czy nikt nie widzi jak tylko słyszał kroki uciekał zanim ktoś go ode mnie przegoni.

Jedynie ja i mój młodszy brat nie byliśmy zagrożeniem. Krzysiek lubił się z nim pobawić ale nie za długo bo przecież gierka sama się nie wygra. W jego oczach to nie było żywe stworzenie tylko maskotka, pluszak miły w dotyku bez uczuć. Przynajmniej był niegroźny.

Po kilku tygodniach wszyscy wiedzieli już, że to mój kot bo tylko u mnie siedzi, więc zawsze gdy trzeba było posprzątać nakarmić czy nalać mu wody to ja byłem za to odpowiedzialny. Nikogo nie interesowało, że ja przecież o niego nie prosiłem, że to nie był mój pomysł, ani że to nie moja wina, że ich nie polubił - siedzisz z kotem to się nim zajmuj.

Nie był to dla mnie żaden problem, aczkolwiek domagałem się ażeby ponosili konsekwencje swoich decyzji. Oczywiście nie miałem za dużo do gadania - chcesz to go wywieziemy z powrotem na wieś! - szantaż działał najlepiej. I co taki kocur wysterylizowany zabrany do miasta miałby szukać na tej wsi on już był wychowany w blokowisku nie przeżyłby w dziczy - samodzielnie - to było prawie pewne, że sobie nie poradzi.

Si Si na prawdę mnie polubił. Gdy trzeba było uciekać chował się pod moim łóżkiem. Kiedy chciał się ze mną pobawić czekał aż odejdę od mojego stanowiska chociaż na chwilę zajmował moje miejsce i czekał na mój powrót, wiedział, że nie wyrzucę go i nie zajmę się swoimi sprawami tylko poświęcę mu tyle czasu ile będzie chciał a nawet czasami trochę dłużej. Kiedy był głodny szedł razem ze mną do kuchni siadał na podłokietniku fotela obok lodówki i gdy ją otwierałem wkładał swój łebek pod drzwi i zaglądał do środka ładnie prosząc o coś pysznego. Był na prawdę mądry jak na kota. Imponowało mi to, że tak dobrze potrafi się ze mną porozumiewać. Raz gdy wywieszałem pranie na balkonie i zostawiłem drzwi otwarte upolował swoją pierwszą zwierzynę - nawet w tak ciasnej klatce jego instynkt drapieżnika pozwolił mu pokazać do czego jest zdolny - upolował miejskiego gołębia coby nam nie nasrał na ciuchy. Byłem jednocześnie dumny i przerażony, że go nie upilnowałem i naraziłem na niebezpieczeństwo. Też na prawdę go polubiłem.

Mimo tego, że miał swój karton wyścielony kocykiem, drapak z kilkoma nawet miejscami do wylegiwania się, częściej spał u mnie niż u siebie. Uwielbiał leżeć na parapecie - przy mnie i przy grzejniku - budziłem się z dodatkowym ogrzewaniem na plecach w upalne dni było to irytujące, ale nie potrafiłem się na niego gniewać. Jak za długo spałem potrafił mnie budzić. Czasami, żeby mu się odwdzięczyć też zaczepiałem go jak spał. Nie podobało się to nikomu z pozostałych domowników. Zaczęli mówić, że jestem pierdolnięty na punkcie tego kota, że to jest psychicznie chore. Nie potrafili zrozumieć dlaczego mnie tak polubił co ja mu zrobiłem, że siedzi tylko u mnie. Zaczęli coraz częściej mnie szantażować, że wywiozą go na wieś - już nie tylko jeśli chodzi o obowiązki z nim związane. Nawet podczas świąt poruszali temat mojej "fiksacji kotem" on go kocha - to nie jest normalne. Byłem strasznie zmieszany w tej sytuacji, nigdy w życiu nie zrobiłbym mu krzywdy, nic złego nie zrobiłem a zostałem przedstawiony jako czarny charakter przy całej rodzinie. Gdy chciałem wytłumaczyć wujek Wojtek krzyknął:

- Cisza! Nie chcę słyszeć słowa na temat tego kota!

I tak już zostało. Nie miałem prawa wypowiedzieć się na ten temat. Z resztą ja sumienie mam czyste więc nie muszę się z niczego tłumaczyć.

W połowie czerwca zapisałem się do pracy sezonowej - wyjazd do Francji na około 2 tygodnie. Zastanawiałem się, czy przez ten czas coś się zmieni, czy może ktoś go do siebie w końcu przekona i przestanie się bać, a może z drugiej strony może o mnie zapomni?

Nic bardziej mylnego podczas mojej obecności pilnował mojego wyrka był tam chyba codziennie widząc ile sierści na nim było. Miski z wodą puste z kuwety odór, aż na klatce było czuć, no cóż bez żadnych zmian - futrzak gdy mnie zobaczył tylko miauknął głośno i zaprowadził mnie do kuchni bo ile można żreć suchą karme - daj coś pysznego.

Jakiś czas później obraził się całkowicie na kuwetę. Obsikiwał każde niezaścielone łóżko, mówili, że robi nam na złość, bo nas nie lubi. Ja myślałem, że nie spodobała mu się zmiana żwirku z piasku na sztuczne tworzywo i dlatego przestał korzystać z toalety. Wszyscy byli wściekli jednogłośnie mówili, że jak tak dalej będzie trzeba się go będzie pozbyć. Nie przejmowałem się tym. Za każdym razem gdy go przyłapałem nosiłem go w odpowiednie miejsce i starałem się przetłumaczyć, że nie może tak robić, niestety bezskutecznie. Obudziłem się a kot wymiotował obok mnie. Pomyślałem co oni mu dali do żarcia pewnie nie sprawdzili terminu ważności, zaraz mu przejdzie. Zbagatelizowałem objawy całkowicie nie biorąc pod uwagę, jakiegokolwiek zagrożenia. Krzysiek zaczął podpowiadać, żebyśmy zabrali go do weterynarza, nikt się nie posłuchał. Wieczorem zauważyłem, że dość długo go nie ma zacząłem go szukać aż w końcu znalazłem siedzącego mokrego w własnych odchodach kocura wyglądał jakby miał nie dożyć do rana. Wyciągnąłem go z kałuży moczu zacząłem go wycierać i zauważyłem, że nie potrafi ruszać tylnymi łapami - stracił czułość w dolnych kończynach. Wyszukałem w internecie co robić przy takich objawach - zalecane pilna wizyta u weterynarza - było już późno a w naszym mieście nie było żadnej kliniki całodobowej, a my nie mieliśmy jak go zabrać do takiej, oddalonej o ponad sto kilometrów zacząłem prosić rodzinę o pomoc, ale nie mieli jak pomóc, albo nie odczytywali bo było późno w nocy. Czułem, że jest na prawdę źle. Si si próbował się schować, ale korzystając tylko z przednich łap wyglądał tak przerażająco bezsilnie, że całkowicie mnie to załamało. Przytuliłem go płacząc i błagając żeby wytzymał do rana, żeby walczył do końca. Przeklinałem wszystkich, nie mogłem uwierzyć, że z dnia na dzień tak młody kocur może tak strasznie się rozchorować. Zacząłem wyszukiwać co to za choroba w internecie i na każdej stronie jedną z kilku opcji było zatrucie. Nie chciałem w to wierzyć ale widząc jak nieczule podchodzą do jego choroby coraz bardziej zacząłem brać pod uwagę możliwość umyślnego zatrucia Mojego Przyjaciela. Tylko dlaczego? Co On takiego zrobił, że na to zasłyżył? Nie rozumiałem. Cały czas byłem przy nim co chwila wycierałem trzymałem za łapkę podsuwałem mu miskę z wodą błagałem o cud. Niestety z czasem było coraz gorzej. O Piątej rano nie mógł już ruszać przednimi łapami, a weterynarz dopiero od 8 wiedziałem, że już jest po nim zacząłem rozpaczać tak głośno że pozostali domownicy się w końcu zorientowali, że coś jest nie tak. Krzysiu mówi:

- nie płacz zawieziemy go do weterynarza. - był głupi, że nie widział, że nie zostało mu dłużej niż godzina. Marek niedowierzał, że tak młody kot jest w takim stanie siostra przekręciła się tylko z lewego boku na prawy niewzruszona, starszy wstał akurat i tak szedł do pracy zaszedł zabrał skarpetki i wyszedł jak gdyby nigdy nic, matka zaczęła rozpaczać ale nie było to szczere. Z pyszczka wysunął mu się długi język oczy zaszły mgłą nie miał siły utrzymać łebka przez co coraz trudniej brało mu się każdy kolejny oddech. Nie mogłem na to patrzyć ale nie mogłem go też zostawić byłem przy nim do samego końca.

Gdy jego serce przestało bić coś we mnie zgasło. Nie miałem już łez czułem tylko coraz bardziej ogarniającą mnie pustkę. Zapukałem dwa razy głośno i krzyknąłem:

- chcieliście się go pozbyć udało wam się! - Przeklinałem wszystkich odpowiedzialnych prosiłem by spłonęły ich dusze, czułem że płonie moja.

Nie potrafiłem się pozbierać siedziałem w bezruchu kilka godzin co chwila mijał mnie ktoś inny pytając z niedowierzaniem dlaczego tak bardzo załamuję się po kocie czułem, że tylko mi jego odejście sprawiło ból pozostali w ogóle się tym nie przejęli - dzień jak co dzień to ja histeryzuje.

Marek spakował go do reklamówki kiedy mnie przy nim nie było Krzysiek zaczął mu podpowiadać, żeby tylko nie wyrzucił go do rzeki, że trzeba oddać mu hołd chciałem zabrać go razem z jego posłaniem lecz nie mogłem się ruszyć było za późno, zabrali go.

Straciłem prawdziwego przyjaciela. To on mnie wybrał. Całkowicie bezinteresownie. Ze mną czuł się bezpiecznie. Nie uratowałem go. Czułem się winny, ale obwiniałem w głowie wszystkich. Marek przechodząc obok mnie powiedział tylko, że go nie otruł chciał go tylko wywieźć na wioskę.

- nigdy nie mówiłem o żadnym otruciu - nożyce same się odezwały, nie musiałem uderzać w stół.

Średnia ocena: 2.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania