Rozmówki angielskie

Pożegnał się, złapał za torbę, zszedł po schodach. Na ulicy owiało go ostre, ścięte mrozem powietrze. W świetle latarni połyskiwały gwiazdki na śniegu, nieco dalej, przed ratuszem, kolorowymi lampkami mrugała choinka. Na placu drzemało kilka taksówek z przyciemnionymi światłami. Jazda zabrałaby dziesięć minut, ale od rana teściowa pchała w niego górę jedzenia, teść poił wódką, więc potrzebował ruchu i świeżego powietrza. Taka jest nagroda za udane małżeństwo z ich córką. Teściowej wręczył bukiet czerwonych róż, osiemnaście, uwielbiał wielokrotność dziewiątki. Jemu, litr szwedzkiej wódki, podwójnie destylowanej. Teść schował ją w barku na lepsze okazje, a polewał siwuchę. Ona przycinała kwiatom łodygi, układała w wazonie, z mieszanym uczuciem na twarzy. Wolałaby, żeby zamiast tych kwiatów kupił coś jej córce. Następnym razem dostanie dwadzieścia siedem. Spojrzał na zegarek. Pociąg odjeżdżał za pół godziny i należało wydłużyć krok. Szedł alejką wzdłuż Małego Jezioraka, skutego lodem. Przy brzegu, w przeręblach gromadziło się ptactwo wodne. Całe jezioro zdążył obejść kilka godzin temu, zaraz po śniadaniu. W Starym Tartaku wypijał żywca, patrząc na wieżę i dach zamku krzyżackiego na przeciwległym brzegu. W tym samym zamku mieli brać ślub, ale ksiądz nie wyraził zgody. Zajazd był wymieciony z gości, w stylowym kominku trzaskał ogień, pod stołami przechadzał się tłusty kocur. Po obiedzie poszedł na spacer do lasu. Kiedyś widział w nim tylko drzewa, teraz każde rozróżniał jak ludzi, po imieniu: sosna, świerk, dąb, jesion... Z upływem lat, świat się stawał coraz prawdziwszy. Z lasu, brzegiem jeziora zawrócił na dziką plażę. Usiadł na ławce, na skarpie, twarzą do gasnącego słońca. Na wodzie dostrzegł żaglówkę, długim warkoczem zamiatającą pomarszczoną toń, siebie za sterem. To wspomnienie musi mu wystarczyć na długi czas, dlatego nie odrywał oczu, dopóki ostatni promyk nie utonął w obłokach siniejących na czubkach drzew. Za szpitalem, na odkrytej drodze, uderzył go porywisty wiatr, dmuchający od borów na południowym skraju miasta. W ciemności zamajaczył budynek dworca z czerwonej cegły. Przeszedł przez salę z kasami i poczekalnią, skierował się do tunelu pod torami, stamtąd schodami po prawej stronie wyszedł na długi, niski peron. Oprócz dyżurnej ruchu, nie było na nim nikogo. Wyciągnął bilet, żeby zapamiętać numer wagonu i miejsca. Z głośników popłynęła krótka zapowiedź, niosąca się echem aż pod wiadukt, gdzie rozbłysły światła lokomotywy, ciągnącej skład kilku ciemnozielonych wagonów. Ten, którego szukał, z żółtym paskiem nad oknami, zatrzymał się daleko w przodzie. Podbiegł tam, otworzył wąskie drzwi i stanął w korytarzu. Maszynista spojrzał na kierownika pociągu, ten na dyżurną. To od niej zależało, kiedy dokładnie rozstanie się z tym miejscem. W jej pracy było coś okrutnego. Ile mocno splecionych dłoni zdążyła w ten sposób rozłączyć? Na sygnalizatorze wyjazdowym paliło się zielone światło, lecz ona wciąż na coś czekała. Jej młodzieńcza, skupiona twarz, wyglądała całkiem ładnie w tej czerwonej czapce z orzełkiem. Wreszcie zaświeciła latarką. Na ten znak lokomotywa zawyła, pociąg zaczął nabierać prędkości. Peron i stacja zostały w tyle, a po chwili zniknęły w ciemności, jakby nigdy ich tam nie było.

 

Odsunął przeszklone drzwi i wszedł do przedziału. Torbę położył na półce, zdjął kurtkę, potem sweter, a mimo to czuł, jak pod koszulą robi się wilgotny. Pozostałym najwyraźniej nie było gorąco, choć mieli na sobie kilka warstw ubrania. Jego miejsce było zajęte, toteż usiadł po drugiej stronie, przy korytarzu, tyłem do kierunku jazdy. Siedząca naprzeciwko kobieta przyglądała mu się uważnie. Mogła mieć koło czterdziestki, była wypielęgnowana i gustownie ubrana. W dłoniach trzymała niedużą książkę. Po okładce poznał wydawnictwo 'lonely planet', specjalizujące się w przewodnikach turystycznych. W domu miał kilka egzemplarzy z tej serii.

— Excuse me, can you understand English? — spytała, gdy tylko usiadł.

— A little...

Jego słowa musiały sprawić jej ulgę, jakby od dłuższego czasu czekała na kogoś, kto jej tak odpowie.

— When are we due to arrive at the central station?

Przeczytał godzinę przyjazdu, wydrukowaną na swoim bilecie:

— Twenty two minutes past ten.

— Is this right? — Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. — Can we make it on time?

— We're not running according to the original timetable, because of the track work — sprostował. — I don't expect us to get there before eleven.

To wyjaśnienie jej nie zadowoliło, bo zapytała z nutką ironii w głosie:

— Does anything run on time in this country?

Nie zważając na lekko obraźliwy sens jej słów, starał się wytłumaczyć przyczynę zakłócenia rozkładu jazdy. Słuchała z zainteresowaniem, przerywając kilka razy, żeby wyrażał się jaśniej. Zastanawiało go, skąd się tu wzięła.

— I want to play badminton with young Mitton! — Usłyszał Amerykankę, między literami ‘t’ i ‘n’ zjadającą samogłoski, jakby to były słodziutkie borówki w jogurcie.

— Sure, but best time is only after seven. — Zawtórowała jej rudowłosa Kiwi, przesadnie przeciągając ‘e' w 'i'.

— And by crikey, won't we look delighted when we play together? — Wybuchła śmiechem Aussie, tendencyjnie zmiękczając 'ey' w końcówce, bo sama lubiła wyglądać na pulchniutką.

Ta, z którą rozmawiał, nie była żadną z nich. Kiedy wymawiała 'o', nie układała ust w kółeczko jak londyńczycy, tylko wypychała dolną wargę nieco do góry, zmieniając brzmienie na twardsze, jak w niemieckim lub holenderskim. Kiedyś słyszał kogoś mówiącego podobnie, ale w jakich okolicznościach, nie mógł sobie przypomnieć.

— How did you learn to speak English so well? — zapytała, kiedy skończył o Tatarach, rozbiorach, okupacji i innych problemach polskich kolei.

— From magazines, movies, computer games...

— I find it hard to believe.

Nie mogła uwierzyć, że facet w jego wieku gra na komputerze. Starała się odgadnąć, ile ma lat. Nie miałby za złe, gdyby go o to zapytała, lecz wiedział, że tego nie zrobi.

— In case this is bothering you, I'm fifty five.

Na jej twarzy odmalowało się powątpiewanie.

— Really? You look much younger.

„Ah, you are such a sweet liar” — zamierzał odpowiedzieć, ale powstrzymał się mówiąc z udawaną przyjemnością:

— It's nice of you to say so.

 

Do przedziału zajrzał kierownik pociągu sprawdzić, czy ktoś się dosiadł. Siedzący przy drzwiach podał mu bilet i miejscówkę, kierownik przedziurkował karteczki i oddał mu z powrotem. Zauważył, że właściciel biletu nie siedzi na swoim miejscu, lecz nic nie powiedział. Pociąg przejeżdżał przez niedużą stację i zwolnił przed rozjazdem. Pudło wagonu zakołysało się na zwrotnicy, z zewnątrz doszedł odgłos kół stukających o złącza szyn. W ciemności mignęło kilka bladych świateł, budynek nastawni, aż za oknem znowu zapadła mroczna czerń. Pociąg przyspieszył, jakby usiłował nadrobić stracony czas. Nie chciał być namolny, więc się nie odzywał. Ona miała ułatwione zadanie. Była cudzoziemką w obcym kraju, której należało wybaczyć każdy nietakt. Odczekał chwilę i zaproponował przejść do wagonu restauracyjnego obok, na co przystała z ochotą. Usiedli przy wąskim stoliku, w fotelach z beżową tapicerką, pod oknem z zasłonami tego samego koloru.

— Would you like a cold one?

Z wahaniem kiwnęła głową. Kupił dwie butelki piwa, nalał do papierowych kubków. Popijając, przyglądali się sobie nawzajem.

— What makes you lookin' so good? — spytała.

Spowolnienie efektów spowodowanych upływem czasu, to najważniejszy temat kobiety w jej wieku. „Opowiadanie kłamstw” — chciał odrzec, ale ugryzł się w język.

— Thinking about the future.

Nie zrozumiała.

— How's this goin' to help?

— Easy. I imagine myself ten years from now, then I feel young.

— You're pulling my leg, aren't you? — Roześmiała się, odsłaniając rząd białych, równiutkich zębów.

Pociąg zahamował gwałtownie i stanął w polu. Otworzył okno, wychylił głowę. Przed nimi, po prawej stronie toru paliło się czerwone światło. W powietrzu unosił się metaliczny zapach cząsteczek tlenu, zjonizowanych iskrami z pantografu, ślizgającego się po miedzianym drucie nad lokomotywą.

— What's up? — Próbowała odgadnąć przyczynę nieplanowanego postoju.

— We must be waiting for a train ahead...

Była zdziwiona, skąd to wie.

— Are you a railway worker or somethin' ?

Pokręcił przecząco głową.

— So, what do you do for livin' ?

— I'm in a plumbing business.

Było to już drugie kłamstwo. Obiecał sobie, że nie będzie kłamać więcej niż trzy razy dziennie. Popatrzyła na jego dłonie. Były zbyt delikatne i nie nosiły śladów pracy fizycznej. Prędzej uwierzyłaby, że jest ginekologiem.

— I don't do it myself. — Starał się nadać kłamstwu wiarygodną formę. — I seek prospects to sell the service.

Po sąsiednim torze z łoskotem przetaczał się pociąg. Od okna uderzył mroźny podmuch, w powietrzu zawirowały kłęby śniegu. Maszynista dał sygnał i ruszyli w dalszą drogę.

— Do you mind me asking where are you from?

— Not at all — odrzekła bez zastanowienia, jakby spodziewała się tego pytania na samym początku. — Pretoria, South Africa.

Szukał jakiegoś związku z tym krajem, mogącym zbliżyć ich ku sobie. Przypomniał sobie o książce, którą przeczytał niedawno.

— I wish I could visit your place one day.

Wyglądała na zaskoczoną.

— You wished... I see, but why?

— I've read a moving story about this country. Its indigenous people, Dutch heritage, British takeover... The Boer Wars, the diamonds, the apartheid.

— Books tend to romanticise true life...

— But Table Mountain, with its epic view... — Nie dawał za wygraną. — It takes two to tango.

Chociaż nie zrozumiała ostatniego zwrotu, domyśliła się, co chciał przez to powiedzieć. Jego słowa wprawiły ją w wesoły nastrój, dlatego odrzekła równie miłym głosem:

— Visit me and I'll take you to Cape Town. From there you'll see this landmark with your own eyes... And a few other gems too.

Naprawdę tak myśli, czy tylko chce mu sprawić przyjemność? Dopili piwo i wrócili do przedziału.

— What brought you here?

— I was invited to a conference in Ge-dahnsk — z trudnością wymówiła nazwę miasta.

Z torebki wyjęła jakąś broszurkę.

— Please keep it. There's my home address and name of the place in Warsaw I'll stay for the next two nights.

Spojrzał na karteczkę przypiętą w środku. Był tam adres hotelu w Warszawie, e-mail oraz adres jej domu w Pretorii.

— What was the conference about?

— Sea level rise, bush fires, ice mass loss and other phenomena caused by global warming.

— Do you believe it? — ciągnął ją za język, ponieważ sam w tej kwestii był sceptykiem.

— Of course, otherwise why would I take trouble to come here?

Uśmiechnął się nieznacznie, ponieważ był odmiennego zdania, lecz nie chciał sprawić jej przykrości. Zawiedziona taką reakcją, zapytała z wyrzutem w głosie:

— Are you sceptical in this matter?

— I’m on the fence about this one, more than anything else.

Powiedział to nieznanym jej slangiem, widocznie angielskim posługiwał się na co dzień, chociaż starał się jej wmówić co innego. Jednak nie miała mu tego za złe, bo odrzekła z uśmiechem, wprost do jego ucha:

— That's a great attitude, indeed. This way you can go on livin' without doin' the damned thing.

 

Pociąg zwolnił, zbliżali się do dworca Wschodniego. Przedział opuścili ludzie siedzący przy oknie. Choć nie sądził, żeby współpasażerowie rozumieli o czym rozmawiają, czuł się swobodniej będąc tylko z nią. Mijały minuty, pociąg wciąż stał na stacji, jakby coś się zepsuło.

— Where are you getting off? — przerwała milczenie.

— The next station. The same one as you.

Wysiadał na tej samej stacji co ona, pewnie pomoże jej przebrnąć przez to do końca, pomyślała z nadzieją.

— Do you live in Warsaw? — spytała po chwili.

— I do.

Wyczerpał limit kłamstw. Lokomotywa szarpnęła wagony, wężowym ruchem pociąg wyjechał z plątaniny torów, przeciął ruchliwą arterię w dole, stojącym w korytarzu pokazał ośnieżoną koronę stadionu i po chwili zadudnił po moście nad Wisłą. Jakiś czas posuwał się nasypem, wzdłuż ulic i domów stojących po bokach, po czym zniknął w tunelu. Zaczęli się ubierać. Pomógł zdjąć jej bagaż z półki. W chwili gdy opuszczali przedział, z przeraźliwym piskiem wagon zatrzymał się przy peronie. Wysiedli i schodami wjechali na obszerny korytarz prowadzący do wyjścia. Zaproponował, że odprowadzi ją do hotelu, znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Nie znała drogi i była mu za to wdzięczna.

— Well, here I stay. — Wskazała ręką na wejście do hotelowego holu, przed którym się zatrzymali.

— Not a bad place — odpowiedział, podnosząc wzrok na neon świecący na szczycie wieżowca.

Czekał aż się pożegna i odejdzie, lecz ona wciąż stała w tym samym miejscu.

— Would you care for a drink inside?

Chciała, żeby z nią posiedział w hotelowym barze, czy w jej pokoju? A jeśli to drugie, czy miałaby coś przeciwko, żeby został na noc? Na wszelki wypadek wolał się upewnić.

— It's getting late... You must be tired, aren't you? — spytał pozornie nieśmiałym głosem, patrząc na jej czarne botki na płaskim obcasie, poruszanym nieustannie, żeby rozgrzać zmarznięte czubki palców.

Odpowiedziała powoli, ważąc słowa, jakby każde miało ukryte znaczenie:

— I have no plans for tomorrow. We could spend all day together.

Cokolwiek zamierzała zrobić, nie miała na myśli tylko siebie. Nie zastanawiając się wiele, podał jej rękę, pchnął drzwi i weszli do środka.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (12)

  • Szpilka miesiąc temu
    Nie wiem, czy tu wszyscy spikają po angielsku, ja zrozumiałam, bo bliższy mi pisany niż mówiony, aczkolwiek ostanimi czasy przysiadłam fałdek i słucham pilnie angielskiego 😉

    Przypomniało mi się, jak przy kasie w Londynie spikałam z Murzynem po rosyjsku, hehehehe, studiował w Tbilisi, stąd znajomość rosyjskiego.

    Znasz też ponglish?

    – Drajwnij mojego kara na kornerze naszej strity
    – Rano lepiej jechać sabłejem, niż brać basa, bo w city jest okropny trafik
    – Luknij fader przez łindoł, jak te bojsy się fajtują na tej stricie
    – Aplikowałem na dżoba i czekam na kol, żeby zaprosili mnie na interwju
    – Idę na shopping po czikena na dinera, a ty zostań na flacie i łejtuj na mnie

    Przeczytałam z zainteresowaniem 👍
  • Narrator miesiąc temu
    W tym opowiadaniu angielski nie ma znaczenia, jest dekoracją. Wszystkie dialogi pisane po angielsku są dublowanie w opisach. Ale jeśli ktoś koniecznie chce przetłumaczyć, niech zapyta wujka Google.

    Ponglish nie znam, ale widziałem jak Polacy aplikujący o pracę za granicą, kończyli podanie tymi słowami:
    Thank you from mountain.

    Dziękuję za zainteresowanie :)
  • Tjeri miesiąc temu
    Jakaś schizofreniczna wręcz potrzeba kłamstwa u bohatera. Raczej nie w celu zasłony dymnej (w celu chronienia sobie). To jakieś kreowanie siebie (innego), tworzenie alternatywy własnego ja? Bo chyba nie z nudów... Nie pierwszy raz Twoi bohaterowie, Narratorze, zostawiają gorzki posmak.
    A tekst przeczytałam z przyjemnością.

    "— Do you believe it? — Ciągnął ją za język, ponieważ sam w tej kwestii był sceptykiem." - "ciągnął" wg mnie powinno być zapisane małą.
  • Narrator miesiąc temu
    Ach, tak? Jeszcze niedawno ktoś mi zarzucał, że moi bohaterowie nadają się tylko do magazynów dla samotnych pań po sześćdziesiątce, a teraz to typy spod ciemnej gwiazdy. A co do kłamstwa — on raczej starał się zaprezentować w korzystnym świetle, ale widocznie nie potrafiłem tego pokazać.
    1. Zawyżył swój wiek o 10 lat (żeby wywołać przyjemne skojarzenia — co widzę jest lepsze, niż to co słyszę).
    2. Podał, że jest kimś innym z zawodu (żeby sprawić wrażenie osoby niezależnej finansowo).
    3. Powiedział, że mieszka w Warszawie, choć stamtąd wyjechał dawno temu (żeby zaoferować się jako przewodnik po mieście).

    Co do didaskaliów — w oryginale było poprawnie, ale zmieniłem, po długiej wymianie zdań na ten temat. Z jednej niepoprawności zjechałem w następną.

    Ciesze się, że pomimo tych poważnych usterek udało mi się jednak wywołać końcową przyjemność. Wyrażając to słowami pasażerki:
    — Who finishes the job is the one who does it!

    Dziękuję ślicznie za komentarz :)
  • Tjeri miesiąc temu
    Hihi :)), no, do typów spod ciemnej jeszcze im trochę. :))
    Chodziło mi o taką rzecz, że budzą sympatię, z jednoczesnymi "dylematami moralnymi" (lub pomimo) :D.
    "Ciesze się, że pomimo tych poważnych usterek udało mi się jednak wywołać końcową przyjemność. "
    O usterkach nie ma mowy. Choć cel kłamstw przy nieznajomości bohatera nie jest oczywisty. Przynajmniej dla mnie. Możliwe jednak, że nie czytałam na tyle uważnie.
    "1. Zawyżył swój wiek o 10 lat (żeby wywołać przyjemne skojarzenia" - nie wiedziałam o tym "tricku" - będę mieć się na baczności :))). A tak serio, to no niestety nie domyśliłam się, że akurat o tyle zawyżył, choć pada to w sposób zaowalowany.
    "2. Podał, że jest kimś innym z zawodu (żeby sprawić wrażenie osoby niezależnej finansowo)." - tu kłamstwo było oczywiste, ale jego cel już nie, bo nie wiedziałam jaki zawód wykonuje bohater naprawdę (no i nie zajarzyłam kontekstu przy poprzednim kłamstwie).
    "3. Powiedział, że mieszka w Warszawie, choć stamtąd wyjechał dawno temu (żeby zaoferować się jako przewodnik po mieście)." - gdybym zajarzyła cel kłamstw wcześniej, to byłoby to łatwe. Ale nie zauważyłam... :))
    Cóż... Być może jest to smutny (dla mnie) dowód na skuteczność strategii bohatera ;).

    A tak serio, bardzo możliwe, że czytałam bez należytej uwagi, że umknęły mi szczegóły zdradzające kontekst. Do oczywistości brakowało danych porównawczych, ale sama nie lubię wywalania wszystkiego kawa na ławę, więc myślę, że tekst straciłby wtedy na finezji. Może gdzieś jakaś mała półaluzja by się przydała zdradzająca kontekst - ale tylko wtedy, jeśli nie jestem jedyna w swoim niezrozumieniu. Bardzo prawdopodobne, że inne czytelniczki nie miały z tym problemu.
  • Trzy Cztery miesiąc temu
    Bardzo dobrze się czytało, bez odrobiny nudy. Fajnie podajesz opisy zaobserwowanych szczegółów, np. układ ust podczas specjalnego wypowiadania głosek w obcym języku. W ogóle - bohater wydaje się być nienasycony, jeśli chodzi o urodę świata. Widzi, zapamiętuje na zapas ("To wspomnienie musi mu wystarczyć na długi czas"). Sam z siebie też dużo daje, żeby ten świat upiększyć.

    Zastanawiam się, czy pośród zgrabnych kłamstewek (nie więcej niż trzy dziennie!), wzajemne nagradzanie się "za udane małżeństwo" przez bohatera i rodziców jego żony, jest tu największym kłamstwem, czy też właśnie zupełnie kłamstwem nie jest?

    Dlaczego odwiedzał teściów samotnie? Co wtedy dzieje się z jego żoną?

    Wiem, że to wątek marginalny w tej historii, ale przecież zaznaczony. I też - tajemniczy. Chociaż - jest jeden szczegół, który mówi, że w tym "udanym małżeństwie" jest coś nie tak. Chodzi o róże dla teściowej, ich ilość, jej reakcję, i plany na przyszłość, żeby zwiększyć bukiet o kolejne dziewięć.

    Ciekawa jestem kolejnej opowieści:)
  • Tjeri miesiąc temu
    O tak! Wątek z teściową i różami! Również zamierzałam zapytać, bo temat prosi się o zgłębienie. Dołączam się więc z tym samym odczuciopodejrzeniem!
  • Narrator miesiąc temu
    Naprawdę, nie spodziewałem się tak pozytywnej reakcji. Opowiadanie jest oparte na prawdziwym zdarzeniu, tylko darowałem sobie, co było wcześniej, co potem, bo moim zdaniem to nie jest ważne. Nigdy bym nie pomyślał, że czytając to można pokusić się o tak głębokie, piękne refleksje. Jeśli chodzi o kłamstwa, chciałem podkreślić, że żyjemy w czasach, kiedy nie wystarcza przeciętność, wszystko musi być wyolbrzymione, rozdmuchane. A co do udanego małżeństwa — gdy tylko takie spotkam, na pewno o tym napiszę :)
  • Narrator miesiąc temu
    Tjeri Z różami to trochę jak w tym kawale:
    — Co to są „mieszane uczucia”?
    — To co czujesz, kiedy teściowa rozbije się twoim samochodem.

    Oczywiście, ten przykład byłby zbyt drastyczny.
  • Bajkopisarz miesiąc temu
    Bardzo mi się podoba opis na samym początku. Można poczuć i chłonąć to miejsce.
    Relacja z teściami zagadkowa, można sobie wiele dopowiedzieć, niekoniecznie zgodnie z prawdą. Na przykład to, że córka nie żyje, kwiaty zaś bardziej cieszą żywych niż martwych, choćby ci ostatni mieli z tego powodu jakieś wyrzuty sumienia. Ale czyż nie jest to opowieść zbudowana na drobnych kłamstewkach? Kłamstewkach, które bohater wypowiada niezwykle rozważnie. Każde z kłamstw przybliża go do celu, celu którego nie nazywa po imieniu, ale który ma w głowie od samego początku. Może to taka gra, a może samodoskonalenie. Może kiedyś obniży ilość kłamstw do dwóch, a mimo to nadal będzie wygrywał. A może pofolguje sobie i w imie większej nagrody dopuści kłamstwo numer cztery.
    Doprawdy, mnogość interpretacji czyni tę opowieść fascynującą.
  • Narrator miesiąc temu
    Dziękuję za ten wspaniały komentarz, zwłaszcza, że nie pierwszy raz piszesz tak pochlebnie o moich utworach.

    Komentowanie pracy drugiego człowieka to nie lada wyzwanie. Kiedy Hemingwaya zapytano, co sądzi o twórczości kolegów po piórze, odpowiedział: „Nienawidzę miernych książek, bo po prostu są źle napisane i szkoda czasu je czytać. Jeszcze bardziej nienawidzę książek, które są naprawdę ciekawe, bo ściska mnie zawiść, że nie potrafię pisać równie dobrze”. Wynika z tego, że najprzyjemniej komentować teksty, które da się czytać, ale nie takie znowu, żeby nam zakręciły w głowie :)

    Wyczuwam, że kłamstewka budzą w tobie odrazę, co jest oczywiście całkiem zdrową reakcją. Z drugiej strony, wyobraźmy sobie, czym życie byłoby bez kłamstwa? Gdybym powiedział szefowi, co tak naprawdę o nim myślę, albo koleżanki nie witał słowami „pięknie dziś wyglądasz”. Chyba za bardzo je lubimy, żebyśmy mogli bez nich żyć. O to właśnie mi chodziło.
  • Bajkopisarz miesiąc temu
    Narrator - nie do końca odrazę ;) Owszem jest jakiś wewnętrzny sprzeciw, że wygrał bo trochę nakłamał, ale z drugiej strony pewien podziw, że kłamał dokładnie w tych miejscach, w których potrzeba. Nie prymitywnie jak politycy, ale że tak powiem "z klasą", z wyczuciem.
    Może to trochę jak z tym przykładem o Hemingway'u, który podałeś - nie lubię kłamstwa, bo nie umiem dobrze kłamać :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania