rozstanie
Rozstaliśmy się. Z perspektywy czasu zastanawiam się, po co w ogóle to zaczynaliśmy. Nic do niej nie czułem, myślałem, że to będzie totalnie przelotna znajomość. Teraz, gdy już jest po wszystkim, wiem, że nigdy jej tak naprawdę nie kochałem, ale nie mogę się pogodzić z tym, że już nie jesteśmy razem. Wiem też, że ona nigdy mnie nie kochała. Myślę, że była ze mną tylko dlatego, że wydawało jej się, że jestem kimś innym. Zawiodła się bardzo, gdy okazało się, że nie mam pieniędzy, prawa jazdy ani mieszkania.
Wiele razy mówiła, że jestem takim chłopakiem, jakiego zawsze chciała mieć, że marzyła o kimś takim jak ja. To chyba wszystko były kłamstwa. Nie wiem tego… zgaduję. Wiem natomiast, że byłem niewystarczająco dobry. Boli mnie to, że człowiek może Ci powiedzieć, że jesteś kimś, o kim zawsze marzył, a mimo to wciąż jesteś „za mało”.
Wiele lat temu, długo przed tym związkiem, uświadomiłem sobie, zrozumiałem i pogodziłem się z tym, że już zawsze będę sam. A teraz, po kilku miesiącach związku, stałem się słabym, smutnym facetem, który tylko marzy, żeby mieć się do kogo przytulić, móc z kimś podzielić się swoim dniem i wysłuchać, co było ważne w dniu tej drugiej osoby — w tym wypadku mojej byłej dziewczyny.
Siedzę sam w wynajmowanym mieszkaniu i co chwilę sprawdzam, czy jest dostępna. Jedyne, czego pragnę, to kontakt. To głupie, bo wiem, że to już koniec. Zadziwiająca jest ta ogromna przepaść między tym, co podpowiada mi rozum, a czego pragnie serce, dusza.
Z biegiem czasu moje zaangażowanie i chęć spędzania każdej chwili razem rosły. Podczas rozstania, w tej konkretnej rozmowie, dowiedziałem się, że zaczęło ją to przytłaczać. Czuję się winny. Czuję się oszukany. Zostałem oszukany — może nie wprost, ale jednak. Z drugiej strony ja też oszukałem. Oszukałem, mówiąc „kocham Cię”. Tylko teraz zastanawiam się, czy oszukałem ją, mówiąc to, czy oszukuję siebie teraz, twierdząc, że nigdy tego tak naprawdę nie czułem. Nie wiem. Czy jest coś pomiędzy? Bo chyba właśnie tu utknąłem.
To brutalnie zabrzmi, ale wiem, że ona nie zasługuje na moją miłość. Z drugiej strony — i wiem, że to zabrzmi źle — ja jej potrzebuję. Jej ciepła, jej dotyku, jej obecności. Tak, jej obecność była dla mnie najważniejsza i nie mogę się pogodzić z jej brakiem. A może po prostu idealizuję sobie kogoś, kim ona nie jest.
Zraniła mnie, ona o tym wie. Robiła dużo rzeczy, których w związku się nie robi. Nie mówię tutaj o zdradzie — tego nie wiem. Mówię bardziej o ciągłej niepewności, której doświadczałem bardzo często. Brak szacunku? Nic dziwnego, że nie chciała być z kimś, kogo nie szanuje. Ale nie znam odpowiedzi na pytanie, czym sobie na ten brak szacunku zasłużyłem. Chyba po prostu byłem za dobry, za miły, za miękki… nudny? Nudny w swojej stabilności.
Nigdy nie byłem priorytetem. Może na początku. Później to się dość szybko zmieniło. Mieliśmy plany, chcieliśmy zwiedzać, chwilami nawet naiwnie planowaliśmy wspólną przyszłość. Otworzyłem się przed nią jak nigdy wcześniej. Aż przyszedł ten jeden wieczór, kiedy wszystko się skończyło. Od tamtej pory wszystko to we mnie siedzi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania