Rozszczepione przez twój pryzmat
Przynosisz mi w jednej ręce dary,
a w drugiej truciznę,
a ja biorę wszystko jak wygłodzony pies.
Koński ogon na twoi ramieniu
zwisał jak wojenny sztandar.
Jedno oko upamiętniające Aleushę,
drugie patrzyło tak,
jakby chciało podpalić świat.
Wchodziłeś na scenę jak wojownik
przeciwko temu, co nazywano porządkiem.
Twoja wściekłość brzmiała jak wiara.
Rzesze wiernych pod twoją ognistą amboną.
Uczyłeś ich klękać przed brzydotą,
kochać pęknięcia,
oddawać cześć temu,
czego inni bali się dotknąć.
Rozmnażałeś się w gardłach wyznawców
powtarzających twoje imię
jak modlitwę i herezję jednocześnie.
Krzyczałeś jak prorok
wychowany w dymie i pogorzelisku.
Dekady podsycania ognia,
aż wypaliłeś w nas znak przynależności.
Niosę teraz znamię ciebie,
ciemność przyklejoną do skóry,
tak jak ci, którzy odbijają twój obraz
zanim zrozumieją dlaczego.
Od tamtej pory piękno nie przechodzi już czysto,
rozszczepia się przez twój pryzmat.
Poję się śladem wiodącym do źródła.
Przeżywam żałobę po czymś,
czego nigdy nie miałam.
Tyle pytań bez odpowiedzi,
świętych tajemnic, których nie zdołałam odczytać,
rytuałów, których znaczenia wciąż szukam.
Kiedyś odnajdę klucz,
choćby miał być wykuty z zakazanych modlitw.
Otworzę wrota i zaznam spokoju.
A póki co
będę karmić się tobą.
(Guns, God and Government Tour)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania