Rubinowy rycerz
Stary, mocno zmodyfikowany pick up podjechał do jeszcze starszej chaty. Budowla ta kiedyś była restauracją stojącą przy jednej z dróg przebiegających z Kaliforni aż na Florydę. Po małym przytulnym miejscu została jedynie ruina połatana kawałkami blachy. Dach w niektórych miejscach przeciekał, a pył niesiony nieustannie przez wiatr z łatwością dostawał się do środka przez zabite deskami okna. Mimo to miejsce było zamieszkane. Na solidniejszych miejscach dachu ustawione były panele słoneczne produkujące prąd.
Z pick upa wyskoczył mężczyzna. Na jego głowie spoczywał elegancki kaszkiet maskujący wywołaną mutacjami genetycznymi łysinę. Jego dwukolorowe oczy przyjrzały się budynkowi, widział już sporo takich ruder. Właściwie wszystkie miejsca oddalone od głównych miast były stare i zrujnowane. Surowe warunki pogodowe były zabójcze dla wszystkiego co nie było w odpowiedni sposób zabezpieczone i konserwowane. Relikty z wcześniejszych lat rozpadał się zatem trawione pogodą i czasem.
Mężczyzna położył dłoń na kaburze pistoletu i ruszył ku drzwiom wejściowym. Przez ramię rzucił jeszcze okiem na swój wóz i przymocowaną do niego przyczepę. Przewożony na niej ładunek zasłonięty był falującą na wietrze płachtą.
Nad wejściem wisiała deska z wymalowanym napisem „Farma Rogera, obcym wstęp wzbroniony”. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Zwłaszcza drugą część napisu widział już miliony razy na mnóstwie domów. Z jego doświadczenia obcy zwłaszcza tacy mający złe intencje nie za bardzo przejmowali się tym zakazem. Popchnął skrzypiące drzwi i wszedł do środka.
W budynku panował delikatny półmrok. Snopy światła wpadające przez szczeliny rozświetlały latające w powietrzu pyłki kurzu. Mężczyzna zrobił parę ostrożnych kroków. Podłoga delikatnie zatrzeszczała pod jego kowbojskimi butami. Powietrze było tu ciężkie i wypełnione chemicznym odorem. Gdzieś w pobliżu kropelki deszczówki spadały z miarowym pluskiem do kubła z wodą. Na końcu dużego pomieszczenia byłej restauracji znajdowało się miejsce, gdzie kiedyś wydawano klientom jedzenie. Ladę podwyższono, a z tyłu ustawiono parę wysokich półek tworząc swojego rodzaju bar. Za nim stał mężczyzna. Jego pomarszczona twarz sprawiała wrażenie jakby była o wiele starsza od tego miejsca.
-Witaj przybyszu. – Powiedział starzec nieprzyjemnym chrapliwym głosem. – Jestem Roger. –
-Nazywam się Stiks. – Odparł mężczyzna.
Pewnym krokiem ruszył w stronę baru. Palcami delikatnie gładził rękojeść pistoletu.
-Jesteś członkiem ligi zabójców? – Spytał starzec.
-Tak. – Stiks wskazał ręką na swój bark.
Na stalowym naramienniku widniała pieczęć przedstawiająca czaszkę z koroną zrobioną z trzech naboi.
-Wspaniale. – Roger uśmiechnął się pokazując swoje krzywe dziąsła na których ostały się nieliczne zęby.
-Nalej mi świeżej wody. – Zażądał mężczyzna w kaszkiecie siadając na jednym z wysokich krzeseł ustawionym przed barem.
Starzec schylił się i wyciągnął dzban wypełniony żółtawym płynem. Miał już zacząć nalewać go do szklanki, ale Stiks prychnął z pogardą.
-Chyba mnie nie zrozumiałeś. – Rzucił. – Nie chcę kaktusówy. Nalej mi świeżej wody. –
-Mam tylko to. –
-Jadąc tu widziałem stadko zdrowych krów. Należą do ciebie. Gdybyś poił je wodą z kaktusa to nie wyglądałyby tak dobrze. -
-One same sobie znajdują wodę. –
-Ta jasne. – Mruknął Stiks. - Zrobimy tak. Nalejesz mi wody albo zabiorę sobie te krówki. –
-Jestem pod ochroną. Płacę haracze. –
-W umowie z naszą ligą zapisane masz, że musisz ugościć jej członków, kiedy tylko się u ciebie pojawią. Ugość mnie świeżą wodą. -
Starzec poddał się. Schylił się i ze skrytki w podłodze wyciągnął bukłak. Znajdująca się w nim ciecz była zupełnie czysta.
-O to właśnie mi chodziło. – Uśmiechnął się Stiks.
Dyskusja ze starcem bardzo go rozśmieszyła. Roger musiał mieć jakiś ze starych sprzętów do oczyszczania wody. Miał jej zatem całkiem sporo. Mimo to jego skąpstwo nie pozwalało mu tak po prostu podzielić się nią z obcym. Nawet pomimo tego, że ten obcy przyjechał tu by mu pomóc.
Stiks wziął łyka. Woda była przyjemnie chłodna i orzeźwiająca. Po długiej podróży przez piaszczyste pustkowia jej smak był czymś najwspanialszym na świecie. Kaktusówa smakowała o wiele gorzej. Jak sama nazwa wskazuje pozyskiwana była z kaktusów. Ich specjalnie wyhodowana odmiana rosła bardzo szybko wysysając płyny ze zanieczyszczonej ziemi. W tym procesie roślina neutralizowała większość toksyn zagrażających życiu człowieka. Niektóre z nich pozostawały w kaktusowej wodzie, ale nie były na tyle trujące by spowodować natychmiastową śmierć. Mimo to powstały w ten sposób płyn nie był zbyt smaczny. Mocno szczypał w gardło i długoterminowo źle wpływał na zdrowie.
-Dobrze. – Stwierdził Stiks nadal delektując się wodą. – Przejdźmy do sprawy, dla której wezwałeś na pomoc ligę. –
-Oczywiście. Chcesz żebym opowiedział o wszystkim od początku? – Spytał starzec.
-Tak. Zacznij od początku. –
Przy wezwaniu pomocy Roger wysłał krótką wiadomość opisującą sytuację. Stiks zapoznał się z nią, mimo to wolał szczegółowo poznać sprawę, której rozwiązanie zleciła mu liga.
-Więc tak, dwa kilometry stąd znajduje się właz do starego bunkra. Ciągną się tam pod ziemią korytarze. Trochę zawalonych, trochę sprawnych. Chowałem tam sporo moich rzeczy. To taki mój magazyn na różne sprzęty. Gdzieś na jego dnie, w ostatnim z niezawalonych korytarzy stoi sejf. Schowałem tam coś bardzo cennego i co jakiś czas trzeba było tam zaglądać. Parę dni temu posłałem tam dzieci, żeby coś tam porobiły. Powinny wrócić po godzinie, góra dwóch, ale nie wróciły. W korytarzach zaległy się jakieś straszne stwory. Te dzieci zostały tam na dole nie wykonując powierzonego im zadania. Moje dzieci zostały odcięte od potrzebnej jej wody. Jestem pewien, że dalej żyją. Chcę żebyś je uratował moje dzieci. Ocal Stasia i Madzię. –
Starzec mówił chaotycznie. Czasem milkł na dłuższą chwilę by złapać oddech tylko po to, żeby potem mówić szybko i niewyraźnie. Z jego ust wydobywał się nieprzyjemny zapach więc Stiks odsunął się nico do tyłu.
-Ile lat mają dzieci? – Spytał.
-Dziesięć i osiem. –
W zniszczonym świecie wysyłanie małych dzieci do pracy nie było niczym nadzwyczajnym więc Stiks nie miał zamiaru oceniać za to starca.
-Kiedy zaginęły? – Pytał dalej.
-Trzy dni temu. –
-Mogą już nie żyć. –
-Na pewno żyją. Wiem to. Zejdź do bunkra, żeby je uratować. –
Stiks nie zamierzał pozbawiać starca nadziei. Sam był jednak prawie pewny, że dwójka dzieci nie dałaby rady przeżyć przez trzy dni w podziemnych korytarzach, zwłaszcza w towarzystwie jakiś niebezpiecznych stworzeń.
-Dlaczego sam nie poszedłeś uratować swoich dzieci? – Spytał Stiks.
-Nie dałbym rady. – Roger odsunął się nieco od baru.
Stiks mógł teraz przyjrzeć się całej sylwetce starca.
-Brakuje ci jednej nogi. – Mruknął ponuro.
-Zauważyłem. – Odparł Rogers. – Straciłem ją już dawno w wypadku przy obsłudze maszyn. Mam protezę, ale jestem w niej strasznie wolny. –
-A nie mieszka z tobą nikt inny? Gdzie są rodzice tych dzieci? –
-Ja jestem rodzicem. – Krzyknął starzec waląc pięścią w blat baru. – Wystarczy tych pytań. Wezwałem pomoc, więc mi pomóż. –
Stiksa mocno zdziwił wybuch agresji Rogera. Ze starcem ewidentnie było coś nie tak. Wyglądał przynajmniej na dziewięćdziesiąt lat. Spowodowane musiało to być promieniowaniem i licznymi toksynami, które zniszczyły jego ciało. Mimo to jego dzieci nie mogły być aż tak młode. Mógł jej jednak przygarnąć w jakiś dziwnych okolicznościach. Stiks stwierdził, że nie będzie się nad tym zastanawiał. W świecie zniszczonym przez wojnę nie brakowało nienormalnych ludzi przejmowanie się każdym z nich byłoby marnotrawstwem czasu.
-Dobra, dobra. – Powiedział podnosząc ręce w uspokajającym geście. – Pogadajmy o czymś przyjemniejszym. Jaka będzie zapłata. –
-Tak jak pisałem w wezwaniu o pomoc. Przekażę lidze reaktor fazowy. –
-Bardzo dobrze. – Uśmiechnął się Stiks.
To właśnie po ten łakomy kąsek liga zabójców wysłała tu swojego człowieka. W innym wypadku zapewne zignorowaliby wezwanie o pomoc.
-Muszę zobaczyć reaktor. Zaprowadź mnie do niego. – Poprosił Stiks.
-Leży o tutaj. – Starzec pokazał palcem róg budynku.
Znajdowała się tam drewniana skrzynia przykryta dodatkowo plandeką. Stiks podszedł do niej ostrożnie. To mogła być jakaś pułapka. Wyciągnął z kieszeni wibro-ostrze i delikatnie podważył wieko skrzyni. Spokojnie zajrzał do środka i upewnił się, że nie ma tu żadnego ukrytego zapalnika. Kiedy Stiks był już pewny, że nic mu nie grozi otworzył skrzynię. W środku znajdował się reaktor fazowy w nienajgorszym stanie.
-Wszystko pasuje? – Spytał Roger.
-Jak udało ci się zdobyć ten sprzęt? –
-To moja tajemnica. –
Stiks uśmiechnął się pod nosem. Gdyby liga wiedziała, że starzec ma u siebie taki reaktor to już dawno temu złożyłaby mu wizytę i odebrała sprzęt.
-Ważniejsze jest to, że mogę mieć więcej takich fajnych cacek. – Kontynuował Roger. – Dlatego nawet nie próbuj zabrać reaktora i odjechać. Płacę haracz, jestem użyteczny. Twoja liga nie chce mnie tracić. –
-Spokojnie. Liga zabójców jest bardzo zadowolona ze współpracy z tobą. Nie musisz się o nic martwić. –
-Czy masz jeszcze jakieś pytania czy zajmiesz się już ratowaniem moich dzieci? –
-Tak mam jedno. Czy jeżeli okaże się, że znajdę już martwe dzieci to nie będzie problemu z zapłatą? –
-Nie będzie problemu. – Odpowiedział starzec. – Ale jeżeli uratujesz moje dzieci to dorzucę dla ciebie coś ekstra. Trzy magnetyczne ogniwa do osłon. –
Stiksowi aż zaświeciły się oczy słysząc tą hojną ofertę.
-Zrobię wszystko co w mojej mocy. Gdzie dokładnie jest ten właz? –
Stiks stał przed otwartym włazem do bunkra. Z wnętrza biła ciemność i chłód. Stiks patrzył w nią z pewnością, że nie chce w nią wchodzić. Liga zabójców wymagała od niego wykonania zadania. Teoretycznie mógł zabić starca i wziąć reaktor. Straciłby jednak wtedy szansę na otrzymanie ogniw do osłon. Do tego liga nie byłaby zachwycona ze straty człowieka, od którego regularnie wymuszała spore haracze. Stiksa nie spotkałaby pewnie jakaś konkretna kara, ale na pewno straciłby na prestiżu wewnątrz organizacji. Poza tym mężczyzna nie chciał zabijać dziwnego Rogera. Na świecie było już wystarczająco dużo zła. Stiks nie chciał dodawać do tego kolejnej cegiełki przemocy. Nie było zatem wyjścia. Trzeba było wykonać zadanie.
-No to do roboty. – Westchnął Stiks.
Z kieszeni wyciągnął węgielek i na włazie bunkra namalował znak ligi. Czaszka z koroną z naboi ozdobiła cement. Stiks splunął na ziemię, po czym zaczął przygotowania. Nie był pewien jakie zagrożenia mogą czekać na niego wewnątrz bunkra. Na szczęście w rękawie miał naprawdę sporego asa. Podszedł do przyczepy swojego pick upa i jednym ruchem ściągnął z niej płachtę. Jego oczom ukazał się mechaniczny pancerz. Stal zabłyszczała w blasku słońca.
Liga zabójców odzyskała parę takich niezwykłych maszyn wojennych z jednego ze starych wojskowych magazynów. Nazwali je turbo pancerzami. Założenie pancerza trwało dłuższą chwilę. Kiedy jednak człowiek znalazł się już w środku stawał się ciężką, wytrzymałą maszyną zniszczenia. Pancerz osłaniał całe jego ciało. Niektóre punkty jak łączenia płyt stali były nieco mniej wytrzymałe, ale mimo to potrafiły zatrzymać pocisk z karabinu o mniejszym kalibrze. Plecak będący częścią maszyny zawierał baterie i ogniwa tworzące dodatkowe pole siłowe na stalowym pancerzu.
Przygotowany do rozpoczęcia przeszukiwań Stiks włączył latarki zaczepione na turbo pancerzu i zagłębił się w ciemność. Maszyna ledwo mieściła się w wąskich korytarzach. Już po parunastu metrach Stiks napotkał pancerne wrota które stanowiły pierwszą prawdziwą linię obrony bunkra. Drzwi były uchylone. Roger i jego dzieci potrzebowały jedynie niewielkiego przesmyku by dostać się do bunkra. Stiks w turbo pancerzu potrzebował szerszego przejścia.
Jego robot wyposażony był w trójpalczasty szpon na jednej ręce i karabin na drugiej. Broń miała podwójne zastosowanie. Jej kształt przypominał młot, w którym mieściły się dwa magazynki. Przeładowywanie nie było zbyt proste, ale dzięki temu projektowi ramie bardzo dobrze sprawdzało się w walce w zwarciu.
Stiks szponem chwycił za lekko rozwarte drzwi i z całej siły mechanicznych mięśni pociągnął je. W pierwszej chwili drzwi nawet nie drgnęły. Ten impas trwał jednak jedynie parę sekund. Z przeraźliwym skrzypem wrota zostały otwarte. Echo odbiło się w pustych korytarzach niosąc nieprzyjemny odgłos w głąb bunkra.
Stiks poczuł zimny dreszcz przebiegający mu po plecach. Od małego wykonywał różne niebezpieczne zadania. Jako pięciolatek pracował w fabryce rebeliantów, gdzie zajmował się czyszczeniem brudnych od zanieczyszczeń rur. Dzięki temu wykształcił odporność na niekomfortowe ciasne przestrzenie. Wielu ludzi wchodząc do wnętrza turbo pancerza doznawało ataków klaustrofobicznej paniki. Stiks nie miał z tym problemu. Był to jeden z powodów dla którego został przyłączony do ligi zabójców. Organizacja ta stanowiła swego rodzaju policję w części postapokaliptycznego świata. Strefy wpływu ligi były bardzo płynne. W niegdysiejszej Arizonie należącej do rebelii wiele organizacji próbowało wyskrobać sobie część terenu. Przepychanki trwały cały czas. Czasem wybuchały otwarte konflikty. Wtedy jednak do walki wkraczały siły rebelii, które rozwiązywały konflikt po czym wycofywały się do swoich baz.
System ten wykształcił się właściwie zaraz po wielkiej wojnie z rządem i odzyskaniem przez zachód Stanów Zjednoczonych wolności. Stiks był w nim jedynie małym trybikiem. Nigdy nie kwestionował rozkazów ligi. Ostatecznie to dzięki niej wyrwał się z całkowitej biedy i zaczął cokolwiek znaczyć.
Ciemny korytarz skończył się odsłaniając dość spore pomieszczenie. Znajdowało się tu wiele rzuconych w kąty przedmiotów. Roger prawdopodobnie właśnie tego miejsca używał jako swojego głównego magazynu. Stiks zatrzymał się i rozejrzał. Szukał jakichkolwiek śladów potworów. Nie zauważył jednak żadnych śladów pazurów czy niedojedzonych resztek pożywienia. To był dobry znak. Możliwe, że Roger zwariował i wymyślił niebezpieczne stwory.
Stiks ruszył dalej na niższe poziomy bunkra. Z każdym krokiem zagłębiał się w jeszcze większe ciemności. Wilgoć i chłód stawały się jeszcze bardziej przeszywające. Stiks dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że środowisko staje się coraz przyjaźniejsze dla przeróżnych podziemnych kreatur. Musiał zachować czujność.
Przechodząc znów na niższy poziom natchnął się na kolejne ledwo otwarte drzwi. Od razu podszedł do nich i złapał je żelazną łapą. W tym momencie sensory maszyny wykryły jakiś ruch. Stiks zareagował błyskawicznie. Puścił drzwi i odwrócił się unosząc młot.
W jego stronę pędził stwór wielkości dużego psa. Stiks nie zamierzał się mu przyglądać. Od razu nacisnął spust. Korytarz bunkra rozświetliły przelatujące pociski. Łuski po nabojach wysypały się z specjalnego otworu w młocie. Kule dosięgły potwora. Istota na karku i plecach miała płaty pancerza. Nie były jednak w stanie zatrzymać pocisków. Kule podziurawiły go jak ser szwajcarski. Zmasakrowane truchło padło na ziemię. Stiks rozejrzał się poszukując kolejnych potworów. Żadnego nie zauważył. Spokojnie podszedł do martwego zwierzęcia.
To musiał być terantor. Te zmutowane potwory biegały pochylone na dwóch nogach, utrzymując równowagę przy pomocy ogona. Dwie przednie kończyny były ostrymi pazurami służącymi do zabijania ofiar. Ich zdeformowane pyski przypomniały nieco duże szczurze mordki. Wypełnione były ostrymi zębami. Terantory potrafiły rosnąć i mutować w przeróżny sposób. Stiks miał nadzieje, że na niższych poziomach nie znajdzie żadnych większych osobników.
Nie przejmując się hałasem otworzył wrota. Wystrzały narobiły już tyle huku, że cały bunkier został już nim wypełniony. Cokolwiek skrywało się w jego ciemnościach na pewno wiedziało już o obecności Stiksa.
-Nie boję się! – Warknął okuty w żelazo mężczyzna.
Ruszył w dalszą drogę. Do przeszukania został ostatni poziom podziemnej kryjówki. Wrota prowadzące do niego zostały wyrwane z zawiasów. Za nimi panowała tak przenikliwa ciemność, że latarki Stiksa w pierwszej chwili nie dały rady jej rozjaśnić. Skrywała ona niewypowiedzianą groźbę. Członek ligi zabójców poczuł strach. Zastanowił się czy na pewno warto jest ryzykować tu życie. Alternatywa jednak tak naprawdę nie istniała. Stiks zebrał w sobie całą odwagę i siłę woli. Ruszył do przodu.
W tym momencie ziemia delikatnie zadrżała. Stiks dobrze wiedział co to znaczyło. Odwrócił się. Ze ścian korytarza nagle wypełzły terantory. Już dawno przegryzły beton tworząc dla siebie przejścia.
Stiks otworzył ogień. Bunkier wypełnił się odgłosami wystrzałów i spadających na podłogę łusek. Kule poszarpały nadciągające bestie. Mimo to nie zatrzymały się. Pędziły napędzane chęcią mordu. Stiks cofnął się przechodząc przez framugę wyłamanych drzwi. Wiedział, że amunicja w jego młocie szybko może się skończyć. Musiał spróbować pokonywać nadciągających przeciwników falami starając się zatłuc jak największą ich liczbę w walce w zwarciu.
Kontem oka Stiks dostrzegł samotnego terantora szarżującego na niego z boku. Odwracając się wyprowadził cios młotem. Trafił bestię prosto w głowę odrywając ją od reszty ciała. Dzięki temu uderzeniu latarki na jego maszynie oświetliły część pomieszczenia. Stiks w pewnym sensie wolał nie widzieć co się tam znajdowało. Potężny szpon trafił go w plecy. Ostre pazury rozdarły metalowy pancerz, a siła uderzenia powaliła go na ziemię.
Stiks spróbował się wstać. Szybko podniósł się na kolana. W tym momencie zobaczył szponiastą łapę wyprowadzającą kolejne uderzenie. Zasłonił się młotem i odruchowo nacisnął spust. W blasku pracującego karabinu dostrzegł potężnego potwora, dla którego ostatnie pomieszczenie bunkra stało się domem. Stiks nie dostrzegł żadnych szczegółów. Wiedział jedynie, że zginie. Mimo to nie miał czasu myśleć. Instynkt przetrwania przejął kontrolę nad jego działaniami. Młot zablokował cios wielkiego potwora. Stiks skierował swoją broń w stronę bestii i nacisnął spust. Stwór zakrył twarz przed kulami. W tym momencie na wojownika ligi zabójców rzuciły się mniejsze terantory. Stiks dopiero teraz zauważył, że krzyczy.
Potwory wskoczyły na plecy turbo pancerza próbując ostrymi kończynami rozszarpać stal. Stiks wyprowadził cios próbując odepchnąć od siebie teranrory. Jego młot dosięgnął pięciu potworów. Kolejne od razu zajęły jego miejsce. Nie było żadnych szans na przetrwanie. Pochłonięty bitewnym szałem Stiks nie zdawał sobie z tego sprawy.
Łapa wielkiego potwora znów wynurzyła się z ciemności. Złapała turbo pancerz i powaliła go na ziemię. Jeden z terantorów nie zdążył zeskoczyć z plecaka zbroi i został zgnieciony na miazgę. Reszta mniejszych stworów odsunęła się nie próbując kontestować zdobyczy wielkiej bestii.
Unieruchomiony Stiks miał wreszcie chwilę by pomyśleć. Jego zbroja była poszarpana i ledwo sprawna. On sam czół ból w prawym udzie. Jakiś z terantów musiał się przebić przez stal i dosięgnąć ciała. Nie miało to znaczenia. Za chwilę żelazo przestanie mieć żadne znaczenie. Z pancerza stwory powyłupiają sobie kawałki mięsa. Na pewno będzie im smakowało.
Przerażenie przeszyło duszę Stiksa na wskroś. Strach zupełnie go sparaliżował. Pazury wielkiej bestii złapała pancerz i podniosła w górę. Ostatnie działające latarki oświetliły paszczę wielkiego potwora. Bestia była dziwną mutacją. Miała sześć nóg i odwłok jak u pająka. Góra ciała przypominała to u terantorów. Mniejsze potwory były prawdopodobnie jego genetycznie zmutowanym potomstwem. Nie miało to już większego znaczenia. Liczył się jedynie żelazny uścisk potężnych pazurów i rozwarta paszcza najeżona zębami.
Dusza człowieka nie potrafi się jednak łatwo pogodzić z nieuniknionym losem. W zrezygnowanego Stiksa wkroczyła siła. Nie chciał umierać. Musiał walczyć do końca. Nacisnął przycisk awaryjny. Jego zbroja otworzyła się. Członek ligi zabójców wypadł z turbo pancerza. Plecami i głową uderzył o podłogę. Zamroczyło go i na chwilę świat stał się niewyraźną plątaniną kształtów i kolorów.
Stiks usiadł. Był zdziwiony, że jego ciało nie jest rozrywane przez całe mnóstwo ostrych zębów. Nie była to jedyna niespodzianka. Ostatnie pomieszczenie bunkra rozświetlone było ciepłym światłem. Wielki potwór cofał się wykonując małe kroczki wszystkimi sześcioma nogami a przed nim stał człowiek odziany w zbroję. W dłoni trzymał miecz, który lśnił dziwnym blaskiem. W drugiej ręce miał tarczę w kremowym kolorze kości. Widniały na niej symbole, których Stiks nie był w stanie dostrzec. Pod nogami tajemniczego wojownika w podłogę wbita była pochodnia, której blask rozjaśniał ciemności. Obok leżało mnóstwo pociętych na kawałki terantorów.
Stiks nie wierzył w to co widział. Był przekonany, że już nie żyje albo ma jakieś halucynacje. Nie było przecież możliwe, że tajemniczy wojownik tak po prostu pojawił się w bunkrze. Do tego nie wyglądał jak zwykły człowiek. Okryty był rubinową zbroją jakiej Stiks nigdy nie widział. Nie była ona wielkim, niezgrabnym kawałem metalu. Przypominała bardziej te noszone przez rycerzy tysiące lat temu. Stiks widział je jedynie na obrazkach które ostały się w jego mieście. Tajemniczy człowiek był wysoki na trzy metry. Jego twarz schowana była pod hełmem, który zdobiły złote pióra dodające mu jeszcze wzrostu.
Terantory krążyły wokół niego czekając na dobry moment do ataku. Wydawały się przestraszone. Nagle jeden z nich skoczył w stronę Stiksa. Nieznajomy zareagował jak błyskawica. Jego ostrze odcięło głowę nacierającej bestii nim członek ligi w ogóle zorientował się co się dzieje.
Wielki potwór na pajęczych nogach wydał z siebie dziki ryk. Wszystkie terantory skoczyły do walki. Rubinowy rycerz spojrzał na Stiksa. Wizjery jego hełmu mieniły się jasno zielonym kolorem. Mimo że Stiks nie wiedział jego oczu wiedział co znaczy ten wzrok. Rycerz wzywał go do wspólnej walki.
Terantory zaatakowały ze wszystkich stron. Miecz nieznajomego zawirował w powietrzu. Poruszał się tak szybko, że nie nadążyłyby za nim oczy żadnego człowieka. Jego rubinowa krew szybko nabrała jaśniejszego odcienia od krwi rozcinanych przeciwników.
Stiks nie mógł tylko siedzieć i patrzeć. Podniósł się i chwycił za pistolet, który cały czas miał przy pasie. Obrał za cel kilka stworów i pociągnął za spust. Broń o niższym kalibrze nie radziła sobie aż tak dobrze z opancerzeniami terantorów. Mimo to parę bestii padło martwych od kul.
Wielka bestia widząc swoje potomstwo zabijane rzuciła się do ataku. Rubinowy rycerz nie cofnął się, wbrew przeciwnie, popędził na spotkanie z potężnym przeciwnikiem. Uniknął pierwszego ciosu, a drugi zatrzymał tarczą. Wielki stwór z rykiem zaatakował oboma szponami. To był błąd. Rubinowy rycerz zatańczył wokół nich i znalazł się blisko wielkiej bestii. Ciął kilkukrotnie. Krew stwora była ciemna i mętna. Polała się na wszystkie ściany pomieszczenia.
Rubinowy rycerz na sekundę odskoczył od bestii. Potwór ledwo trzymał się na nogach. Zmęczony i ranny zwiesił głowę. Wojownik błyskawicznie doskoczył do niego i zadał ostatni cios. Pysk upadł na podłogę tworząc kałuże krwi. Wojownik stanął nad truchłem pokonanej bestii. Terantory które ostały się przy życiu rozbiegły się na wszystkie strony. W bunkrze znów zapanowała cisza.
Wojownik przez chwilę stał nad ciałem pokonanego potwora. Z jego miecza skapywała gęsta ciemna krew. Rubinowy pancerz wyglądał tak wspaniale, że pomimo strach udo serca Stiksa przebiła się chciwość. Rycerz sięgnął do sakwy, którą przyczepioną miał do pasa. Wyciągnął ścierkę i zaczął czyścić swoje ostrze. Stiks czekał. Rubinowy rycerz ocalił mu życie, ale mimo to przerażał nie mniej niż armia terantorów.
Po dłuższej chwili miecz wyglądał już jak nowy. Klinga odbijała światło dopalającej się pochodni. Stiks był pewien, że nieznajomy odezwie się teraz. Rycerz jednak milczał. Atmosfera zaczęła się zagęszczać, a członek ligi zabójców mocniej ścisnął rękojeść pistoletu. Gdzieś przy wraku jego turbo pancerza leżał shotgun. Możliwe, że strzał z tej broni mógłby powalić rubinowego rycerza. Stiks bał się ruszyć z miejsca. Widział z jak niezwykłą prędkością potrafi poruszać się nieznajomy. Stiks stwierdził, że musi przerwać ciszę.
-Dziękuję za ratunek. – Powiedział.
Rubinowy rycerz spojrzał na niego przez wizjery swojego hełmu. Nie odpowiedział. Kiwnął jedynie głową co mogło oznaczać cokolwiek.
-Jestem członkiem ligi zabójców. – Stiks odwrócił się pokazując pieczęć. – Wyjdźmy z tego przeklętego bunkra i spokojnie porozmawiajmy. –
Rycerz nadal milcząc podniósł swój miecz i wskazał nim ostatni korytarz, który prowadził do sejfu. Stiksa przeszył lodowaty dreszcz. Wojownik chciał iść dalej.
-Tam może być więcej potworów. Na pewno właśnie tam się wylęgają. –
Nieznajomy zupełnie nie zareagował na protesty Stiksa. Nadal stał wskazując mieczem ostatni korytarz. Stiks miał już serdecznie dość bunkra. Żadne skarby nie mogły przekonać go do dalszej wędrówki. Z drugiej strony bał się samotnego powrotu na powierzchnie. Stracił swój pancerz, więc był teraz bardzo wrażliwy na ataki nawet małych zagubionych terantorów. Ochrona nieznajomego w drodze na powierzchnię była mu potrzebna.
Rycerz nie zamierzał się jednak wycofywać. Spokojnym krokiem ruszył w stronę ostatniego korytarza. Stiks poczuł jak jego szanse na przeżycie drastycznie spadają. Jeżeli rubinowy rycerz umrze w sejfie to członek ligi zabójców pewnie już nigdy nie ujrzy światła słońca. Stiks poczuł, jak ogarnia go przerażenie. Musiał coś zrobić. Jego instynkt żądał działania, a buzująca krew wyostrzyła zmysły. Jego myśli nagle zaczęły pędzić szybciej analizując wszystkie dostępne opcje. Stiks tak naprawdę nie potrzebował rubinowego rycerza. Potrzebował jedynie jego pancerza.
Stiks przestał myśleć. Zaczął działać. Skoczył do przodu. Shotgun przypięty był do nogi turbo pancerza. Stiks złapał go w biegu i szybkim ruchem wprowadził nabój do komory. Znalazł się tuż za rycerzem. Z tej odległości nawet nie musiał za bardzo celować. Ciemne pomieszczenie bunkra znów rozbłysnęło od lecących kul, a korytarze wypełniły się głośnym hukiem.
Roger siedział przed swoim domem. W ustach trzymał źdźbło trawy i spokojnie spoglądał w stronę horyzontu. Silny wiatr smagał go po twarzy. Starzec nie potrzebował żadnej maski by opierać się wszechobecnemu pyłowi. Jego płuca już dawno zostały wymienione na mechaniczne wszczepy które filtrowały powietrze trafiające do jego organizmu. Reszta ciała Rogera była jednak na skraju wyczerpania. Właśnie skończył wyciągać silnik z pick upa Stiksa. Niezwykle się przy tym namęczył. Było jednak warto. Wśród elementów mechanizmu znajdowały się części, które wybitnie będą pasowały jako zamienniki do oczyszczacza wody który ostatnio zaczął szwankować.
Roger westchnął.
-Wszystko dla moich dzieci. – Rzucił.
Na chwilę spuścił wzrok. Kiedy znów go podniósł dostrzegł zmierzającą w jego kierunku postać. Nie był to Stiks.
-Witaj wędrowcu na farmie Rogera. – Powiedział tak głośno jak tylko pozwalały mu na to zniszczone struny głosowe.
Nieznajomy nie odpowiedział. Odziany był w wielki rubinowy pancerz, a w rękach trzymał coś zawiniętego w szarą płachtę. Wyglądał co najmniej niebezpiecznie. Roger położył dłoń na rękojeści rewolwer, który trzymał przy pasie. Zachował jednak spokój. Był stary, zależało mu już tylko na jednym. Na jego dzieciach.
Wielki nieznajomy podszedł do Rogera i położył przed nim zawiniątko. Nie mówił nic. Patrzył jedynie przez wizjery w hełmie udekorowanym złotymi piórami. Wyglądał strasznie i groźnie. Roger był jednak już zbyt stary by się bać. Wyciągnął rękę i odwinął szarą płachtę.
-Moje dzieci! – Krzyknął upadając na kolana.
W jego starych oczach pojawiły się łzy. Nieznajomy stał nadal niewzruszony przyglądając się zrozpaczonemu Rogerowi. Jego wspaniały miecz spoczywał spokojnie przy pasie. Tarczę zaczepioną miał na plecach. Był spokojny i niewzruszony.
-Jak mogłeś to zrobić! – Warknął Roger. – Jesteś potworem! –
Słowa te nie zraniły uczuć wędrowca. Nic co mówił starzec nie mogło go choćbym ukłuć.
-Zabiję cię za to. – Wrzasnął Roger sięgając po rewolwer.
Nie zdążył wystrzelić. Wielka rubinowa dłoń złapała go za ramie z bronią. Kość strzeliła łamiąc się na setki kawałków. Starzec wrzasnął z bólu i upuścił rewolwer. Rubinowy rycerz od razu cofnął dłoń. Zupełnie nie wyczuł siły, z jaką powinien złapać za kończynę Rogera.
-Przepraszam. – Powiedział. – Nie chciałem cię skrzywdzić. –
Wmontowane w hełm filtry zmieniały ludzki głos na twardy i mechaniczny.
-Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego zabiłeś moje dzieci? – Wrzeszczał Roger.
Przy tym wił się z bólu trzymając się za powykrzywianą rękę.
-W sejfie znalazłem szczątki dwóch dzieci. Twoich wnuków. Wysłałeś je tam po zapasowe części do maszyny uzdatniającej wodę, której im nigdy nie dawałeś. Poiłeś je kaktusówką. Pochowałem szczątki twoich wnuków nieopodal wejścia do bunkra. – Powiedział rubinowy rycerz. – Ale to cię nie obchodzi. Chodź. Zabiorę cię. –
-Gdzie? –
-Na sąd. –
-Nigdzie nie idę. –
Rycerz wyciągnął rękę i chwycił Rogera za szyję. Tym razem dobrze dostosował siłę, więc nie skręcił starcowi karku. Drugą ręką sięgnął do swojego pasa i wyciągnął obrożę z przywiązanym do niej sznurem. Założył ją Rogerowi, który bezskutecznie próbował wyrwać się z żelaznego uścisku.
-Ruszajmy w drogę. – Rycerz odłożył starca na ziemię po czym spokojnym krokiem powędrował na wschód.
Roger próbował uciekać. Obroża trzymała jednak mocno. Krzyczał na całe gardło, ale nikt go nie słyszał. Starzec nie miał żadnej innej opcji jak tylko podążać za nieznajomym wędrowcem.
Przed starym budynkiem, na którym widniał napis „Farma Rogera, nieznajomym wstęp wzbroniony” pozostała szara płachta. W jej środku znajdowały się dwie odcięte krowie głowy. Jedna z nich miała obrożę z zawieszką z napisem „Staś”, a druga z napisem „Madzia”.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania