Ruby - Wstęp
"Odrodziłem się w innym świecie I postanowiłem tworzyć magiczne narzędzia"
[ Bzzt… bzzt… bzzt…]
— Lampa ponowie coś przestaje działać.
— XXXXX mógłbyś ją później wymienić? Tylko ty tam dosięgasz.
— Mogę to zrobić teraz, jeśli trzeba? Po pracy mi się trochę się śpieszę.
— Jakaś impreza czy dziewczyna czeka?
— Haha… nie imprezuję, a dziewczyny mnie nie interesują. Sezon się w końcu skończył, więc chcę wrócić szybko i obejrzeć anime. Trzy miesiące na nie czekałem.
— Powinieneś sobie w końcu kogoś znaleźć a nie ciągle to anime i anime.
— Jakby szef więcej mi płacił, żebym mógł zarobić sobie na coś, to może i o dziewczynie bym pomyślał.
— Nie ma opcji. A i tak, jakbyś dostawał więcej, to byś na jakieś gówna z tego anime powydawał a nie oszczędzał czy dziewczyny szukał.
— Co racja to racja.
…
— Szefie to ja będę już się zwijał.
— XXXXX, dobra widzimy się jutro. Tylko się nie upij i nie przyjdź na kacu po tej whisky.
— Spokojnie, dziś i tak więcej niż pięć szklanek nie wypiję. To do zobaczenia, miłego.
— XXXXX uważaj na siebie. I dzięki za wymianę lampy!
…
[Beep… Beep… Beep]
ah gdyby tylko te światła szybciej się zmieniały. A tak jeszcze dzienne zadania w grze ma do zrobienia. Ciekawe co dziś wylosuje, ta nowa SSS-postać byłaby dobra.
[pip… pip… pip…]
No, w końcu zielone…
[ PEEP PEEP PEEP]
[SKRYYYT—]
[TRZASK!]
Nigdy nie spodziewałem się, że motor we mnie uderzy.
Heh o dziwo jestem naprawdę spokojny.
Ahh, chyba ciała nie czuję.
[ŁUP]
co się dzieje?
co to jest — kask?
wow, heh, prawie jakbym tą SSS—postać wydropił;
tak samo piękne, czerwone włosy ma.
brrrr zimno, krew mi chyba na oczy leci,
wszystko na czerwone się zmienia,
ciekawe, czy whisky mam cale,
nie mogę tak siedzieć — anime mam do obejrzenia,
ano, przepraszam was, ale nie słyszę, co do mnie mówicie.
…
he karetka po kogo? Wypadek jakiś był?
a to po mnie…
oh, chyba mdleje; wszystko robi się czarne,
jakby czarne macki zakrywały mi pole widzenia.
chyba umieram…
aaaah, Fuck, a chciałem to anime obejrzeć,
wszystko jest czarne, i zimno,
lecz nie czuje się źle — jakby ciemność mnie otulała.
jej białą skóra — biała jak śnieg,
kruczoczarne włosy, jakby ze samej ciemności zrobione,
jej usta i oczy — naprawdę piękne, czerwone.
tak jak ciebie pamiętałem.
— znowu się spotykamy Śmierć…
…
Jak myślisz? Gdybym zrobił to co musiałem a nie to co chciałem to ciekawe gdzie bym teraz był…
I po co mi to teraz…
-- Zamek w xxxxx --
Moja jaskinia. Moje gniazdo. Miejsce, do którego nikt nie zagląda. A przynajmniej chciałabym tak rzec. Mały pokój — lecz większy nie jest mi potrzebny.
Od wejścia, po prawej stronie, znajduje się moje biuro z krzesłem. Przeważnie używam go do robienia różnych narzędzi. Do wymyślania raczej — na szczęście — nie robię tego już sama. Znalazłam sobie do tego ucznia.
Zaraz nad biurkiem znajdowało się okno, ale zabiłam je deskami — nie cierpię słońca a ono mnie.
Jak i mały taboret, co robi mi za podnóżek — choć niektórzy używają go jako siedzenia…
Na wprost od wejścia znajduje się sterta siana, a na niej królewskiej jakości prześcieradło. Miałam kiedyś łóżko, ale po tym, jak deski się pode mną zawaliły, pozbyłam się go.
Dobrze, że okno jest zabite — bo łóżko by przez nie wyleciało! Głupie łóżko. Mówiłam im, że go nie chcę, a oni dalej swoje.
Zaraz obok mojego posłania, znajduje się szafka z półkami. Trzymam tam alkohole i tytoń. Zawsze znajdzie się jakaś okazja do wypicia, więc warto zbierać.
Za to po lewej stronie od wejścia znajduje się MÓJ piec z kowadłem, a obok — kilka skrzyń z różnymi magicznymi kamieniami.
Tak jak już wcześniej wspomniałam, pokój do którego nikt nie zagląda. Lecz już było słychać kroki za drzwi. Głośne i donośne ciągnące się od samego dołu wieży, przez kolejne pięćdziesiąt, sześćdziesiąt metrów? Nigdy nie zliczyłam dokładniejszej wysokości.
I tak wszedł on wysoki mężczyzna. Jego niebieskie włosy a oczy czerwone jak rubiny, szlachetny strój i peleryna. Ta peleryna co kiedyś jego dziadek nosił a teraz należy do niego. Mężczyzna a przynajmniej inni go tak widzą, lecz dla mnie to on się niczym nie zmienił odkąd go poznałam.
Chłopiec co niegdyś biegał za mną szarpiąc za spódnicę. Wołając jak tylko mnie zobaczy. Każąc opowiadać mu przeróżne historie. Stoi teraz przede mną.
— Witam w moich skromnych progach. — ukłoniłam się dostojnie.
— Jaki jest powód by sam król. Co niedawno został ukoronowany, ten co zapomniał odłożyć swoje berło po koronacji na miejsce. Przybiegł sam bez straży, czy opiekuna do groty potwora?
— Opiekuna? Mogłabyś sobie to już darować? Wiem, że w porównaniu do ciebie nie jestem niczym więcej niż niemowlakiem. Lecz jednak jeśli mówimy o ludziach to jednak jestem wystarczająco dorosły by móc chodzić po swoim zamku samemu. — ukłonił się jakby miało to coś zmienić - Królowo ogrodu, Tancerko z cieniami.
YHM! Tak i co jeszcze, to że się ukłoniłeś by schować swój idiotyczny uśmiech nie znaczy, że udało ci się go zasłonić!
— HA! Tylko twój dziadek jak i ty wiecie kim byłam. Dni mojej chwały minęły setki lat temu. Teraz to jestem tylko wiedźmą z lasu czy przeklętym dzieckiem. W tych czasach nikt nawet nie zna mej twarzy. Poza tym żyłam jako szlachcic wystarczająco długo mogę już sobie od tego odpocząć.
Jakbyś go zobaczył to poza oczami nie różnicie się zbytnio. Możesz się śmiać, lecz twoja krew dalej płynie w jego żyłach.
— Mów do mnie babciu jak do tej pory robiłeś. — nie lubię tego szlacheckiego życia, wolę jednak spokojne pić i budować jak i spać kiedy chcę.
— A wiec po co przyszedłeś do mnie tym razem bo pieniędzy ci nie dam.
— Chciałbym więcej usłyszeć o twoich przygodach.
Jakby był dzieckiem co do babci przychodzi. Od razu siadł na małym krzesełku co robi mi za podnóżek. Nawet jak jest o wiele za duży na niego, nie różni się niczym jakby i na podłodze by siadł. Jego miejsce jest tylko jedno widzę.
— jeśli chcesz usłyszeć więcej to przygotuj mi szklanki i wyczaruj trochę lodu. Sobie też możesz jak chcesz bo mam coś specjalnego. Niedawno byłam w Zordanii i przywiozłam kilka dobrych butelek whisky jak 100 letnią GordolGardę? — ahh jak ja dawno tego nie piłam taka mocna a taka łagodna a pijąc czuje się jak nowo narodzona… hehe.
— Bab… - przerwałam mu. Nie ma czasu na przeszkadzanie WHISKY CZEKA!
— Przygotowałeś już szklanki? Powinny być pod biurkiem.
— A TAK JUŻ!
Usiadłam naprzeciwko jego jak za czasów jego dziadka. Wysoka wieża, ogień w piecu odpalony, fajka i whisky. O takie czasy spokoju, to ja walczyłam. — To na czym ostatnio skończyliśmy?
— Na tym jak uciekłaś z lochu i trafiłaś do przeklętego lasu. — pff, dorosły mężczyzna, żona i dziecko w drodze a przychodzi do babci bajek słuchać.
— A tak był to przeklęty las zwykle widywałam go tylko z daleka. Wszyscy mi mówili by się do niego nawet nie zbliżać nie mówiąc już o wchodzeniu do niego. Drzewa posiadające magiczne kamienie, potwory na każdym rogu. A im głębiej to tym groźniej. Ten las teraz jak i setki lat temu, jest i będzie jednym z największych jak i najgroźniejszych domów dla potworów. Lecz tym razem kazano mi się w nim chować. Tak i zrobiłam na samym wejściu przywitały mnie już potwory rogate króliki. Nie są silne, ale liczebne. Z początku jedne, później dwa, pięć, dziesięć. Po pięćdziesiątym przestałam liczyć. Walki nie były ciężkie, lecz nie miałam jak odpocząć wtedy trafiłam na niego kamiennego zająca. Wielki jak ze trzy rogate króliki szybki i opancerzony w kamienną zbroję. Ja będąc już wykończona udało mi się go zranić, lecz ceną była moja ręka.
-- Przeklęty Las --
— he… he… he…
Ahh gdybym mógł się jeszcze wyleczyć nie byłoby tak źle. Wypiłem już wszystko co miałem.
— WIĘCEJ WAS MATKA JUŻ NIE MIAŁA!!!
Na szczęście to już ostatni, nie wyczuwam, żeby coś było jeszcze wokół. Stoimy naprzeciwko siebie jakieś kilka metrów. Itami miał rację potwory w tym lesie naprawdę nie wiedzą co oznacza się poddać — NIECH CI SIĘ NIE WYDAJĘ, ŻE JA SIĘ PODDAM! MAM ZA DUŻO ZABAWY W TYM! — jedna rzecz była pewna uśmiech z mojej twarzy nie chce zejść. Te marzenia powiedzmy z anime naprawdę je teraz przeżywam.
No nic nie mam więcej siły już. Lewą ręką podniosłem miecz, celując prosto w zająca.
— CHOĆ NA CO CZEKASZ! — to już było pewne, nie mam sił by walczyć dłużej to będzie ostatni mój atak albo ja albo ty.
— RAAAWWWW!!! — od jego ryku aż mnie uszy zabolały.
— HAHA!!! TY to masz głos. Nie każ mi czekać dłużej! — ustawiłem się, on najwyżej też. Oboje ruszyliśmy, lecz był wolniejszy niż na początku. Jeden ruch jeden niższy krok podniosłem wyżej koniec miecza.
To uczucie, gdy miecz wchodzi pomiędzy kamienne płyty. Przebija się przez skórę, mięśnie, krtań wchodząc idealnie pomiędzy kręgi, ostatecznie przebijając się na wylot. Ahh kocham to uczucie, naprawdę coś wspaniałego. Aż czuję że mam miękkie nogi jak z waty.
— Nie żyjesz… prawda? — wyciągnąłem miecz z jego szyi a potwór opadł na ziemię tryskając krwią. — nie ruszysz się więcej? A więc pozwól, że trochę się napiję… — opadłem na ziemię, potwór martwy leży pode mną. Krew tryska mi na twarz, oblizuję się próbując trochę. Zrywam jego kamienny szkielet, wgryzając się w jego szyję.
AAHHH uhhh ten metaliczny posmak. Uhh tak to jest krew, która dzięki ciśnieniu wpływa sama do gardła. Coś wspaniałego, od razu mi lepiej jakbym wracał do życia. Jakby tylko ktoś mnie zobaczył to miałby mnie za zboczeńca. Ale to nie jest tak mam na to dobre wytłumaczenie, Okej?... Raczej to już się tylko pogrążam… Jakby ktoś mnie teraz zobaczył. Pośród tych ciał potworów pijąc z jednego krew. Raczej to będę mu się śnić po nocach… w koszmarach.
— Dajcie mi się na chwilę zdrze… — padłem z braku sił.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania