Rue de Paris, temps de pluie
Gustave Caillebotte – “Rue de Paris, temps de pluie” [ 1877, olej na płótnie ]
Madame Lambert szybko poprawiła makijaż w bocznym pokoiku, jak zwykle kładąc za dużo szminki, i wyszła do przedpokoju, aby się ubrać. Pan Lambert próbował w tym czasie odnaleźć, wśród kilku identycznych, swój parasol w modnym angielskim stylu. Był już w płaszczu, bo u mężczyzn to zawsze idzie szybciej. Pożegnali się z resztą gości, a później dziękowali Durandom za gościnę. Wizyta się w ogóle udała, a w szczególności pani Lambert była dumna z prezencji swego męża. W tej śnieżnobiałej koszuli, kamizelce i muszce wyróżniał się wśród reszty panów, zwłaszcza sylwetką, bo te brzuszki na niektórych Messieurs... Mon Dieu! Już na schodach pocałowała go w ucho, walcząc dzielnie ze swoją woalką i rondem jego cylindra. Na ulicy pan Lambert rozłożył opiekuńczo ogromny szary parasol i podał ramię żonie. Szli deszczową ulicą nie śpiesząc się i plotkując pogodnie o gościach i gospodarzach.
Coupez!
Jean-Sébastien Dubois wyszedł z bramy na ulicę, stwierdził, że nadal jest mokro i zimno, a on nadal nie ma rękawiczek. Obawiał się o swe wrażliwe palce pianisty, a ponieważ musiał nieść parasol, więc rękę akurat wolną postanowił trzymać w kieszeni płaszcza, a później ręce zmienić. Skończył właśnie lekcję muzyki z nastoletnią córką państwa Bouchard, Virginie. Chopinem to ona nie zostanie, ta Virginie, ale wygląda świeżo i przyjemnie, a poza tym Bouchardowie pozwalali mu czasem zostać na obiedzie. Po powrocie do domu Jean-Sébastien będzie pracować nad cyklem pieśni na sopran i fortepian, które na pewno staną się popularne. Teraz też, oddalając się od huku Gare Saint-Lazare, próbował usłyszeć w deszczowej tonacji tego dnia jakiś melodyjny motyw. Nic chwilowo w powietrzu nie grało, ale wiedział, że natchnienie może zapukać o każdej porze. Dlatego też podążał powoli i w skupieniu mokrą pięciolinią Rue de Saint-Pétersbourg, a obok niego podążali w różne strony, pod fermatami szarych parasoli, panowie jak wąsate ćwierćnuty oraz damy jak wdzięczne ósemki.
Coupez!
Leclercq i Petit podnieśli głowy znad biurek, spojrzeli na siebie, potem na zegar ścienny, a w końcu na zamknięte drzwi biura pana Grossoreille. Po dłuższej chwili drzwi się otworzyły, pan Grossoreille poprawił monokl, spojrzał na swój zegarek z dewizką i skinął przyzwalająco głową. Leclercq i Petit schowali papiery do szuflad, przekręcili kluczyki, złapali swe płaszcze, cylindry i parasole i wyszli z banku na mokry chodnik Rue de Berne. Odegrali zwyczajową komedię: „Jaką trasą udaje się pan dziś w kierunku domu, Monsieur Leclercq? – A ma pan w tej sprawie jakieś interesujące propozycje, Monsieur Petit?”, po czym poszli tym co zawsze szlakiem przez Plac Europy, bo mieszkali po sąsiedzku. Teraz już zwracali się do siebie familiarnie: Patrick i Lucien. Zdarzało im w niektóre dni zahaczać o jakieś bistro, ale nie na długo, bo Leclercq od niedawna był szczęśliwym małżonkiem z obowiązkami. Z tego również powodu ich tradycyjne rozmówki o doświadczeniach z paniami stały się trochę niezręczne, więc skupiali się na wioślarstwie i cyklistach. Tak było zapewne i teraz, gdy Leclercq i Petit, spoglądając na czubki swych butów, wymieniali niedbałe uwagi, a bank powoli odrealniał się za nimi w deszczowej mgle.
Coupez!
Monsieur Pluchard, przedsiębiorca, wytoczył się z restauracji „Pod Słońcem Paryża”, wdepnął zaraz w płytką kałużę i zaczął szarpać się z parasolem. Właśnie skończył ubijać interes z tym cwaniakiem Gauthierem i jak zwykle pozostał z uczuciem, że na tym straci. Gauthier oczywiście objadł się i opił za ciężko zarobione franki pana Plucharda, a w lokalu „Pod Słońcem Paryża” ceny są takie bardziej księżycowe, no ale to są koszty własne. Gorzej, że dzisiaj na deser był, zdaje się, przedsiębiorca Pluchard. Ale pewnie wyolbrzymia sprawę, bo przecież nie jest dziewicą w interesach i zawsze w końcu wychodzi na swoje. Teraz pewnie też tak będzie, ale trochę się w nim jeszcze gotuje. Kroczy teraz jak nosorożec środkiem Placu Europy, wywija parasolem i nawet konie dorożkarskie nie wchodzą mu w drogę. Gdzieś z dołu dochodzą odgłosy dworca Saint-Lazare i sapanie lokomotyw przeplata się harmonijnie z sapaniem pana Plucharda, gdy ten oddala się w mglisty wąwóz Rue de Saint-Pétersbourg.
Coupez!
Julio Bonnet splunął z przekonaniem i kwieciście zaklął, targając ze sobą środkiem ulicy wielką rozkładaną drabinę malarską. Było chłodno i ślisko. Miał na sobie obszerny fartuch, który dawno przestał być biały, i luźne spodnie w nieznanym kolorze. Jego matka nazwała go Julio na pamiątkę młodzieńczej przygody z hiszpańskim marynarzem o tym imieniu, a ojciec Julia, malarz Pierre Bonnet, zgodził się, bo zawsze się zgadzał z żoną. Julio natomiast wyraźnie nie zgadzał się z rozkładaną drabiną malarską, którą właśnie ciągnął, jak też z żądaniem sklepikarza Quopotte, żeby dokończył wczorajsze malowanie. We wnętrzu to jeszcze pół biedy, ale robić fasadę, w taką pogodę? Wstał dziś późno, bo rano padało, i myślał, że się pobawi przez resztę dnia z psem albo dziećmi, a ten tu przysyła chłopaka i... do pędzla, panie Bonnet! Obiecał, że przyjdzie dokończyć po południu, no i właśnie idzie, ale i tak dzień zepsuty. Teraz taszczył tę drabinę przeskakując malutkie oceany na bruku Rue de Moscou i myślał smętnie: „Czemu nie zostałem marynarzem, choćby na Sekwanie?”
Coupez!
Baltazar zjadł już parę kawałków chleba i sporą wiązkę siana, ale nadal był głodny. I nic dziwnego, bo było już późne popołudnie, a pracowali od rana. To znaczy on i jego chlebodawca, dorożkarz Philippe Gagnon. Dzień był dżdżysty i chłodny, a więc dobry dla fiakierskiego interesu. Baltazar miał 6 lat i został niedawno ojcem jako koń dorodny i nie uchylający się od obowiązków, ale nie odmieniło to radykalnie jego życia. Jak rok długi zwiedzał ulice Paryża z poczciwym ale mocno marudnym Philippem za plecami i, bądźmy szczerzy, zima nie była jego ulubioną porą. Jechali teraz powoli po Rue de Clapeyron na południe, wypatrując klienta. Pan Gagnon liczył z nudów parasole i myślał o wieczornej golonce z piwem, a Baltazar, oprócz być może siana i chleba, nie myślał o niczym szczególnym.
Coupez!
Gustave Caillebotte zbiegł po schodach, przeskakując po trzy stopnie, z rodzinnego apartamentu na rogu Rue de Miromesnil i Rue de Lisbonne, minął bramę i, już na ulicy, wciągnął głęboko w płuca wilgotne zimowe powietrze. Od pewnego czasu, jeśli tylko nie był w towarzystwie dam lub wiekowych panów, pokonywał schody biegiem, czy to w dół czy w górę, i w ogóle nie cofał się przed żadnym fizycznym wysiłkiem. Jego młodszy brat René zmarł niespodziewanie tej jesieni w wieku 25 lat i Gustave musiał się nagle zmierzyć z kruchością istnienia. Bo oto teraz biedny René istniał jedynie, w tych swoich energicznych pozach i zwodniczo dobrej kondycji, na dwóch malowidłach pędzla Gustave’a powstałych w ubiegłym roku, dość w sumie różnych w intencji i w nastroju. Pokazywał zresztą te płótna pośród kilku innych, jeszcze w kwietniu, na drugiej wystawie impresjonistów, bo tak się ich teraz nazywa. A tu w kilka miesięcy później ta śmierć... Odtąd żył jakby z przymusem codziennego utwierdzania się w swym zdrowiu i sprawności: po każdym ochoczo przedsięwziętym wysiłku wsłuchiwał się w przyśpieszony, ale równy i mocny rytm serca, czuł pulsowanie krwi w sprężystych mięśniach, brał głęboki oddech i uspokajał się. Biały blejtram przyszłości pokrywał się znajomymi i przyjaznymi kolorami.
Dzień był mętny i nijaki, jeden z tych, o których się zapomina jeszcze zanim się skończą. Od rana, z krótkimi przerwami, padało i niebo nad Paryżem przypominało brudną pościel. Gustave popatrzył w górę i przez moment zawahał się w kwestii parasola: to na pewno była mżawka, ale chwilowo dość anemiczna. Wcisnął więc tylko głębiej cylinder i pomaszerował środkiem trotuaru, niosąc swój modny parasol w angielskim stylu niby strzelbę, gotową do użycia w razie potrzeby. Przez Boulevard Malesherbes toczył się właśnie konny tramwaj, wysoki i ciemny jak olbrzymi karawan, a przed nim stąpały w ulotnym welonie pary dwa wysokie i ciemne konie. Gustave odczekał chwilę i przekroczył bulwar. Ulica mimo deszczu nie była pusta: modne parasole w angielskim stylu, z męską lub damską załogą, żeglowały pojedynczo lub parami po migotliwych brukach chodników i jezdni. Nieliczne czarne pudła fiakrów mijały się bez pośpiechu pod nieruchomym spojrzeniem zielonych latarni.
Popatrzył przed siebie: Rue de Lisbonne zmierzała prosto jak strzelił w deszczową siną dal, a tam przechodziła, pod lekkim kątem, w Rue de Madrid, która z kolei ciągnęła się, też prosto jak strzelił, aż do Placu Europy. Spojrzał na prawo: pięć pięter płowego piaskowca, balkony równymi rzędami, ażurowe balustradki, górą kominy jak różyczki na torcie. Spojrzał na lewo: pięć pięter płowego piaskowca, dwa rzędy balkonów, a jakże, a na nich balustradki ażurowe, a górą kominy jak wisienki na torcie. I to samo od następnego skrzyżowania, po lewej i po prawej, po obu stronach ulicznej nawy, we wszystkie strony przymglonego świata, ad infinitum. Wędrował wąwozami barona Haussmanna.
Spośród licznych paryskich rewolucji ta przydarzyła się mu osobiście i była, wyjątkowo jak na to miejsce, bezkrwawa. Odbyła się oczywiście pomiędzy dwiema krwawymi i trwała niemal przez całe jego dotychczasowe życie. Na przestrzeni 20 lat średniowieczna ceglano-drewniana dżungla, ciemny labirynt krzywych bruków spływający nieczystościami i nieszczęściem, wylęgarnia cholery i rewolty, przepoczwarzył się, z łaski cesarza i jego prefekta, w ten oto pastelowy pejzaż, który go teraz otaczał. Czyli w gigantyczny kawał kremowego ciasta, podzielony promieniście nożem inżynierskich demiurgów, przystrojony kilkoma mostami z szaroniebieskiej stali i paroma pałacami kolei żelaznej. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że przy okazji wodociągi i kanalizacja się mocno ucywilizowały, a także przybyło kilka imponujących parków. No i bulwary...
Jako malarz wiedział dobrze, jak przyglądać się temu przemienionemu miastu, ale nigdy nie był do końca pewien, jak o nim myśleć. Zresztą nie on jeden. To, co odeszło, a odchodziło powoli, fragmentami, z ociąganiem i oporem, nie znikło jeszcze do końca. Trwało w ludziach, nazwach miejsc, niedobitkach dawnego pejzażu, w starych nawykach, w snach, w szansonetach... Ale czy naprawdę było warte nieśmiertelności i owej wszystko rozgrzeszającej nostalgii?
A to co przyszło później, a raczej nadjechało, z łoskotem i w chmurze pary jak lokomotywa na Gare Saint-Lazare, czyli: plan i linia, przestrzeń i perspektywa, szybkość i higiena, żelazo na żelazie i kamień na kamieniu, i pięć pięter płowego piaskowca na każdą pogodę - czy to będzie można pokochać, a tym bardziej poślubić na całe życie, czy to da się zaśpiewać, ubrać w wiersz, zabrać ze sobą na południe czy na wschód, jak cenny dagerotyp, jak sen który powraca? Bo że się da namalować, to już wiedział.
Gdzieś blisko nagle zaturkotała dorożka i Gustave Caillebotte, wyrwany z zamyślenia, zamachał bezwiednie parasolem jak szpadą albo pędzlem, co u niego wychodziło na jedno, rozejrzał się niepewnie i wrócił do poprzedniego, energicznego ale statecznego kroku. Wchodził właśnie w Rue de Madrid. Z mglistej bladokremowej głębi ulicy nadchodziła ku niemu dość osobliwa para. Szli samym brzegiem chodnika, krokiem sennym i jakby lunatycznym. Z ich dwojga to ona trzymała parasol, modny parasol w angielskim stylu, niosła go nad sobą kołyszącym, rytmicznym, kolistym ruchem i podobnie rozkołysanym, nie zatrzymującym się na niczym spojrzeniem omiatała przestrzeń przed sobą. On szedł obok, zgarbiony pod rozchwianą krawędzią parasola, trzymał swą towarzyszkę za łokieć drugiej, opuszczonej luźno ręki w różowej rękawiczce i nie spuszczał wzroku z jej twarzy. Drugą ręką przyciskał do piersi biały cylinder. Oboje byli urody egzotycznej i gwałtownej, takiej, która się domaga szybkiego portretu w śmiałych kolorach. Gustave usiłował przeniknąć i zdefiniować tę konfigurację, obcą w deszczowym popołudniu Rue de Madrid, ale nic mu nie pasowało, więc tylko chłonął ją oczami. I nawet kiedy go oboje minęli, powoli i w milczeniu, miał wielką pokusę by obrócić się i odprowadzić ich wzrokiem, ale powstrzymały go dobre maniery. Pomyślał z żalem, że nigdy już nie zobaczy tych twarzy i nawet nie był pewien jak długo będzie je pamiętał.
Podniósł wzrok na brudne prześcieradło rozpostarte nad miastem i zapytał sam siebie, po co właściwie wyszedł dziś z domu. Czy chciał się jedynie przewietrzyć i rozruszać, dlatego że większość dnia przeleżał z książką na sofie? Nawet pędzla nie tknął. Pewnie tak to było... No ale skoro już tu jest, drepcząc w tym prawie-deszczu w kierunku Placu Europy, to mógłby przecież odwiedzić Maneta, a dość dawno tam nie był. Stąd to będzie niecałe pół kilometra. Nie skręci od razu w Rue de Saint-Pétersbourg, pójdzie prosto, w Rue de Liège, tam są takie ładne ogrody po obu stronach, zaraz za Mostem Europy, no może przesada, raczej skwerki, ale lubi to miejsce, a potem prosto do Rue de Turin i tam w lewo, jak się nie zagapi, bo to wszystko identyczne, parę kroków po Rue de Turin i już Manet bliziutko, za rogiem.
Tak, właściwie to nie tylko może, ale nawet powinien do niego wpaść i to z kilku powodów, które teraz sobie uświadomił. Manet się ostatnio mocno postarzał i skarży się, dyskretnie jak to on, na różne dolegliwości, przeważnie na nogi. Więc zapyta go o zdrowie, wysłucha, poradzi, coś wypiją, a i rzuci okiem co tam na sztalugach. Słyszał, że Manet robi teraz jakąś scenę buduarową na nadchodzący oficjalny Salon, wielkie płótno – znowu będzie w całej prasie rozdzieranie szat i egzorcyzmy, jak to Paryż zobaczy. Jeśli mu przyjmą...
Oczywiście on, Gustave, po raz nie wiadomo który będzie go namawiał, żeby również wystawiał z impresjonistami. Salonowi świeczkę i diabłu ogarek, jak to mówią. No i po raz nie wiadomo który Manet oczywiście odmówi, bardzo uprzejmie jak to on. Ten człowiek wierzy tylko w Salon, no bo chyba nie w Akademię, na Boga? Przekora jakaś czy co? A tam, jak mu nawet od czasu do czasu nie odrzucą, ale przyjmą i powieszą, to się od razu robi boski skandal. No, może nie za każdym razem, ale dość regularnie. Chodząca rewolucja ten Manet, i on na pewno to wie o sobie. A surdut zawsze nienaganny, jakby nigdy nic, i kamizelka, i krawat, nawet kiedy maluje... Odmawia, a przecież jest bardziej impresjonistą, cokolwiek to w ogóle znaczy, niż na przykład taki Gustave Caillebotte.
Ach, jest jeszcze jedna rzecz, którą by chciał z Maneta wyciągnąć. Ma taki pomysł od pewnego czasu, nietypowy trochę, już robił szkice. Coś jakby fragment tego „Le Pont de l’Europe”, który niedawno skończył i zamierza wystawić z impresjonistami na wiosnę. To ma być wycinek, zbliżenie, bez głębi, tylko faktura stalowych belek i geometria, plus jedna lub dwie postaci, twarze nieważne. Étude en bleu et gris.
A właśnie Manet coś w tym duchu pokazał trzy lata temu, w 1874, na Salonie akurat. Oczywiście wtedy też rozdziawili gęby jak zwykle i rysowali karykatury na temat, ale o dziwo dość szybko sprzedał. Tam była ta jego ruda Meurent, przysiadła przy ogrodzeniu obok Saint-Lazare i patrzy przed siebie, jak do fotografii. Z książką i pieskiem na kolanach, cała na niebiesko, piękny odcień. A obok dziecko tyłem, sukienka biała z niebieskim i biała para w tle, z parowozu. Ale naważniejsze te czarne pręty przez całą szerokość. A całość płaska, bez perspektywy, półtora metra wycięte ze świata, ale jakie półtora metra, trzeba mieć na to odwagę Maneta, no ale on, Gustave, też nigdy nie maszerował w szeregu... Zapyta go, skąd mu to przyszło. Głupie pytanie, ale wprost, i odpowiedź może być plutôt délicieuse.
Po obu stronach Mostu Europy ciągnęły się masywne sploty stalowych belek, poznaczone liniami nitów i ujęte z rzadka w jasne skalne cokoły na przedłużeniu filarów. Dzisiaj te struktury wydawały się monotonne i ciemno połyskliwe, bez tej mozaiki cieni i zmienności barwy którą prowokuje słońce. Przechodnie jak zwykle przystawali przy niskiej wewnętrznej barierze mostu, który był jednocześnie placem, i spoglądali poprzez wilgotne kraty metalu na pociągi w dole i na rozległą krzyżówkę torowisk dworca Saint-Lazare. Gustave wciągnął w płuca zmieszaną woń dymu i pary z lokomotyw, smołowanego drewna i mokrego żelaza, minął most, a następnie przeszedł między bezlistnymi teraz w większości trójkątami zieleni u początku Rue de Liège, które tak lubił w lecie. Jeszcze kilkadziesiąt kroków, a potem skręt w lewo. Już skręcił, z uczuciem jakby odwrócił kartkę w książce i wciąż był na tej samej stronie. Znowu szedł prosto, prawym chodnikiem, leciutko pod górę, mijał nieliczne sunące parasole w modnym angielskim stylu. Przed sobą widział wąską perspektywę Rue de Turin, wąwozu wykutego w płowym piaskowcu ku chwale pięciu pięter o wysokich oknach i nieśmiałych balkonach. Przy przecięciu z Rue de Saint-Pétersbourg ulica rozszerzała się, stawała się kanciastym niby-placem, a dalej za tą przecznicą rozdzielała się promieniście na trzy.
Gustave Caillebotte zbliża się równym krokiem do skrzyżowania i patrzy na Paryż.
Na skrzyżowaniu pojawia się, choć z innej strony, pianista Jean-Sébastien Dubois. Prawą rękę ma w kieszeni palta, w lewej trzyma parasol i stąpa zamyślony po lśniących od wody kamieniach. Już prawie dochodzi do zielonej latarni na rogu Rue de Turin. Leclercq i Petit widzą jego plecy o kilka kroków przed sobą. Idą w tym samym kierunku. Baltazar dociąga właśnie dorożkę pana Gagnon do wylotu Rue de Clapeyron i mija szyld z napisem „Pharmacie”. Julio Bonnet taszczy pracowicie drabinę malarską i jest już niemal przy niedomalowanym sklepie pana Quopotte. Dzieli go jakieś trzydzieści metrów mokrego bruku od Baltazara, ale ten fakt jeszcze teraz nic nie znaczy. Pan Lambert z małżonką przekroczyli właśnie Rue de Saint-Pétersbourg i przechodzą obok zielonej latarni, zmierzając prosto na Gustave’a. Od dworca Saint-Lazare dobiega trzykrotny gwizd parowozu, dziwny i nieco absurdalny, więc Lambertowie zwracają w tamtym kierunku rozbawione spojrzenia. Przedsiębiorca Pluchard nadciąga hałaśliwie z tej samej strony co Gustave, wyprzedza go z szumem na wąskim chodniku i jego wielki angielski parasol zmierza teraz nieuchronnie ku kolizji z wielkim angielskim parasolem Lamberta.
Nie pada, ale jest czas deszczu. Gustave Caillebotte czuje jak jego zmysły, niechętnie i nieuchwytnie, zaczynają rozchodzić się w różne strony, czuje tę pół-słodką i pół-złowieszczą aurę, o której wspominał mu niegdyś Flaubert, a która podobno poprzedza atak epilepsji. Przez popielate chmury ponad miastem przesącza się delikatnie złocista żółć i odbija w błyszczących kamieniach bruku, które nagle jaśnieją. Doliny ulic, promieniście rozchodzące się na wprost niego, odsuwają się w głąb i poszerzają. Kremowe masywy bloków po obu stronach ulic nabierają oddechu, prostują ramiona i wyciągają się w mglistą nieskończoność. Grzebienie brązowych kominów tężeją monumentalnie i wyraźnieją na tle nieba, jak skały albo ludzie w pejzażach Caspara Friedricha.
Ulica waha się przez chwilę, a potem zamiera w bezruchu. Miękki płaszcz pana Lamberta i falująca suknia jego żony stają się spiżowe, a ich rozbawione spojrzenia – z marmuru. Muzyk Dubois zastyga w pół kroku jak nagle urwana pieśń, a Leclercq i Petit, kilka kroków za nim, sztywnieją w niedokończonym zdumieniu. Uniesiona przednia noga Baltazara, konia dorożkarskiego, jest teraz nogą rumaka z posągów bohaterów, a malarz Bonnet i jego drabina stają się jednym i wtapiają w martwy połysk bruku na przeciwnym brzegu Rue de Saint-Pétersbourg. I nawet niepowstrzymany przedsiębiorca Pluchard jest powstrzymany, a jego zwalista sylwetka zastyga ciemno na tle ochry i morskiej zieleni narożnego budynku.
Gustave idzie dalej, ale nie słyszy swoich kroków, jakby oglądał siebie przez szczelnie zamknięte okno. Dziwi się trochę swemu ruchomemu istnieniu pośród nieruchomego świata. Kamienie jezdni lśnią mlecznie i złociście i odbijają nierówno nierówne bryły zastygłego pejzażu. Postrzępiony zielony cień latarni leży rozciągnięty na śliskim chodniku aż do jego stóp. Gustave waha się przez chwilę, a potem zatrzymuje. Gdzieś z bardzo wysoka nad Rue de Turin rozlega się, głośny jak piorun, przeciągły mechaniczny trzask, znajomy mu trzask fotograficznej kamery, który pamięta z wizyt w studiu Nadara. Dźwięk odbija się i wielokrotnieje między wysokimi ścianami ulicy, a później nagle zamiera.
Jeszcze przez chwilę trwa wieczność, a potem wszystko rusza. Chłodny powiew przeciąga ulicą. „To będzie duże płótno” – myśli Gustave Caillebotte, a miasto wokół niego wygląda jak Paryż w senne deszczowe popołudnie. Parasol Plucharda zderza się z parasolem Lamberta i panowie wymieniają parę niegrzeczności, złagodzonych, być może, obecnością damy, po czym ruszają w swoje strony. Gustave uśmiecha się pod wąsem, ale musi ustąpić drogi zmierzającej wprost na niego parze Lambertów. Uskakuje zgrabnie na bok i niezgrabnie ześlizguje się z chodnika lądując lewą nogą w płytkiej kałuży przy krawężniku. „Merde!” – mówi pogodnie, dochodzi do zielonej latarni na rogu, opiera się o nią i metodycznie otrząsa wodę z buta i nogawki. „To będzie duże płótno” – powtarza i rusza żwawo przed siebie. Chłodny powiew przeciąga ulicą. Nie pada, ale jest czas deszczu.
Gustave Caillebotte przypomina sobie, że idzie do Maneta. Skręca pod kątem prostym w Rue de Saint-Pétersbourg, rozkłada swój modny parasol w angielskim stylu i otacza się nim jak parą szarych skrzydeł. Widzi w oddali wysoką bramę, do której za chwilę wejdzie. Uśmiecha się pod wąsem i myśli, a może nawet mówi: „Przecież nie będę go zanudzać głupstwami o sztuce! Pogadamy o panienkach.”
Tak mogło być. Ale prawda jest inna.
Dama pod parasolem pana Lamberta nie jest jego żoną i, być może, niezupełnie damą. Nazywa się Ivette Culbeau, przyjaźni się z nim całkiem nieplatonicznie i spotyka dość regularnie. Właśnie spędzili razem wyczerpujące półtorej godziny. Lambert przyjeżdża w interesach z prowincji i w Paryżu mało kto go zna, a gdyby nawet spotkał znajomego - czy nie wolno się pokazać publicznie z kuzynką?
Leclercq i Petit nie znoszą się wzajemnie. Niestety ich biurka w banku są blisko siebie, podobnie jak ich mieszkania, więc są niejako skazani na własne towarzystwo. A jednak lubią wspólne spacery i rozmowy, bo codziennie na nowo Patrick może się przekonać, jakim cymbałem jest Lucien, a Lucien umocnić swą identyczną opinię o Patricku.
Monsieur Pluchard jest istotnie przedsiębiorcą, ale to co zazwyczaj przedsiębierze ma swój zwięzły opis w kodeksie karnym. Natomiast ciężko zarobione franki pana Plucharda pochodzą z gry w karty, w której jest on prawdziwym asem. Przeważnie piątym.
Malarz Julio Bonnet nie bawi się ani z psem, ani z dziećmi, ani nawet z żoną. Najchętniej bawi się z butelką, a później próbuje zaprowadzać porządek w domu metodami rewolucyjnymi. Niestety o porządek trudno, bo pies szczerzy zęby, dzieci niełatwo dogonić, a żona mu oddaje, co pozostawia panu Bonnet jedynie słodkie i podlane winem marzenia o losie marynarza. Choćby na Sekwanie.
Philippe Gagnon nie jest poczciwym dorożkarzem. Często zapomina o chlebie dla Baltazara i o ciepłej derce, a także nadużywa bata. Byłby już dawno za te grzechy solidnie kopnięty, gdyby nie smutny fakt, że Baltazar, dorodny koń dorożkarski w kwiecie wieku, jest kompletnym osłem i nie przyszło mu to do głowy.
Jean-Sébastien Dubois rzeczywiście był pianistą, nawet niezłym, ale przestał grać prawie sześć lat temu, w maju 1871. Został rozstrzelany pod murem przez żołnierzy armii Wersalu, razem z dziesiątkami innych podejrzanych o udział w Komunie. Chociaż niektórzy mówią, że mógł też podpaść komunardom. Jean-Sébastien nie może spacerować w deszczowe popołudnie po wilgotnym i lśniącym bruku u wylotu Rue de Turin, nie może tam być. Nie może, pod swoim siwym parasolem i z ręką w kieszeni palta, przechodzić wolnym krokiem przez duże płótno Gustave’a Caillebotte. Tam, gdzie zdaje się istnieć muzyk Dubois, mogą być tylko kamienie, sinobiałe, żółtawe, zimne. Tylko kamienie...
Ale przecież równie dobrze może tam kroczyć skrzypek Jules Lavoie: także naucza muzyki średnio zdolne panienki, też zapomina rękawiczek, wygląda całkiem podobnie, ale jest za to, co najważniejsze, niewątpliwie żywy...
Doprawdy, Gustave? Równie dobrze? Pan mówi: „Równie dobrze”? Lavoie? Rękawiczki? To tak łatwo się daje lub odbiera nieśmiertelność: Jean-Sébastien znika, zjawia się Jules, i już? To nie figury szachowe, panie Caillebotte, to żywi ludzie...
Pan się uśmiecha, Gustave, pan mówi, że na szkicach, które pan wcześniej robił przez dobrych parę tygodni, nie było żywych ludzi. Były kreski, były linie albo zygzaki, a jeśli już sylwetki, to sylwetki bez twarzy i ich cienie na bruku. I tylko monolity domów były tam od początku, i oddalające się sekwencje okien, ślepe płaszczyzny trotuarów i siatka bruków, i latarnia.
Kreski? Sylwetki bez twarzy?... To smutne co pan mówi, Gustave. Więc ci ludzie nic dla pana nie znaczą, więc nic nie znaczy to, że idą przez tę deszczową przestrzeń z ludzkiej przyczyny i w ludzkim celu? Więc te postacie są niekonieczne, przypadkowe, nieważne?
Pan mówi, że owszem, są ważne. Są równie ważne jak okna, balkony, kominy i chodniki, jak surduty, suknie albo kapelusze. I prawie tak ważne jak woda na kamieniach ulicy, jak parasole i jak latarnia. Jak alchemia światła i wody na smoczej łusce bruków, jak zgarbiona samotność skrzydlatych parasoli i jak ciemnozielona obecność ulicznej latarni. I pan przeprasza za te nadmiernie poetyczne frazy.
Obecność latarni?... I tylko tyle, Gustave? Więc nigdy nie przydarzyli się, w tym samym miejscu i czasie, Monsieur Lambert z towarzyszką i szemrany przedsiębiorca Pluchard? Więc zziębnięty skrzypek Lavoie, jeśli już pogodzić się z niewczesną absencją pianisty Dubois, nigdy nie zdążał we wspólnym kierunku z dwójką urzędników bankowych pod dwójką parasoli? A koń dorożkarski Baltazar i dźwigający drabinę jak krzyż malarz Bonnet nigdy nie minęli się, znamiennie i pamiętnie, pod szyldem na rogu Rue de Moscou? Więc nie było iluminacji, nie było nieśmiertelnej chwili, nie było natchnienia opadłego jak nagła ulewa, a może jak popiół wulkanu?
Pan się znowu uśmiecha, Gustave. Pan mówi, że od iluminacji są dni parzyste, a nieparzyste – od natchnień. Czy może odwrotnie. A w pozostałe dni robi się obrazy. Złe, niezłe, zupełnie niezłe, czasem niespodziewane albo krnąbrne, czasem poronione. Ale niekiedy, co jakiś czas, większe od nas samych. I mówi pan jeszcze, że monsieur Lambert z damą przy boku, przedsiębiorca Pluchard, skrzypek z twarzą pianisty i para urzędników bankowych, a także malarz Julio Bonnet i koń Baltazar spotykają się już teraz codziennie na rogu Rue de Turin i Rue de Saint-Pétersbourg, a przez szare chmury nad Paryżem przebija się wtedy złota mgła i rozjaśnia obłe kamienie bruku i grzbiety parasoli.
A jeszcze, monsieur Caillebotte, mówi pan, ale już bez uśmiechu, abyśmy przestali się zanudzać tymi głupstwami o sztuce i pogadali o... tak, pamiętam: o czymś innym.
Komentarze (3)
Podobał mi się ten obraz Caillebotte'a i wyobraziłem sobie, jak mógł powstawać i tak mi się rozbudowało...Zrobiłem mały research, więc topografia i fakty biograficzne są prawdziwe. Reszta jest fantazją i odrobiną medytacji o sztuce. Pozdrawiam.
Spapugował pan IgaIga, która ekfrazuje wierszem? Nieładnie, ale dość interesująco.
Wracam do lekturki.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania