Rumiany Kwiat. cz1
Czym jest życie, które zaczyna każdy z nas a nie potrafimy dostrzec jak wiele wydarzyło się się podczas niego, dostrzeżmy to wszystko i zastanówmy się nad jego sensem. Czasami wydaje się nam że życie nie ma sensu, ale rozważmy wszytko, a gdy dojdziemy do jego kresu podsumujmy wszystko i wystawmy sobie rachunek, bez zbędnego owijania w bawełnę a wówczas będziemy jedynymi uczciwymi krytykami. Opowiem wam moją historię, która wydaje się że nie jest tak oczywista, ale sami podsumujcie ją i oceńcie, gdy przeczytacie każdy fragment.
Nad mazowiecką ziemią wstało słońce, ciepły poranny blask ogrzewał jakże urodzajną ziemię, a ciepły czerwcowy wiatr delikatnie okalał rośliny po nocnym chłodzie, tak właśnie zaczyna się moja historia. Urodziłam się jako silna, czarnowłosa dziewczynka o oczach czarnych jak środki maków, puklach włosów falujących niczym trawa na pobliskich łanach łąk, a moja skóra była biała niczym mleko od pobliskich krów. Urodziłam się jako czwarte dziecko w rodzinnie i jestem jedyną dziewczynką rodu Popławskich, niemowlęciem jakże bardzo oczekiwanym przez moją matkę Mariannę. Leżałam w ramionach matki, jakże strudzonej wydaniem mnie na świat. Szczęśliwa rodzicielka ujrzawszy kwitnące jakże szlachetnie rumianki nieopodal okna nadała mi na imię Kamila, co było dla mnie zarazem nagrodą jak i przekleństwem.
Moje dzieciństwo wspominam jakże cudownie, byłam szczęśliwym dzieckiem, które wychowywało się wśród bajecznej przyrody, piękno okalających lasów ciągle mi się śni, pamiętam jak dziś zabawy z braćmi w pobliskim lesie który dumnie rósł nieopodal domostwa, a świergot ptaków spływał do mych uszu jak poranna rosa po płatkach białych róży w ogrodzie przed domem. Pierwszym moim wspomnieniem jest zabawa przy sianokosach, zapach świeżo ściętej trawy nad pobliską rzeką, już wtedy wiedziałam, że nie jestem zwykłym dzieckiem wśród innych dzieci towarzyszącym swoim rodzicom przy jakże ciężkiej pracy. Biegnąc wśród równo ułożonych rzędów przyszłego siana, każdy z mieszkańców tych ziem delikatnie skinął mi głową, lecz jako sześcioletnie dziecko tego nie rozumiałam, wiedziałam tylko jedno jestem kimś ważnym ale nie przeszkadzało mi to w dalszych frywolnych zabawach i co chwilowym upadaniu, śmianiu się i wygłupianiu z braćmi. Wszyscy ciężko pracowali, a my nie przestawaliśmy jakże upojnie spędzać ze sobą czas na dalszych dziecięcych wygłupach. Słońce swym ciepłym blaskiem ogrzewało moją twarz, wśród pracujących kobiet było słychać śpiewy, które niosły się coraz głośniej i dalej, a ich mężowie, ojcowie, wujowie, kuzyni, stryjowie z potem na czołach ciężko przewracali siano, by jak najlepiej wyschło. W pewnym momencie zapadła nagła cisza, słyszałam tylko wiatr i śpiew ptaków. Zatrzymałam się jakże szybko z braćmi i zaczęliśmy rozglądać się wokół co się stało, iż zapadła śmiertelna cisza. W oddali dostrzegliśmy piękną dębową bryczkę, którą ciągły dwa kare konie o lśniących czarnych grzywach, muskających delikatnie ich karki, każdy ich krok był jakże szlachetny, delikatny, odnosiłam wrażenie że te stworzenia nie podążają, a wręcz unoszą się delikatnie nad ziemią. Wśród ludzi wydarzyło się coś niezwykłego, wszyscy stali się bardzo poważni, wyprostowali się i kłaniali się jadącej parze, kobiety chwytały za rób sukien, delikatnie uginały nogi w kolanach opuszczając wzrok tak by uniknąć spojrzenia podróżujących, natomiast mężczyźni zdejmowali nakrycia głowy i jakże godnym ruchem opierali je na swych piersiach, a następnie delikatnie skinęli głową mówiąc: ,,Dzień dobry". Blask słońca nie pozwolił mi dostrzec kim są postacie, które są witane w tak szlachetny sposób. Po pewnym czasie usłyszałam ciepły, ale jakże stonowany głos Kamilo, czas wrócić do domu, zawołaj braci czas wracać na wieczorną strawę. Wnet rozpoznałam ten głos, a przed mymi oczami ujrzała się postać siedzącej czarnowłosej kobiety ze spiętym warkoczem w kok, ubranej jak królowa, w białą długą białą suknię, na jej ramionach spoczywała zielona chusta, z delikatnie haftowanymi kwiatami, piękniejszymi niż wszystkie kwiaty które mogłabym zobaczyć na tej polanie, tak to moja mama, a jej głos brzmi niczym delikatny szum pobliskiego strumienia. Obok niej siedział dumny wysoki mężczyzna, ubrany w białą koszulę zapiętą pod ostatni guzik, a pod jego nosem wił się czarny wąs z pod którego przebijał piękny uśmiech. Ach to moi rodzice najdrożsi, obok bryczki zjawił się dorożkarz, otworzył drzwiczki, podał mi dłoń by pomóc mi wsiąść, aż tu jak z podziemi wyłonili się moi bracia, przepychając się który to pierwszy wsiądzie do pojazdu, wówczas jakże dostojna pani poderwała się nerwowo, spojrzała ostrym surowym wzrokiem na jakże rozkapryszonych młodzieńców i stanowczo rzekła, pozwólcie młodej damie w spokoju zasiąść do powozu, a wy stańcie pokornie obok i czekajcie na swoją kolej, po czym usiadła z delikatną nerwową zmarszczką na czole, a po chwili westchnęła. Chłopcy bez zbędnych ceregieli, niczym oblani lodowatą wodą od razu wykonali polecenie matki, a następnie tuż po mnie zasiedli obok w powozie. Posępna matka patrzyła się na moich braci, tak jakby ich bez słów pouczała jak przystoi zachowywać się w prawidłowy sposób, ale po chwili na jej twarzy pojawił się uśmiech, a na jej dłoni spoczęła druga dłoń taty i czułe słowa Kochanie nie przejmuj się małym bąkami, wszystko z wiekiem przyjdzie, a teraz niech cieszą się dzieciństwem. Całą rodziną tuż przy krwiście czerwonym niebie wracaliśmy do domu, mijaliśmy domostwa, a rozmowom nie było końca, aż w końcu przywitały nas dwie potężne lipy rosnące tuż u bram naszego podwórza, dorożkarz zatoczył krąg przed owalną rabatą róż przed naszym domem, my jako szczęśliwe dzieci szybko wbiegliśmy po szerokich schodach do domu, już czekała na nas Jadzia, nasza niania z obiadem na stole i uprzejmie zaprosiła nas do spożycia kolacji. Całą rodziną zasiedliśmy do stołu, z którego unosił się boski zapach świeżo upieczonego chleba, kiełbasy i pieczeni, wszyscy konsumowaliśmy niczym wygłodniałe wilki, a rodzice prowadzili konwersację odnośnie zysków z ziemi, a także poruszali kwestię zakupu do stajni nowego ogiera, by wzmocnić jakże szlachetne zimnej krwi klacze, które posiadaliśmy.
Wydaje się, że był to cudowny dzień, spędzony na radości frywolnych zabawach, uśmiechu, po odmówieniu pacierza, wszyscy położyliśmy się spać, zwieńczenie dnia był już za nami, leżeliśmy w łóżkach i powoli zasypialiśmy, a z salonu słyszeliśmy tylko grę matki na fortepianie i delikatne krzątanie ojca po domu. Zasnęłam zmęczona po całym dniu, a w mojej głowie kontynuował się dzień, już nie realny ale ten z wyobraźni, śniłam o dalszych zabawach wśród pół z braćmi, śmiechu, a moja głowa sama z siebie domagała się większej ilości zabaw. Wśród nocnej ciszy nagle rozległ się krzyk za okna, męski przerażony głos naszego dorożkarza, Ludzie stajnie się pali! Wstawajcie, łapcie wiadra! Pali się! Prędko! Usłyszałam tylko głos mojej matki Dzieci nie wychodźcie z domu, Jadźka pilnuj dzieci, od razu wyskoczyłam z łóżka otworzyłam okno, pchnęłam okiennice zasłaniając cały widok, nagle zobaczyła ogień wyższy od naszego domu, trawił cały dach stajni, a wokół niej kilkoro osób biegających nieporadnie, niczym jak my na łanach pól podających wiadra i próbujących okiełznać ten żywioł, ale z każdym momentem sytuacja wydawała się coraz bardziej beznadziejna. Ujrzałam nagle mamę w białej piżamie biegnącej w stronę drewnianych drzwi i krzyczącej, Spuszczajcie konie, spalą się żywcem, spuszczajcie je!, znikła mi z oczu w chmarach śmierdzącego dymu, usłyszałam przerażony głos ojca Maria nie rób tego!, ale już było za późno, stracił mamę ze wzroku. Usłyszałam tylko krzyk matki, a z pomieszczenia wybiegła paląca się klacz, ta sama która dziś ciągła dorożkę, ta piękna, dumna klacz, teraz nieporadna, przerażona z płonącym grzbietem i grzywą, pełna bólu rżała nie wiedząc co ma zrobić...(cdn.)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania