Rzuceni po Honor [rozdział pierwszy]
Jest to lato 1939 roku. Cztery postacie z minuty na minutę zbliżające się coraz bardziej do Wisły śmieją się i beztrosko rozmawiają maszerując. Gdy są już na tyle, blisko, że każdy, kto ich zna rozpozna ich bez trudu jasne stało się, kim są. Najwyższy z nich, szczupły młodzieniec o jasnych włosach, niebieskich oczach i szerokim uśmiechu, jest to Maciej Dawidowski, na którego wołali Alek lub Glizda, właśnie opowiada coś z zapałem i wymachuje rękoma na wszystkie strony. Drugi co do wzrostu, ma złociste włosy, błękitne spojrzenie i delikatne rysy nadające mu dziewczęcą urodę to Tadeusz Zawadzki nazywany przez innych Zośką, który właśnie kiwa głową na słowa kolegi i patrzy przed siebie. Najniższy z rozmówców ma rudawe włosy i mnóstwo piegów, jest drobny i szczupły, a jego imię brzmi Jan Bytnar zwany Rudym, z uwagą wsłuchuje się w słowa przyjaciela milcząc. Ostatnia z grupy i jedyna dziewczyna śmieje się głośno z promiennym uśmiechem, wpatrując się w najwyższego. Ma czekoladowe, falowane włosy do łokci, brązowe oczy i wyraźne rysy twarzy, a jest to Anita Głowacka nazywana przez przyjaciół Nitką. Cała czwórka jest w doskonałych humorach.
– Nitka, a ty co zamierzasz studiować? – zadaje pytanie jeden z jej przyjaciół.
– Hm... – zamyśla się dziewczyna, nadając twarzy poważny wyraz jak gdyby nie była to zwykła pogawędka, a poważna dyskusja – Sama nie wiem. Może filologię? A wy? Postanowiliście już? – włącza dwóch, wyższych kolegów do rozmowy.
– Cóż... – piegowaty rudzielec robi ten sam wyraz twarzy co koleżanka, po czym odpowiada – Może na kucharskie? W harcerstwie zawsze mi to wychodzi.
– Tak ci się tylko wydaje – mruczy wysoki blondyn, a dziewczyna parska śmiechem.
-– Tak? A to ciekawe, bo to zawsze wy dwoje ppychacie się moją zupą – odpowiada zaperzony, a dwójka pozostawia to bez komentarza, wysyłając sobie tylko przelotne spojrzenie.
– Ja chyba na psychologię... Zawsze mnie to interesowało – odparł po chwili namysłu chłopak zwany Tadkiem.
– A ty Alek? – pyta, robiąc cwaną minę Rudy.
- Sam nie wiem... Może cos ze sportem? Studia to raczej nie dla mnie... – mówi najwyższy.
– Może pójdziemy na Starówkę? – proponuje dziewczyna z uśmiechem.
– Dobra – odpowiada jej Zośka – Wzięliście pieniądze? – przytakują. Każdy z nich ma co najmniej pięć złotych. Gdy docierają okazuje się, że starcza im na cztery rogaliki.
– Nidżdy ne bylo me tek dorze – bełkocze Janek, napychając się sucharem. Wszyscy parskają śmiechem, nie pomijając rudzielca. Przy czym należy wspomnieć, że chłopak wciąż w buzi mający resztki bułki, opluwszy wszystkimi okruchami zaczyna śmiać się jeszcze bardziej. Po chwili otrzepywania i wycierania się wszyscy tarzają się ze śmiechu.
– Rudy nie mówi się z otwartą buzią – Nitka wciąż rechocze, więc złożenie zdania sprawia jej niemały kłopot.
– Mówiłem, że w życiu nie było mi tak dobrze – oznajmia już z pustą buzią, po czym znów wpycha w siebie resztki jedzenia.
– Tak, ale nie zawsze tak będzie – calei czwórce nagle robi się zimno –.Wiecie to prawda? Wiecie, że nadchodzi wojna? – czują się, jakby wylał na nich kubeł zimnej wody. Oczywiście, wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale wolą o tym nie myśleć. Po prostu o tym zapomnieć. Przez chwilę siedzą w niezręcznej ciszy pogrążeni w zadumie, którą przerywa chichoczący Alek.
– Ty zawsze musisz psuć zabawę co Zocha? – i znów wszyscy się śmieją, nawet Zośka. Wstają z trawy i spacerują wzdłuż Wisły. Nagle Anita robi cwaną minę. Zanim którykolwiek z nich zdąży się zorientować wpycha chłopaków do rzeki. Po czym sama skacze do wody, piszcząc z uciechy.
– Oż ty! – krzyczy Dawidowski, gdy już dochodzi do siebie i zaczyna chlapać przyjaciółkę. Alek, Zośka i Rudy zdejmują już i tak całkiem przemoczone koszule. Nitka zdjęła już wilgotne buty i mokre skarpetki i zaczyna biegać, pluskając się w wodzie. Ludzie patrzą na nich jak na szaleńców, jednak oni się nie przejmują i bawią dalej. Wieczorem, około dwudziestej drugiej wreszcie kładą się ma trawie, dysząc ciężko. Trzymają się za ręce i wpatrują się w niebo.
– Patrzcie. Spadająca gwiazda – szepcze dziewczyna rozmarzonym głosem.
– Pomyślcie życzenie – odpowiada tym samym tonem Tadeusz.
– Życzę sobie by zawsze było tak, jak teraz – mówią jednocześnie.
***
– Mamo wróciłam! – wrzeszczy Anita, zdejmując buty.
– Dobrze, choć na kolację! – odkrzykuje jej matka. Dziewczyna wchodzi do kuchni i siada do stołu. Po chwili kobieta stawia miskę i sztućce, po czym nalewa zupy pomidorowej. Nitka zajada się swoim ulubionym daniem.
– Dziecko gdzież ty się swe dałaś... – opadają jej ręce, gdy widzi mokrą i obłoconą córkę.
– No wiesz, z chłopakami... – mówi, połykając zawartość buzi.
– Zaziębisz mi się – zakłada ręce na biodra i kręci głową.
– Nie przesadzaj – dziewczyna przewraca oczami zirytowana zachowaniem kobiety. Ta tylko wzdycha i zaczyna zmywać naczynia. Anita po skończonym posiłku podchodzi i ochoczo pomaga mamie. Gdy praca jest skończona Nitka żegna się z matką i wchodzi do pokoju. Z szafki nocnej ściąga zdjęcie. Jest na nim ona – roześmiana i z mlecznym wąsem na twarzy, Maciej – również śmiejący się w głos uwieszający się na rudzielcu, próbując go rozbawić, Tadeusz – z jak zwykle poważną miną, ale uśmiechem i błyskiem w oku oraz Janek – z założonymi rękoma i nadąsaną miną. Wszystko na tle Wisły, rzeki ich ukochanego miasta. Było to w dzień powrotu z ich harcerskiej wędrówki. Rudy przesolił zupę, którą wszyscy w tym samym momencie wypluli przed siebie. Chłopak dąsał się do końca dnia. Gdy wrócili z lasu poszli do Wedla ‐ gdzie pracował ich przyjaciel, Wesoły. Pokłócili się, kto stawia. Wypadło na rudzielca, przez co ten znów się obraził. Właśnie stąd wziął się mleczny wąs. Po wypiciu czekolady poszli pod Wisłę, a że dziewczyna akurat miała aparat postawiła go na kamieniu i zrobiła zdjęcie, podbiegając szybko w kadr. Zasypia wtulona w obrazek.
***
To już. Ostatni dzień sierpnia. Wakacje zleciały tak szybko, jakby wcale ich nie było! Cały lipiec i sierpień codziennie wszyscy umawiali sie na dworze, uczyli się, chodzi na zbiórki. Raz nawet pojechali nad morze. Po długich namowach, prośbach i nawet łzach Alek, Rudy i Zośka pojechali do Gdyni na cały sierpień ze swoją przyjaciółką i jej matką. Dopiero wczoraj wrócili. Chlapali się, wygłupiali, bawili i nie martwili się kompletnie. Bo nie było czym. Gdyby wiedzieli... Ale nie mieli pojęcia, więc bawili się beztrosko zupełnie nieprzygotowani na to, co ich czeka.
A czekać ich miało ich piekło.
Anita uszykowała już ubrania na rozpoczęcie roku, granatowa filcowana spódnica z białą koszulką w srebrne, delikatne wzorki i czarnym sweterkiem z perełkami i trzema ozdobnymi guziczkami, spakowała plecak i właśnie przegląda się w lustrze, zastanawiając się, czy nie zmienić bluzki. Po chwili uznaje, że ta jest w porządku, przebiera się w piżamę, rzuca na łóżko i zasypia.
Nie mogła wiedzieć co zgotuje im wrzesień 1939 roku.
Tego nie spodziewał się nikt.
Następnego dnia wstaje wcześnie. Jej matki nie ma, pewnie wyszła do pracy. Robi herbatę z cytryną i jajko sadzone. Wszystko zjada w rekordowym tempie, po czym idzie wyszykować się do pokoju. Ubiera się, podkręca lekko włosy i nakłada szminkę. Jest gotowa. Upewnia się, że na pewno w plecaku jest wszystko, co potrzebuje, w końcu, w tym roku matura i czas się wziąć za naukę. Może gdyby nie zorientowała się, że nie ma ołówka i nie szukała go w pośpiechu po szufladzie zdążyłaby wyjść przed telefonem zanoszącym koszmarne wejście, ale że wychodzi z jednosekundowym opóźnieniem, gdy ma już klucz w drzwiach i właśnie go przekręca dzwoni telefon. Zirytowana odbiera, spodziewając się wszystkiego, tylko nie tego, co usłyszy.
– Nitka?
– Przy telefonie. Tadeusz?
– To ja.
– Czego chcesz? Śpieszę się do szkoły -
Mówi, patrząc na zegar.
– To ty nic nie wiesz...? – jego zmartwiony ton bardzo niepokoi dziewczynę. Jest on przeznaczony tylko na specjalne okazje. Anita prawie widzi przed oczami bladą twarz Tadeusz, taką samą, jak gdy miała sześć lat i zdarła sobie kolano, i krew spływała jej po nodze. Ten jest dużo, dużo poważniejszy.
– Zaczęła się wojna – słuchawka wypada jej z rąk. Blednie, jej oczy są rozszerzone ze zgrozy, a ręka drży niebezpiecznie. Oddycha szybko i ciężko. Kręci jej się w głowie, przed oczami ma mroczki. Łapie się za czoło i próbuje usiąść. Bez skutku. Uderza głową o róg szafki. Nie czuje bólu. Chce płakać, krzyczeć, wymiotować, przeklinać, rozpaczać, kopać, wszystko na raz. Jej głowa bezwładnie zwisa na szyję, ciało unieruchamia. Tylko oczy wciąż zostają rozszerzone, twarz blada z przerażenia, a w głowie wciąż wybrzmiewają jej słowa:
"Zaczęła się wojna... Zaczęła się wojna...".
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania