Rzymski kontrakt

RZYMSKI KONTRAKT

 

 

 

 

Wszystkie postacie występujące tutaj są całkowicie fikcyjne.

Ewentualna zbieżność zdarzeń z rzeczywistymi jest przypadkowa.

 

 

 

 

Lato 1980 roku było w Stambule wyjątkowo upalne. Żar lał się z nieba, a lipcowe słońce paliło niemiłosiernie.

Było sobotnie popołudnie. Ahmed siedział w swoim małym mieszkaniu w europejskiej części miasta i wpatrywał się w telewizyjną transmisję walki bokserskiej na olimpiadzie w Moskwie. Właśnie sięgnął po szklankę z zimną wodą, która dawała złudne wrażenie lekkiej ochłody, gdy zadzwonił telefon. Początkowo miał nadzieję, że dzwoniący rozmyśli się i przestanie go niepokoić. W ten upał nie chciało mu się nawet wstawać z miejsca, aby podnieść słuchawkę. Jednak telefon dzwonił dalej, coraz bardziej natarczywie. Po dziesiątym dzwonku wstał jednak i podszedł do aparatu. Podniósł słuchawkę.

- Słucham – warknął do mikrofonu, pełen niechęci do każdego, kto zakłócał mu spokój.

- Witaj Ahmed, mówi Dimitri.

- Dzień dobry – odpowiedział i jego głos nagle stał się uprzejmy i serdeczny. Ahmed był całkowicie zaskoczony, że Dimitri odnalazł go w jego stambulskim mieszkaniu. Ale zawdzięczał znajomemu Bułgarowi tak wiele, że musiał być dla niego szczególnie serdeczny.

- Co u ciebie słychać, stary druhu? – spytał Dimitri.

- Wszystko w najlepszym porządku, pracuję, zdrowie dopisuje. Jakoś leci. A co u ciebie, przyjacielu?

- Też nieźle. Dzięki za troskę. Chciałbym się z tobą zobaczyć. Będziesz miał jutro trochę czasu?

- Dla ciebie zawsze, Dimitri.

- To świetnie. W takim razie spotkajmy się o dziesiątej przed południem w kawiarni Bosfor. Wiesz gdzie to jest, prawda?

Ahmed znał tę kawiarnię doskonale, była zaledwie dziesięć minut drogi od jego domu.

- No to jesteśmy umówieni, do jutra.

- Cześć.

Usłyszał szczęk odkładanej słuchawki. Był tak zaskoczony, że znieruchomiał z wrażenia. Zastanawiał się, skąd Dimitri znał jego telefon w wynajmowanym, mieszkaniu. W dodatku musiał też wiedzieć, gdzie Ahmed mieszka, bo na miejsce ich spotkania wybrał kawiarnię w pobliżu jego domu.

Następnego dnia, w niedzielę, wstał rano i zaraz po śniadaniu poszedł do kawiarni Bosfor. Leżała nad cieśniną. Z tarasu rozpościerał się wspaniały widok na most łączący Azję z Europą. Tuż po dziewiątej usiadł przy stoliku w kącie na kawiarnianym tarasie. Mógł stąd swobodnie obserwować zarówno cały taras, jak i większą część sali. Chciał sprawdzić, czy Dimitri przyjdzie sam, czy też ktoś go tu odprowadzi. Tuż po dziesiątej do kawiarni wszedł niski, łysawy, około czterdziestoletni mężczyzna. Rozejrzał się uważnie. Później wyszedł na taras zewnętrzny. Dostrzegł Ahmeda.

- Dzień dobry, witam przyjacielu.

- Witam cię. Ahmed wstał i uścisnął dłoń przybysza.

- Siadaj proszę. Czego się napijesz?

- Najlepiej zimnej wody. Potworny upał, odparł Dimitri ocierając pot z czoła.

Ahmed zamówił dwie butelki wody mineralnej i wyciągnął papierosy. Podsunął paczkę Dimitriemu.

- Dziękuję, rzuciłem palenie. Podobno to szkodzi zdrowiu, powiedział Dimitri.

- Ja też próbuję rzucić, ale na razie brakuje mi silnej woli.

- Co u ciebie słychać, jak żyjesz – zapytał Dimitri.

Ahmed domyślał się, że było to pytanie retoryczne, bo Bułgar z pewnością wiedział o nim sporo. Ale odpowiedział uprzejmie:

- Pracuję w jednej z hurtowni ubrań, mieszkam w pobliżu, wiesz pewnie gdzie.

- Cieszę się, że ci się powiodło. W porównaniu z ubiegłym rokiem to duży postęp.

Istotnie, gdy poznali się rok temu w Ankarze, Ahmed był zaszczuty jak pies. Uciekał przed policją oskarżany o zabójstwo znanego, tureckiego dziennikarza. Gdy wydawało się, że nie ma już dla niego żadnego ratunku, pojawił się Dimitri i zaoferował pomoc, udzielił schronienia, załatwił fałszywe dokumenty i kupił bilet na autobus do Stambułu gdzie nikt go nie znał. Gdy jechał z Ankary, nie zwrócił uwagi na młodą kobietę, która siedziała na miejscu za nim i niby przypadkiem, w Stambule udała się do tego samego hotelu, co Ahmed. Później, jeszcze kilka razy obojętnie mijała go na ulicy. Gdy wynajął mieszkanie, do którego przeniósł się z hotelu, ta sama kobieta jeszcze raz przypadkowo przeszła obok niego i skrzętnie zapamiętała jego nowy adres. Więcej jej nie spotkał.

- Tak, istotnie, wszystko jest w najlepszym porządku, dzięki tobie – odpowiedział Ahmed. Wiedział, że kiedyś Dimitri zapewne upomni się o jakąś formę zapłaty za swoją uprzejmość i nie mylił się.

- Chciałbym ci zaproponować pewną rzecz – zmienił nagle temat Dimitri.

- Słucham.

- Chodzi o bardzo poważny kontrakt. Jeśli zrobisz to, co proponują moi mocodawcy, będziesz ustawiony na resztę życia. Ale sprawa jest wyjątkowa, poważna i trudna. Tylko ktoś wyjątkowy może temu sprostać, ktoś taki jak ty.

- Co masz na myśli – dopytywał Ahmed.

- Moi mocodawcy poszukują płatnego zabójcy, zamachowca – odpowiedział bez ogródek Dimitri.

Ahmed był mocno zaskoczony, nie tyle propozycją, co sposobem jej złożenia. Dimitri proponował mu zabicie kogoś w taki sposób jakby to było coś normalnego, codziennego.

- O kogo chodzi? Ahmed nie był pewny czy Dimitri mówi poważnie czy tylko sonduje jego reakcję.

- O kogoś bardzo ważnego, wpływowego i znanego. Głowę państwa.

- Którego.

- Małego. Bardzo małego. Dimitri chyba nie chciał wymówić nazwy kraju, o jaki mu chodziło. Może obawiał się, że ktoś usłyszy. Rozmawiali po turecku, więc każdy miejscowy mógł ich zrozumieć.

- Jak małego.

- Najmniejszego na świecie.

- Chodzi o Watykan – spytał szeptem Ahmed.

Dimitri bez słowa skinął głową.

Zamilkli na chwilę. Ahmed po pewnym czasie odezwał się.

- Kim są twoi mocodawcy.

- Odpowiedź wydaje mi się zbędna. Ale mogę ci zaproponować pół miliona dolarów, bez podatku. Akcja zostanie szczegółowo zaplanowana przez moich mocodawców, z twoim oczywiście udziałem. Rozumiem, że potrzebujesz czasu do zastanowienia. Spotkajmy się w tym samym miejscu jutro w południe.

Dimitri wstał, podał rękę Ahmedowi i wyszedł.

Ahmed posiedział jeszcze kwadrans w kawiarni, po czym wrócił się do swojego mieszkania. Myślał cały czas o propozycji, którą otrzymał Wiedział, że Dimitri ma jakieś związki z bułgarskimi służbami specjalnymi albo nawet z radzieckim KGB. Miał duże możliwości i z pewnością był groźniejszy, niż się wydawało. Z pewnością znał też szczegóły z jego życia. Wiedział nawet, że jutro, to jest w poniedziałek, ma wolne w pracy. Inaczej Dimitri spytałby najpierw o możliwość umówienia się w poniedziałkowe południe, a tym czasem zaproponował ten termin pewny, że Ahmed się nie sprzeciwi.

Poza tym, Bułgarzy mieli go dosłownie w garści. Wiedzieli o jego występkach z przeszłości, ucieczce z tureckiego więzienia i morderstwach, których się dopuścił. Gdyby poinformowali turecką policję o miejscu jego pobytu i obecnym nazwisku, które przecież znali, zostałby aresztowany jeszcze tego samego dnia.

Z kolei pół miliona dolarów to masa pieniędzy. Mógłby urządzić się za to na zachodzie i żyć długo, dostatnio i bezpiecznie. Poza tym, zabicie kogoś nie jest dla niego niczym nowym czy niewykonalnym. Miał już na sumieniu kilka ofiar. Trzeba tylko omówić szczegóły – postanowił.

Czuł, że taka propozycja jest dla niego wręcz swoistym wyróżnieniem. On, dawniej turecki przestępca, a ostatnio pracownik hurtowni odzieżowej, stałby się międzynarodowym zamachowcem, pracującym dla tajemniczych, wszechmocnych mocodawców.

Następnego dnia w samo południe, panowie spotkali się ponownie w tym samym miejscu.

- Jak miałoby to wyglądać – zagaił Ahmed.

- Jeśli jesteś zainteresowany, szczegóły poznasz wkrótce. Zaplanowanie akcji odbędzie się w specjalnym ośrodku na terenie Bułgarii.

- Wiesz, że mam fałszywe dokumenty. Nie przekroczę chyba z nimi granicy.

- Nie martw się tym. Daj mi tylko swoje zdjęcie. Dostaniesz prawdziwy paszport, który ktoś nam sprzedał, więc nie zgłosi kradzieży. Tym czasem, zwolnij się z pracy albo, lepiej, weź wolne na kilka miesięcy. Powiedz, że zachorował ktoś z twojej rodziny, dajmy na to, w Izmirze i że musisz się nim zająć.

- Ile czasu potrwa przygotowanie?

- Około dwóch miesięcy. W tym czasie zostaniesz w Bułgarii. Później wrócisz do Turcji, a gdy otrzymasz od nas sygnał, pojedziesz na miejsce akcji.

Po kilku dniach panowie spotkali się znowu. Ahmed przekazał Bułgarowi swoje aktualne zdjęcie paszportowe.

- W przyszłym tygodniu będę miał dla ciebie paszport z bułgarską wizą.

Proponuję byś opłacił mieszkanie za cztery miesiące z góry. Dzięki temu nikt tu nie narobi szumu, gdy znikniesz.

Tak też się stało. Ahmed zapłacił gospodarzowi domu czynsz za cztery miesiące, informując go, że jedzie zaopiekować się chorym wujem w Izmirze. Tę samą bajeczkę sprzedał swojemu pracodawcy. Ten nie był zachwycony, ale w końcu zgodził się na urlop bezpłatny. Ahmed nie miał zamiaru już wracać do jego hurtowni.

Dimitri zatelefonował do niego ponownie i powiedział, że wszystko jest gotowe. Spotkali się tam, gdzie zwykle. Bułgar przekazał mu paszport i bilet na autobus do Burgas.

- Pewnie dziwisz się, że nie lecisz samolotem. Ale na lotniskach wasi wszystkich skrupulatnie kontrolują, a ostrożności nigdy za wiele. Autokarem jest może mniej wygodnie, ale bezpieczniej.

W Burgas masz rezerwację pokoju w hotelu Bałkan. Zamieszkasz tam na pięć dni. W tym czasie zachowuj się jak typowy turysta, zwiedzaj, fotografuj, jedz w restauracjach. Codziennie od godziny siedemnastej do osiemnastej musisz być w swoim hotelowym pokoju. Któregoś dnia zgłosi się do ciebie nasz człowiek, Todor. Powie, że jest od Dimitrija. Ty zapytasz go o moje zdrowie. A on powinien odpowiedzieć, że wyjechałem na kurację do Warny. Todor umówi się z tobą na transport do ośrodka szkoleniowego i albo on, albo jego kierowca zawiezie cię tam. Nie zapomnij wymeldować się z hotelu i zabrać bagaż oraz paszport. Wszystko musi wyglądać bardzo naturalnie.

Gdy nadszedł dzień wyjazdu, Ahmed spakował najpotrzebniejsze rzeczy, trochę ubrań i przybory toaletowe. Nauczył się na pamięć danych z nowego paszportu, zamknął mieszkanie i pojechał na dworzec autobusowy. W autokarze zajął miejsce przy oknie. Gdy autobus ruszył, przeszła mu przez głowę myśl, że może już nigdy tu nie wróci, że to wszystko może być jakąś pułapką. Ale było już za późno, by się wycofać. Na granicy turecko-bułgarskiej odprawa trwała prawie dwie godziny. Ale było to normalne. Nikt nie zwrócił uwagi na jego paszport. Bułgarski pogranicznik wbił pieczęć potwierdzającą wjazd do Bułgarii. Dwie godziny później dotarli do Burgas. Prosto z dworca autobusowego, Ahmed pojechał taksówką do hotelu Bałkan. Zameldował się, rezerwacja była aktualna. Podał się za tureckiego turystę, podróżującego po Europie. Wieczorem poszedł do hotelowej restauracji i zjadł kolację. Następnego dnia rano wyruszył w miasto udając turystę na urlopie.

- Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, to resztę życia spędzę w podróżach po ciekawych krajach – pomyślał. O siedemnastej przyszedł do hotelu i czekał w swoim pokoju, zgodnie z poleceniem Dimitrija. Nikt jednak do niego nie przyszedł. Podobnie upłynęły kolejne trzy dni. Ahmed myślał nawet, co zrobić, jak nikt się nie zjawi. Chyba będzie musiał wracać do Turcji. Ale w przeddzień planowanego wyjazdu kwadrans po piątej do drzwi jego pokoju ktoś zapukał. Gdy otworzył, zobaczył młodego, ciemnowłosego człowieka, przed trzydziestką.

- Dzień dobry, czy pan Ahmed – spytał po angielsku.

- Tak to ja, słucham.

- Jestem Todor z polecenia Dimitrija.

- Jak on się miewa.

- Musiał pojechać na kurację do Warny.

- W porządku, wejdź – Ahmed szerzej otworzył drzwi.

Przybysz wszedł i usiadł w fotelu zanim Ahmed zdążył mu to zaproponować. Sięgnął do butelki z wodą mineralną, jaka stała na stoliku.

- Mogę – spytał w momencie, gdy już otwierał butelkę.

- Częstuj się, proszę.

- Jutro rano przyjadę po ciebie samochodem. Ale nie podjadę pod hotel. Stanę przy następnej ulicy. To będzie czarna wołga. Wiesz jak wygląda wołga – spytał na wszelki wypadek.

– Tak, wiem.

- W porządku. Rano wymelduj się z hotelu, zapłać rachunek i zabierz bagaż. Z nikim nie rozmawiaj. Po śniadaniu, około dziesiątej wyjeżdżamy.

Todor nie był sympatyczny, był za to szorstki i najwyraźniej traktował Ahmeda z góry. Jednak Ahmed nie chciał dać się sprowokować i spokojnie znosił takie traktowanie.

Rano Ahmed zgłosił w recepcji, że wyjeżdża. Zapłacił rachunek, a zaraz po śniadaniu opuścił pokój i wyszedł na ruchliwą ulicę. Przy następnej przecznicy stała zaparkowana czarna wołga. Todor wysiadł, przywitał się i otworzył bagażnik. Włożył walizkę do środka i otworzył Ahmedowi drzwiczki po prawej stronie obok kierowcy.

- Wsiadaj – rzucił krótko.

Ruszyli. Jechali w milczeniu przez miasto, później wyjechali na drogę biegnącą na północ wzdłuż wybrzeża morskiego. Po około pięćdziesięciu kilometrach, skręcili w boczną drogę. Jechali nią kolejne dwa, może trzy kilometry. Wreszcie dojechali do małej krzyżówki. Skręcili w prawo, w małą, wąską, asfaltową drogę, biegnącą pośród drzew. Po kilkuset metrach, po ich prawej stronie, Ahmed dostrzegł wysoki na jakieś trzy metry mur zwieńczony splotem drutu kolczastego. Dalej, nieco w głębi, zauważył wieżyczkę wartowniczą. Po chwili Todor zwolnił i skręcił w stronę bramy. Była szara, metalowa. Obok nie widniała żadna tablica ani szyld. Gdy Todor zatrąbił, brama uchyliła się po dłuższej chwili. Wyszedł do nich się żołnierz trzymający w ręce kałasznikowa. Poznał natychmiast samochód i otworzył bramę szeroko, aby mogli wjechać do środka. Wewnątrz, w odległości dziesięciu metrów od bramy, która natychmiast się zamknęła, był biało-czerwono-zielony szlaban. Zamknięty. Do kierowcy podszedł inny wartownik i spytał o coś po bułgarsku, czego Ahmed nie zrozumiał. Todor podał mu jakiś papier. Ten obejrzawszy dokument dokładnie, zaczął przyglądać się Ahmedowi. Znowu coś powiedział w niezrozumiałym języku.

- Daj swój paszport – rozkazał Todor. Były to pierwsze słowa, jakie wypowiedział do Ahmeda od wyjazdu z Burgas. Był większym mrukiem, niż Ahmed sądził.

Podał mu dokument. Wartownik zajrzał na stronę ze zdjęciem i po chwili oddał paszport. Ręką dał znak młodszemu wartownikowi, temu, który otwierał bramę, aby podniósł szlaban. Wjechali dalej. Jechali drogą pośród wysokich drzew, szczelnie okrywających to, czego nie powinny dostrzec ludzkie oczy. Po około dwustu metrach spośród gęstwiny wyłonił się dom. Piętrowy, dość ładny i zadbany. Ze schodów, prowadzących do drzwi wejściowych, zbiegł młody człowiek. Powitał przybyłych. Todor wyjął z bagażnika walizkę Ahmeda i podał witającemu ich chłopakowi, mówiąc coś po bułgarsku. Równocześnie wyciągnął rękę do Ahmeda.

- Muszę wracać, a ty rozgość się tutaj. On ci wszystko objaśni; wskazał głową chłopaka, któremu podał bagaż. Do widzenia.

Ahmed pożegnał się z nim chłodno i poczuł ulgę, że ten odpychający facet nareszcie pojedzie w swoją stronę. Byle dalej. Chłopak, który go przywitał, odezwał się pierwszy. Mówił dość dobrze po angielsku.

- Zapraszam. Mamy dla pana bardzo ładny pokój.

Zaprowadził Ahmeda na piętro, do pokoju, który rzeczywiście wyglądał przytulnie. Miał własną łazienkę, nieduży tapczan, lodówkę, stolik z dwoma fotelami i szafę.

- Proszę się rozgościć. Dzisiaj może pan odpoczywać po podróży. Jutro od dziewiątej rano zacznie się praca. Posiłki serwujemy w restauracji na dole o ósmej, czternastej i dziewiętnastej. W lodówce znajdzie pan zimne napoje. Na dole jest poza tym kantyna, gdyby miał pan na coś ochotę. Życzę miłego pobytu.

Chłopak wyszedł, zostawiając Ahmeda w pokoju, który wyglądał jak hotelowy. Jednak było tu znacznie ciszej, niż w hotelu. Jakby był jedynym gościem.

Po rozpakowaniu się, sięgnął do lodówki. Wypił butelkę jakiegoś bułgarskiego napoju. Był całkiem niezły. Później postanowił rozejrzeć się trochę. Zszedł na dół. W recepcji nie było nikogo. Skierował się więc w stronę drzwi wejściowych i wyszedł przed budynek. Spacerowym krokiem poszedł przed siebie, w stronę gęstych drzew, porastających cały teren. Wszystko wyglądało na wymarłe. Po kilku minutach marszu, dotarł do wysokiego muru. Dopiero wtedy dostrzegł, że na ogrodzeniu, co kilkanaście metrów, zainstalowana jest kamera w szarej obudowie. Odwrócił się, aby pójść w drugą stronę, gdy dostrzegł, że kilka kroków za nim stoi żołnierz z karabinem gotowym do strzału.

- Mieszkam tu, w tym domu – Ahmed odezwał się pierwszy.

Żołnierz odpowiedział coś po bułgarsku. Ahmed oczywiście nie zrozumiał co, ale z jego tonu można było wywnioskować, że nie jest zadowolony z tego spotkania. Ręką nakazał skierować się do budynku. Ahmed posłusznie poszedł w tym kierunku. Gdy był już przy wejściu, odwrócił się. Za nim nikogo już nie było. Postanowił jednak więcej nie wychodzić samemu. Około dziewiętnastej poszedł do hotelowej restauracji. Poza nim był tyko jeden kelner. Podał mu talerz z jedzeniem i zniknął za służbowymi drzwiami. Po kwadransie przyniósł drugie danie. Później kolejne. Ale Ahmed miał już dość. Wstał i wyszedł. Poszedł do swojego pokoju, wziął prysznic i położył się spać.

Rano obudził się około wpół do ósmej. Szybko ubrał się i zszedł na śniadanie. Ten sam kelner co wczoraj, podał mu przygotowany dla niego posiłek. Chleb, jajka, jakaś wędlina plus biała kawa, której nie znosił. Znowu poza nim nikogo więcej nie było widać. Przed dziewiątą rano poszedł na górę, do pokoju i usiadł w fotelu czekając na rozwój wypadków. Punktualnie o godzinie dziewiątej, ktoś zapukał do drzwi.

- Proszę – odpowiedział Ahmed.

Do pokoju wszedł wysoki, trzydziestoparoletni mężczyzna.

- Jestem pułkownik Adam. Będę pana prowadził.

Uścisnęli sobie dłonie. Ahmed nie wiedział, czy Adam to nazwisko, imię czy pseudonim. Ale na razie nie śmiał zapytać.

- Zapraszam do mojego gabinetu – wyrecytował po angielsku Adam.

Wyszli i skierowali się do pokoju na końcu korytarza. Był to typowy gabinet urzędnika państwowego. Na ścianie wisiały jakieś portrety czy fotografie, zapewne bułgarskich dygnitarzy. Poza tym, był też portret Lenina. Oprócz biurka stał tam jeszcze stół konferencyjny i krzesła.

- Proszę spocząć - zaproponował uprzejmie pułkownik Adam. Usiedli.

- Może coś do picia – spytał.

- Dziękuję, dopiero wracam ze śniadania – odpowiedział Ahmed.

- Wiem – krótko skwitował Adam. A zatem, do rzeczy – dodał po chwili.

- Naszym celem jest likwidacja określonej osoby. Nie wnikamy w powody. Do nas należy realizacja celu. Pan, o ile wiem, zgodził się na dokonanie zamachu.

- Wstępnie, panie pułkowniku. Nie znam jeszcze szczegółowych warunków.

- Nasza propozycja jest następująca. Pan przeprowadza zamach w zamian za pięćset tysięcy dolarów amerykańskich. Plan akcji opracowujemy wspólnie. Zapłata trafi na pana konto w jakimś banku szwajcarskim.

- Ja nie mam konta w Szwajcarii.

- To nie problem. Otworzy je pan. Wszystko panu ułatwimy.

- Co do zamachu, jak miałoby się to odbyć.

- To właśnie musimy wspólnie opracować. Po to tutaj jesteśmy.

Przez kolejne dwa tygodnie codziennie po kilka godzin siedzieli nad planem zbrodniczej akcji, która rodziła się w ich umysłach. Po rozpatrzeniu kilku wariantów wybrali najprostszy: Ahmed strzeli do papieża na placu Świętego Piotra, w czasie środowej audiencji generalnej Będzie strzelał z pistoletu, który wybierze i wypróbuje w ośrodku. Bułgarzy dostarczą go do Włoch pocztą dyplomatyczną. Ustalili, że strzelanie z okna budynku naprzeciwko placu byłoby trudniejsze niż oddanie strzału z tłumu. Celność strzału z tak dużej odległości byłaby wątpliwa. Efekt zaskoczenia umożliwi natychmiastową ucieczkę. Ahmed odda co najmniej dwa strzały, aby mieć pewność, co do ich skuteczności. Niezwłocznie po zamachu wyjedzie z Włoch do Szwajcarii, gdzie będzie na niego czekać zapłata. Wcześniej jednak, będzie musiał pojechać tam, aby otworzyć konto w lokalnym banku.

Termin akcji, wstępnie ustalono na maj następnego roku. Do tego czasu, Ahmed będzie czekał w Turcji. Gdy otrzyma potwierdzenie, pojedzie do Rzymu. Tam skontaktuje się z przedstawicielem swoich mocodawców, który dostarczy mu broń. Drogę ucieczki, środek transportu, bilety na podróż do Szwajcarii, Ahmed załatwia sam. Chodzi o to, aby nikt poza nim nie znał szczegółów ucieczki. W razie ewentualnego niepowodzenia, nie mógłby mieć do nikogo pretensji o niezachowanie tajemnicy. Zresztą, to, czy pojedzie do Szwajcarii, czy do dowolnego, innego kraju, zależy tylko od niego.

Po okresie intensywnych przygotowań ustalili wszystkie szczegóły.

- Teraz nadeszła pora, aby pojechał pan do Szwajcarii i założył sobie konto bankowe – oświadczył pułkownik Adam. W pana paszporcie są już wizy: szwajcarska, włoska i jugosłowiańska tranzytowa. Załatwiliśmy to swoimi kanałami. Pojedzie pan pociągiem z Burgas do Genewy. Mam nadzieję, że przy okazji będzie to dla pana wypoczynek po pracy tutaj, bo zarezerwowaliśmy panu pojedynczy, jednoosobowy przedział we współczesnym orient ekspresie. Podróż będzie trwała kilka dni, ale będzie komfortowa i relaksująca. Mam dla pana również dwadzieścia tysięcy dolarów, trochę lirów włoskich, dinarów jugosłowiańskich i franków szwajcarskich, aby mógł pan czuć się swobodnie w czasie przejazdu przez wszystkie kraje. Dodamy też trochę lewów, na napoje do naszej granicy – uśmiechnął się pułkownik. To zaliczka na poczet pół miliona dolarów.

Rano Ahmed spakował swoje rzeczy i około jedenastej zszedł na dół. Oddał klucz w recepcji i pożegnał się z bardzo sympatycznym jej pracownikiem.

- Do widzenia i powodzenia – powiedział mu na pożegnanie recepcjonista, jakby cokolwiek mógł wiedzieć o jego zadaniu.

Po chwili podjechał niebieski moskwicz, za kierownicą którego siedział nieznany mu człowiek. Wysiadł i spytał, czy pan Ahmed. Następnie wziął jego walizkę i zaprosił gestem do samochodu. Gdy wsiadał, zatrzymał się obok nich inny samochód, z którego wysiadła młoda kobieta. Ich spojrzenia na moment spotkały się i Ahmed był niemal pewien, że już gdzieś ją widział. Ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Ubiegłoroczna współpasażera autobusu z Ankary do Stambułu nie była aż tak charakterystyczna, by ją dokładnie zapamiętał.

Gdy dojechali na dworzec kolejowy w Burgas, dochodziła druga po południu. Do odjazdu pozostało jeszcze około godziny, jeżeli pociąg wyruszy punktualnie, co zdarzało się rzadko. Jego kierowca pożegnał się i życzył powodzenia. Ahmed wsiadł do wagonu, zajmując miejsce w jednoosobowym, luksusowym przedziale. Obsługa pociągu szczegółowo sprawdziła bilety i paszporty. Poinformowała podróżnych o wagonie restauracyjnym i, o dziwo, pociąg ruszył z zaledwie pół godzinnym opóźnieniem.

Gdy wytoczyli się z dworca, Ahmed wyszedł na korytarz, aby rozejrzeć się nieco. Przez okno obserwował bułgarskie krajobrazy. Przy okazji rozglądał się dyskretnie, kto wchodzi i wychodzi do przedziałów sąsiednich. Przypuszczał bowiem, że Bułgarzy dali mu anioła stróża. Chciał się zorientować, kto to taki. Po jednej stronie sąsiadował z jakimś niemieckojęzycznym małżeństwem z dzieckiem. Sądząc z ich zamożności, byli chyba z Niemiec Zachodnich albo Austrii, a więc raczej nie byli związani z bułgarskimi służbami.

Po drugiej stronie, sąsiadował przez ścianę z jakąś Francuzką, takie przynajmniej robiła wrażenie. Była dość młoda i podróżowała samotnie. Teoretycznie to mogła być ona, ale jej francuskie obywatelstwo zupełnie nie pasowało do tajnej misji szpiegowskiej dla komunistycznej Bułgarii. No chyba, że tak naprawdę nie była Francuzką.

Ahmed wrócił do przedziału i postanowił zadbać o ukrycie sporej kwoty pieniędzy, które dostał od pułkownika Adama. Początkowo chciał je ukryć w przedziale, ale pomyślał, że gdy pójdzie na przykład do wagonu restauracyjnego, ktoś może przeszukać jego przedział i ukraść gotówkę. Upchnął więc banknoty w wewnętrznych kieszeniach kurtki i zasunął zamki. Będzie musiał zabierać ją zawsze za sobą, ale tak chyba będzie bezpieczniej niż zostawianie sporej sumy bez opieki.

Na wszelki wypadek obejrzał dokładnie przedział. Szukał mikrofonu, albo raczej obiektywu kamery, którym ktoś mógłby go obserwować. Niczego takiego jednak nie znalazł.

Gdy dojechali do bułgarsko-jugosłowiańskiej granicy, pociąg zatrzymał się. Do wagonu weszli bułgarscy pogranicznicy, a później jugosłowiańscy. Sprawdzili paszport i wizę, a jeden z nich zapytał o ilość dewiz wwożonych do Jugosławii. Ahmed przyznał się do około tysiąca dolarów. Reszty wolał nie ujawniać, aby nie budzić podejrzeń. Tak jak przypuszczał, nikt nie przeszukiwał bagaży, a po godzinie pociąg ruszył w dalszą drogę.

Wieczorem poszedł do wagonu restauracyjnego na kolację. Gdy wrócił do przedziału, zamknął dokładnie drzwi od wewnątrz, wziął prysznic w mikroskopijnej łazience i położył się spać.

Gdy zgasił światło, ktoś nagle szarpnął za klamkę drzwi od przedziału. Ponieważ były zablokowane, zaczął szarpać klamkę raz za razem i głośno pukać. Ahmed podszedł do drzwi i uchylił je. Na korytarzu stał młody, wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna około trzydziestki. Wyciągnął jakąś legitymację i bezceremonialnie wszedł do środka odsuwając Ahmeda na bok.

- O co chodzi i kim pan jest – spytał Ahmed po angielsku.

- Służba bezpieczeństwa – odpowiedział przybysz. Proszę o pana paszport.

- Proszę – Ahmed podał dokument, nie rozumiejąc, co się dzieje.

Przybysz zerknął do paszportu, ale nie studiował go zbyt dokładnie. Nie spojrzał nawet na wizę, tylko spytał.

- Ile dewiz ma pan przy sobie.

- Już zgłaszałem na granicy, około tysiąca dolarów.

- Proszę pokazać.

Ahmed sięgnął do portfela, w którym miał odliczoną część pieniędzy.

- Proszę – pokazał jego zawartość.

W tym momencie stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Przybysz wyszarpnął spod pachy pistolet i wycelował w Ahmeda.

- Daj mi to – wyszeptał.

Wtedy Ahmed zrozumiał, że to chyba zwykły, bandycki napad. A z tym na pewno da sobie radę.

Raptownie uderzył swoją lewą ręką w prawą dłoń napastnika, w której tamten trzymał pistolet i równocześnie pochylił się, a następnie głową walnął w klatkę piersiową Jugosłowianina. Tamten zachwiał się, pistolet wypalił ale pocisk utkwił gdzieś w ścianie przedziału obok okna. Potem upuścił pistolet, który Ahmed w ułamku sekundy chwycił do ręki. Wycelował w niego bez słowa. Tamten znieruchomiał i uniósł ręce do góry. Jednak już po chwili poderwał się i próbował odebrać Ahmedowi broń. Zanim zdążył, pistolet wypalił i stróżka krwi wyciekła na jego koszulę tworząc czerwoną plamę. Jugosłowianin osunął się bezwładnie na podłogę. Ahmed podszedł do niego. Dotknął dłonią skroni, ale nie wyczuł pulsu. Tamten nie żył. Wtedy sięgnął do jego kieszeni i przeszukał je. Znalazł portfel z dokumentami: jugosłowiański dowód osobisty, jakąś niby legitymację, którą tamten próbował oszukać Ahmeda i trochę tamtejszych dinarów. Ahmed usiadł i zaczął zastanawiać się, co robić. Chyba nikt nie usłyszał strzałów, w pociągu był spory hałas. Schował pistolet i portfel do kieszeni. Trzeba zaraz pozbyć się zwłok – pomyślał. Wyjrzał przez okno. Jechali przez niezamieszkałą okolicę, było już ciemno. Sposób wydawał się oczywisty. Chwycił martwego napastnika za ramiona, uniósł do okna i wypchnął na zewnątrz. W jednej chwili nie było po nim śladu. Pistolet i portfel postanowił wytrzeć z odcisków swoich palców i wyrzucić w innym miejscu. Pozostał jeszcze ślad po kuli, którą tamten wystrzelił w czasie szamotaniny. Na szczęście udało się ją przysłonić zasłonką okienną.

Godzinę później Ahmed położył się spać i niemal natychmiast zasnął.

Rano nie pamiętał, co mu się śniło, jak zwykle zresztą. Dojeżdżali do Belgradu, gdzie miał być dłuższy postój.

Zlustrował dokładnie przedział przy dziennym świetle, aby odnaleźć ewentualne ślady walki z minionej nocy. Niczego nie było widać. Broń ciągle miał przy sobie. Nie powinien z nią chodzić w obcym kraju. Rozładował więc pistolet i wytarł dokładnie z odcisków palców. Następnie ukrył w łazience. Chyba nikt jej tu nie znajdzie. Po śniadaniu w wagonie restauracyjnym, dojechali do Belgradu. Tutaj miał być trzygodzinny postój. Ahmed zabrał swoją kurtkę z kieszeniami pełnymi pieniędzy i wyszedł na peron. Rozejrzał się, nie bardzo wiedząc, dokąd pójść.

- Przepraszam, czy wie pan, jak się stąd dostać do miasta – usłyszał obok siebie miły głos kobiety. Mówiła po angielsku z dziwnym akcentem. Spojrzał i rozpoznał ją natychmiast. Była to jego sąsiadka z przedziału obok.

- Chyba tędy, wskazał drogę do budynku dworca. Jestem tu po raz pierwszy.

- Ja też. W pociągu jesteśmy sąsiadami.

- Jest pani Francuzką?

- Kanadyjką. Mam na imię Anna.

- Ahmed ze Stambułu.

Wspólnie wyszli z dworca, aby pospacerować przez najbliższe trzy godziny po Belgradzie. Gdy wrócili, znali się już nieco lepiej. Ahmed powiedział Annie, że jest tureckim handlowcem na wakacjach. Ona przedstawiła się jako pracownica międzynarodowej firmy farmaceutycznej. Jechała do Genewy w sprawach służbowych, ale chciała połączyć przyjemne z pożytecznym, dlatego nie wybrała samolotu, tylko luksusowy pociąg. W Bułgarii też była służbowo.

Przez kolejne dni przemierzali pociągiem Europę, aby poprzez Włochy dotrzeć do Szwajcarii. W Genewie zamieszkali w jednym hotelu i sporo czasu spędzając razem. Ahmed założył w jednym z banków konto i wpłacił na nie osiemnaście tysięcy dolarów. Resztę pieniędzy postanowił zabrać na bieżące potrzeby. W tym czasie Anna załatwiała jakieś sprawy zawodowe. Bardzo często telefonowała z rozmównicy hotelowej. Nie pytał do kogo i po co. I tak z pewnością nie odpowiedziałaby mu.

Dopiero w Szwajcarii Ahmed przypomniał sobie o pistolecie pozostawionym w łazience jego przedziału w pociągu, ale było już za późno, aby coś z tym zrobić. Na szczęście wytarł z niego odciski palców.

Po dwóch tygodniach spędzonych z Anną w Genewie, przyszedł czas rozstania. Ahmed musiał wrócić do Turcji i czekać na sygnał swoich zleceniodawców. Odleciał tureckim samolotem do Stambułu. Anna na pożegnanie powiedziała, że teraz wyrusza pociągiem do Francji, załatwiać kolejne sprawy związane ze swoją pracą. Ale dzień po jego wyjeździe wsiadła do samolotu lecącego prosto do Sofii, by zdać swoim mocodawcom raport z tego, czy Ahmed nie wzbudził jakichkolwiek podejrzeń podczas ich wspólnej podróży i pobytu w Szwajcarii.

Tym razem kamuflaż bułgarskich służb specjalnych okazał się skuteczny, nawet wobec takiego specjalisty jak Ahmed. Obserwacja Turka potwierdziła, że nie ma on kontaktów z żadnymi innymi służbami, nie jest wtyczką obcego wywiadu i daje gwarancje poprawnego przeprowadzenia zleconej mu operacji.

W Stambule Ahmed zamieszkał w swoim dawnym mieszkaniu. Nie wrócił jednak do pracy w hurtowni odzieżowej. Miał dość pieniędzy, żeby przeżyć za nie choćby kilka lat. Spędzał czas przyjemnie, spacerował, robił zakupy, długo spał. Kolejne miesiące mijały i nikt nie zgłaszał się do niego w sprawie operacji rzymskiej, jak zaczął nazywać w myślach to, co miał zrobić.

Na przełomie marca i kwietnia 1981 roku jednak coś się zaczęło dziać. Zadzwonił do niego Dimitri i poprosił o spotkanie w kawiarni Bosfor. Było jeszcze dość chłodno, ale wyraźnie widać już było oznaki wiosny.

Jak zwykle, Ahmed stawił się punktualnie. Zamówił czarną kawę i czekał cierpliwie. Dimitri pojawił się nieco spóźniony.

- Witaj Ahmedzie. Przepraszam za spóźnienie, ale, sam wiesz…

Nie przygotował żadnego wiarygodnego wykrętu, ale Ahmed nie oczekiwał wyjaśnień.

- Siadaj proszę, wskazał uprzejmie krzesło obok siebie.

- Sprawa dojrzewa do realizacji. Jesteś gotów wykonać swoje zadanie, spytał Bułgar.

- Oczywiście, zgodnie z naszą umową.

- W porządku. Polecisz do Włoch, do Rzymu. Zatrzymasz się w hotelu Pallaccio i będziesz czekał codziennie o dziewiętnastej na naszego człowieka. Hasło takie jak poprzednio: pozdrowienia od Dimitrego. Co z nim. Pojechał się leczyć.

- Kiedy mam lecieć?

- Masz rezerwację biletu na przyszły piątek. Tylko nie zdradź się z czymś, wiesz co to oznacza... W jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała groźba.

- Co z pieniędzmi?

- Jak tylko dotrzesz do Rzymu, prześlemy na twoje konto pierwszą ratę, To będzie połowa należności. Po wykonaniu zadanie, dostaniesz resztę, zgodnie z umową. Postaraj się tego nie spaprać, to naprawdę wielka sprawa. Można powiedzieć, że największa w naszym życiu. Aha, daj mi numer swojego rachunku w Szwajcarii.

Kilka dni później, Ahmed zajął miejsce w samolocie Alitalia lecącym ze Stambułu do Rzymu. Po dwóch godzinach lotu był w stolicy Włoch. Taksówką z lotniska pojechał do hotelu Pallaccio, gdzie czekał na niego przytulny pokoik. Nie przyjechał tu jednak na wakacje, tylko do ciężkiej pracy, tak przynajmniej uważał, Wieczory spędzał zawsze w swoim pokoju. Po czterech dniach, około wpół do ósmej wieczorem, ktoś zapukał do jego drzwi. Gdy otworzył, na progu stał młody człowiek.

- Dzień dobry, odezwał się. Przywożę pozdrowienia od Dimitriego.

- Co u niego.

- Wyjechał na kurację, leczy się w Soczi.

- W porządku.

- Jestem Wolf – wyciągnął rękę przybysz.

- Ahmed. Wejdź.

- Mam ci to przekazać. Podał Ahmedowi małą paczkę.

Gdy wziął ją do ręki, bez otwierania wyczuł, że to pistolet dostarczony przez Bułgarów zgodnie z planem. Zapewne ten sam, który wybrał sobie w ośrodku szkoleniowym pod Burgas.

- Czas akcji zaplanowano na środę, 13 maja.

W środy w Watykanie odbywają się audiencje generalne. Na Placu Świętego Piotra nie ma praktycznie żadnej kontroli. Są za to tłumy ludzi. Wszystkie szczegóły ustalili w Bułgarii. Nie znał tylko terminu. Do dziś.

Na dwa tygodnie przed akcją poszedł na środową audiencję. Dokładnie wszystko obserwował. Wybrał miejsce, z którego odda strzał po przeanalizowaniu trasy papamobile i topografii terenu. Faktycznie, Adam miał rację, że strzelanie z okna którejś kamienicy dałoby może jemu lepsze schronienie, ale celność byłaby bardzo wątpliwa. Za to strzał z dołu, spośród tłumu, będzie zaskoczeniem dla wszystkich. Tak wielkim, że zdoła bez problemu zwyczajnie odejść i nikt go nawet nie zatrzyma ani później nie rozpozna.

Plan był doskonały i prosty. Powinien też okazać się całkowicie skuteczny.

Przed akcją jeszcze kilka razy odwiedził Watykan. Obejrzał miejsce, w którym planował przeprowadzić akcję, dyskretnie zmierzył krokami odległość od swego, planowanego stanowiska do celu. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Nic, jak sądził, już nie mogło mu przeszkodzić.

W dniu akcji wstał rano. Zjadł śniadanie. Sprawdził broń. Była gotowa do strzału, naoliwiona i naładowana. Włożył ją do małej torby przewieszanej przez ramię. Dokumenty celowo zostawił w hotelu. Tak samo bilet na autobus do Turynu i drugi, do Genewy. Zabrał tylko trochę pieniędzy. Planował tuż po akcji wrócić do hotelu metrem, zapłacić rachunek i wieczorem pojechać na północ. Jutro rano powinien być już w Szwajcarii. Wolny i bogaty.

Na Placu Świętego Piotra zajął miejsce na tyle wcześnie, by mógł je dowolnie wybrać. Tłum stopniowo gęstniał. Gdy wreszcie pojawił się papieski samochód, tłum zaczął wiwatować, machać i pozdrawiać papieża. Samochód wykonał rundę wkoło placu i zaczął kolejny objazd. Gdy był najbliżej czekającego Ahmeda, ten wyjął przygotowany pistolet, wycelował i pociągnął za spust. Broń wypaliła, jednak w tym momencie stało się coś, czego nie przewidział. Otóż ktoś potrącił jego rękę, przez co strzał padł pod nieco innym kontem, niż planował. Strzelił ponownie, aby się upewnić i już zamierzał opuścić pistolet, aby się oddalić, gdy jakaś kobieta z impetem chwyciła go i zaczęła głośno krzyczeć. Kątem oka dostrzegł, jak samochód papieski przyspiesza, ale nie mógł dostrzec, czy ofiara żyje, czy nie. Szamotał się już z trzema osobami, które wrzeszczały coś po włosku. Nie mógł się oswobodzić, chwilę później pochwyciło go dwóch policjantów. Zaciągnęli Ahmeda do samochodu i chyba tylko to uchroniło go przed linczem ze strony rozwścieczonego tłumu. Policyjny samochód ruszył z piskiem opon. Dopiero wtedy zrozumiał, że wpadł.

Na komisariacie powiedzieli mu, że zamach się nie udał, a papież, pomimo, że ciężko ranny, przeżył.

- A więc, to koniec – powiedział do pilnujących go karabinierów.

Sąd włoski uznał go winnym. Dostał dożywocie, co i tak było lepsze niż ekstradycja do Turcji, gdzie skróciliby go o głowę.

Jednak tajemnicę kontraktu z Bułgarami będzie musiał na zawsze zachować dla siebie, bo lepsze jest życie we włoskim więzieniu od nagłej śmierci z niewyjaśnionych przyczyn. A to byłby jedyny, pewny skutek niezachowania dyskrecji.

 

 

Koniec

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania