Sądny dzień
"On… Waldemar Suchy, znaczy się, kochał mnie bezgranicznie, wręczał skradzione róże. Częstował słodyczami, choć niechętnie. Obiecywał góry, bez doprecyzowania, z jakiego niby kruszcu.
Och, co za poeta! Całował w dłonie i szeptał sprośności do ucha. Łasił się jak petent w banku. Padł przede mną na kolana, pierścień okazując, jakby dawał go do wyceny, i załkał żałośnie: „Moja luba!” – zagłuszając pękanie szwów w portkach. Nie nosił mnie na rękach, widocznie zabrakło mu dyplomu tragarza.
Na moje subtelne i zalotne „A psik” podawał mi rękaw do wytarcia nosa.
W ekskluzywnym lokalu na rynku nie siorbał, popijając kawę, ani nie chował kostek cukru po kieszeniach, co rzadko się zdarza. Nie wypił wody z wazonu, nie zgasił nawet peta na obrusie. No i jak go nie kochać? To misio, mój ci on!
Oj, pisał miłosne listy na kartkach wyrwanych z zeszytu do matmy. Rysował na nich uśmiechnięte usta. Cóż, bliżej im było do końskiego szczerzenia zębów. Malował fioletem polne kwiatki, całkiem wiernie odwzorowane i zamaszyście zaakcentowane pędzlem do golenia. Uwiódł mnie, ku mojej rozpaczy, krętacz i oszust matrymonialny."
"Wysoki sądzie, to wszystko zmyślenia! Powódka, Marianna Łapacka, na pierwszej randce kopnęła mnie w łydkę i wytargała za włosy w uchu. Nazwała mnie kloszardem pod krawatem i kolekcjonerem wszy. Splunęła mi na markowe buty i rozdeptała wytworny kapelusz. Nasza konwersacja trwała nadzwyczaj krótko:
„Ty, chamie!”
„Kto, ja?”
Nawet nie wiem, jaki kolor miały jej oczy, gdyż mrużyła je, udając Chińczyka, a jej włosy wyglądały na perukę zrobioną z siennika. Muszę nadmienić, że przed jej wampirzymi kłami uratował mnie talizman z czosnku i flakon święconej wody. Nigdy tak się nie bałem! Gdy nastroszyła czuprynę i zawyła: „Uhuhuhu!”, uciekałem jak poparzony, a z nogawek lało mi się ciurkiem – co zostało wyraźnie udokumentowane podczas wizji lokalnej. Ot co! Nie śpię po nocach, bo gdy tylko zamknę oczy, wiedźma chce mi urwać nogę i wyszarpać moje schorowane serce. Boję się o swój los. Mój los!"
Głos zabiera pani psycholog Anna Hermańska.
"Wysoki sądzie, czy można zdefiniować miłość?
Z psychologicznego punktu widzenia miłość wymaga czegoś więcej niż zachwytu, deklaracji i teatralnych gestów. Potrzebuje szacunku, zaufania, odpowiedzialności oraz umiejętności dostrzeżenia drugiego człowieka. A w tym przypadku zabrakło ich wszystkich.
Moim zdaniem obojgu należy się wymierna kara: doprowadzenie Waldemara i Marianny w kajdankach do najbliższego urzędu stanu cywilnego, aby złożyli sobie dozgonną przysięgę wierności. Prewencyjnie zalecam wyrzucić kluczyki od bransoletek w głęboką morską toń..."
Łup! Młotkiem w stół.
Komentarze (2)
Trochę przerażająca perspektywa
Barmaria - Bez obaw, to scenka kabaretowa, choć w życiu też tak bywa...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania