Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Sajmarskie Bajania - Rozdział IX - Wielki Gajowniczek

Arunia Paladynowicz zgiął nogę. Wstał i zrobił kilka kroków po izbie. Wykonał cztery kopnięcia z półobrotu, dwa proste i jeden wariant świętego Inkubatora. Kolano nadal trochę bolało, ale dało się z nim żyć. Spojrzał przez okno na ruchliwą ulicę Meadhone. Czas się stąd zabierać, pomyślał z niespodziewanym ukłuciem w sercu.

Odkąd Maerteni ściągnęła go z ulicy i opatrzyła rany minęło kilka tygodni. Rekonwalescencja przebiegała sprawnie, choć przy pierwszym śniegu i w deszczowe dni kolano dawało o sobie znać bardziej niż zwykle. Grafitowy Dziedzic patrzył na pokryte białym puchem dachy domów. Powietrze było rześkie, przefiltrowane w nocy lekkim mrozem. Ludzie na ulicach krzątali się przy codziennych sprawach. Okutane w ciężkie chusty kobiety nosiły chrust, gdzieś niedaleko rytmicznie klaskała siekiera, przyłożona po raz kolejny do pniaka. W taki mróz rzadziej dało się zobaczyć pijanego mężczyznę obsikującego mury, częściej za to psy polujące na koty polujące na ptaki polujące na myszy polujące na zagubione okruszki chleba. Sielanka. Arunia w zamyśleniu pociągnął łyk kawy z kubka. Obrzucił spojrzeniem swoją sypialnię z łożem na półtorej osoby, w którym mieścili się we dwoje i wiklinowy fotel bujany. Czuł się tu przytulnie i bezpiecznie. Coś było nie tak. Nie wiedział jeszcze tylko, co.

- Maerteni! – zawołał cicho do krzątającej się przy porannej herbacie kobiety.

- Hmmm? – burza kręconych włosów zawisła nad progiem.

- Pamiętasz, jak mówiłem kiedyś, że nie mogę tu zostać na dłużej i będę musiał w końcu wyjechać? – zaczął niepewnie. Nie chciał jej zranić, choć nieraz o tym rozmawiali. Wiedziała, musiała wiedzieć, że kiedyś ten dzień nadejdzie.

- Pamiętam. Kiedy wyruszamy? – uśmiechnęła się szeroko. Parsknęła rozbawiona na widok miny Paladynowicza. – Nie sądziłeś chyba, że puszczę takiego kuternogę samego w świat? I takiego kochanka – dodała, zabierając ze sobą do kuchni zalotne spojrzenie.

Arunia otworzył usta, ale nie znalazł stosownej riposty na taki obrót spraw. Nie spodziewał się go zupełnie. Zrobił krok w stronę kuchni, rozmyślił się jednak szybko, wracając z powrotem pod okno. Westchnął, spoglądając na odległy, ośnieżony szczyt Munteni, ledwo widoczny na horyzoncie. Nie potrafił jej odmówić. Uśmiechnął się pod nosem, zbliżając usta do kubka. Może wcale nie chciał.

ˑˑˑˑˑ

Ruszyli o świcie, gdy śnieg szklił się jeszcze od mrozu. Bezludne o tej porze uliczki Meadhone przemierzyli bez niespodzianek, nie niepokojeni. Na pierwszy postój zatrzymali się kilka kilometrów za miastem, na osłoniętej od wiatru polanie. Milcząca dotąd Maerteni odezwała się pierwsza, z nieskalanym optymizmem.

- No to opowiadaj, Joszko Niewiadomoskąd – zagadnęła, drocząc się. Poza imieniem, nie podał jej dotąd żadnych bliższych informacji o sobie, a ona nie pytała. – Dokąd jedziemy? Na północ?

- Na północ – odparł krótko, poprawiając popręg. Po chwili zreflektował się. Maerteni dbała o niego przez te wszystkie tygodnie, a teraz jeszcze zakupiła konie i ekwipunek. Wyjechała z nim. Należało jej się trochę więcej zaufania. Choćby przez szacunek. Odchrząknął. – Jadę do Col Uachdar. Jest tam podobno pewien… uzdrowiciel. Pomyślałem, że może uda się coś zrobić z moim kolanem.

- A poza tym? – spojrzała na niego nie do końca przekonana. – Gdzieś podążałeś, kiedy cię znalazłam. Majaczyłeś czasem przez sen.

- Co majaczyłem? – spiął się zauważalnie.

- Nic nie zrozumiałam, dlatego pytam. – Uśmiechnęła się szeroko, przekornie. – Czasem naprawdę trudno cię zrozumieć, Joszko Niewiadomoskąd.

Grafitowy Dziedzic odwzajemnił uśmiech. Przyciągnął ją do siebie szybkim gestem. Pisnęła jak dzierlatka.

- Chodź no tu – musnął jej usta swoimi. – Kiedyś wszystko ci opowiem. Na razie musisz tylko wiedzieć, że cię kocham.

- Szybko – spojrzała na niego badawczym wzrokiem, jednak z lekkim uśmiechem na ustach.

- Szybciej się nie dało – odparł.

Maerteni prychnęła i odepchnęła jego twarz dłonią. Czule i delikatnie.

- Jedźmy, Joszko Joszkowicu. Czas ucieka. – Wskoczyła radośnie na siodło i popędziła konia na północ. Chwilę później Arunia Paladynowicz podążył jej śladem.

ˑˑˑˑˑ

Chyba tylko gwiazdy stały w miejscu, odkąd byłem tu po raz ostatni, zafrasował się Arunia. Z trudem rozpoznawał płaską jak stół okolicę, w której spędził przed laty całą wiosnę, osaczając czarnych magów i żerców z bagien. Mijali właśnie region Toab, prawie całkiem opustoszały od czasów pogromu. Bagna zarosły już dawno, miejscami tylko ziemia uginała się nieco głębiej pod końskimi kopytami. Col Uachdar miało leżeć o dwa dni drogi stąd, tak twierdziła zagadnięta po drodze staruszka w jakiejś zapadłem wiosce. Nie zapamiętał nazwy osady.

Rozejrzał się uważnie wokół. Strumień Borhe nadal płynął swoim wąskim korytem, znać było jednak ząb czasu na jego brzegach. Jak okiem sięgnąć, pokryte śniegiem łąki kończyły się teraz młodymi, świerkowymi zagajnikami. Życie odradzało się na nowo, po dekadach panowania Półmroku. Paladynowicz próbował właśnie przypomnieć sobie, przy którym krecim kopcu należało skręcić w lewo, gdy za jego plecami rozległ się trzask łamanej gałązki. Spomiędzy gęstwiny ostrokrzewów wygramolił się okutany w podniszczony kaftan mężczyzna. Gruba, wełniana czapka zsuwała mu się niesfornie na oczy przy każdym kroku. Zaaferowany zbieraniem chrustu, którego miał już na plecach całkiem pokaźny pęk, zatrzymał się dopiero odbity od końskiego zadu. Zaskoczony, wyprostował się szybko, z trudem utrzymując zachwianą nagle równowagę. Jedną ręką poprawiając krnąbrną czapkę, drugą przyłożył do oczu, oślepiony chwilowo blaskiem świeżego śniegu.

- Pochwalony – zagadnął melodyjnie Arunia, starając się naśladować lokalny akcent. Maerteni parsknęła przytłumionym śmiechem.

- Ano pochwalony, pochwalony. – Ton głosu mężczyzny nie wskazywał bynajmniej na zadowolenie z niespodziewanego spotkania. Jego dłoń owinęła się mimowolnie wokół trzonka siekiery, dyndającej luźno za pasem. Arunia starał się nie zwracać uwagi na parę martwych bażantów, przytroczonych do kępy chrustu. Wszyscy wiedzieli, że w królewskich lasach wolno było polować tylko na muchy.

- Pan tutejszy? Miejscowy? – zainteresował się fajter.

- No… - odburknął wciąż jeszcze nieco spłoszony kłusownik.

- Bo wie pan, chyba się zgubiliśmy, sporo się zmieniło w okolicy od mojej ostatniej wizyty. – Dziedzic płynął miękkim tonem po lokalnym akcencie. – Zna pan może drogę do Col Uachdar?

Mężczyzna poprawił czapkę, gładząc kciukiem trzonek siekiery. Nadal roztrząsał, czy spotkanie mogło być zupełnie przypadkowe.

- A pon… to łod kogo? – zagadnął podejrzliwie.

- Aaa… - Arunia poszukał szybko w pamięci nazwiska gospodarza, u którego spędził przed laty militarną wiosnę. - Od Helemnitza. Tego spod Krasnej Góry, wie pan…

- Mhm... a Leczniaka pon zno?

- Eee… no ale którego? – uśmiechnął się jowialnie. – Leczniaków tam jak psów.

- No, no… - mężczyzna zauważalnie się odprężył, choć spod wełnianej czapki nadal łypała na fajtera para nieufnych oczu. – I pon to do Col Uachdar jedzia? Do znachora?

- A tak, z kolanem, widzi pan. – Arunia odchylił przykrywający chore kolano koc. - Tu za miedzą to kiedyś Zabrzeńscówka była chyba, jeśli dobrze pamiętam, ale teraz widzę lasem porosło.

- Aaa bo to ni ma komu tera łoroć, wszystkie wyjechały na wschód, godojo, że tamok lepi – zagotował się mężczyzna. – Dzie lepi, jak nie tutej? Abo to pole inne na tym zapadzie? Dyć tak samo trza łoroć… no ale dobre, niech już tak bydzie… to pon do znachora?

- No do znachora.

- No to ni wim, jak to ponu bydzie lepi. Można bez te multy, ku paryji, a potym tamok, gdzie dym, o, widzi pon? To som Zarudce, wioś, naczy się. Z tamój to już łatwi, ino brzegim lasu na pónoc, prościutko do znachora. Ino lasu trza się cały czos czymać.

Arunia spojrzał we wskazanym kierunku. Na horyzoncie unosiła się jasnoszara strużka dymu. Skrzywił się na myśl o jeździe przez ubłocone, śliskie pola, nawet jeśli pokryte śniegiem, a potem przez strumień, wedle wskazówek kłusownika. Jeszcze koń się poślizgnie albo wierzgnie i kolano szlag trafi. Rozejrzał się wokół.

- A drogą jaką by się nie dało? Bo to wie pan, jeszcze się lód na strumieniu załamie, koń się przeziębi…

- A no, no… - Chłop spojrzał ze zrozumieniem w brązowe ślepia karosza. – No tyż prowda, tyż prowda. No to tego… to pon może miedzom, ale to by trza sie nazod wrócić, wisz, do kłodki, a potym prościuteńko w góre, ale to bydzie ze kilometer. Kiej tam pon bydzie we Zarudcach, jak miedzom, to nie wim…

- To akurat nie problem, koń jeszcze nie zmęczony, dobrze mu zrobi przebieżka, a jasno pewnie będzie jeszcze z pół godziny.

- A no to dobre, to jak tok… ino pon na tyj kłodce uwożo, bo stare to, nik już tam bez nią kuniem nie jeździ.

- A to dlaczego? – zainteresował się szczerze Paladynowicz. - Sołtys nie chciał naprawić? Drewna tu widzę teraz pod dostatkiem.

- Ady żem mu mówił, ale dzieee łon tam… dobre, zreszto, pon jedzie bo sie ciemno robi.

- Racja, dobrze by było przed nocą zdążyć, na kieliszek czego mocniejszego przed snem.

- No no. – Mężczyzna ściągnął wargi w grymasie, który na co dzień służył mu za uśmiech.

- No to dziękuję bardzo, do widzenia.

- No no, do widzenia, do widzenia – skłonił się kłusownik. Uśmiechnął się do Maerteni. – Szyroki drogi.

Arunia cmoknął na swojego karosza i zawrócili do drewnianej kładki, którą mijali jakieś pół kilometra wcześniej. Konstrukcja z bali i desek wskazywała na lokalnego architekta, ale chyba biegłego w swoim fachu. Poza głośnym skrzypieniem na znak dezaprobaty dla końskich kopyt, mostek nie uronił nawet drzazgi. Pół godziny później dotarli do wioski.

ˑˑˑˑˑ

Zarudce były zbyt małe na gospodę. Ludzie jednak mieszkali tu życzliwi, choć nieufni, jak to w takich stronach. Uśmiech i entuzjazm Maerteni otwierał jednak drzwi ludzkich chat i serc lepiej niż ponury optymizm Paladynowicza. Oczarowana radosną kobietą gospodyni nie chciała puścić ich na noc, kazała sobie „zaraz wszystko opowiedzieć”. Zostali. Arunia nabywał wschodniej ogłady towarzyskiej w zastraszającym tempie.

Paladynowicz ruszył następnego dnia, jednak dopiero po późnym śniadaniu. Sam. Gospodyni straciła córkę kilka lat wcześniej, nie chciała puścić tak łatwo Maerteni w dalszą drogę. Znachor był kapłanem Wielkiego Gajowniczka, dziewczyna znała zasady – i tak nie mogłaby wejść do jego siedziby. Czekanie na Arunię w ciepłej izbie w miłym towarzystwie wydało jej się od razu lepszym pomysłem niż sterczenie do wieczorea na śniegu w jakimś polu. Grafitowy Dziedzic uśmiechnął się z zadowoleniem – wolał iść sam. Zwłaszcza, że wcale nie zamierzał pytać o maści na reumatyzm.

Odnalezienie zimą ścieżki, która prowadziła do zagajnika Ben Gor okazało się nie lada wyzwaniem. Arunia marszczył brew co kilka niepewnych kroków. Od ostatniej wizyty w zagajniku minęło już tyle lat, że wydawało mu się, jakby to było w poprzednim życiu. Wtedy jednak ścieżka prowadziła go od zachodu, nie z nieprzyjaznego południa. Kiedyś znał tu każdy liść, każdą sosnową igłę. Teraz jednak pokalana życiowymi doświadczeniami pamięć musiała zdrowo się natrudzić, by wydobyć z zakurzonych zakamarków rozległą mapę drzew. Błądzący od godziny fajter zagłębił się w końcu w znajomo wyglądający jar, otoczony świerkowym murem. Kilkaset potknięć o ukryte pod śniegiem korzenie dalej, wyszedł w końcu na niewielką polanę. Gałęzie rosnącego na jej środku, styranego wiatrem bzu, wskazywały wędrowcom dalszą drogę. W każdą stronę. Mężczyzna przypomniał sobie jednak zagadki wiary i zamknąwszy oczy, ruszył pewnie przed siebie. Po kilkunastu krokach, nie uderzywszy w żadne drzewo, otworzył oczy. Wydawało mu się, jakby nadal stał w tym samym miejscu. Gdy się jednak obejrzał, po jałowcu nie było już śladu. Westchnął i postawił kolejny krok naprzód.

Zimne, bukowe pnie, które zastąpiły z czasem świerkowe igły upewniły fajtera, że podąża w dobrą stronę. Po kilku kilometrach teren zafalował nagle skromnymi pagórkami, okolonymi niczym bastiony Północy wielkimi, szarymi głazami. Buki ustąpiły miejsca dębom, a chrupot śniegu i gałęzi stłamsiła głęboka cisza. Cisza, w której ludzie dobrzy mogli usłyszeć bicie własnego serca. Arunia natomiast…

- Daleką drogę przebyłeś, fajterze.

Grafitowy Dziedzic obrócił się gwałtownie. Stojący za nim mężczyzna odziany był nadzwyczaj skromnie jak na tę porę roku. Może grzała go długa broda, którą otulał się jak szalem. W ręku dzierżył pokaźnych rozmiarów kij, spróchniały i mocno podziurawiony przez korniki. Fajter nie przypominał sobie, aby spotkał tu kiedyś te wodniste, beznamiętne oczy, lecz mogły być one jedynie iluzją stworzoną przez kapłana na potrzebę chwili. Starzec uśmiechnął się lekko, jakby czytał w jego myślach. Obrócił się powoli i ruszył przed siebie, muskając podłoże bosymi stopami. Paladynowicz pospieszył za nim.

ˑˑˑˑˑ

Tipiom z zewnątrz wydawał się znacznie mniej przestronny. Była to jedyna myśl, która przebiegła Aruni między uszami, gdy przekroczył próg kapłańskiej siedziby. Nie spodziewał się wiele po wnętrzu. Ascetyczny wystrój nie stanowił żadnego zaskoczenia, kapłani Wielkiego Gajowniczka ślubowali ubóstwo i dotrzymywali słowa. Przynajmniej ci szeregowi. Wiara i magia, jedynie to zaprzątało umysły sług boga lasu dniami i nocami. Gdyby nie miejscowi, którzy chętnie dbali o najpilniejsze potrzeby lokalnych kapłanów, ci padliby szybko z głodu i wyczerpania.

Zazwyczaj ludzka troska nie była jednak po prostu zwyczajnym odruchem współczucia. Posiadanie na swoim terenie kapłana Wielkiego Gajowniczka wiązało się z szeregiem korzyści. Okolice świętych gajów były zwykle bardzo urodzajne, kapłani dbali bowiem o dobrobyt wszystkiego, co żyło na ich terenie. Choć zajmowali się głównie iluzją, nieobce były im także inne dziedziny magii, zwłaszcza te związane z naturą. Dbałość o środowisko była także, w pewnym sensie, pochodną ich zainteresowań – większość zaklęć stosowanych w iluzji opierała się na manipulacji materią żywą i złudzeniach optycznych. Nie inaczej było w przypadku Ben Gor. Charakterystyczna dla tutejszej okolicy była wielka ilość dębów, które szczególnie upodobali sobie miejscowi kapłani. Być może słynna na całą okolicę żołędziówka odgrywała tu zasadniczą rolę.

Bosostopy mędrzec wskazał Paladynowiczowi miejsce przy niewielkim, bukowym stoliku. Mebel był nieco koślawy, wykonany z pnia drzewa rażonego piorunem. Kapłani twierdzili, że każda roślina ma uczucia, nie uznawali więc ścinania drzew. W zakonie były też odłamy, które szły jeszcze dalej w interpretacji nauk Wielkiego Gajowniczka. W Duan Tareg mnisi jedli tylko to co spadło z drzew lub zostało zerwane przez wiatr. Kapłani z Yalle tulili się za to do krzewów, szepcząc im czułe słówka. Podobno krzewy często popadały w depresję i należało przynosić im ukojenie, aby nie uschły. Wielu członków zakonu traktowało ich z pobłażliwym lekceważeniem, uważając, że iluzja wymyka im się chyba spod kontroli. Dopóki jednak Duan Tareg czy Yalle nikomu nie przynosiło bezpośredniej szkody, pozwalano mnichom podążać ścieżką osobistych przekonań.

Kapłan z Ben Gor usiadł naprzeciw Aruni, lustrując fajtera badawczym spojrzeniem. Nim padło pierwsze słowo towarzyskiej gadki, płachta przykrywająca wejście do tipiomu załopotała niesiona wiatrem. Do środka wśliznął się niewielkiej postury chłopiec. W ręku trzymał dwa pełne po brzegi, gliniane kubki, z których natychmiast zapachniało żołędziami. Postawił naczynia naprzeciw gospodarza, a ten odmówiwszy krótki sallein Panie, abyśmy nie pomarli, podał kubek fajterowi. Starym zwyczajem dowiarków, biorąc pierwszy łyk, wznieśli oczy ku niebu. Jak zwykle, odpowiedzi musieli się domyślić sami, nie padło stamtąd bowiem ani jedno słowo, ani jeden znak nie został im dany. Widocznie Wielki Gajowniczek ufał, że świetnie dadzą sobie radę bez jego pomocy. A może po prostu patrzył akurat w inną stronę.

Żołędziówka przyjemnie łaskotała płatki uszu, po drugim łyku dało się już nawet wyczuć w niej woń strumienia, nad którym musiał rosnąć dąb. Stary kapłan skinął na chłopca, a ten usłużnie wycofał się na mróz, szczelnie zamykając za sobą wejście do tipiomu. Po kilku minutach spędzonych w milczeniu, zajęty chwytaniem rozbieganych myśli Paladynowicz uznał, że najwyższy czas przedstawić powód swojej wizyty. Wziął głęboki oddech.

- Ojczulku, zgrzeszyłem… - zaczął nieśmiało fajter.

- Pitolisz. – Nie odrywając wzroku od falującej w glinianym kubku żołędziowej toni, starzec pociągnął solidny łyk.

- Eee…

- Powiedz mi coś, czego nie wiesz, a na co być może ja będę znał odpowiedź. – Kapłan spojrzał z ukosa na Arunię, postukując palcem w brzeg naczynia. – Albo coś, czego obaj nie wiemy, lecz może się wspólnie domyślimy.

- Eee… no więc…

- Nie zaczyna się zdania od ‘no więc’ – Kapłan huknął ręką w bukowy blat. Zakręcił energicznie kubkiem, aby zebrać ze spodu naczynia żołędziowy osad. – Szybciej, nie mam czasu, a ty masz go zapewne jeszcze mniej .

- Eee… mmmm… no to… - fajter skulił się pod złowrogim spojrzeniem, które rzucił mu sługa Wielkiego Gajowniczka. Z ulgą przyjął kolejną wizytę milczącego chłopca, który wsunął się bezszelestnie do izby, dzierżąc drewniany dzban z następną porcją żołędziówki. Pośpiesznie napełniwszy kubek, Arunia pociągnął z niego większy łyk. Ta porcja musiała być pędzona z owoców jakiegoś bardzo starego, mądrego dębu, bowiem Dziedzic natychmiast znalazł właściwe słowa.

- Ojczulku. – Wyprostował się na spróchniałym pniu, który służył mu za taboret. – Sprawa przedstawia się następująco…

Pierwsze gwiazdy zdążyły już wzejść na niebie, gdy fajter opuszczał tipiom. Wiele pytań pozostało wciąż bez odpowiedzi, choć miał wrażenie, że kapłan wiedział znacznie więcej, niż gotów był przekazać. Dotychczas odwieczna zasada neutralności zakonu Wielkiego Gajowniczka nie stanowiła dla niego problemu, teraz jednak sytuacja była wyjątkowa. Kapłani wiedzieli zazwyczaj prawie wszystko na temat bieżących wydarzeń i rozgrywek w kuluarach władzy na każdym jej szczeblu, od domu sołtysa w zapyziałej Ydris-ab-mor po pałac Cesarza. Niestety, dzielili się tą wiedzą bardzo niechętnie i nadzwyczaj oszczędnie. Arunia nie spodziewał się zbyt wiele po wizycie w Ben Gor, mimo wszystko był jednak zadowolony. Wiedział przynajmniej, gdzie szukać niejakiego Jadokari.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania