Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Sajmarskie Bajania - Rozdział VII - Bezpieczniaki

Długie do samej ziemi, smukłe jak u łani nogi zmieniły kierunek marszu, nadal jednak utrzymywały jego spokojny, płynny rytm. Ich właścicielka, kobieta około czterdziestki, miała zafrasowaną minę. Kroczyła wolno od ściany do ściany swojego gabinetu z założonymi rękami i lekko pochyloną głową. Jasne, falowane włosy spadały bujną kaskadą aż do pasa. Przy każdym obrocie zdawały się otulać czule smukłą figurę blondynki. W końcu zatrzymała się, oparła o parapet okna twarzą do siedzących po drugiej stronie biurka mężczyzn i spojrzała na nich w zamyśleniu. Była uosobieniem piękna. Jej śliczna twarz górowała nad resztą ponętnego ciała jak wisienka na torcie.

Petro Calin starał się nie spuszczać wzroku. Był przekonany, że rozproszony mógłby się zapomnieć. Poprawił się w fotelu, odkasłując w zaciśniętą dłoń. Odetchnął głębiej, aby się rozluźnić, ale przy niej jakoś nigdy tego nie potrafił. Siedział sztywno, mając nadzieję, że nie widać jak głęboko stara się oddychać. Zerknął nerwowo na drugiego mężczyznę. Tomasz Cornamusa zdawał się jednak zbyt zaabsorbowany własnymi myślami, by zwracać uwagę na najbliższe otoczenie. Petro odetchnął z ulgą.

- Mam więc rozumieć, że Arunia Paladynowicz pomógł przy lub wręcz zlecił zabójstwo naszego aktywnego agenta. – Kobieta przerwała w końcu kilkuminutowe milczenie, odgarniając z twarzy niesforny kosmyk włosów. Jej głos był spokojny, akcentowała wyrazy ze skupieniem, jak gdyby sama nie wierzyła w to, co mówi. – Grafitowy Dziedzic. Jesteście tego pewni? Zdajecie sobie chyba sprawę, jakie to może nieść ze sobą konsekwencje?

- Niczego nie jesteśmy pewni, szefowo. – Tomasz podniósł opuszczoną głowę jakby wyrwany ze snu. Mówił równie spokojnie co jego przełożona, jednak z nutką irytacji w głosie. – Niczego. Fakty zdają się po prostu stawiać Paladynowicza w nadzwyczaj… niefortunnym świetle.

- Jakież to fakty, jeśli można? – spytała niemal zawadiacko. Nie mogła, nie chciała wierzyć w udział Arunii w tej całej historii. Jej Arunii. Obrzuciła przelotnym spojrzeniem niewielki obrazek z podobizną męża, postawiony w rogu biurka. Znów poczuła ten sam ucisk w gardle, co dziesięć lat wcześniej. Paladynowicz odszedł z Gildii Fajterów po tym, jak złamała mu serce. Nie chciała być żoną wschodzącej gwiazdy agencji, nie chciała, by ktoś pomyślał, że swoje stanowisko zawdzięcza koneksjom, a nie własnej ciężkiej pracy i umiejętnościom. Nie chciała, mimo, że bardzo go kochała. Tak się jej przynajmniej wtedy wydawało. Ambicja ostatecznie wygrała jednak z sercem. Kochała swojego obecnego męża, śniadego południowca, jednak na samą wzmiankę o Paladynowiczu dostawała gęsiej skórki melancholii. Tęsknoty. Weź się w garść, skarciła się w myślach. Spojrzała wyczekująco na szefa wywiadu.

- Mospan był agentem w głębokiej konspiracji – zaczął Cornamusa. – Chcieliśmy dopaść Kapłona, zorganizowaliśmy więc bandycki oddział, aby dowodzący nim nasz człowiek zaistniał w środowisku i zwrócił na siebie uwagę. Dla zmniejszenia ryzyka wtopy, w całej bandzie było tylko dwóch agentów, reszta to czystej maści bandyci z zewn…

- Dwóch? – przerwał mu Petro. Szefowa Gildii zerknęła na niego przelotnie.

- Tak. Dwóch – podjął powoli Tomasz. - Na wszelki wypadek zainstalowałem w gangu jeszcze jednego człowieka w charakterze szpicla. Mospan o nim nie wiedział, a ja miałem kontrolę nad rozwojem sytuacji. Istnieje zawsze niebezpieczeństwo, że agent… cóż, że zmieni strony. Kapłon to w końcu bardzo majętny człowiek, z możliwościami. Nie byłby to niestety pierwszy taki przypadek.

Kapłon, Kapłon, Kapłon. Przełożona Cornamusy sapnęła i przymknęła powieki. Miała już dość słuchania o nowym królu szlaków. Kupcy skarżyli się na haracze i rozboje, straszyli, że pozrywają traktaty i poszukają wsparcia gdzie indziej, jeśli sprawa nie zostanie jak najszybciej rozwiązana. Książę Janusz również bywał u niej przynajmniej raz na dwa tygodnie, zawsze z pretensjami, zawsze z tą samą puentą: Na tym terenie może być tylko jeden władca. Jeden, rozumiemy się? Nie od jutra. Od teraz! Kobieta westchnęła z irytacją na samo wspomnienie tego palanta. Nic nie mogła jednak poradzić, to on reprezentował tu króla, a Gildia formalnie podlegała jego władzy. Blondynka zmarszczyła brwi.

Zorganizowana walka z bandytami leżała u podstaw Gildii Fajterów, powołanej do życia niemal trzy wieki wcześniej. Kraj pogrążony był wówczas w wojnie domowej, o szlaki nikt nie dbał, handel miał się coraz gorzej, a panoszący się wszędzie dezerterzy i bandy rabusiów coraz lepiej. Sytuacja stała się w końcu na tyle dramatyczna, że kupcy wszystkich stron konfliktu skrzyknęli się po raz pierwszy w historii pod wspólnym sztandarem. Utworzono Gildię Handlową dla ochrony targanych wojnami interesów kupieckich oraz przynależną jej Sekcję Fajterów, jako zbrojne ramię organizacji. Z czasem i praktyką, a było wtedy na kim trenować, Sekcja rozrosła się w personel i profesjonalizm, odłączając się ostatecznie od macierzy. Powstała Gildia Fajterów, związana traktatami o współpracy z Gildią Handlową, a z czasem również z władzami świeckimi. Zwalczanie band na szlakach przynosiło bowiem nie tylko pieniądze z kontraktów na eliminację, ale również ogrom najbardziej aktualnych danych natury militarnej i wywiadowczej, zwłaszcza od dezerterów.

Walczący między sobą książęta szybko docenili wartość zasobów Gildii, kupując za pieniądze i przywileje cenne informacje. Kiedy wreszcie po wielu latach wojna się zakończyła, neutralna dotychczas Gildia Fajterów miała już ugruntowaną pozycję. Przez następne wieki rosła w siłę i możliwości pod skrzydłami kolejnych władców Rzeczykolegialnej Lechickiej. Zwykle bandytyzm udawało się trzymać w dopuszczalnych interesem Gildii ryzach. Kilka lat wcześniej zaczęło się jednak robić niepokojąco głośno o pewnym bandycie, niejakim Ale Kapłonie. Sprawność i tempo z jakimi zorganizował przestępczość na terenie Południowych Rubieży wybiła z rytmu Gildię Fajterów, przyzwyczajoną dotychczas do małych, zwalczających się nawzajem band. Te co prawda nadal istniały, ale duża ich część była mniej lub bardziej zależna od Kapłona. Szło mu tak dobrze, że jak dotąd znali tylko jego imię i nazwisko, o ile oczywiście były prawdziwe.

- Szefowo? – Cornamusa spoglądał na przełożoną z subtelnym wyczekiwaniem.

- Przepraszam, zamyśliłam się. Proszę kontynuować.

- Po kilku miesiącach udało się w końcu nawiązać kontakt – Tomasz podjął swoją relację niezmienionym tonem. - Wykonaliśmy dla Kapłona kilka akcji mniejszego i większego kalibru, aż zaufał nam na tyle, żeby powierzyć nam znacznie poważniejsze zlecenie. Zaistniała szansa na spotkanie z samym Alem. Mospan miał odnaleźć chłopaka, który podobno był naznaczony przez Półmrok z Toab i dostarczyć go osobiście do...

- Co proszę? – Szefowa Gildii przerwała mu w pół zdania, opierając się obiema rękami o biurko. – Toab?

- Wiem, że powinny to być już tylko legendy, ale… - Tomasz zawahał się. – Istnieją mocne przesłanki aby sądzić, że z czarnego pogromu wymknął się jeden żerca, niejaki Jadokari, prawdopodobnie ostatni. Nasze źródła na wschodzie twierdzą, że w okolicach Col Uachdar obszar bagien gwałtownie się powiększa. Podobno woda ma tam karminowy odcień.

Kobieta spuściła głowę. Tego tylko brakowało, westchnęła w duchu. Wyprostowała się i zaczęła krążyć w zamyśleniu po gabinecie.

- Słucham dalej, panie Tomaszu.

- Cóż, zajęło nam to trochę czasu, ale zawęziliśmy w końcu rejon poszukiwań do okolic Helmsby i wtedy sprawy się skomplikowały. Mospan zorientował się, że ma ogon, ale udało mu się zgubić go tuż przed wioską. To był Maćko Lowkick. Nie wiemy jeszcze z całą pewnością co tam robił i dlaczego podążał za naszym człowiekiem, ale wyjechał z Helmsby z poszukiwanym chłopakiem. Zawiózł go prosto do Aruni Paladynowicza. Takie są fakty.

- Ma pan już jakąś hipotezę? – spytała go półgłosem. Starała się panować nad tonem, nie zdradzać buzujących w niej teraz emocji. Usiadła na biurku naprzeciw Cornamusy i założyła machinalnie nogę na nogę. Petro Calin przełknął głośno ślinę.

- Znałem Lowkicka od początku służby, razem zaczynaliśmy w Gildii. Niezły agent, chociaż nie wybitny. Ambitny, ale świadom swoich ograniczeń...

- Do rzeczy, panie Tomaszu – ucięła ostro kobieta. Może za ostro, pomyślała. Starała się nie myśleć o Grafitowym Dziedzicu, ale było jej coraz trudniej.

- Cóż… - Tomasz odchrząknął. – Biorę pod uwagę ewentualność, że Maćko przeszedł na drugą stronę. Do Kapłona. Opieram to na założeniu, że Ale Kapłon… cóż… jego imię i nazwisko znamy z naszych źródeł w terenie. Najprawdopodobniej to tylko pseudonim. Dziwnym trafem, odejście z Gildii Grafitowego Dziedzica zbiega się z grubsza w czasie z początkiem raportów o Kapłonie… sposób działania, organizacja i profesjonalizm ban…

- Zaraz, zaraz, Tomasz – przerwała mu gwałtownie Szefowa Gildii. – Naprawdę myślisz, że…

- Na razie to tylko hipoteza, ale nie mogę jej całkowicie odrzucić. – Tomasz poprawił się w fotelu. Odchrząknął ponownie. – Fakty są takie, że Maćko śledził Mospana, a następnie udał się do Paladynowicza z chłopakiem naznaczonym przez Półmrok. Następnie Lowkick zabił Mospana i wrócił do Dziedzicówki. W świetle istniejących dowodów założenie, że Kapłon i Grafitowy Dziedzic to jedna i ta sama osoba wydaje się dość prawdopodobne. Paladynowicz był jednym z naszych najlepszych agentów, ma bardzo dużą wiedzę operacyjną. Jeśli to on jest Kapłonem, mógł dla pewności kazać śledzić Mospana, zna przecież nasze metody infiltracji. Mógł zorientować się, że to nasz człowiek lub przynajmniej coś podejrzewać. Po zlokalizowaniu chłopaka wysłał Maćka, żeby go zgarnął przed nami i zabił niepotrzebnego agenta dla zatarcia śladów – bez Mospana nie wiedzielibyśmy nawet, gdzie ponownie szukać. No i czy te opowieści o chłopaku są w ogóle prawdziwe… Jeśli dodamy do tego czynnik emocjonalny, to znaczy okoliczności jego odejścia z Gildii…

Beybe Prządka, pierwsza w historii kobieta na stanowisku Naczelnika Gildii Fajterów, usiadła za biurkiem i ukryła twarz w dłoniach. Może to prawda? Może faktycznie Arunia mści się za złamane serce? Czy to możliwe, żebym aż tak mocno go zraniła? Ponownie rozbudzone i wyszarpnięte niespodziewanie z zapomnienia wyrzuty sumienia nie dawały jej teraz spokoju. Tomasz umilkł i czekał. Wiedział, jakie relacje łączyły jego przełożoną z Grafitowym Dziedzicem. Szef wywiadu wiedział czasem więcej, niżby chciał. Kobieta po kilku chwilach opuściła ręce na biurko i wbijając wzrok w blat rzuciła zmęczonym głosem:

- Dobra, a skąd się tam tak szybko wzięli nasi ludzie? Oddział Rygwacha.

Petro Calin wciągnął głośno powietrze, przypominając o swoim istnieniu. Udzieliła mu się atmosfera napięcia, nie wiedział nawet kiedy. Rozluźnił zaciśnięte mimowolnie dłonie.

- To moja zasługa – rzucił kobiecie szybkie spojrzenie. – Po opuszczeniu Helmsby, Lowkick zatrzymał się w pewnej gospodzie, wypytywał karczmarza o Mospana. Był tam akurat nasz szturmowiec. Uznałem za podejrzane, że szeregowy agent dopytuje bez wyraźnego powodu o zakonspirowanego kolegę w samym środku operacji. Założyłem Lowkickowi ogon. Kiedy zabił Mospana, rozpoczęliśmy dyskretny pościg, zakończony w Dziedzicówce. Wydało mi się wtedy niebywałe, żeby Maćko wpadł na coś takiego sam i miałem rację!

Petro przybrał triumfalny wyraz twarzy i uśmiechnął się z dumą. Jego entuzjazm bardzo szybko jednak zgasł pod miażdżącym spojrzeniem Prządki. Szef Wydziału Szybkiego Reagowania i Prewencji, dla wygody zwanego potocznie „szturmówką”, spuścił głowę i odkaszlnął nerwowo. Zapadła nieprzyjemna cisza. Tomasz Cornamusa powoli przeczesał włosy dłonią.

- Jest jeszcze jedna sprawa, szefowo – zaczął niechętnie. Prządka spojrzała na niego błagalnym wzrokiem. Z każdą kolejną chwilą czuła się coraz bardziej wymiętolona. – Ludzie, których oddział Rygwacha znalazł przy moście mieli nasze mundury, ale nie byli od nas. Chyba, że pan Petro dokonał na własną rękę jeszcze jakichś ruchów, o których nie wiem?

Calin pokręcił głową, rzucając przełożonej skruszone spojrzenie. Cornamusy nie zaszczycił żadnym.

- Słucham, panie Tomaszu, niech pan mówi – rzuciła zrezygnowanym głosem Prządka.

- W tej sytuacji można chyba wysnuć jeszcze jedną roboczą hipotezę. – Tomasz wziął głęboki oddech. – Jeśli faktycznie przyjmiemy, że Kapłon i Dziedzic to ta sama osoba, to mamy powody, aby sądzić, iż Paladynowicz dogadał się z Dżimim. Możliwe, że miało dojść do jakiejś transakcji związanej z chłopakiem. Nie ma na tym terenie bandy wystarczających rozmiarów, żeby przeciwstawiła się otwarcie Kapłonowi, odrzucam więc raczej możliwość, że to była konkurencja. No i te fałszywe mundury Gildii. Nie wiemy jeszcze po co. Jeśli to faktycznie były Spiecslużby, to być może zaatakowali, bo uznali, iż Paladynowicz spaprał sprawę i ucieka. Na razie nic jeszcze nie wiemy na pewno, badamy tropy. Jak już wspomniałem, to wszystko tylko robocze hipotezy, jest kilka sporych znaków zapytania… Od czegoś musimy jednak zacząć, sprawa jest poważna.

Szefowa Gildii uśmiechnęła się słabo do Cornamusy. Doceniała, że starał się ze względu na nią nie obwiniać jednoznacznie Aruni, ale cała ta sytuacja rzeczywiście wyglądała bardzo kiepsko. Za dużo zazębiających się zbiegów okoliczności. Odetchnęła głęboko i wyprostowała się w fotelu. Musiała odstawić na bok emocje i uczucia, zapomnieć o przeszłości.

Poprawiła włosy i odchrząknęła cicho. Z trudem dotarła tak wysoko i to tylko dzięki nieskazitelnemu dotychczas profesjonalizmowi. Wiedziała, co mówiło się o niej po kątach Gildii. Kobieta na kierowniczym stanowisku w męskim świecie mogła oznaczać tylko jedno. Nie zamierzała jednak dać złośliwym językom i niedowiarkom tej satysfakcji. Zrobi co należy, za wszelką cenę. Przybrała z trudem chłodny wyraz twarzy i rzuciła rozkaz beznamiętnym głosem:

- Wydajcie list gończy za Arunią Paladynowiczem. To wszystko, dziękuję za wasz czas. - Kiedy szefowie wydziałów byli już przy drzwiach, rzuciła jeszcze półgłosem. – Gdyby… gdyby przy aresztowaniu stawiał opór, zezwalam na użycie siły poza regulaminowe granice.

Przełknęła ślinę przez ściśnięte jak w imadle gardło.

- Jeśli zechce zginąć… niech ginie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania