Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Sajmarskie Bajania - Rozdział VIII - Czerwone łzy

Przy rozwidlenia dróg, Arunia ściągnął delikatnie wodze. Poklepał czule kruczoczarną szyję rumaka. Jack Mind podarował mu naprawdę porządnego konia. Na przełęcz dotarli znacznie wcześniej, niż się spodziewał, zwierzę galopowało równo i nieustępliwie. Spojrzał na nieco rozmytą linię horyzontu, ponad wznoszącymi się kilkaset metrów niżej koronami drzew. Rozciągał się przed nim majestatyczny widok na szeroką kotlinę, osłoniętą pasmem wysokich wzgórz. W oddali, z dna doliny sunęły powoli ku niebu szare strużki dymu. Greven. Ostatnia większa osada przed wschodnią granicą Rubieży. Na północy, daleko za łańcuchem wzgórz, leżało miasto Tharn, ważny ośrodek administracyjny księstwa. Skręcająca na wschód ścieżka prowadziła zaś rozległym pustkowiem ku leżącemu o kilka dni drogi od przełęczy Meadhone. Paladynowicz westchnął. Po raz pierwszy w życiu, na wschód było mu bardziej po drodze niż gdziekolwiek indziej.

Dzień był zimny i wietrzny. Późna jesień trwała w najlepsze, padało już coraz częściej. Na horyzoncie część szczytów znikała właśnie pod ciemnoszarą zasłoną sunących nisko, deszczowych chmur. Tu i ówdzie wiatr przeczesywał suche trawy, ale ogólnie rzecz biorąc, na przełęczy było spokojnie, niemal statycznie. Zdawała się zawieszona pomiędzy czasem i przestrzenią, jakby nie podlegała prawom jesiennej aury. Gdzieś w oddali zagrzmiało.

Paladynowicz ziewnął przeciągle i poprawił gruby kaftan. Co za niemrawa pogoda, pomyślał. Droga rozwidlała się przy starej jarzębinie, ogołoconej już dawno z liści. Na ziemi leżały świeżo spadłe jagody, odcinające się wyraźnie czerwienią od brudnoszarej ziemi. Arunia zmarszczył brwi. Słyszał o czerwonych łzach jarzębu i choć nie był zabobonny, poczuł lekki niepokój. Czarny ogier zaczął niespodziewanie chrapać i chłostać ogonem po bokach. Dziedzic pogładził go uspokajająco po szyi. Zsunął się z siodła i podszedł ostrożnie do drzewa. Na smukłym pniu wyryto jakiś symbol, ledwo już widoczny po latach smagania go przez deszcze i wiatry. Przesunął palcami po esowatych nacięciach, układających się w fantastyczny kształt. Swadziebnik. Przypatrywał się mu przez chwilę w zamyśleniu, nieobecny, szukając wyjaśnienia dla takiej przepowiedni.

Gdy ponownie zagrzmiało, Arunia podniósł głowę i obrzucił szybkim spojrzeniem szarzejące niebo. Czas się zbierać, pomyślał. Wrócił żwawym krokiem do niespokojnego wciąż rumaka i wskoczył zwinnie na siodło. Zanim ruszył galopem w dalszą drogę, zerknął jeszcze mimowolnie na rozdeptane po drodze czerwone jagody. Najwyższy czas.

ˑˑˑˑˑ

Noc była czarna. Czarna jak sam skurwysyn. Znowu. Utrudniało to trochę pościg za Muhbirem, ale nawet nie z powodu ciemności. W Meadhone było po prostu masę skurwysynów, ściganemu łatwiej było wtopić się w tłum. Zwłaszcza, że tutejsze, rozbawione noce zaludniały ulice bardziej, niż nieznośnie nudne dni powszednie. Ludzie i inni byli wszędzie, tańcząc, pijąc, grzmocąc się lub się nawzajem, zależnie od płci i upodobań. Nieprzyjazne to było środowisko, niegdyś nienachalnie atrakcyjne dla podobnych Paladynowiczowi, ale przezornie i słusznie omijane przez praworządnych i prawolubnych. Czasy się jednak zmieniały, a z nimi nawet niektórzy ludzie. Arunia ścigał tym razem nie dla przyjemności, a z konieczności. Muhbir należał do Çete, a oni wiedzieli podobno wszystko po tej stronie granicy. I większość po drugiej.

Dziedzic dostrzegł ponownie zgubiony przed chwilą cel. Cztery dni zajęło mu namierzenie mężczyzny bez ściągania na siebie niepotrzebnej uwagi żebraków i złodziei. Zapomniał już, jak to jest zdobywać informacje bez wsparcia Gildii. Szło jak po grudzie, ale szło. Gdy w końcu namierzył Muhbira, w mieście rozpoczął się festiwal boczku – święto Tamartu. Ulice przelewały się miejscowymi i cudzoziemcami, zwabionymi smakiem, zapachem i nocnymi, przygodnymi przygodami. Z jednej strony, łatwiej było śledzić mężczyznę bez zwracania na siebie uwagi i niewygodnych pytań, z drugiej jednak, równie łatwo można było stracić go całkowicie z oczu.

Muhbir zdawał się czuć dziś bezpiecznie. Zataczając się lekko, brnął sobą i swoimi łokciami głębiej w rozhulane zabawą uliczki. Wyglądało na to, że w czasie festiwalu nikt nie raczył się sławnym boczkiem bez przepijania. Cel, zahaczony w pewnym momencie przez bezpańską prostytutkę, zakręcił ciałem zamaszyste półkole i wyrżnął głową w drewnianą ścianę karczmy „Pod Smutnym Smutkiem". Nazwa niezbyt wyszukana, ale ukuta z filozoficznym zacięciem. Muhbir, otrzeźwiony nieco uderzeniem, nie był jednak skory do filozofowania. Kończył obmywać twarz z krwi w stojącej nieopodal beczce na deszczówkę, kiedy kątem oka zauważył Paladynowicza. Wyprostował się powoli, a dwa skoki później pędził już w przez ciemną, boczną uliczkę. Klasycznie. Zręcznie wyminął kilku pijaków i bezdomnych, bezszelestnie przemknął obok rozpieszczającej się pary i wpadł w pierwsze półprzymknięte drzwi. W kilku susach przesadził fotele i stół, wypadł tylnym przejściem na podwórze, po czym pomknął wzdłuż brzegu rzeki. Zatrzymał się dopiero trzy kilometry dalej, w niewielkim zagajniku. Zziajany, zwalił się ciężko na ziemię. Kilka sekund później usłyszał trzask łamanego liścia, około dwóch metrów od siebie. Nawet nie wstawał, parsknął tylko histerycznym śmiechem. Zanim zemdlał od ciosu, zdołał wydobyć z siebie zdyszane „Nosz kurwa... ".

Paladynowicz nie musiał tłumaczyć przed karczmarzem, kogo taszczy do swojej izby. W czasie festiwalu Tamartu, w Meadhone zazwyczaj nikt o nic nie pytał. Wynajmujący pokoje oberżyści przyzwyczajeni byli już do wszelkich konfiguracji miłosnych, w każdym stanie przytomności. Arunia rzucił przyćmionego informatora na krzesło i zamknął za sobą drzwi. Dopił pozostawioną przed wyjściem kawę i czekał. Czas umilał mu tomik poezji Blanki Mokrzyk, noszony zawsze na sercu. Miał dość bicia na dzisiaj. Muhbir Gengadze oprzytomniał jakiś kwadrans później. Obrzucił Dziedzica oszołomionym spojrzeniem, po czym jedną ręką roztarł sobie skroń, a drugą sięgnął machinalnie do pasa. Arunia wyjął z rękawa jego sztylet i położył obok siebie na łóżku.

- Może następnym razem, Muhbir.

- Grafit Varisi... - Mężczyzna skrzywił się, rozparty niedbale na niewygodnym krześle. – Widzę, że niefortunne przyzwyczajenia pozostają nawet na emeryturze. Nadal najpierw bijesz, zamiast normalnie wcześniej zagadać, jak cywilizowany człowiek. A podobno to ty żyjesz na Zachodzie.

- Biję, żeby mieć pewność, że zdążę dokończyć zdanie, nim sięgniesz do pasa.

- Mądrego to aż miło posłuchać. - Informator uśmiechnął się szelmowsko. – Miło z twojej strony, że przyjechałeś na festiwal. Którego boczku już skosztowałeś? Bzińskiego? Kruze?

- Żarty na bok, Muhbir. Potrzebuję informacji.

Mężczyzna zagwizdał pod nosem.

- Informacji? – spojrzał na Dziedzica spode łba. – Przecież od dawna nie jesteś już w branży.

- Za to ty nadal jesteś mi winien przysługę. Çetnicy to podobno ciągle honorowi ludzie, nawet jeśli generalnie wciąż nieuczciwi.

- A ty jak zwykle zbyt pompatyczny jak na swój wiek – westchnął żartobliwie. – W tym jednak masz rację, nadal honorowi. Chociaż coraz częściej tego żałuję. No dobra, miejmy to za sobą i do nie zobaczenia. Czego ci trzeba, Varisi?

- Żercy. Lokalizacji.

- Przecież oni dawno wyginęli – parsknął Gengadze. – Sami ich wyrżnęliście. Taka strata, zaiste, taka strata...

- Masz mnie za idiotę, Muhbir? – odparł lodowatym tonem. - Wiem, że przynajmniej jeden jeszcze żyje, raczej po waszej stronie, skoro Gildia nic o nim nie wie.

- Grafit Varisi... - zaczął prześmiewczo ҫetnik, jednak pod złowrogim spojrzeniem Dziedzica szybko postanowił zmienić taktykę. Sapnął przeciągle. – Kuźwa, że też nie wykończyli cię gdzieś po drodze... dobra, będę za dwa dni, popytam, ale niczego nie obiecuję.

Arunia skinął głową, sięgając po sztylet. Gengadze poruszył się nerwowo.

- To chyba twój – powiedział spokojnie Dziedzic, wręczając mu broń. – Tutaj, za dwa dni o tej samej porze.

ˑˑˑˑˑ

Dzień miał się już ku końcowi, kiedy na schodach karczmy rozległo się głuche tupanie. Arunia poderwał się bezszelestnie z łóżka i stanął obok drzwi. W prawej ręce dzierżył długi, smukły puginał. Kroki przemierzyły dyskretnie wąski korytarz i umilkły pod progiem jego izby. Rozległo się ciche pukanie.

- Varisi? – zawołał półgłosem Muhbir. Paladynowicz wypuścił cicho powietrze przez nos i schował sztylet.

- Wejść – rzucił sucho, poirytowany. Dwa ostatnie dni spędził w izbie, starając się nie pokazywać na mieście. Z nudów zaczął ryć żartobliwe runy na ramie łóżka, tymczasem Meadhone kusiło co noc beztroskimi odgłosami ulicy i karczmy na parterze. Miał już serdecznie dość bekonowego święta Tamartu.

- Nadal żywy? Współczuję – zażartował Gengadze wtaczając się chwiejnie do pokoju. Od razu było widać, że jest w wyśmienitym humorze. Co najmniej dwupromilowym. – Znalazłem tego twojego żercę, chociaż nie było łatwo. Czego się jednak nie robi w imię przyjaźni, nie? Bagna w okolicy Col Uachdar. To co, jesteśmy kwita?

- Tak, jeden dług mniej – odparł krótko Arunia. Na schodach rozległo się nagle łomotanie wielu ciężko obutych stóp. Paladynowicz rzucił Muhbirowi wściekłe spojrzenie.

- Dwa, Varisi – uśmiechnął się złośliwie informator. – Dwa długi mniej.

Dziedzic rzucił okiem w stronę okna. Gengadze zrobił pół kroku naprzód, jakby chciał go powstrzymać, ale rozmyślił się na widok sztyletu. Arunia dopadł do parapetu jednym sprawnym susem i wyskoczył z pierwszego piętra na oślep, jak w najlepszych balladach o Jakubie Bonzie. Dzień wcześniej pod jego oknem stał jeszcze wóz jednego ze stałych klientów karczmy. Wczoraj było wczoraj, skarcił się w myślach nim grzmotnął o belkowaną nawierzchnię ulicy. Niesiony adrenaliną, podniósł się szybko, ale nie dość szybko. Z okna gospody wychynął agent Spiecslużby z małą, podręczną kuszą i wypalił, celując w pośpiechu. Paladynowicz wydał z siebie zduszony okrzyk, kiedy bełt przeszył mu prawe kolano. Wyrwał pocisk, dopóki jeszcze adrenalina utrzymywała go w pionie i odrzucił. Trafiony między oczy bezpieczniak Dżimiego runął z okna na ulicę, a Arunia rzucił się kulawym biegiem pomiędzy zaskoczonych przechodniów. Zanim reszta Spiecslużbistów wypadła z karczmy na ulicę, Grafitowy Dziedzic rozpłynął się już w kolorowym tłumie.

ˑˑˑˑˑ

Rozparty w fotelu Dżimi Dyavol patrzył, jak za Muhbirem Gengadze zamykają się drzwi. Splótł dłonie na pokaźnym brzuchu i zamyślony spuścił głowę. Arunia Paladynowicz na tropie Jadokari. Interesujące. Bardzo, bardzo interesujące. Szef Spiecslużb wiedział, że za Dziedzicem wydano list gończy, nie spodziewał się go jednak po tej stronie granicy. Przynajmniej nie tak szybko. Podniósł głowę i wbił wzrok w kamienny sufit, jakby szukając najlepszej odpowiedzi na nurtujące go teraz pytanie. Po kilku minutach wena nadeszła. Mruknął pod nosem z zadowoleniem i zawołał swojego asystenta.

- Endrix, sprowadź mi tu agentkę Onskvard, najszybciej jak to możliwe.

- Tak jest, szefie – wyskandował wysoki, szczupły mężczyzna o twarzy podobnej do pyska kuny. – A co robimy z Gengadze?

- Z kim? – spytał Dżimi, patrząc na swojego zastępcę porozumiewawczo.

- Tak jest, szefie – Endrix zniknął za drzwiami.

Dyavol uśmiechnął się na myśl o zbliżającej się wizycie. Bardzo cenił sobie agentkę Onskvard. Trochę za mały biust jak na jego gust, ale przy takich nogach nie miało to większego znaczenia. Pozbierał z biurka luźne papiery, a popielniczkę wrzucił do szuflady razem z zawartością. Przetarł rękawem blat, przeklinając się w duchu za brak jakiejkolwiek szmatki. Zdążył jeszcze poprawić ostatnie pasemka włosów na głowie, nim rozległo się dyskretne pukanie do drzwi. Wyprostował się w fotelu i przybrał oficjalną minę.

- Wejść! – rzucił władczo.

Agentka Onskvard weszła z uśmiechem na ustach. Zanim dotarła do biurka i założyła na krześle nogę na nogę, Dżimi Dyavol spłonął. Drżącą dłonią naszkicował rozkazy na wydobytym pospiesznie spod popielniczki kawałku papieru. Odchrząknął.

- Agentko Onskvard, miło... cóż... miło panią widzieć.

- Pannę – uśmiechnęła się zalotnie.

- O-oczywiście, ależ naturalnie. – wyjąkał Dyavol, lekko się czerwieniąc. Zbeształ się w myślach za dziecinne emocje. Nic nie mógł jednak na nie poradzić. Nikt by nie mógł. – Oto pani... panny, rozkazy. Do natychmiastowego wdrożenia. Odmaszerować.

Panna Onskvard wstała niespiesznie, z szerokim uśmiechem na wydatnych ustach. Wzięła kartkę do ręki, przeczytała rozkazy, po czym zmięła ją i patrząc Dżimiemu prosto w oczy wsadziła sobie papierową kulkę do ust. Przeżuła kilka razy i głośno połknęła, nie spuszczając błyszczącego spojrzenia z oczu szefa. Roześmiała się perliście na pożegnanie i opuściła powoli gabinet kołyszącym krokiem. Kiedy tylko zamknęły się za nią drzwi, Dyavol wypuścił głośno powietrze i sięgnął szybko do szuflady po fajkę. To nie na moje nerwy, pomyślał, starając się nabić ją drżącymi jeszcze palcami. Piętro niżej, opuszczająca gmach agentka minęła się z wynoszonymi właśnie zwłokami Muhbira Gengadze.

ˑˑˑˑˑ

Arunia osunął się na ziemię oparty o mur w jakiejś ciemnej uliczce Meadhone. Udało mu się umknąć pogoni, ale kolano pulsowało bólem niemiłosiernie. Z ulicznego straganu ukradł po drodze szal, którym przewiązał ranę. Prowizoryczny opatrunek nie wystarczy na długo, wiedział o tym. Potrzebował szwów, maści i porządnych bandaży. Usłyszał odgłos niepewnych kroków. Mijała go właśnie młoda, zakochana para. Dziewczyna zachichotała jak podlotek, najwyraźniej rozbawiona jakimś komentarzem swojego towarzysza. Przechodząc obok Paladynowicza, chłopak podniósł wyżej trzymaną w ręku latarnię. Na widok brudnego od krwi szalika i poszarzałej twarzy Dziedzica objął mocniej narzeczoną i przyspieszył kroku. Arunia syknął przeciągle. Cholera, ależ to boli. Nie mógł tutaj zostać, musiał wydostać się z miasta, opatrzeć ranę. Pomagając sobie rękami, podniósł się niezgrabnie z ziemi. Nie zauważył nawet, kiedy ktoś chwycił go pod ramię. Zapachniało rabarbarem.

- Nic panu nie jest? – ujrzał przed sobą zafrasowane oczy jakiejś kobiety. Spojrzała na zakrwawiony szalik. – Na Wielkiego Gajowniczka, pan jest ranny! Proszę, chodźmy, mieszkam tu niedaleko, opatrzymy to. No, niechże się pan nie opiera!

Paladynowicz nie zamierzał się opierać. Tym razem musiał poskromić wrodzoną nieufność i pozwolić sobie pomóc. Podtrzymywany silnym ramieniem dał się ponieść w nieznane.

 

Obudził się w niewielkim, schludnym pokoiku. W wiklinowym fotelu obok łóżka drzemała jego wybawicielka o delikatnych rysach twarzy. Długie, kręcone włosy wiły się po ramionach fotela jak bluszcz. Musiało być około południa – przez niewielkie okno wpadało mnóstwo ciepłego światła. Spojrzał na kolano. Noga była owinięta czystym bandażem, umyta z krwi i brudu. Czuł w powietrzu zapach leczniczych maści. Poruszył nią delikatnie i zasyczał z bólu. Kobieta poderwała głowę. Musiała mieć bardzo lekki sen.

- Dzień dobry – uśmiechnęła się ciepło. Arunia wiedział, że nie zapomni już nigdy tego uśmiechu. – Jak się pan czuje? Stracił pan wczoraj dużo krwi...

- Całkiem dobrze, dziękuję. Noga tylko boli jak ch... bardzo boli – poprawił się w porę. – Jestem bardzo wdzięczny za pomoc, uratowała mi pani życie.

- Panna. – Kobieta przeciągnęła się, spoglądając za okno. Stłumiła ziewnięcie. – Głodny? Chyba czas na obiad, a nie jedliśmy nawet śniadania.

- Jak wilk – Paladynowicz opadł z powrotem na poduszki. – Już wstaję.

Parsknęła śmiechem, podnosząc się z fotela. Dziedzic sapnął, zirytowany własną niemocą.

- Nie ma pośpiechu – obrzuciła go wesołym spojrzeniem. Rozczesała dłonią włosy. – Zrobię nam kawy. Może nabierzesz kolorów...

- Joszko – przedstawił się. Wdzięczność wdzięcznością, po tej stronie granicy wolał występować incognito.

- Maerteni – zdmuchnęła kosmyk, który opadł jej na twarz. – Miło mi cię poznać... Joszko.

Dwunasta łyżeczka kawy według rodzinnego przepisu Maerteni okazała się być zwodnicza. Gwoli sprawiedliwości, może to cukier był podrzędnej jakości, może łyżeczka nie do końca czysta, dość rzec, że oczy zaszły Aruni mgłą już po pierwszym łyku. Czarna jak sumienie mordercy zawartość kubka zafalowała niebezpiecznie, gdy osunął się na blat stołu, nie uroniwszy jednak ani kropli. Nie śmiałby, w końcu ta kobieta uratowała mu nogę, a może i życie. Po kilku głębszych oddechach krew powróciła na policzki. Poprawił się na drewnianej ławie, odchrząknął. Weź się w garść. Czterdziestka dopiero za rok, obrugał się w myślach. Wypuścił wolno powietrze, zerkając z ukosa na ledwo napoczęty kubek. Kawa po drugim łyku totalnie zawróciła mu w głowie. Gdy uszy przestały mu już drżeć, zdmuchnął zapodziane na powierzchni fusy i duszkiem wlał w siebie pozostałe dziewięć łyżeczek. Więcej nie było mu trzeba. Doszedł do siebie. Trzy razy.

ˑˑˑˑˑ

Ludzie gadali. Dużo gadali. Każda gospoda między Tęgimi Borami a Greven buzowała przyciszonymi głosami, pośpiesznymi relacjami wydarzeń z ubiegłego tygodnia z przysiółka Helmsby. Miały tam podobno miejsce rzeczy straszne. Całą noc niosło się lasem wycie podobne do zawodzenia wilczej tęsknoty, a lokalny sołtys zniknął gdzieś bez śladu, razem z sołecką chatą i opłotkami. Wróż, mówili niektórzy, odleciał na miotle, a chata pobiegła jego śladem na koguciej nóżce. Niewinna ofiara politycznych rozgrywek, zarzekali się inni. Podobno tej samej nocy kometa utonęła w wodach Beczycanki, a w lesie widziano dziwne błyski, jakby z sabatu arkebuzerów. Im dalej i szybciej niosła się opowieść, tym bardziej absurdalna i bliższa stawała się legendzie. Tradycja twierdzi jednak, iż każda legenda ma w sobie ziarnko prawdy. W tym przypadku prawdą było tylko to, że owej nocy ciemniej już być nie mogło.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania