Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Sajmarskie Bajania - Rozdział XIII - Do czterech dni sztuka

Zebranym w tłumie było nadzwyczaj ciepło, pomimo mrozu zimowej nocy. Grzali się w blasku pochodni, dzierżonych wspólnie przez ludzkie i nieludzkie dłonie mężczyzn, kobiet i dzieci. Pod murami głównej siedziby Gildii Fajterów rozlało się prawdziwe jezioro płomieni. Próżno było szukać w jego toni wirów czy pędzonych wiatrem fal. Panował w nim niemal absolutny spokój, jak gdyby nieruchome twarze wpatrzone w okno gabinetu naczelniczki należały do posągów. Bezruch tego zgromadzenia, nabrzmiałego napięciem, nabierał jednak coraz bardziej złowieszczej aury. Żaden kamień nie poszedł na razie w ruch, nikomu widły ani pałka nie wymsknęła się z rąk. Czekali. Na razie.

Mężczyzna spoglądał na rozpalony wyczekiwaniem tłum z satysfakcją. Po latach intryganckiej harówki nadchodził w końcu czas zbiorów. Wiele z wydarzeń ostatnich tygodni było końcowym efektem jego dotychczasowej pracy, ale los pobłogosławił mu też dodatkowo. Trzy dni temu Wojtas Redhead wypadł z Gildii tocząc pianę spomiędzy zaciśniętych fundamentalizmem zębów. Najwyraźniej naczelniczka nie przychyliła się do jego żądania usunięcia Sajmonelli z szeregu rekrutów. Dla chłopaka byłby to wyrok śmierci, fanatycy Wielkiego Gajowniczka zlinczowaliby go w pierwszej ciemniejszej uliczce. Naznaczony półmrokiem z Toab – to działało na wyobraźnię, nie tylko wierzących.

Chłopaka nie wydano kapłanom, ale Wojtas nie miał w zwyczaju dawać za wygraną. Plotki o powrocie czarnej magii, ukrytej pod skrzydłami chciwej, pragnącej wszechwładzy Gildii Fajterów rozeszły się po stolicy lotem jaskółki. Kaznodziejskie słowo stało się ciałem już pierwszej nocy – pod murami otaczającymi siedzibę organizacji zebrała się większość mieszkańców Kroke. Przyszli z pochodniami, skandując wciąż jedno i to samo żądanie: Żerca żertwą! Żerca żertwą! Doszło do przepychanek z oddziałem szturmówki przed główną bramą, po obu stronach barykady padło w którymś momencie o kilka słów za dużo i kamienie załoskotały o dziedziniec Gildii. Cud, że nie doleciały dalej. Kolejne dwie noce były już spokojniejsze, powracający tłum rósł jednak w oczach, a wraz z nim ciążąca na Gildii presja. Książę Janusz dał się co prawda przekonać, że posiadanie w swoich szeregach chłopaka dotkniętego półmrokiem to lepszy układ niż puszczenie jego magicznego potencjału z dymem na stosie, nie chciał jednak deklarować się otwarcie po stronie Gildii. Każdy scenariusz wydarzeń był mu w tej sytuacji na rękę. Tak z politycznego, jak i z moralnego punktu widzenia.

Beybe sączyła w zamyśleniu żytniówkę z pierwszego tłoczenia, patrząc na migoczące po drugiej stronie muru pochodnie. Kalkulowała. To już trzecia noc, tym razem wyjątkowo spokojna. Zapewne właśnie wyjątkowo. Przypomniała sobie fragment gajowniczkowego wyznania wiary, powtarzanego ostatnimi dniami nad wyraz często we wszystkich świętych dąbrowach w promieniu kilku mil. Czwartego dnia zapłonął, zstąpił na Borutę i wytoczył bój wilczycy. Najwyższy kapłan Wielkiego Gajowniczka miał pociąg do dramatyzmu. Prawdopodobnie ta noc stanowiła ultimatum, granicę, po której wraz ze świtem lub zmierzchem dnia czwartego, podburzony tłum „zstąpi na Borutę”.

Beybe zmarszczyła brwi. Na bój byli gotowi. Nie byli tylko przygotowani na to, co potem. Nikt chyba nie był. Jeśli masakra nacierających mieszkańców, nawet jeśli w obronie własnej, to co dalej? Rozwiązanie Gildii? Szczerze wątpiła, by po takim precedensie pozwolono im nadal legalnie działać w granicach Rzeczykolegialnej Lechickiej. Wydanie chłopaka kapłanom? Był pełnoprawnym fajterskim rekrutem, jednym z nich, przybranym dzieckiem organizacji. Oczy wszystkich agentów bacznie śledziły teraz każdy jej ruch – jeśli odda Sajmonellę, morale pozostałych członków Gildii będzie zapewne nie do uratowania. Zbyt wielu pamiętało jeszcze sprawę gejotyków. Westchnęła ciężko na myśl o skali potencjalnych dezercji i wymówień służby. Sfrustrowanych aktów przemocy. Ścisnęła mocno pustą już szklankę. Sytuacja wydawała się tragiczna. Żałowała, że kiedykolwiek usłyszała o Helmsby.

ˑˑˑˑˑ

Sajmonella siedział osowiały pośród wypełnionych wiedzą regałów biblioteki. Lubił spędzać w niej czas, bezruch tego miejsca działał na niego kojąco, pomagał zebrać myśli. Bywał tu często, zwłaszcza podczas pierwszych, pełnych wrażeń tygodni w murach Gildii. Dzisiaj jednak nawet znajomy zapach pergaminu nie był w stanie rozgonić pochmurnych konstatacji. Od trzech dni jego imię wyszeptywano po wszystkich kątach organizacji. Niektórzy z kolegów, Ci bardziej wierzący, rzucali mu nienawistne spojrzenia, zaciskali pięści, kiedy mijał się z nimi na dziedzińcu. Inni tężeli z niepokoju, gdy przechodził, ucinali rozmowy. Ledwo udało mu się zdobyć względny szacunek kolegów po kilku miesiącach wspólnego znoszenia trudów, a już został zepchnięty z powrotem na margines. Ponownie nie z własnej winy.

Czasem wydawało mu się, że nienawidzili go wszyscy rekruci. No, prawie wszyscy. Z jakiegoś powodu blondwłosa Cristal darzyła go niezmiennie sympatią. Jakiś czas temu zaczął nawet nabierać przekonania, że być może mogłoby skończyć się to czymś więcej, niż tylko przyjaźnią. Wciąż jednak wrodzona nieśmiałość brała górę nad marzeniami. Nigdy dotąd nie był w centrum, ani nawet w zasięgu czyjegoś zainteresowania. Trudno było teraz otrząsnąć się z braku wiary w siebie i stanąć w prawdzie realiów. Albo chociaż w prawdzie rachunku prawdopodobieństwa.

- Tak myślałam, że cię tu znajdę – Z zamyślenia wyrwał go znajomy, słodki głos. – Masz niebezpieczną tendencję do przeżuwania zgryzoty w samotności, wiesz?

- Cristal – uśmiechnął się półgębkiem, z widocznym zadowoleniem. – Co ty tu robisz?

- Pomyślałam, że może przyda ci się towarzystwo – odparła, moszcząc się na pufie obok. – A że noc długa…

Dziewczyna wydobyła ze skórzanej torby dwie szklanki i cztery butelki wina. Odkorkowała jedną zębami. Zanim Sajmonella zdążył na dobre ustosunkować się do całej sytuacji, w dłoniach trzymał już pełną szklanicę karminowego płynu.

- No, to zdrowie Pohybla – rzuciła wesoło dziewczyna, unosząc energicznie szklankę.

- Racja, na pohybel – wzniósł toast poważnym głosem. – Na pohybel gajowym synom.

Przez kilka minut sączyli wino w milczeniu, każde zanurzone we własnych myślach. Cristal sięgnęła po dokładkę z butelki. Alkohol był mocny, nieco cierpki, z zachodniego stoku winnicy Reyhal. Przyjemnie rozgrzewał młode kości i serca.

- To jaki masz plan? – zagadnęła nonszalanckim tonem.

- Plan? – Sajmonella spojrzał na nią nieprzytomnie.

- Zamierzasz czekać z założonymi rękami, aż cię wydadzą?

- Nie bardzo mam chyba inne wyjście – odparł z nutką irytacją w głosie.

- Czyżby? – Cristal spojrzała na niego filuternie znad brzegu szklanki. – Zawsze możesz przecież rzucić to wszystko w cholerę.

- Jak rzucić? Uciec?

- A dlaczego nie? Co cię powstrzymuje, hmmm? Zaciągnęli cię tu w końcu wbrew twojej woli, a te wszystkie brednie o Półmroku i czarnej magii… to też nie twoja wina. Dlaczego miałbyś teraz przez nich cierpieć? Albo za nich ginąć?

- Ja… - zaczął niepewnie Sajmonella. Nie wiedział, jak najkrócej wyjaśnić przyjaciółce, że choć nie było mu w Gildii najłatwiej, to jednak nareszcie czuł, że jego życie nabrało sensu, przestało ciągnąć się bezwiednie dzień za dniem bez celu. A co do śmierci, nie pierwszy raz ryzykował własnym życiem. Tym razem przynajmniej miałby w imię czego umierać. – Ja chyba lubię tu być. Mimo wszystko. Zależy mi…

- Pytanie, czy IM zależy na tobie – sapnęła rozdrażniona. Westchnęła głęboko i pociągnęła spory łyk wina. – Skoro tak bardzo zależy ci na Gildii to… to może nawet powinieneś się teraz ulotnić. Nie myślałeś o tym? Właściwie nie byłby to taki zły plan, zawsze mógłbyś przecież wrócić, kiedy sprawy przycichną, wytłumaczyć. Naczelniczka nie musiałaby cię kryć, a kapłani mogliby przeszukiwać Gildię do woli. Nikt by nie ucierpiał, może nawet po powrocie dostałbyś jakiś order czy coś.

- Cristal… - parsknął rozbawiony, szybko jednak spoważniał. W sumie… może to nie był taki głupi pomysł? Odchrząknął cicho. – No dobrze, załóżmy, że uciekam jakoś z miasta i co dalej? Dokąd miałbym się udać? Nie mogę przecież wrócić do Helmsby, a reszty księstwa nie znam. Musiałbym gdzieś nocować, spędzić resztę zimy, wios…

- A gdybym tak – przerwała mu z kokieteryjnym uśmiechem, rzucając przelotne spojrzenie spod długich rzęs. - Gdybym tak… pojechała z tobą? Znam miejsce, gdzie mógłbyś przeczekać. Jeśli chcesz…

- Ja… - zająknął się ponownie. Perspektywa wspólnej ucieczki była ogromnie kusząca, propozycja kompletnie go jednak zaskoczyła. – A dlaczego miałabyś ze mną… dlaczego chcesz uciec? Przecież świetnie sobie radzisz, jestem pewien, że mogłabyś daleko zajść.

- To nie dla mnie – rzuciła krótko, nie patrząc mu w oczy. Sięgnęła po kolejną butelkę wina. Wypluła w kąt wysupłany zębami korek. Napełniła szklankę energicznym ruchem i spojrzała przeciągle na Sajmonellę. Upiła łyczek wina, cmokając teatralnie. – Myślałam, że będzie tu świetnie, wiesz? Te wszystkie opowieści o podróżach, życiu pełnym przygód… ale teraz widzę, że nie pasuję tu, albo oni nie pasują do mnie. Mam już serdecznie dość tych napuszonych debili prężących swój szowinizm na każdym treningu, śliniących się na mój widok… no i ta sprawa z Arunią Paladynowiczem… taka legenda, a też wyparł się Gildii… -

Westchnęła głośno i pociągnęła kolejny łyk. Alkohol powoli rozwiązywał jej język.

- Powiedzmy, że rzeczywistość nie dorównała marzeniom. Poza tym, nie chcę, żebyś znowu samotnie szlajał się po świecie, nie mogłabym na to patrzeć… jak oni cię tu traktują, bo jesteś trochę inny… ja… wiesz, ja cię bardzo lubię. Naprawdę cię lubię. Sajmi.

- Pakuj się – wypalił bez namysłu, rozochocony winem. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, co powiedział, widząc wyczekujący wzrok dziewczyny. – Ja… ja ciebie też… ja…

- Wiem, Sajmi, wiem. – Położyła mu palec na ustach. Uśmiechnęła się filuternie, nim pocałowała go mocno w policzek. – Wiejemy.

ˑˑˑˑˑ

Cristal uklękła przed kominkiem w pustym o tej porze gabinecie Rady. Chłopak rozejrzał się nerwowo wokół. Gdyby przyłapano ich tutaj w czasie dnia, mogliby się jeszcze wyłgać obowiązkami – rekruci z pierwszego roku często byli przydzielani do prac zamiatająco-pomywających. W środku nocy nikt by jednak nie uwierzył w to, że przyszli tu powycierać kurze. Kiedy w kominku coś zachrzęściło, aż podskoczył. Dziewczyna obejrzała się na niego z satysfakcją.

- Podczas sprzątania odkryłam tu kiedyś tajemne przejście. – Sięgnęła dłonią za bogato zdobiony portal i pociągnęła w dół niewielką, metalową wajchę. Coś znowu zachrzęściło. Oparła się dłonią o tylną płytę kominka, która obróciła się, ukazując wąskie przejście. – Nigdy tam nie weszłam, ale to chyba nie schowek na wino.

- Chyba nie. – Sajmonella starał się coś dojrzeć w ciemnym tunelu po drugiej stronie portalu. Bezskutecznie. Wziął głęboki oddech. Nie cierpiał ciasnych przestrzeni. – Ja pierwszy, ale bądź tuż za mną, dobrze?

- Oczywiście, mój ty szlachetny rycerzu – zaszczebiotała, mrugając zawadiacko.

Młodzieniec uśmiechnął się pod nosem. Co za dzień, pomyślał. Rano zastanawiam się, jaką śmiercią mam umrzeć, a nocą brniemy we dwójkę na czworaka przez sekretny tunel, z dala od Gildii. Po wszystkim będę potrzebował sporo kawy na uspokojenie…

Po kilkunastu metrach przemierzonych na klęczkach, tunel powiększył się na tyle, że mogli już podążać dalej wyprostowani. Sajmonella nie odrywał lewej dłoni od ściany, aby nie przeoczyć ewentualnego rozwidlenia lub nie grzmotnąć głową w mur na jakimś zakręcie. Było ciemno, że oko wykol. Na myśl o tym, co mogła napotkać jego dłoń przeszedł go dreszcz. Cieszył się, że uczepiona go Cristal nie mogła widzieć teraz jego miny. Kiedy spod palców wystrzeliło mu jakieś stworzenie, przełknął cicho ślinę.

Po pewnym czasie nabrali przekonania, że kręcą się w kółko. Szli dobre dwie godziny, a tunel wciąż ginął w ciemnościach bez końca. Przeszło im już nawet przez myśl, żeby zawrócić. Nagle poczuł jednak na twarzy lekki powiew świeżego powietrza. Przyspieszyli kroku, na ile pozwalał im rozsądek przemieszany z uczuciem ulgi. Już niedaleko. Kilkadziesiąt metrów dalej zderzyli się z litą skałą.

- Kurwa – zaklął cicho. Przesunął nerwowo dłońmi po chropowatej powierzchni kamienia, szukając po omacku jakiegoś wyłomu. Nic. Czyżby ślepy zaułek? Sapnął głośno, starając się nie wpadać w panikę.

- Co jest? Czemu stanęliśmy? Sajmi? – w głosie Cristal dało się wyczuć lekki niepokój. Ścisnęła mocniej ramię chłopaka.

- Koniec drogi. Musi tu być jakieś wyjście, to niemożliwe, żeby… - urwał, czując we włosach delikatny podmuch. Sięgnął ręką nad głowę. – Właz! Znalazłem wyjście, nad nami, zaczekaj…

Wyszukał palcami dwa uchwyty, tuż nad głową. Pchnął z całej siły, ale klapa ani drgnęła. Zaparł się mocno nogami i spróbował ponownie. Na twarz posypały mu się drobne grudki ziemi. Za trzecim razem właz w końcu ustąpił i Sajmonella zobaczył nad sobą okrągły wycinek rozgwieżdżonego nieba. Zaciągnął się zamaszyście chłodnym powietrzem, obejmując ramieniem Cristal. Byli wolni.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania